- Ani?

Oho? Czyżby nieoczekiwanie nadeszła pomoc?

W stronę Anakina zmierzała Padme w towarzystwie Kapitana Panaki.

- Ustaliłam już wszystko z Gunganami. Czy widziałeś może…

- Padme, pomóż! – rozpaczliwie pociągnął dziewczynę za skraj szaty.

Już zdążył zapomnieć, że onieśmielał go jej status jako Królowej. Miał teraz ważniejsze sprawy na głowie! Przebrana za dwórkę monarchini posłała mu zdumione spojrzenie.

- Pomóc? Ani, ale co się właściwie…

- Qui-Gon i Obi-Wan znowu się kłócą! – zniecierpliwionym tonem przerwał jej Anakin. – Przeze mnie! Dopiero co pogodzili się po tamtej aferze na Coruscant, a teraz znowu się posprzeczali. Nie chciałem, by byli na siebie źli! Ja… bo wiesz, to było niechcący i… i teraz widzisz, co się dzieje!

Wyciągnął palec w stronę dwóch Jedi. Stali wystarczająco blisko, by dało się dostrzec wyrazy ich twarzy, a jednocześnie zbyt daleko, by wyłapać treść rozmowy. Qui-Gon w dalszym ciągu tłumaczył coś naburmuszonemu i milczącemu Obi-Wanowi.

- Cóż… - Padme zmierzyła parę mężczyzn uważnym spojrzeniem. – Rzeczywiście wyglądają na… niezgodnych.

Była zaskoczona rozwojem zdarzeń, ale na pewno nie tak spanikowana jak Anakin.

Jak może być tak spokojna! – jęknął w myślach. – Trzeba szybko działać, zanim sprawy się pogorszą.

- Proszę, pomóż im!

- Pomóc? – powtórzyła, a w jej oczach błysnęło rozbawienie. – A co, twoim zdaniem, miałabym zrobić, Ani? – spytała uprzejmie.

- N-no nie wiem, na przykład… - zmarszczył czółko, szukając właściwych słów. – No bo jesteś Królową, i w ogóle, więc… Mogłabyś użyć tych swoich dyplomatycznych umiejętności, by przekonać ich, by się uspokoili, albo… Już wiem! Po prostu rozkaż im, by przestali!

Był bardzo dumny z tego ostatniego pomysłu, i zaczerwienił się, gdy zarówno Panaka jak i Padme zareagowali na niego śmiechem.

- Wiesz, młody - z rozbawieniem migoczącym z czarnym oczu, Kapitan zwrócił się do chłopca – nie wydaje mi się, by Jej Wysokość miała dość autorytetu, by rozkazać dwóm Jedi, by przestali się kłócić.

- Zresztą, w takich sprawach lepiej po prostu się nie wtrącać – głosem, z którego aż biła dorosłość, oznajmiła Królowa. – Jeśli im przeszkodzimy, problem najprawdopodobniej nie zostanie rozwiązany, a jedynie przełożony na później. Powiedz, ale o co w ogóle poszło? – zainteresowała się. – I dlaczego uważasz, że to twoja wina?

- Chciałem tylko powiedzieć Obi-Wanowi komplement – posyłając swoim butom pełne pretensji spojrzenie, mruknął Anakin. – Niedawno dowiedziałem się, że umie mówić po huttecku i wspomniałem o tym przy Qui-Gonie. Tylko, że Qui-Gon wcale się nie ucieszył. Zaczął mieć pretensje do Obi-Wana, że chodził z Huttami pić, czy coś w ten deseń.

- Pić? – parsknęła Padme. – Poszło o alkohol?

Anakin z fascynacją obserwował jej twarz. Pierwszy raz, odkąd się poznali, widział ją tak czymś rozbawioną. Podejrzewał, że miało to związek z sytuacją na Naboo. Bycie władczynią okupowanego kraju na pewno negatywnie odbijało się na czyimś poczuciu humoru.

Panaka, dla odmiany, wyglądał bardzo poważnie.

- Dobrze, że Mistrz Qui-Gon jednak nie lekceważy Huttów – mruknął, krzyżując ramiona. – To gangsterzy, z którymi nie powinno w ogóle się zadawać, a co dopiero pić. Częściej niż ktokolwiek inny mają zwyczaj dosypywania prochów do drinków. Stukanie się z nimi kielichem jest nie tylko niewskazane, ale wręcz niebezpieczne.

- Chyba jest pan do nich odrobinę uprzedzony, Kapitanie – łagodnie zauważyła Padme.

- To nie uprzedzenie, lecz zdrowy rozsądek, Pani. A swoją drogą… - rozmasowując podbródek, wbił zaciekawiony wzrok w Qui-Gona i Obi-Wana – nie sądziłem, że Jedi też zdarzają się kłótnie. Wydają się tacy opanowani. Kiedy ich wcześniej obserwowałem, sądziłem, że są trochę za bardzo oderwani od rzeczywistości i zaabsorbowani tą swoją religią. Ale teraz, gdy na nich patrzę, mam wrażenie, że są bardziej… hm…

- Ludzcy? – podsunęła Królowa.

Skinął głową.

Anakinowi w dalszym ciągu nie podobało się, że coś, co dla niego samego urosło do rangi straszliwej katastrofy, było traktowane jako zwykły pretekst do dyskusji filozoficznej. Albo do dyskusji na temat Huttów. Czy czegokolwiek.

- Nie chcę, by się kłócili! – zajęczał.

Zdał sobie sprawę, że brzmi jak narzekające dziecko, ale w tej chwili go to nie obchodziło.

- Ani - Królowa wydała zrezygnowane westchnienie – naprawdę lepiej, żebyśmy…

- A czy naprawdę byłoby to aż takie złe, gdybym z nim walczył? – z oddali dobiegł poirytowany męski głos.

Anakin, Panaka i Padme obrócili głowy. To Obi-Wan odezwał się na tyle głośno, że zdołali go usłyszeć. Właśnie posyłał zdumionemu Mistrzowi wyzywające spojrzenie.

- Nie mam już piętnastu lat! – warknął. – Jestem dorosły i umiem o siebie zadbać! Zrozumiałbym, gdyby chodziło o Sitha… Ale nie zamierzam podkulać ogona przed sfrustrowaną kanalią nieposiadającą w swoim ciele ani grama Mocy!

- Ta sfrustrowana kanalia…

Qui-Gon na początku podniósł głos, ale resztę zdania dokończył cichym tonem, przez co nie mieli szans go usłyszeć.

- No proszę – Panaka wpatrywał się w dwóch Jedi z miną, jakby obserwował wyjątkowo rzadkie zjawisko przyrodnicze. – A więc to tego typu kłótnia? „Jestem dorosły" i takie tam?

- Cóż - Padme troskliwie zmarszczyła brwi – to raczej naturalne, że Qui-Gon martwi się o swojego ucznia.

- Ja tam nie martwiłbym się o faceta, który w dziesięć sekund rozwala dziesięć droidów – Kapitan wzruszył ramionami.

- Nie wydaje mi się, by rozmawiali o droidach.

- Widzisz, widzisz?! – Anakin ponownie pociągnął dziewczynę za rękaw. – Mówiłem ci, że jest niedobrze!

Wszystkie najgorsze kłótnie, które kiedykolwiek odbył z mamą (na szczęście nie było ich zbyt wiele) zaczynały się właśnie od stwierdzeń z gatunku „jestem już duży" albo „nie jestem dzieckiem".

- Ani, proszę cię – Padme zaczęła wyglądać na zmęczoną jego naleganiami. – Po prostu dajmy im chwilę. Na pewno zaraz uspokoją się i do nas przyjdą.

- A jak nie?

- Ani, oni są w trakcie misji. O czym by nie rozmawiali, prędzej czy później muszą do nas przyjść.

- A jak przyjdą pokłóceni?

- To pewnie pogodzą się później.

