Człowiek Czynu
Rozdział 5 – Ostatnia prośba Qui-Gona
Kilka dni wcześniej
- Anakin Skywalker… Oto Obi-Wan Kenobi.
Kiedy zobaczył wskakującego na rampę Qui-Gona, chłopiec nie spodziewał się, że ktokolwiek poza nim wybiegnie z kabiny pilotów, by sprawdzić, czy Mistrzowi Jedi nic się nie stało. Jakież było jego zdziwienie, gdy został wyprzedzony przez postać z krótkimi włosami. Tajemniczy osobnik wydawał się dobrze znać Qui-Gona, a także martwić się o niego w takim samym stopniu jak Anakin.
A więc nazywał się Obi-Wan. Obi-Wan Kenobi.
- Cześć!
Chłopiec odwrócił się młodego mężczyzny i wyciągnął do niego rączkę. Wcześniej za nic by się na coś takiego nie ośmielił - dzieci jego pokroju na ogół nie podawały dłoni osobom, którym sięgały do pasa - jednak teraz zrobił to, jakby to był naturalny odruch. Coś w Obi-Wanie go do tego zachęciło. Przez to, że kucał, i że martwił się o Qui-Gona, ten człowiek nie wydawał się tak wysoki i straszny jak inni dorośli.
Nie zignorował też wyciągniętej dziecięcej rączki, ale wygrzebał spod brązowego rękawa swoją własną dłoń i pozwolił na powitalny uścisk. Dopiero wtedy zaciekawione oczy chłopca zaczęły wyłapywać pewne istotne szczegóły. Długi brązowy płaszcz. Biała tunika. Skórzany pasek, do którego przyczepiony był… Zaraz, przecież to miecz świetlny!
- Ty też jesteś Jedi?! – wyrzucił z siebie Anakin. - Miło mi cię poznać!
Jego entuzjastyczny okrzyk wydawał się nieco zapeszyć Obi-Wana. Kenobi taktownie wyszarpnął dłoń z uścisku, schował ją z powrotem w rękawie i posłał Qui-Gonowi wymowne spojrzenie. Starszy z mężczyzn odpowiedział westchnieniem, które zdawało się mówić: „na mnie nie patrz, ja nic nie zrobiłem". W jego oczach migotało rozbawienie.
Nie zastanawiając się, czy przypadkiem nie zachowuje się niegrzecznie, Anakin wciąż perfidnie gapił się na najnowsze źródło swojej fascynacji.
Raju… Jedi! Prawdziwy Jedi! Ubrany w prawdziwą tunikę Jedi, z prawdziwym mieczem świetlnym przy pasie! Miał gładką, pozbawioną zmarszczek twarz, oraz błękitne oczy, w których bystrość mieszała się z młodzieńczym wigorem.
Co prawda Anakin poznał już jednego Jedi, ale to było co innego!
Qui-Gon, ze swoją brodą i zmarszczkami wokół ciepłych oczu, roztaczał wokół siebie aurę mędrca – takiego, który godzinami medytuje pod drzewem i cierpliwie objaśnia zgromadzonym wokół dzieciom prawa rządzące wszechświatem. Zaś Obi-Wan wyglądał na kogoś, kto mógłby wejść do najniebezpieczniejszego baru w Mos Espa i wyjść stamtąd bez jednego zadrapania. Miał młode i sprężyste kończyny, sugerujące zdolność do wyczynów, na które ciała mężczyzn po pięćdziesiątce już nie mogły sobie pozwolić. Ciekawe, czy potrafił zrobić salto? Może pokazałby, gdyby Anakin go poprosił…?
Póki co wydawał się kompletnie niezainteresowany obecnym w pomieszczeniu dzieckiem. Jego uwaga była skupiona na Qui-Gonie.
- Masz jakieś siniaki? – prostując się, posłał drugiemu mężczyźnie zatroskane spojrzenie.
Starszy z Jedi skinął głową.
- Trochę się poobijałem.
- Przyniosę ci krem z bacty.
Obi-Wan zrobił krok w stronę wyjścia.
- Umm… - Anakin zagaił, łapiąc go za rękaw.
- Co? – odpowiedziało mu obojętne spojrzenie i nieznacznie uniesienie brwi. – Tobie też przynieść bactę?
Spłoszony, chłopiec puścił brązowy materiał i energicznie potrząsnął głową. Obserwujący to Qui-Gon pozwolił sobie na dyskretny chichot.
Ledwo płaszcz Obi-Wana zniknął za drzwiami, Anakin doskoczył do siedzącego na podłodze mężczyzny i zasypał go gradem pytań.
- To twój przyjaciel? Długo go znasz? Ile on ma lat? Skoro też jest Jedi, to dlaczego nie był z tobą w Mos Espa? Skąd on jest? Czemu ma świński ogonek? To jakaś tradycja z jego planety?
Qui-Gon zamrugał.
- Świński ogonek? – powtórzył zdumiony tonem.
- No… ten śmieszny warkoczyk – szybciutko sprostował chłopiec.
Zdziwił się, gdy z ust Mistrza Jedi wyszło ciche parsknięcie.
- Ani – Qui-Gon miał na twarzy ten charakterystyczny uśmiech dorosłego, który zamierzał wytłumaczyć dziecku, dlaczego nie należy wkładać ręki do gniazda pełnego szerszeni. – W obecności Obi-Wana lepiej nie nazywaj tego warkoczyka „świńskim ogonkiem". I żeby cię broń boże nie kusiło, by za niego szarpać. Tylko ja mogę to robić, nie ryzykując przy tym utratą ręki. Rozumiemy się?
- Okej, zapamiętam – chłopiec przełknął ślinę.
- I, nie, noszenie takiego warkoczyka nie jest związane z żadną planetą. To tradycja Jedi.
- Jedi?
Qui-Gon skinął głową.
- Warkoczyk jest jak łańcuch przywiązujący nas do drugiej osoby – wyjaśnił cierpliwie. – Do Mistrza, który nas prowadzi.
- Mistrza czyli… Pana? – z niepokojem spytał Anakin.
Nie znosił łańcuchów. Kojarzyły mu się z wystawianymi na sprzedaż niewolnikami.
- Och, nie, Ani, w żadnym razie! – uspokajająco unosząc ręce, Qui-Gon wyprowadził go z błędu. – Nie miałem na myśli tego typu więzi. Przepraszam, z tym łańcuchem chyba popełniłem gafę. Powinienem użyć innego słowa. Może na przykład… hm… pępowina?
- Pępowina?!
- Ech, wybacz. To trochę niesmaczne, prawda?
Anakin nie miał bladego pojęcia, czym była ta cała „pępowina", więc jedynie wzruszył ramionami.
- Coś nie jestem dzisiaj w formie, jeśli chodzi o porównania – z miną zmęczonego człowieka, Qui-Gon rozmasował skroń. – Kiedy Mistrz Yoda mówi o łańcuchu albo o pępowinie, brzmi to zdecydowanie lepiej i… ach, już mniejsza o to. Spróbujemy inaczej.
Stękając, Mistrz Jedi oderwał łokcie od podłogi. Siedział teraz przed małym rozmówcą, opierając nadgarstki na skrzyżowanych kostkach nóg. Wyglądał, jakby przymierzał się do opowiedzenia jakiejś historii. Anakin wbił w niego zaintrygowany wzrok.
- Kiedy byłem chłopcem, niewiele starszym od ciebie - Qui-Gon zaczął, nostalgicznie wpatrując się w palce swoich dłoni – przyszedł czas, bym rozpoczął szkolenie pod okiem osobistego nauczyciela. Mój Mistrz wybrał mnie spośród wielu innych dzieci i przysiągł uczyć mnie tajników Mocy. Przypieczętowaliśmy tę obietnicę warkoczykiem, który, zgodnie z tradycją, nosiłem od tamtej pory na moim prawym ramieniu. Wówczas oficjalnie zostałem Padawanem Jedi.
- Co to jest Padawan?
- Uczeń. Protegowany. Te słowa mogą być zamiennikami, lecz tak naprawdę bycie Padawanem oznacza znacznie więcej. Zanim zostajesz wybrany przez Mistrza, uczysz się w Świątyni pod okiem wielu nauczycieli i dla każdego z nich jesteś tylko jednym z wielu uczniów. Ale kiedy otrzymujesz tytuł Padawana, wszystko się zmienia. Ty i twój Mistrz zaczynacie wspólnie podróżować po Galaktyce. Jesteście wysyłani na Misje, z czego niektóre potrafią być bardzo niebezpieczne… A nauka polega nie tylko na tym, by lepiej władać mieczem świetlnym i podnosić coraz cięższe przedmioty. To nauka podejmowania decyzji, ufania sobie nawzajem… Mistrz i Padawan często narażają dla siebie nawzajem życie, dlatego tworzy się między nimi niezwykła więź.