- A co jeśli wyciągną miecze świetlne i będą próbowali poobcinać sobie głowy?

- Nie zrobiliby czegoś takiego z tak błahego…

Królowa urwała w pół słowa i nastała kompletna cisza. No właśnie – cisza! Podczas gdy wcześniej z oddali dochodził niewyraźny szum rozmowy, którą prowadzili Obi-Wan z Qui-Gonem.

To był ten moment, gdy chłopiec i towarzysząca mu dwójka zdali sobie sprawę, że choć Jedi wciąż stoją w znaczącej odległości do nich, to od jakiegoś czasu już się nie kłócą, i zamiast tego patrzą w ich kierunku z dość chłodnymi minami. Nie ulegało wątpliwości, że słyszeli uwagę o „obcinaniu głów".

Z oczami, z których aż biła dezaprobata, Qui-Gon uniósł brew. Jedynym pocieszeniem był dla Anakina fakt, że Padme i Panaka wyglądali na niemniej speszonych od niego.

Pokręciwszy głową, Mistrz Jedi położył dłoń na plecach protegowanego, i poprowadził ich obu jeszcze głębiej w las. Kiedy minęli krzaki, skręcił, umieszczając siebie i Obi-Wana za bezpieczną zasłoną liści, kompletnie poza zasięgiem gapiów.

- Cóż - krzyżując ramiona westchnął Panaka – przez chwilę wyglądali, jakby rzeczywiście chcieli obcinać głowy. Tyle że nam, nie sobie nawzajem. Jak dla mnie mogą się tam nawet okładać pięściami. Nie zamierzam wtrącać się do ich spraw!

Uwaga o okładaniu się pięściami przeraziła Anakina nie na żarty.

- Ale…

- Ani - stanowczo przerwała mu Padme – Kapitan ma rację. No, może ujął to trochę zbyt brutalnie, ale… - posłała szefowi swojej ochrony karcące spojrzenie, lecz pozostał niewzruszony. – Jestem pewna, że Obi-Wan z Qui-Gonem wcale nie poszli się bić. Jednak nie ulega wątpliwości, że chcą być teraz sami. Sam widziałeś, jak Qui-Gon na nas spojrzał. Gdybyśmy teraz za nimi poszli i znowu naruszyli ich prywatność, na pewno nie skończyłoby się na zwykłej reprymendzie.

A na czym by się skończyło? – chłopiec miał ochotę zapytać. – Na obcinaniu głów?

Wiedział, że Panaka przesadza. A jednocześnie uświadomił sobie, że jak dotąd nie musiał mierzyć się z gniewem Qui-Gona. Widział jedynie, jak podziwiany przez niego Mistrz sztorcował Obi-Wana. Jak by to było – znaleźć się na miejscu Kenobiego? Czy gdyby Anakin pobiegł teraz do dwóch Jedi i wbił się w ich prywatną rozmowę, to czy doczekałby się takiego samego ochrzanu jak jego starszy kolega?

Ze zdumieniem odkrył, że wcale by mu to nie przeszkadzało. Co więcej – jakaś część jego wręcz pragnęła dostać po uszach. Było mu przykro, że Qui-Gon i Obi-Wan się przez niego kłócili, ale jeszcze bardziej przeszkadzał mu fakt, że kłócili się bez niego. Ktoś tak rozsądny jak Padme pewnie uznałby podobne myślenie za nielogiczne, ale Anakin tak właśnie się czuł.

Qui-Gon i Obi-Wan mieli jakieś sprawy, które dotyczyły tylko ich dwóch… mieli jakąś strefę, która była dla niego niedostępna. Zwyczajnie nie mógł tego znieść. Jedyna osoba, z którą ON miał podobną strefę została na Tatooine.

Wmawiał sobie, że chodzi mu tylko o pogodzenie skłóconych Jedi, ale to była tylko część prawdy. W tym wszystkim kryła się także zazdrość. I tęsknota.

- Qui-Gon i Obi Wan zaraz wrócą – powiedziała Padme. - W międzyczasie opowiemy ci o naszym planie, Ani.

Znam plan! – miał ochotę jęknąć w odpowiedzi. – Byłem przy tym, gdy go ustalaliście! Gunganie robią dywersję, a my wchodzimy do pałacu.

Nie musiał znać szczegółów typu, którędy pójdą, kto będzie gdzie stał, albo kto będzie do kogo strzelał. Wiedział (z podsłuchanej wcześniej rozmowy między Panaką i jakimś żołnierzem), że i tak nie otrzyma podczas tej operacji żadnego odpowiedzialnego zadania. Zostawienie go przy statku, tak blisko pola bitwy, byłoby zbyt ryzykowne, więc ustalili, że zabiorą go ze sobą, ale to wszystko – nie będzie pilotował ścigacza, który przesądzi o całej misji, tak jak na Tatooine. Będzie jedynie robił za „maskotkę". Ewentualnie piąte koło u wozu.

A skoro tak, to miał gdzieś szczegóły tej całej misji. O wiele bardziej interesowało go, co działo się teraz między Qui-Gonem i Obi-Wanem.

Padme i Panaka wciąż coś do niego mówili, ale słuchał ich tylko jednym uchem, co chwilę zerkając w stronę krzaków, za którymi zniknęli dwaj Jedi. Czas mijał i mijał. Ile czasu można się kłócić o picie? Albo o „bycie lub niebycie dorosłym"? Ile można się kłócić o cokolwiek?!

Wreszcie Anakin nie wytrzymał.

- Idę zobaczyć, czy wszystko jest okej! – zaanonsował, wcinając się w sam środek wykładu Panaki na temat panoszących się po pałacu droidów.

Zanim ktokolwiek zdążył go powstrzymać, pobiegł do lasu.

- Ani, czekaj! – zawołała za nim Padme.

Słyszał ją. Wiedział, że była tuż za nim, ale się nie zatrzymał. Przystanął dopiero w obok krzaka, przy którym ostatni raz widział Qui-Gona i Obi-Wana. Zaczął ich nerwowo wypatrywać.

- Gdzie poszli? – mruknął, kręcąc głową we wszystkie strony.

- Ani, naprawdę… - Padme, która dopiero co go dogoniła, pokręciła głową. – Nie powinieneś…

Próbowała położyć mu dłoń na ramieniu, ale akurat wtedy ruszył się z miejsca i jej umknął. Instynkt podpowiadał mu, by iść w kierunku pagórka.

Że też musieli odejść tak daleko! – pomyślał z irytacją.

- Widzisz? – Padme spojrzała na niego jak zniecierpliwiona opiekunka na niesfornego malucha. – Wyraźnie zależało im, by nikt im nie przeszkadzał.

Jej komentarz tak świetnie pasował do jego wewnętrznych narzekań, że Anakin przez moment zastanawiał, czy ona przypadkiem też nie miała cech Jedi. Szybko jednak odrzucił tę myśl. Była po prostu niesamowicie bystrą dziewczyną, dokładnie obserwującą otoczenie i wyciągającą właściwe wnioski.

Czuł, że kiedyś się z nią ożeni.

- Jesteś jeszcze bardziej uparty niż boss Gunganów, Ani – skarciła go, posyłając mu niezadowolone spojrzenie. – Czemu tak strasznie zawziąłeś się, by do nich iść? Trzeba się pogodzić z tym, że niektóre problemy są niezależne od nas. Nawet ja, będąc Królową, muszę czasami odpuścić i pozwolić ważnym dla mnie ludziom rozwiązać konflikt między sobą.

Choć ten wykład nieco go zirytował, Anakin uśmiechnął się pod nosem. Wiedział, jak bardzo nie chciała mieszać się do spraw Jedi, i był z siebie dumny, że swoim niespodziewanym zrywem przekabacił ją, by poszła z nim. Zwłaszcza, że działał bez planu.