- Raju… - Anakin był oczarowany. Wpatrywał się w Mistrza Jedi oczami błyszczącymi z zachwytu. – Czyli to coś jak… rodzina?
- Tak, poniekąd – Qui-Gon łagodnie się uśmiechnął. – Kiedy zostajesz wybrany na Padawana, Mistrz staje się dla ciebie najbliższą osobą w Zakonie. To ktoś, kogo traktuje się czasem jak ojca, czasem jak brata, a czasem jak najdroższego przyjaciela. W miarę upływu lat ta relacja ulega wielu przeobrażeniom i dla każdego wygląda inaczej. Aż wreszcie przychodzi czas… - mężczyzna nieco spochmurniał – żeby się usamodzielnić.
Chłopiec posłał mu pytające spojrzenie.
- Choć uwielbiałem mojego Mistrza, wiedziałem, że kiedyś będę musiał zakończyć naukę pod jego okiem i zacząć kroczyć własną ścieżką – cichym głosem wyjaśnił Jedi. – Doczekałem się tego dnia, gdy skończyłem dwadzieścia trzy lata. Mój Mistrz zdecydował, że jestem już gotowy i zarekomendował mnie do Prób. To seria bardzo trudnych testów, które trzeba zdać, by zostać uznanym pełnoprawnym Jedi. Kiedy je przeszedłem, na znak niezależności ścięto mój warkoczyk. Pozwolono mi też zapuścić włosy i brodę. Nawet nie wiesz, jaka to była dla mnie ulga, Ani… obcięty na jeżyka wyglądałem fatalnie!
Żart nie spełnił swojego zadania i Anakin nie roześmiał się. Zamiast tego posłał rozmówcy smutne spojrzenie.
- Nie było ci przykro z powodu warkoczyka? Skoro ci go ścięli, to… Czy to znaczy, że ty i twój Mistrz przestaliście być rodziną?
Qui-Gon odwrócił wzrok, zastanawiając się nad odpowiedzią. Kiedy z powrotem spojrzał na chłopca, w jego oczach nie było żalu, a jedynie lekka nostalgia.
- Kiedy zostałem Rycerzem Jedi, zdystansowałem się do dawnego nauczyciela. Ale nie zawsze tak jest. Każdy człowiek jest inny, Ani. Niektórzy traktują Mistrzów jak członków rodziny długo po tym, gdy przejdą Próby. Nie wyobrażam sobie, by Obi-Wan był w stanie kiedykolwiek zdystansować się do swojego Mistrza – dokończył z czułym uśmiechem.
- Do swojego Mistrza… Czyli do kogo? – Anakin zmarszczył brwi.
Uśmiech Qui-Gona stał się jeszcze szerszy.
- Do mnie, Ani.
- Ty jesteś jego Mistrzem?!
- Cóż… tak – Mistrz Jedi zaśmiał się. Zdumienie małego rozmówcy najwyraźniej wydało mu się urocze. – Kiedy był jeszcze chłopcem, wybrałem go na mojego Padawana. Od tamtej pory zacząłem stopniowo przekazywać mu całą wiedzę, jaką posiadam. Pomagałem mu wzmacniać jego ciało, trenowałem jego umysł, pokazywałem mu świat, z czasem dając mu coraz więcej wolności i pozwalając mu podejmować samodzielne decyzje. Kiedy mnie potrzebował, byłem dla niego oparciem… a gdy stał się dostatecznie silny, pozwoliłem, by i on został oparciem dla mnie. Przez lata obserwowałem, jak coraz bardziej otwiera się na Moc, jak staje się mężczyzną. Wyrósł na Jedi, z którego jestem niewyobrażalnie dumny… Na partnera, do którego mam kompletne zaufanie.
Anakin słuchał tego wszystkiego z taką samą mieszanką zazdrości i zachwytu, jaką czuł będąc niewolnikiem Gardullem, gdy stał u boku swojego pana w loży honorowej i zaciskając maleńkie rączki na balustradzie, pierwszy raz oglądał superszybkie wyścigi. Zarówno wtedy jak i teraz przeżył olśnienie – zrozumiał, że tego właśnie pragnie!
Ścigać się z najlepszymi. Pokonywać ich. Czuć ten sam dreszczyk adrenaliny, co oni.
Być czyimś Padawanem. Trenować pod czyimś okiem dokładnie w taki sposób, jak opisał mu Qui-Gon.
- Jak mogę wybrać sobie Mistrza? – zapytał.
Długowłosy mężczyzna posłał mu przepraszające spojrzenie.
- Nie słuchałeś z dostateczną uwagą, Ani – łagodnym tonem upomniał chłopca. – To Mistrz wybiera sobie ucznia. Nie na odwrót. Tak było od zawsze.
Anakin wzdrygnął się. Podobny stan rzeczy wydawał mu się okropnie niesprawiedliwy.
- Ale dlaczego? – wymamrotał, gniewnie marszcząc czółko. – Czemu mnie nie wolno wybrać?
Uczucie bycia wybieranym poznał już od najmłodszych lat. Podobnie jak pragnienie zostania zauważonym przez kogoś miłego, o dobrym sercu. Wiele razy myślał sobie, że skoro nie może mieć wymarzonej wolności, to chciałby chociaż należeć do wyrozumiałego właściciela. I bardzo szybko przekonał się, jak niewielkie ma na to szanse.
Tak niepokornego dzieciaka jak on wybierali tylko najgorsi dranie. Tacy jak Gardulla czy Watto. Wybierali go, bo chcieli go wykorzystać, zrobić z niego swoje narzędzie. I, oczywiście, odpowiednio go „ustawić", by przestał się buntować i zachowywał się tak, jak przystało na dobrego niewolnika.
Nie wierzył, że mógłby być wybranym przez kogoś dobrego. Jeśli już, wolał sam wybierać.
Qui-Gon jakimś sposobem odgadł, co działo się w jego głowie.
- Gdyby mali chłopcy mieli prawo wyboru, to bez wahania wskazywaliby tych, którzy są dla nich mili – zaczął cierpliwie tłumaczyć. – Kiedy jesteśmy spragnionymi miłości dziećmi, wydaje nam się, że to tego najbardziej potrzebujemy. Problem w tym, że posiadanie pobłażliwego nauczyciela nikomu nie wyszło na dobre, Ani. Dlatego to Mistrz wybiera ucznia… i zapewniam cię, że NIE jest to w żaden sposób podobne do wybierania sługi na targu.
Zdumiony, że tak łatwo został rozszyfrowany, Anakin wytrzeszczył oczy. Kącik ust Mistrza Jedi nieznacznie uniósł się do góry.
- Może ci się to wydać nieprawdopodobne - szepnął Qui-Gon – ale Padawan nie jest własnością swojego Mistrza. Przeciwnie. To Mistrz należy do niego.
- Naprawdę?!
- Tak, Ani, naprawdę. Wybór Padawana nie jest decyzją, którą podejmuje się „ot tak sobie". Wybierając kogoś na ucznia, musimy być gotowi oddać mu całego siebie. Powierzamy tej osobie swoją wiedzę, mając świadomość, że ten ktoś może kiedyś stać się silniejszy od nas. To najbardziej nieegoistyczny akt, jaki może być. Rozumiesz?
Chłopiec niepewnie pokiwał głową. Mistrz Jedi mówił dalej:
- W relacji, którą mam z Obi-Wanem, to ja wydaję polecenia. Jestem osobą, która rządzi, osobą, która ma ostatnie słowo we wszystkich dyskusjach. Ale moja rola nie polega na braniu, lecz na dawaniu. Stając się czyimś Mistrzem, wziąłem na swoje barki wielką odpowiedzialność. Zobowiązałem się do podejmowania decyzji, które byłyby dobre dla drugiej osoby, nie dla mnie. Wybierając ucznia, Mistrz nie zastanawia się nad tym, co może z tego mieć. Zamiast tego zastanawia się, które dziecko w jego mniemaniu zasługuje na to, by zaofiarować mu samego siebie… by podarować mu swoją mądrość i życie. Bezinteresownie. Nie oczekując niczego w zamian.
To rzeczywiście nie brzmiało jak wybieranie niewolnika. Prawdę mówiąc brzmiało… cudownie.
- Czemu wybrałeś właśnie Obi-Wana? – Anakin zadał to pytanie bardzo cicho, jakby prosił o zdradzenie ważnego sekretu. – Skąd wiedziałeś, że to właśnie on jest… dla ciebie? A gdybyś się pomylił?