Po prawdzie, nie miał bladego pojęcia, co zrobi, kiedy wreszcie znajdzie Qui-Gona i Obi-Wana. Albo, jakich słów użyje, by powstrzymać ich przed skoczeniem sobie do gardeł. Znaczy… wcześniej nie wiedział. Bo teraz już nie miał wątpliwości.

„Jej Wysokość ma wam coś do oznajmienia."

O! Właśnie tak im powie!

Skoro uparła się, że jest od niego mądrzejsza, to niech sobie radzi! Anakin nie miał nic przeciwko, by rozwiązała problem za niego. Właściwie to… chyba nawet lubił patrzeć, jak rozkazywała ludziom.

Tak. Po namyśle, całe to jej królowanie nie było aż takie złe. Nadawała się na Władczynię.

I na jego przyszłą żonę.

Dobrze, że wreszcie wypatrzył zagubionych Jedi, bo jego policzki zaczęły niebezpiecznie zmieniać kolor.

- O, zobacz, tam są! – lekko szturchnął Padme, by spojrzała w tą samą stronę co on.

Mężczyźni, których szukał, stali na szczycie wzgórza. Chciał od razu do nich pobiec, ale kiedy uświadomił sobie, na co właściwie patrzy, zastygł, jak sparaliżowany, z wytrzeszczonymi szeroko oczami.

Jedi na razie nie zdawali sobie sprawy, że są obserwowani. Wydawali się zbyt pochłonięci tym, co robili, by zwracać uwagę na otoczenie. A tym czymś wcale NIE była kłótnia.

Czoła obu mężczyzn stykały się ze sobą. Qui-Gon miał zamknięte oczy i lekko zmarszczone brwi. Trzymał młodą twarz Obi-Wana w swoich dużych dłoniach i szeptał coś do protegowanego… Coś, czego Obi-Wan uważnie słuchał, z emanującym spod półprzymkniętych powiek spokojem, z luźno opuszczonymi przy ciele ramionami, za to bez jakichkolwiek śladów wzburzenia, którym emanował, gdy burczał wcześniej o swojej „dorosłości".

Scena sprawiła, że Anakin się zaczerwienił.

Nie rozumiał, na co właściwie patrzy… co, tak właściwie, rozgrywa się na jego oczach, albo o czym konkretnie rozmawiają ci dwaj… ale mógł bez żadnych wątpliwości stwierdzić, że już się na siebie nie gniewali. Wydawali się kompletnie zrelaksowani.

A zwłaszcza Obi-Wan.

Po zmarszczkach w kącikach zamkniętych oczu Qui-Gona, które były bardziej pogłębione niż zwykle, chłopiec poznał, że starszy z mężczyzn wciąż czymś się martwił. Już nie złościł się na ucznia, ale się martwił. Natomiast Obi-Wan... Anakin w życiu by nie zgadł, że kiedykolwiek zobaczy na twarzy tego zdyscyplinowanego człowieka aż takie rozluźnienie! Jakby cały dźwigany na barkach żal z ostatnich kilku dni został zastąpiony szczęściem – dokładnie taki wyraz krył się w pozornie obojętnym spojrzeniu Kenobiego.

Qui-Gon w pewnym momencie przestał mówić, a jego rzęsy uniosły się, ukazując szare oczy, w których kryła się czułość. A potem wyszeptał do Obi-Wana coś jeszcze – chyba pytanie, sądząc po wyczekującym spojrzeniu. Zaś Padawan natychmiast mu odpowiedział, kpiąco podnosząc przy tym kącik ust. Nie wiedzieć czemu, Anakina naszło przeczucie, że padł właśnie jeden z tych słynnych „nieśmiesznych żartów", o których była wcześnie mowa. Potwierdziła to reakcja Qui-Gona, który wytrzeszczył na protegowanego oczy. Nie przestając się uśmiechać, Obi-Wan wyszeptał coś jeszcze, na co Qui-Gon sam odpowiedział uśmiechem, a także zsunięciem jednej z dłoni na ramię ucznia.

Jednej. Bo druga pozostała na policzku Obi-Wana. Jej kciuk zataczał pod uchem młodego mężczyzny leniwe kółka, zahaczając o cieniutki warkoczyk. Sposób, w jaki ci dwaj patrzyli sobie w oczy był bardzo…

- Ani…

Głos Padme doszedł do Anakina jakby z oddali. Chłopiec udał, że go nie słyszy.

Wiedział, co dziewczyna chciała mu powiedzieć. Wiedział, że miała rację.

Powinni stąd pójść. Nie działo się nic, co wymagałoby interwencji z zewnątrz. Skoro Jedi już się pogodzili, to powinni zostać zostawieni w spokoju.

A mimo to nogi Anakina nie chciały ruszyć się z miejsca, zaś oczy uparcie odmawiały spojrzenia w drugą stronę. Na zewnątrz wypłynęło wspomnienie – scena na lądowisku. Qui-Gon klęczący przed małym towarzyszem, kładący mu dłonie na ramionach, patrzący na niego z troską, którą Anakin widział wielokrotnie w oczach mamy, ale nigdy w oczach dorosłego mężczyzny. Pamiętał uczucie nieśmiałego szczęścia, które wypełniło jego serduszko – czuł się wtedy taki dla Qui-Gona ważny. Był szczęśliwy, że komuś na nim zależało. Że ktoś chciał o niego walczyć. Pocieszyć go, po tym jak został brutalnie odrzucony przez Radę. Miał to miłe uczucie, że choć pozostawił wszystko, co kochał, na Tatooine, znalazł kogoś bliskiego również w tym nowym, obcym świecie.

Ale wobec tego, na co teraz patrzył, tamto uczucie wydało mu się nagle… małe i niewiele znaczące.

Nadal nie rozumiał, co dokładnie widzi, ale rozumiał, że to coś wynikało z więzi, która była budowana latami. Z więzi, która była głęboka, skomplikowana, pełna opowieści i niuansów, a także niezaprzeczalnie silniejsza od śmiesznej więzi, która w przeciągu ostatnich kilku dni zaczęła się tworzyć między małym chłopcem i Mistrzem Jedi.

Kilka dni kontra kilkanaście lat. I pomyśleć, że Anakin martwił się, że zabiera Qui-Gona starszemu koledze. On na serio sądził, że po kilku dniach znajomości, stanie się dla Qui-Gona ważniejszy od Obi-Wana? Czuł się jak idiota.

- Ani.

Padme położyła mu dłonie na ramionach i obróciła go ku sobie. Zdziwił się, widząc na jej twarzy rozmarzony uśmiech. O co jej chodzi? Dlaczego ona się uśmiecha?

- Widzisz? Jednak się nie kłócą – oznajmiła.

To akurat sam zauważyłem – miał ochotę mruknąć.

Bardzo chciał wiedzieć, co było powodem, dla którego wyglądała na tak zadowoloną.

- Dlaczego… - zaczął.

- Lepiej już chodźmy, Ani – wchodząc mu w słowo, objęła go ramieniem i stanowczo pociągnęła ze sobą.

- Ale…

- Gwarantuję ci, że oni wolą teraz być sami! Zaufaj mi. Znam się na tym.

- Znasz się na tym? – powtórzył głupio. – Ale na czym właściwie?

- Na ludziach, Ani – szczerząc zęby, puściła mu oko. – Na ludziach.

Sądząc, że dziewczyna się z nim droczy, uniósł brew.

- Och, nie przejmuj się – rzuciła z nieschodzącym z twarzy uśmiechem. – Jak trochę podrośniesz, też zaczniesz rozumieć.

Nie jestem od ciebie jakoś dużo młodszy – pomyślał, wciąż lekko naburmuszony. – Nie tak jak od Qui-Gona. Albo jak Obi-Wan od Qui-Gona…

Nie mogąc się powstrzymać, ostatni raz zerknął przez ramię, by spojrzeć na dwóch Jedi. Różnica wieku między parą mężczyzn nie wydawała mu się aż tak drastyczna jak wcześniej… choć nie potrafił racjonalnie wyjaśnić, dlaczego.