- W takich sprawach Mistrzowie rzadko się mylą, Ani
I znowu to samo. Qui-Gon znowu pokazał małemu rozmówcy niewiarygodnie czuły, nieco zamyślony uśmiech.
- Ale w jaki sposób go wybrałeś? – nie ustępował chłopiec. – Co ci się w nim spodobało?
Miał cichą nadzieję, że Mistrz Jedi wymieni jakieś konkretne cechy. Wówczas Anakin mógłby nieco „popracować" nad swoim własnym charakterkiem, by wyglądać na możliwie najlepszego kandydata. Brzmiało to trochę jak oszukiwanie, ale był zbyt zdesperowany, żeby się przejmować. Jeżeli były jakieś kryteria, na podstawie których Jedi wybierali uczniów, to musiał je poznać!
Ku jego zdumieniu, Qui-Gon zaśmiał się pod nosem.
- Spodobały mi się jego oczy.
Co? Oczy?!
Chłopiec kompletnie zgłupiał. Odczuł też irracjonalną potrzebę, by poszukać lustra i sprawdzić, jak wyglądały jego własne oczy.
- Choć to akurat nie miało aż takiego znaczenia – Mistrz Jedi dodał po chwili. – Moc mi go wskazała, Ani.
No świetnie. Jeszcze lepsza wskazówka!
Widząc naburmuszenie na twarzy małego rozmówcy, Qui-Gon położył mu dłoń na ramieniu.
- Wiem, że na razie to brzmi bez sensu, ale… pewnego dnia zrozumiesz, Ani. Gwarantuję ci to.
Obecnie
Jeśli Kanclerz się nie pomylił, to Padawan Qui-Gona Jinna miał wkrótce zostać uznanym za pełnoprawnego Rycerza Jedi.
Zaś Qui-Gon Jinn wybrał tego człowieka… swojego własnego ucznia na nauczyciela dla Anakina.
Pierwszym odruchem chłopca po usłyszeniu tych rewelacji było przypomnienie sobie rozmowy z Qui-Gonem podczas odlatywania z Tatooine. To, a także… szczęście.
Będzie miał warkoczyk, uświadomił sobie z bijącym nienaturalnie szybko serduszkiem. Będzie miał swój własny warkoczyk, który zwiąże go z Obi-Wanem. Z mężczyzną, który był uczniem Qui-Gona, któremu Qui-Gon bezgranicznie ufał i którego Qui-Gon uważał za dość bliską sobie osobę, by stykać się z nią czołem i dotykać jej włosów. Choć Anakin wcześniej o tym nie myślał, to perspektywa bycia związanym z tym konkretnym człowiekiem, wydała mu się nagle najbardziej naturalną rzeczą we Wszechświecie.
Czy on rzeczywiście zrobi to, o czym mówił Qui-Gon? – myślał, wpatrując się w Obi-Wana.
Odda Anakinowi całego siebie? Swoją mądrość? Swoją wiedzę? Swoje… życie? Jako Mistrz będzie należał do Anakina, tak jak Qui-Gon należał wcześniej do niego?
Chłopiec przypomniał sobie wspólne podnoszenie kostki, zdał sobie sprawę, że twarz Obi-Wana nie wyraża absolutnie żadnego wahania i naprawdę w to uwierzył. Uchwycił wzrokiem uśmiech Padme i zrozumiał, że dziewczyna była tak samo szczęśliwa jak on.
Kanclerzowi przetrawienie nowej informacji zajęło więcej czasu. Wpatrywał się w Obi-Wana przez dobrą minutę, zanim również się uśmiechnął.
- Ach, no tak! – zawołał, klaszcząc w dłonie. – Jakże mogłem nie wpaść na coś tak oczywistego? No naprawdę… Człowiek z moim doświadczeniem powinien z łatwością przewidzieć podobny obrót spraw. Kogoż innego Mistrz Jinn mógłby wybrać na nauczyciela dla tak wyjątkowego chłopca? Komu mógłby powierzyć młodego Skywalkera, jak nie swojemu własnemu uczniowi? Wszak jesteś wszystkim, co po nim zostało, czyż nie? Cała wiedza i siła Mistrza Jinna żyje teraz w tobie. A, śmiem twierdzić, drogi chłopcze, po twoim imponującym triumfie nad wojownikiem Sithów, że dobrze wykorzystujesz nauki swojego nauczyciela.