Jestem dorosły! – przypomniał sobie wzburzoną deklarację Obi-Wana.

Anakin widział wcześniej młodzieńców krzyczących coś takiego… i pamiętał, że starsi, bardziej doświadczeni faceci zwykle odpowiadali na to kpiącymi parsknięciami. Jednak teraz widział coś zupełnie innego. Qui-Gon patrzył na swojego ucznia jak na kogoś równego sobie – kogoś, z kogo zdaniem się liczył, komu bezgranicznie ufał.

Jak na drzewo o mocnym konarze, które na jego oczach rozrosło się do olbrzymich rozmiarów, i które nadal w jakimś stopniu chciał chronić, ale też mógł się na nim oprzeć, mając pewność, że się nie złamie.

Anakin pomyślał, że sam chciałby być takim drzewem. I to teraz, zaraz! Zdawał sobie sprawę, że to niemożliwe – że zapewne będzie musiał poczekać kilka, jeśli nie kilkanaście lat. Mimo to nie potrafił nad sobą zapanować. Niecierpliwość leżała w jego naturze już od maleńkości.

Tak bardzo chciałby już być silnym Jedi, na którym Qui-Gon mógłby polegać!

Dziwnie było marzyć o czymś takim, gdy nawet nie zostało się jeszcze zaakceptowanym przez Ważniaków. Mimo to Anakin czuł, że tak właśnie będzie – Qui-Gon wyszkoli go na potężnego wojownika!

Ale czy to wystarczy, by Qui-Gon patrzył na niego tak jak teraz na Obi-Wana? Ci dwoje nie wyglądali, jakby byli dla siebie jedynie Mistrzem i Padawanem. Wyglądali na… rodzinę. A co jeśli Anakin nigdy nie zazna takiej więzi? Co jeśli nie znajdzie poza Tatooine rodziny?

Jego stęsknione myśli już któryś z kolei raz powędrowały do mamy. Ważniacy mieli rację – brakowało mu jej. Ona kochała go od urodzenia. Nigdy nie wątpił w prawdziwość tej miłości, nigdy jej nie podważał. A jednocześnie czuł strach, bo wiedział, że z Jedi nie będzie tak samo.

Jedi są pełni miłości – powiedział mu wcześniej Qui-Gon. – Ale nie kochają od urodzenia. Powoli budują miłość z osobami, które stają im się bliskie. Tworzymy silne więzi, ale nie są to więzi krwi.

Co Anakin o tym wiedział? I czy kiedyś… mógł się tego nauczyć?

- Co z Jedi?

Był tak zagłębiony we własnych myślach, że nawet nie zauważył, kiedy on i Padme wrócili do Kapitana Panaki.

- Nie sądzę, by obcięli sobie głowy – Królowa obdarzyła dowódcę swojej straży łagodnym uśmiechem.

- Na pewno? – spytał, patrząc na Anakina. – Młody wygląda na zaniepokojonego.

- Qui-Gon i Obi-Wan postanowili pogodzić się w stylu Senatora Robilarda i Radnej Shi-Ry. Ani nie jest przyzwyczajony do takich widoków.

Chłopiec zamrugał.

Kim są Robilard i Shi-Ra? – zastanowił się.

- W ich stylu, tak? – krzyżując ramiona, Panaka zaśmiał się pod nosem.

- Nooo… może nie aż tak – skubiąc rękaw szaty, Padme zaczerwieniła się.

Naburmuszony, Anakin odwrócił wzrok. Niefajnie być jedyną osobą w towarzystwie, która niczego nie zrozumiała!

Próbował jeszcze wypytać o to i owo, ale szybko musiał pogodzić się z faktem, że ani Królowa ani Kapitan nie palili się, by cokolwiek mu wyjaśnić. O wiele bardziej interesowała ich strategia Gunganów. Wymieniali zatroskane uwagi odnośnie pobratymców Jar Jara przez dobre parę minut, dopóki Qui-Gon i Obi-Wan WRESZCIE nie wrócili.

Chłopiec zmierzył dwóch mężczyzn uważnym wzrokiem. Starszy z nich kroczył z ramionami luźno zwisającymi po bokach, młodszy ukrył dłonie w rękawach płaszcza. Obaj wyglądali na bardzo spokojnych – jakby wskoczyli na zupełnie nowy level medytacji.

I wyraźnie byli z czegoś zadowoleni.

Po Qui-Gonie jeszcze nie było tego aż tak widać… ale Obi-Wan miał taką samą minę jak Sebulba po byciu wymasowanym przez półnagie Twi'Lekanki.

Qui-Gon zrobił mu masaż?! – przeszło chłopcu przez myśl. – Nie, to głupie.

Błękitne oczy Kenobiego pozostawały zmrużone i wpatrzone w ziemię. Migocząca w nich radość powoli ustępowała miejsca skupieniu. W podobny sposób Anakin koncentrował się przed wyścigiem. To odróżniało go od Sebulby – podstępny Dug był tak arogancki, że nawet siadając za sterami ścigacza, myślami wciąż pozostawał przy Twi'Lekankach.

Myśl, że Obi-Wan był bardziej podobny do niego niż do jego rywala, pomogła chłopcu oderwać się od wcześniejszych pesymistycznych rozważań.

- Czy wszyscy są gotowi, Wasza Wysokość? – spytał Qui-Gon.

Padme skinęła głową.

- Trzeba będzie jeszcze chwilę zaczekać, aż armia oddali się od miasta i ruszy na Gunganów. Kiedy większość droidów opuści plac, łatwiej będzie dostać się do pałacu.

- Zgadzam się. Przestudiowałem trasę, o której wspominałaś pani. Niepokoi mnie, że na jednym odcinku ścieżka jest bardzo wąska.

- Jeżeli napotkamy pojedynczych droidów zwiadowców, trudniej nam będzie się bronić – ponurym tonem zgodził się Panaka.

- Nie możemy też dopuścić, by któryś wysłał sygnał do dowództwa – powiedziała Padme. – Plan zadziała tylko wtedy, jeśli nasze pojawienie się przed pałacem będzie niespodziewane.

- Dlatego musimy być bardzo dokładni i działać rozważnie – Qui-Gon wykonał płynny ruch ręką, sprawiając, że rozrzucone na ściółce leśnej kamyczki ułożyły się w kształt węża. – Pójdziemy jeden za drugim, w grupach dwuosobowych. Ja i Jej Wysokość będziemy na przedzie – spojrzał na Padme. – Wierzę, że to ty znasz tę trasę najlepiej, Pani. Zaufam twojej orientacji w terenie.

- Jaka śliczna układanka – dziewczyna obdarzyła Mistrza Jedi pełnym uznania uśmiechem.

- Cóż… zawsze lepiej zobrazować sytuację, by potem nie było nieporozumień – kąciki ust Qui-Gona również drgnęły, ale tylko nieznacznie, pozwalając mu zachować skromność. – Obi-Wan, ty zajmiesz się tyłami. Weźmiesz także odpowiedzialność za środkową część grupy. Jesteś szybki, więc powinieneś zdążyć do nich dobiec, w razie gdyby zaszła taka potrzeba. W takim układzie będziemy mogli chronić wszystkich. Jeśli nam się poszczęści, nikt nie zostanie ranny…

- Zaklepuję miejsce obok Jedi! – zawołał czyjś głos.

To jeden z żołnierzy Kapitana Panaki krzątał się nieopodal, i postanowił wtrącić swoje trzy grosze.

- Wracajcie do swoich spraw! – skarcił go śniadoskóry dowódca. – Trzeba przygotować broń.

Skruszony, młodzieniec spuścił głowę i poszedł wypełnić polecenie. Panaka odczekał chwilę, po czym stanął obok Obi-Wana.

- Tak dla jasności… - rzucił półgębkiem. – Ja idę obok ciebie.

Kenobi zareagował na to rozbawionym parsknięciem.