- Jak mówiłem, Ekscelencjo, za porażkę Sitha odpowiedzialny był on sam – Kenobi nawet nie mrugnął, gdy zasypano go komplementami. – I nie śmiałbym twierdzić, że pokonując go stałem się mądrzejszy… albo nawet równie mądry, co mój Mistrz.
- A mimo to wierzysz, że twoja własna wiedza wystarczy, by poprowadzić Anakina?
- Wierzył w to mój Mistrz. Nigdy nie powierzył mi jakiegoś zadania, jeśli sądził, że sobie z nim nie poradzę.
Czubki długich palców Palpatine'a złączyły się ze sobą, a powieki nieco opadły, wskazując na stan głębokiego zamyślania.
- Sądzę, że będziesz dla chłopca wspaniałym nauczycielem – Kanclerz powiedział w końcu. – Anakin cię zna, więc będzie się czuł z tobą o wiele swobodniej niż z Hrabią Dooku.
- Nareszcie w czymś się zgadzamy! – ucieszyła się Padme.
- Mówiłem to już wcześniej, ale podziwiam twoją odwagę, drogi Obi-Wanie – nie zwracając uwagi na Królową, ciągnął przywódca Senatu. – I nie mówię już tylko o pokonaniu Sitha. Potrzeba śmiałości, by w tak młodym wieku wziąć odpowiedzialność za Padawana. Wiem, że Jedi na ogół wolą chwilę z tym zaczekać… Upewnić się, że ich umiejętności są już na odpowiednim poziomie.
Zabrzmiało to trochę tak, jakby próbował zniechęcić Kenobiego – jakby nakłaniał go do dokładniejszego przemyślenia sprawy, zwątpienia we własne umiejętności.
Nie, to głupie – Anakin potrząsnął głową.
Ne pewno coś mu się pomyliło. Przecież Kanclerz stał po jego stronie! Dlaczego miałby zniechęcać Obi-Wana?
- Mistrz Jinn naprawdę sporo ułatwił, wybierając cię na Mistrza młodego Skywalkera – Palpatine posłał młodemu mężczyźnie kolejny uśmiech. – Nie tylko „zadbał o przyszłość chłopca", jak to ładnie ująłeś, ale też dał ci zastrzyk pewności siebie. Och, ale…- gwałtownie wciągnął powietrze, jakby coś nagle go zaniepokoiło. – Aż dziw, że w trakcie walki miał na to wszystko czas.
Obi-Wan poruszył się niespokojnie. Maska opanowania, którą jak dotąd nosił na twarzy, zaczęła nieznacznie pękać. Oczy powędrowały na bok, a na skroni pojawiła się bruzda.
W międzyczasie, do świata Anakina, który po raz pierwszy od śmierci Qui-Gona zaczął być w miarę szczęśliwy, wkradła się czarna myśl.
Ej, ale właściwie to… KIEDY Qui-Gon zrobił to, o czym mówił Obi-Wan?
- A może stało się to przed walką? – nie ustępował Kanclerz. – Czyżby Mistrz Jinn przypuszczał, że zginie i dlatego rozmawiał z tobą o przyszłości Skywalkera?
Chłopiec gorączkowo przeszukiwał pamięć. Zanim doszło do konfrontacji z Sithem, był z Qui-Gonem i Obi-Wanem przez cały czas i nie pamiętał, by o czymś takim rozmawiali. No, chyba że wtedy… po tej nieszczęsnej wpadce z hutteckim, gdy oddalili się od grupy i zaczęli…?!
- N-nic podobnego – Obi-Wan przełknął ślinę. Głos zaczął mu się łamać. – On… powiedział to, gdy był już…
- Umierający?
- Kanclerzu! – syknęła Padme.
Anakin nie był w stanie oderwać wzroku od Obi-Wana. Pierwszy raz widział w błękitnych oczach młodego mężczyzny aż tyle emocji.
Smutek. Ten sam smutek, co pamiętnego dnia… gdy Obi-Wan próbował powiedzieć małemu towarzyszowi o śmierci swojego Mistrza, ale nie potrafił odpowiednio poprowadzić rozmowy. Ale nie tylko smutek. Również gniew.
Kenobi wpatrywał się w podłogę w taki sposób, jakby chciał jednocześnie się w nią wypłakać i wypalić w niej dziurę.
- Moja droga, waży się przyszłość młodego Skywalkera – Kanclerz posłał Padme przepraszające spojrzenie. – Mistrz Jinn na pewno chciałby, aby sprawa jego ostatniej woli została przedyskutowana.
- Zgadzam się, ale…
- To odpowiedzialne z jego strony, że wykorzystał ostatnie sekundy życia, by zadbać o przyszłość Anakina, zamiast powiedzieć swojemu Padawanowi coś bardziej osobistego – Palpatine popatrzył na Obi-Wana w taki sposób, jakby chciał poklepać go po plecach. – Choć jednocześnie przykre. Mam nadzieję, że zdążył chociaż się z tobą pożegnać?
- KANCLERZU! – Padme oparła dłonie na biodrach, dając do zrozumienia, że nie pozwoli wykluczyć się z dyskusji. – Wiem, że chcesz dobrze, ale zadawanie Obi-Wanowi podobnych pytań jest krzywdzące – podkreśliła, marszcząc brwi. – Skoro już musimy o tym rozmawiać, to może skupmy się na przyszłości Aniego?
- Masz rację, moja droga. Oczywiście! W końcu Rada nadal musi zaakceptować…
Palpatine i Królowa zaczęli dyskutować o Radzie Jedi, jednak Anakin nie zwracał na nich uwagi. Interesowało go tylko jedno – pięści Obi-Wana. Nie przegapił momentu, w którym się zacisnęły. Stało się to wtedy, gdy Kanclerz mówił o ostatnich chwilach Qui-Gona.
„Wykorzystał ostatnie sekundy życia, by zadbać o przyszłość Anakina, zamiast powiedzieć swojemu Padawanowi coś bardziej osobistego."
Palpatine nazwał tę decyzję „odpowiedzialną", ale z punktu widzenia Obi-Wana mogło to wyglądać inaczej. A co jeśli…
Chłopiec momentalnie zbladł.
Ale… Obi-Wan go za to nie znienawidzi? Prawda?
Nie, to niemożliwe. Przecież powiedział, że zaopiekuje się Anakinem. Pożyczył Anakinowi swój płaszcz, położył mu dłoń na głowie, ukołysał go do snu łagodnym głosem i użył Mocy, by nakarmić go owocem jogan. I dopiero co zadeklarował – bez żadnego wahania, wręcz z dumą – że został wyznaczony przez swojego Mistrza do uczenia Anakina. Osoba, która zachowywała się w taki sposób, nie mogła nienawidzić Anakina. Czyż nie?
Chłopiec spróbował wyrwać z głowy potworną myśl, ale udało mu się to tylko połowicznie, jak z trującym kaktusem. Kolec został wyciągnięty, ale jad został.
Pozostało mieć nadzieję, że nie wyrządzi większych szkód…
- Jeśli chodzi o Radę, jestem dobrej myśli – Już kompletnie opanowany, Obi-Wan wtrącił swoje trzy grosze do dyskusji Padme i Kanclerza.
- Och, doprawdy? – tonem wyrażającym uprzejme zdziwienie, odparł Palpatine. – Masz jakąś konkretną strategię na przekonanie ich? O ile pamiętam, twojemu mentorowi nie poszło zbyt dobrze.
- Moja strategia jest bardzo prosta – młody mężczyzna wzruszył ramionami. – Nie wyjdę z sali, dopóki się nie zgodzą. A poza tym, mam pewną przewagę, której Qui-Gonowi brakowało.
- Przewagę? – Kanclerz zmarszczył brwi.
Kącik ust Kenobiego nieznacznie uniósł się do góry.
- Jestem upartym młodym człowiekiem. A Mistrz Yoda ma już swoje lata, dlatego jest w stanie znosić upartych młodych ludzi tylko przez określoną ilość czasu. Gdy dojdę do kresu jego cierpliwości, będzie miał tylko dwa wyjścia: zgodzić się ze mną, albo użyć Mocy i cisnąć mną o ścianę. Mistrz Qui-Gon nie potrafiłby doprowadzić go do takiego stanu. Był młody już bardzo dawno temu, dlatego wyszedł z wprawy.
Padme przyłożyła wypielęgnowaną dłoń do ust, w elegancki sposób maskując chichot. Również Anakin nieco się rozluźnił. Natomiast Kanclerz…
Przez moment chłopiec mógłby przysiąc, że Palpatine ma ochotę cisnąć Obi-Wanem o ścianę. Albo życzyć mu zostania ciśniętym o ścianę przez Yodę. Ale, nie, to pewnie była tylko gra światła. Dziwny błysk w oczach Kanclerza jak nic był wynikiem zmęczenia!