- Nie miałeś przypadkiem robić dywersji, Kapitanie? – z wesołym błyskiem w oczach spytała Padme.

- Tak, Pani. Ale dopiero gdy wejdziemy do miasta. Do tego czasu chcę być bezpieczny.

- A ja? – Anakin posłał Qui-Gonowi wyczekujące spojrzenie. – Gdzie ja będę?

- Tutaj – Mistrz Jedi użył Mocy, by unieść jeden z kamyczków i lekko nim potrząsnąć. – Ze mną i z Padme.

O? Wspaniale!

- Mogę mieć blaster? – chłopiec zapytał z nadzieją.

Qui-Gon rozmasował podbródek. Wyraźnie się wahał.

- Uważam, że nie powinien mieć blastera, Mistrzu – rzucił Obi-Wan.

Anakin posłał mu rozżalone spojrzenie. Czy to zemsta za to, że wygadał się na temat hutteckiego?

- Nie patrz tak na mnie – wzdychając, Kenobi pokręcił głową. – To dla twojego dobra. Uwierz mi, lepiej ci będzie bez blastera. Po pierwsze, nie potrafisz go używać – widząc, że chłopiec otwiera usta, by zaprotestować, dodał: - A po drugie, droidy są zaprogramowane w taki sposób, by nie krzywdzić ludności cywilnej. Jeżeli nie będziesz niósł broni, zidentyfikują cię jako niegroźny obiekt, i nie będą do ciebie strzelać.

- Naprawdę? – Padme posłała młodemu mężczyźni pełne nadziei spojrzenie. – Skąd to wiesz?

- Gdy zniszczyłem wcześniej droida zwiadowcę, podłączyłem jego czip do R2 i przeskanowaliśmy dane. Wiedziałem, że niepokoisz się komunikatami, które wcześniej dostawaliśmy. Chciałem sprawdzić, na ile groźby o mordowaniu twoich ludzi są prawdziwe.

- A więc były… nieprawdziwe?

Na twarzy Królowej odbijały się radość i ulga. Tak bardzo troszczyła się o swoich poddanych! Anakin poczuł, że uwielbia ją przez to jeszcze bardziej.

- Federacja jedynie grała na twoich uczuciach, Pani – Obi-Wan posłał dziewczynie pokrzepiający uśmiech. – Zabijanie cywilów nie byłoby ze strony Wicekróla mądrym posunięciem. Gdyby zginęło choćby kilka osób, musiałby się potem tłumaczyć przed Senatem, i to nawet wtedy, gdyby zmusił cię do podpisania Paktu. Dokładnie to sprawdziłem. Nawet w przypadku zalegalizowanej okupacji, mordowanie ludności jest poważnym łamaniem Prawa Galaktycznego.

Anakinowi i Panace na moment opadły szczęki. Chłopiec był pewien, że Kapitan pomyślał właśnie o tym samym, co on:

Dokładność, z jaką Kenobi przykładał się do wykonywanej misji, była odrobinę przerażająca.

Qui-Gon również był pod wrażeniem.

- Dobra robota, Padawanie – posłał protegowanemu pełne dumy spojrzenie. – Jak zawsze, zresztą. O wiele łatwiej będzie nam walczyć ze świadomością, że ludziom nic nie grozi. Ani, Obi-Wan ma rację. Nie powinieneś mieć blastera.

- Ale…

Chłopiec już formował jęk protestu, lecz Obi-Wan wszedł mu w słowo.

- Będziesz miał Mistrza Qui-Gona – podkreślił, unosząc brew. – To dużo lepsza ochrona niż blaster.

- Możemy się wymienić, młody – puszczając naburmuszonemu dziecku oko, zaoferował Panaka. – Mistrz Jedi za broń.

- Myślałem, że chcesz iść obok mnie? – Kenobi posłał mu rozbawione spojrzenie.

- Bo chcę – Kapitan wzruszył ramionami. – Ale ty dostałeś zadanie pilnowania i tyłów i środka. To dość duży obszar, więc nie będziesz mógł poświęcić mi całej swojej uwagi.

Po tym stwierdzeniu obaj cicho parsknęli.

- Nie wymienię się! – krzyżując ramiona, zaanonsował Anakin.

- I słusznie – kładąc mu dłoń na barku, stwierdził uśmiechnięty Qui-Gon. – Zgodzę się na bycie prywatnym ochroniarzem ciebie i Jej Wysokości. Pozostali mogą trzymać mojego Padawana za rękę. Ale tylko za jedną! – podkreślił, unosząc palec wskazujący. – W drugiej musi mieć miecz świetlny.

Chłopiec zamrugał. Właściwie to kiedy atmosfera stała się taka… sprzyjająca dowcipom? Padme też to zauważyła.

- Czeka nas ważne zadanie – przemawiała z powagą, ale oczy miała błyszczące i pełne nadziei. – To, co zamierzamy zrobić, będzie niebezpieczne i bardzo ryzykowne. Musimy zdawać sobie sprawę z tego, o jak wielką walczymy stawkę… ale jednocześnie nie możemy pozwolić, by opanowały nas ponure myśli. Strach w niczym tutaj nie pomoże. Ufajmy sobie nawzajem i bądźmy pełni nadziei. Wierzę, że właśnie to utoruje nam drogę do sukcesu.

Anakin jeszcze nigdy nie gapił się na kogoś z takim zachwytem. Na nikogo i na nic. Nawet na najnowocześniejsze modele ścigaczy!

Qui-Gon posłał młodej władczyni pełne uznania spojrzenie.

- W tej chwili, Pani - z szacunkiem schylił przed nią głowę. – mówisz jak Jedi.

To był prawdopodobnie jeden z największych komplementów, jakie można było usłyszeć w galaktyce.

XXX

Padme miała rację – dowcipy i luźne rozmowy zmotywowały grupę lepiej niż zamartwianie się czyhającymi podczas misji niebezpieczeństwami. Kiedy operacja wreszcie się rozpoczęła, wszyscy byli spokojni i skoncentrowani. Również Anakin, chociaż nie miał nic do roboty.

Zresztą, szybko przestał narzekać na brak zadań. Ponieważ nie musiał robić niczego poza pilnowaniem się Qui-Gona, mógł uważnie obserwować całą grupę i być na bieżąco z tym, co się działo. Choć wiedział, że nie powinien na coś takiego liczyć, po cichu miał nadzieję, że zobaczy jakieś akcje z mieczem świetlnym jeszcze przed dostaniem się do miasta. Kilka droidów zwiadowczych, czy coś… Na pewno jakieś kręciły się po okolicy! Wszak planeta była w stanie okupacji.

Ale nie. Puszcza, przez którą się przedzierali, nie przyciągała żadnych wrogich jednostek. A kiedy ścieżka stała się kamienista, ludzie przestali się ich spodziewać.

- Tutaj na pewno nie natrafimy na blaszanych zabójców – jeden z żołnierzy powiedział do Qui-Gona. – Te ich mechaniczne nogi wpadają w szczeliny między głazami.

- A skutery?

- Drzewa rosną zbyt gęsto. Nawet droidy z wbudowanymi czujnikami kolizji nie dałyby rady wymanewrować.

Ja tam bym sobie poradził! – wypinając małą pierś, pomyślał Anakin.

Mistrz Jedi skinął mężczyźnie głową.

Zachęceni brakiem zagrożenia, żołnierze wyraźnie się rozluźnili i zewsząd zaczęły dobiegać fragmenty rozmów. Miła odmiana po kilku godzinach marszu w kompletnej ciszy! Również Padme wyglądała na zmęczoną przedłużającym się milczeniem.

- Ty i Obi-Wan już się pogodziliście? – z uśmiechem zagadała do Qui-Gona.

Natychmiast podchwyciła tym uwagę Anakina. Idący nieco z tyłu chłopiec chciał zrównać się z tą dziewczyną i z Mistrzem Jedi, ale ostatecznie postanowił zostać za ich plecami i posłuchać. Może, jeśli zapomną o jego obecności, będą rozmawiali bardziej swobodnie?

- A byliśmy pokłóceni? – Qui-Gon wyglądał na szczerze zdziwionego.

- Niektórzy członkowie naszej grupy trochę się o was martwili – z migoczącym w oczach rozbawieniem, Padme zerknęła przez ramię na Anakina.

Policzki mu poróżowiały. To tyle jeśli chodzi o dyskretne podsłuchiwanie.

- Zarówno ty, jak i… hm… grupa możecie być spokojni, Pani – Qui-Gon lekko zmrużył oczy. Jego otoczone zarostem usta ułożyły się w nostalgiczny uśmiech. – Ja i Obi-Wan zakończyliśmy etap poważnych kłótni, gdy on przekroczył magiczny wiek dziewiętnastu lat. Od tamtej pory miewamy tylko sprzeczki… no, może okazjonalne eksplozje charakterów, ale to nigdy nie trwa zbyt długo. Zresztą, wcale nie narzekam. Martwiłbym się, gdybyśmy zawsze byli zgodni. Lubię myśleć, że każda kolejna kłótnia nas do siebie zbliża… staje się jeszcze jedną nicią, która umacnia więź.

Anakin kompletnie zgłupiał. Jak kłótnie mogły „umacniać więź"?

- Czujecie się ze sobą bardzo swobodnie – zauważyła Padme. – Długo jesteś jego Mistrzem?

Qui-Gon zastanowił się chwilę.

- Dwanaście lat.

Dwanaście! – czując wbijający się w serce kolec zazdrości, pomyślał Anakin.

- Szmat czasu – szepnęła Królowa.

Ona i Qui-Gon patrzyli przed siebie i rozmawiali, zupełnie nie zwracając uwagi na chłopca, który wciąż przetwarzał znaczenie usłyszanej informacji. Dwanaście lat to strasznie długo… jeszcze dłużej niż ON żył pod opieką swojej mamy! Obi-Wan i Qui-Gon znali się, jeszcze zanim się urodził! To go trochę przytłaczało.

Nie trochę. Bardzo.

- Pamiętam czasy, gdy Obi-Wan był wzrostu Anakina – Mistrz Jedi powiedział do Padme. – A teraz jest mężczyzną. I nie mam na myśli tylko ciała. Myśli i zachowuje się jak mężczyzna. Jest gotowy, by udźwignąć całą odpowiedzialność, jaką zrzuci mu na barki świat dorosłych. To nie stało się nagle. Zacząłem widzieć w jego oczach gotowość już lata temu. Podobnie jak ty, Pani, mój Padawan zaczął kroczyć ścieżką dojrzałości dużo wcześniej niż inni. Szybko dorósł.

- Za szybko? – nieśmiało spytała Królowa.

Tym stwierdzeniem zasłużyła sobie na pełne uznania spojrzenie.

- Twoja bystrość nie przestaje mnie zadziwiać, Wasza Wysokość – Qui-Gon pokręcił głową. – Poświęcasz ludziom sporo uwagi i nie boisz się bronić własnych poglądów. Podobna śmiałość pomaga osiągnąć przewagę w wielu dyskusjach. Nawet takich toczonych z osobami starszymi wiekiem.

- Kolejna cecha wspólna z Obi-Wanem? Czyżby to on wygrał waszą wcześniejszą… sprzeczkę?

- W tej dyskusji nie było wygranych i przegranych – Twarz Mistrza Jedi pozostawała spokojna i zamyślona, ale w kącikach ust czaił się słaby uśmiech. – Po prostu nadszedł odpowiedni moment, by powiedzieć pewne rzeczy na głos. Obaj zdecydowanie zbyt długo z tym zwlekaliśmy. Wszyscy mamy rzeczy, których nie mówimy drugiej osobie, bo wydają się nam oczywiste. To błąd. Właśnie tym była moja wcześniejsza sprzeczka z Obi-Wanem. Naprawieniem błędu.

- Rozumiem – Padme lekko się uśmiechnęła.

- Jeśli z zewnątrz wyglądało to na poważną kłótnię, to proszę o wybaczenie. Podobne sprawy na ogół lepiej załatwiać w zaciszu własnego domu.

- Domyślam się, że zapytanie, o jakich „oczywistościach" dyskutowaliście, byłoby przekroczeniem granicy?

- Mogę jedynie zdradzić, że poruszyliśmy temat dorosłości mojego Padawana i jego gotowości do pewnych zadań. W tej sprawie przyznałem mu rację. Natomiast reszta to…

Chłopiec słuchał z najwyższą uwagą.

Reszta - ponaglał Mistrza w myślach. – Reszta…. co?

- Reszta to… nasza prywatna sprawa – Qui-Gon dokończył z tajemniczym uśmiechem.

Twarz Padme ułożyła się w wyraz zadowolenia, charakterystyczny dla osoby, która skończyła rozmowę bogatsza o kilka istotnych informacji. W przeciwieństwie do Anakina. On czuł, że nie dowiedział się absolutnie niczego.

No, poza tymi dwunastoma latami wspólnego życia Qui-Gona i Obi-Wana, które wciąż sprawiały, że czuł w klatce piersiowej nieprzyjemny ścisk.

A, i jeszcze to, że Obi-Wan był kiedyś jego wzrostu. Niby nic nadzwyczajnego – gdyby wziąć wszystko na logikę, to każdy był kiedyś dzieckiem, i każdy musiał kiedyś być wzrostu Anakina. Ale gdy się myślało, że tym kimś był Kenobi… nie, Anakin za nic nie potrafił wyobrazić sobie starszego kolegi jako małego smarka. I męczyła go myśl, że Qui-Gon kiedyś coś takiego widział.

Jak to było między nimi? – nieoczekiwanie zastanowił się chłopiec.

Czy Obi-Wan również był dzieckiem znalezionym przez Mistrza Jinna na jakiejś planecie? Czy Qui-Gon dostrzegł w nim coś wyjątkowego, tak jak w Anakinie? Co zapoczątkowało znajomość, która trwała od dwunastu lat i przeistoczyła się w więź równie silną co między członkami rodziny?

Chłopiec chciał o to zapytać, ale nie zdążył, gdyż właśnie weszli na wyjątkowo wąską, biegnącą tuż obok rzeki, ścieżkę. Była to jedna z tych tras, które kazały srogo płacić za choćby jeden nieuważny krok. Ludzie szybko zaprzestali rozmów i skoncentrowali całą uwagę na ostrożnym marszu, jeden za drugim.

Biegnące w górę kamienne schodki stawały się coraz bardziej strome, dobiegający z prawej strony huk wody – coraz głośniejszy. Gdy na ramię i policzek Anakina spadło kilka kropel, chłopiec zaryzykował szybki rzut okiem na rzekę. Zamiast niej zobaczył wodospad. I przepaść. Nie mógł się zdecydować, czy jest oczarowany widokiem, czy przerażony upadkiem z tak dużej wysokości.

Jego czoło pacnęło plecy Qui-Gona. Mało brakowało, a poleciałby w dół.

- Nie zatrzymuj się tak nagle! – usłyszał za sobą karcący głos.

- Bądź ostrożny, Ani – Mistrz Jedi obrócił głowę i posłał mu karcące spojrzenie.

Chłopiec zaczerwienił się. Właśnie zdecydował, że w rozbijającej się o ostre skały wodzie nie było nic zachwycającego.

- Jeszcze tylko trochę! – zawołała prowadząca grupę Padme. – Za chwilę wejdziemy do tunelu. Tam będzie dużo bezpieczniej i…

Nie dokończyła. Przeszkodził jej okrzyk, który dobiegł gdzieś zza pleców Anakina. Najpierw pojedynczy – ale wkrótce wsparty kilkoma innymi spanikowanymi głosami. Wszystko wydarzyło się bardzo szybko!

Jeden z żołnierzy potknął się i poleciał do tyłu. Kiedy koziołkował po kamienistych schodkach, zgarnął po drodze czterech swoich kolegów, a potem wszyscy pięcioro spadli w przepaść, ku spienionej wodzie, prosto na naostrzone czubki głazów, na pewną śmierć i… i… wcale nie zginęli. Zawiśli w powietrzu!

Anakin wytrzeszczył oczy. Nie od razu zrozumiał, co się stało. Podobnie jak pozostałe osoby na ścieżce, kręcące głowami na wszystkie strony, potrzebował chwili, by dostrzec wyciągnięte przed siebie dłonie Qui-Gona.

Mistrz Jedi użył Mocy, by ocalić pięciu mężczyzn przed śmiercią. I, najwyraźniej, kosztowało go to sporo wysiłku – czoło miał zmarszczone, a skroń naznaczoną kilkoma kroplami potu. Palce mu drżały jak u lalkarza, który z trudem utrzymywał zawieszone na niewidzialnych niciach kukiełki.

- Ani – otoczone zarostem usta wydały przeciągły syk.

Chłopiec odruchowo drgnął.

- Przyprowadź tu Obi-Wana – wystękał Qui-Gon.

Anakin nie był w stanie się ruszyć – podobnie jak reszta, stał z szeroko otwartymi ustami, nie mogąc oderwać wzroku od rozgrywającej się sceny. Pięciu mężczyzn utrzymywanych w powietrzu przez jednego człowieka. Przerażające i niesamowite!

- Szybko! – ponaglił Jedi.

To wreszcie sprowadziło chłopca na ziemię. Uważając, by samemu nie polecieć w przepaść, Anakin potruchtał w dół. Żołnierze przylgnęli plecami do kamiennej ściany, robiąc mu przejście. Wiążąca się z powierzonym zadaniem odpowiedzialność sprawiała, że serce biło mu jak oszalałe.

Okazało się jednak, że niepotrzebne się fatygował. Jakimś sposobem – być może za sprawą telepatii Jedi – Obi-Wan sam wyczuł, że jego nauczyciel go potrzebuje. Wyłonił się zza zakrętu, mijając się z Anakinem w połowie drogi. Biegł jak sarna, tuż nad krawędzią przepaści, przeskakując po dwa głazy naraz, odbijając się brązowymi kozakami od miejsc, w których nikt inny nie ośmieliłby się postawić nogi z obawy przed spadnięciem w dół. Dzięki temu mógł bez problemu omijać stłoczonych na ścieżce żołnierzy, jeszcze zanim uskoczyli mu z drogi, tak jak Anakinowi. Brązowy płaszcz powiewał nieco z tyłu, ukazując otulone jasnymi spodniami muskularne nogi. Obi-Wan poruszał się szybko, zwinnie i bez wahania. Oczy miał błyszczące, skupione na celu i całkowicie pozbawione strachu.

Znalazł się przy Qui-Gonie tak szybko, że chłopiec i pozostali nawet nie zdążyli porządnie napatrzeć się na jego widowiskowy sprint.

- Jestem, Mistrzu! – zaanonsował, wyciągając dłonie.

Część napięcia na twarzy starszego z Jedi zostało zastąpione przez ulgę.

Mogłoby się wydawać, że Mistrz i jego Padawan zaczną zaraz zasypywać się instrukcjami w stylu „skoncentrujmy się" albo „postawmy ich na tamtej skale". Ale nie. Qui-Gon i Obi-Wan działali w kompletnym milczeniu - a Anakin jakimś sposobem zrozumiał, że zwyczajnie nie potrzebowali słów.

Mieli połączone umysły. Byli dwoma różnymi osobami, ale w tej chwili stanowili jedną całość. Chłopiec niemal mógł zobaczyć przemykające między ich głowami myśli i uczucia. Na twarzy każdego z Jedi odbijał się umiarkowany wysiłek – wiedzieli, że muszą być maksymalnie skupieni, wiedzieli, że minimalny błąd będzie oznaczał porażkę, a mimo to nie martwili się, bo dawali sobie nawzajem oparcie.

„Uda mi się, ponieważ ON jest ze mną" – podobny przekaz był widoczny zarówno w oczach Qui-Gona jak i Obi-Wana.

Pięciu zawieszonych nad wodą mężczyzn nagle uniosło się trochę bardziej do góry. Powolutku, jak piasek przesuwany przez pustynny wiatr, poszybowali w stronę rozciągającej się przy brzegu łączki. Ręce i nogi mieli szeroko rozłożone, jak u spadochroniarzy – cały czas zachowując pozycję, w jakiej wcześniej spadali w dół. Żaden z nich nic nie mówił. Albo byli zbyt sparaliżowani przez strach, albo nie chcieli burzyć koncentracji wybawicieli.

Jeszcze tylko kilka metrów!

Qui-Gon i Obi-Wan zmarszczyli nosy w lekkim grymasie. Jeżeli Moc miała silnik, to wyglądało na to, że sięgali właśnie po resztki paliwa.

Ostatnie cztery sekundy przenoszenia lewitujących mężczyzn zdawały się trwać wieczność. Kiedy pięć ciał wreszcie wylądowało na miękkiej trawie, dwaj Jedi z ulgą wypuścili powietrze. Qui-Gon zgiął się w pół i oparł dłonie na udach. Obi-Wan zdołał utrzymać wyprostowaną pozycję, ale trzęsące się palce wskazywało na to, że i on był wyczerpany. Zewsząd rozległy się oklaski i okrzyki zachwytu.

- Podziękujcie Jedi, panowie – Panaka pomógł jednemu z pechowych żołnierzy podnieść się z trawy.

- Podziękowania nie są potrzebne – z głosem, w którym pobrzmiewały resztki zmęczenia, oświadczył Kenobi. – Nie chcemy, by droidy nas usłyszały.

- Idź przodem, Pani – wycierając pot z czoła, Qui-Gon rzucił do Padme. – Ja i mój Padawan zaczekamy na piątkę, która się poślizgnęła. Ani, pomożesz Kapitanowi Panace?

Zadowolony, że może się do czegoś przydać, chłopiec zbiegł po schodkach w dół. Na szczęście nikt nie był poważnie ranny – a przynajmniej nie na tyle, by musiał zrezygnować z misji. Aczkolwiek, postawienie oszołomionych żołnierzy na nogi zajmowało sporo czasu. Świadomość, że znaleźli się o włos od śmierci, wyraźnie nimi wstrząsnęła. Panaka był rozdarty pomiędzy chęcią dania im solidnego ochrzanu, przywołania ich do porządku słowami „weźcie się w garść" i przyłączenia się do stłumionych szeptów zachwytu odnośnie umiejętności Jedi.

Anakin, ze swojej strony, nie miał żadnych dylematów – bez skrupułów wychwalał Qui-Gona i Obi-Wana. I, w sumie, chyba dobrze zrobił, bo swoimi entuzjastycznymi komentarzami odwrócił uwagę od minionego incydentu i pomógł postawić roztrzęsionych żołnierzy na duchu. Panaka był mu za to wdzięczny. Kiedy jako tako ogarnął swoich ludzi, dziarsko poklepał chłopca po ramieniu i poprosił o zameldowanie Jedi, że potrzebne będzie kilka minut postoju, by zabandażować paru osobom nadgarstki.

Anakin w podskokach ruszył na górę. Oprócz Qui-Gona i Obi-Wana wszyscy weszli już do tunelu, więc ścieżka była wyludniona. Dwaj Jedi tkwili obok wejścia do ciemnej pieczary, pogrążeni w rozmowie.

Obi-Wan opierał plecy o skalistą ścianę. Jedną nogę miał wyprostowaną, a drugą zgiętą. Nonszalancko kołysząc się do przodu i do tyłu na stojącym na ziemi pojedynczym kozaku. Skrzyżowane ramiona tkwiły pochowane w rękawach płaszcza. Błękitne oczy intensywnie wpatrywały się w Qui-Gona.

Wchodzenie komuś w środek zdania byłoby nietaktowne, więc Anakin postanowił poczekać na właściwy moment, by znać o swojej obecności. A poza tym… ciekawiło go, o czym ci dwaj rozmawiają, patrząc na siebie w taki sposób.

Mieli podobne spojrzenia, gdy wcześniej podejrzał ich w lesie. Gdy Qui-Gon przyciskał swoje starsze, bardziej pomarszczone czoło do młodego czoła protegowanego.

- Pięciu dorosłych mężczyzn, Mistrzu – Obi-Wan wydał cichy gwizd uznania. – A po przygodach na Mandalore wydawało mi się, że twój limit to trzech.

- Trzech czy pięciu, mogę ich utrzymać tylko przez moment – Qui-Gon położył dłoń na skale, tuż obok głowy młodszego mężczyzny. – Bez twojej pomocy nikogo bym nie uratował.

- Mimo wszystko… - Choć twarz Mistrza znajdowała się tak blisko jego własnej, Kenobi nie wyglądał na zmieszanego. Wargi miał ułożone w spokojną linię, lecz błysk w oczach zdradzał gigantyczne pokłady uwielbienia dla nauczyciela. – Wszystkie te komentarze o twoim rzekomym „starzeniu się" jakoś mnie nie przekonują. Gdy w grę wchodzi korzystanie z Mocy, dojrzewasz jak dobre wino, Mistrzu.

- No cóż, mój młody Padawanie… Jedi uczą się przez całe życie!

Qui-Gon zaśmiał się pod nosem. Anakin nie był pewien, czy to tylko gra światła, ale przez moment wydawało mu się, że widzi na policzkach starszego z mężczyzn rumieniec.

Oczy Mistrza spoważniały, a jego wolna dłoń schwyciła cieniutki warkoczyk Obi-Wana. Kciuk i palec wskazujący delikatnie potarły miejsce, gdzie kosmyki włosów były związane rzemykiem.

- To miłe, że po dwunastu latach wspólnego treningu nadal mogę ci czymś zaimponować - Qui-Gon szepnął, patrząc na ucznia spod pół-przymkniętych powiek.

Miał w spojrzeniu czułość, ale też cień smutku. I nagle do Anakina dotarło, o czym Qui-Gonmyślał… i dlaczego dotykał teraz warkoczyka Obi-Wana. Ten warkoczyk – jak wcześniej wyjaśniono chłopcu – wskazywał na status Padawana Jedi. A gdy się go zetnie…

Obi-Wan przestanie być jego uczniem – uświadomił sobie Anakin.

Właśnie o tym Qui-Gon myślał i było mu z tego powodu przykro. Choć jeszcze niedawno wyraził chęć trenowania nowego ucznia, najwyraźniej część jego nie chciała rozstać się z Obi-Wanem. Co tam oklaski publiczności albo zachwyt Anakina! To nie one, lecz komplement Obi-Wana… miłe słowo od kogoś, kogo znał dwanaście lat, sprawiło, że miał oczy najszczęśliwszego człowieka na świecie.

Zresztą, nie tylko on.

- Cieszę się, że zostanę samodzielnym Jedi - ze spojrzeniem, z którego nie znikał zachwyt, wyznał Kenobi – ale podnoszenie przedmiotów we dwóch zawsze pozostanie moim ulubionym uczuciem.

- W tym przypadku ludzi, Padawanie – uprzejmie poprawił Qui-Gon.

- Racja. Ludzi.

- Ale masz rację. To również moje ulubione uczucie.

Puścił cienki warkoczyk i odsunął się od protegowanego… ale to nie wystarczyło, by Anakin odsunął od siebie smutne myśli.

Znowu „nakręcał się na negatywy" – doskonale to rozumiał. Rozumiał też, że zapewne zostałby zrugany przez Qui-Gona, gdyby Qui-Gon poznał zawartość jego głowy. A mimo to nie potrafił przestać się zamartwiać.

To, co usłyszał, tylko upewniło go w tym, co podejrzewał już wtedy, gdy obserwował dwóch Jedi rozmawiających w lesie.

Qui-Gon i Obi-Wan patrzyli na siebie tak, jak nikt nigdy nie patrzył na Anakina. I nie przestaną tak na siebie patrzeć, nawet gdy Anakin zostanie nowym Padawanem Qui-Gona. Mając tego świadomość Anakin… nie był pewien, czy nadal chce być Padawanem Qui-Gona. Czy w ogóle chce być czyimkolwiek Padawanem!

Czuł, że mimo całej uwagi i troski, jaką mu poświęcono, nigdy nie doczeka się ze strony Qui-Gona tak czułego spojrzenia, jakie teraz było kierowane do Obi-Wana.

Bał się, że nawet jeśli zostanie wybrany przez jakiegoś innego Mistrza, ten człowiek też nie zbuduje z nim tak niesamowitej więzi jak ta, na którą teraz patrzył.

Jak się buduje więź? – zastanowił się już któryś z kolei raz. – Jak to się robi?

- Ani – usłyszał łagodny głos Qui-Gon.

Dwaj mężczyźni właśnie zdali sobie sprawy z jego obecności i posyłali mu cierpliwe spojrzenia.

- Jak tam pechowi żołnierze?

Chłopiec otworzył usta, ale odpowiedź wyszła mu zza pleców, zanim zdążył ją wypowiedzieć.

- Było parę siniaków – oświadczył kroczący na czele niewielkiego oddziału Panaka – ale wszyscy są cali.

Poturbowani mężczyźni podziękowali Jedi za pomoc.

- Nawet najlepszym zdarzają się potknięcia – Qui-Gon dotknął ramienia najbliższego żołnierza, wprowadzając go do tunelu. – Mogę zobaczyć tę ranę? Chyba będę mógł coś na nią poradzić. Dzięki Mocy jestem w stanie…

Dalsza część wypowiedzi znikła w ciemnościach razem z Mistrzem Jedi. Obi-Wan stał obok jamy, cierpliwie czekając, aż wszyscy wejdą do środka.

- W porządku? – zagaił, widząc, że Anakin nadal tkwi w tym samym miejscu.

- Tak, tylko…

- Tylko?

Chłopiec zagryzł dolną wargę. Nie miał odwagi otwarcie przyznać, co go dręczyło.

- Pewnie trzeba dużo ćwiczyć, by podnosić tak wielu ludzi – wymamrotał, bawiąc się skrajem bluzy.

Ku jego zdziwieniu, Obi-Wan łagodnie się uśmiechnął.

- Nie martw się. Mistrz Qui-Gon jest bardzo dobrym nauczycielem. Ani się obejrzysz, a będziesz tak dobry, jak on.

Anakin nie od razu zareagował. Przez moment stał w bezruchu i z miną nieufnego zwierzątka obserwował starszego kolegę. Lecz kiedy przyjrzał się niebieskim oczom i zdał sobie sprawę, że są ciepłe i szczere, nie mógł się powstrzymać i energicznie przytaknął.

Rozpogodził się jeszcze bardziej, gdy wchodził do tunelu, i poczuł, że Obi-Wan delikatnie kładzie mu dłoń na plecach, by lekko popchnąć go do środka. Poznał już Kenobiego na tyle, by wiedzieć, że zainicjonowane kontaktu fizycznego – nawet tak krótkiego i nieznaczącego – świadczyło z jego strony o pewnym poziomie sympatii. I akceptacji.

Anakin może i nadal nie uwolnił się od obaw, ale świadomość, że obecny (a wkrótce zapewne były) Padawan Qui-Gona zaakceptował go jako przyszłego ucznia swojego Mistrza, znacznie podniosła go na duchu. To już coś. Myśl niosąca obietnicę lepszej przyszłości!

Nie wiedział, co się wydarzy, ale miał przeczucie, że wszystko będzie dobrze.