Bo czego innego?
- Będę trzymał za ciebie kciuki – Palpatine krótko skinął Kenobiemu głową. – Za ciebie i za twojego nowego Padawana, jak mniemam. Oby Rada Jedi podjęła właściwą decyzję. A teraz będę musiał was przeprosić. Obowiązki wobec Republiki wzywają!
Po tych słowach odszedł w kierunku doradców, którzy wypatrywali go w drugiego końca korytarza. Gdy znalazł się w dostatecznie dalekiej odległości, Obi-Wan przewrócił oczami i prychnął:
- Politycy!
Anakin posłał mu zdumione spojrzenie. Zupełnie nie rozumiał tych pokładów niechęci wobec głowy Senatu.
- Nie jest taki zły – oznajmił nieśmiało. – Tak bardzo się starał, żeby nam pomóc!
Tym stwierdzeniem zasłużył sobie na sceptyczne uniesienie brwi ze strony starszego kolegi. Nie, zaraz! Chwila. Kurde… Chyba już nie powinien nazywać Obi-Wana „starszym kolegą". Nawet we własnej głowie. W końcu, jeśli wszystko pójdzie dobrze, to NIE będzie jego kolega, tylko…
Mistrz – z oczami zafiksowanymi na twarzy młodego mężczyzny, chłopiec wyszeptał w myślach. – Mój Mistrz.
- Kiedy będę miał warkoczyk? – wypalił bez zastanowienia.
- Słucham? – Obi-Wan posłał mu zdezorientowane spojrzenie.
- No wiesz, Warkoczyk! N-na twoim prawym ramieniu… taki, co oznacza, że jest się Padawanem.
Zajęło mu to trochę czasu, ale Kenobi wreszcie załapał.
- Oł – bezwiednie przejechał palcami po swoim własnym warkoczyku. – O to ci chodzi?
Anakin energicznie pokiwał głową.
- Aż tak chcesz go mieć?
Jeszcze żywsze przytaknięcie.
- No dobrze - Obi-Wan nieznacznie się uśmiechnął. Wyglądał na mile zaskoczonego entuzjazmem małego towarzysza. – Kiedy Rada oficjalnie zgodzi się na twój trening, niezwłocznie ci go zapleciemy.
Skinął głową, dając chłopcu znak, by do niego dołączył.
„Kiedy!" – pomyślał uradowany Anakin. – Powiedział „kiedy"!
- Przepraszam cię za zachowanie Kanclerza, Obi-Wanie – Padme zagaiła, gdy we trójkę szli korytarzem. – Proszę, nie oceniaj go po tej jednej rozmowie – szepnęła, wbijając wzrok w splecione palce dłoni. – Czasem bywa zbyt bezpośredni, ale to dobry człowiek. Jeśli cię zranił, to jestem pewna, że zrobił to niecelowo. A wszystkie komplementy, którymi cię obdarzył, były szczere.
Kenobi zareagował na te słowa na wpół rozbawionym, na wpół kpiącym parsknięciem.
- Nie wierzysz mi? – Królowa uniosła podbródek i skrzyżowała ramiona. Miała nieco urażoną minę.
Właśnie, jak możesz jej nie wierzyć?! – pomyślał Anakin.
Wszak wszystko, co mówiła Padme, musiało być Prawdą Objawioną!
- Ależ wierzę – powiedział Obi-Wan.
Jednak jego ton wskazywał na coś wprost przeciwnego. Młoda władczyni otworzyła usta, by coś opowiedzieć, ale wszedł jej w słowo:
- Możesz się nie martwić, Pani – westchnął, kręcąc głową. – Nie oceniam ludzi po jednym spotkaniu. Ani nawet po dwóch. Jeśli nasz nowy Kanclerz jest tak dobrym przywódcą, jak mówisz, zapewne nabiorę do niego szacunku. Ale na pewno nie przehandluję mojego zaufania za kilka starannie dobranych komplementów. Jak szczere by nie były.
Chłopiec spodziewał się ze strony Padme jakiejś błyskotliwej odpowiedzi i zdziwił się, gdy dziewczyna postanowiła milczeć. Zaskakujące, ale wyglądała na zadowoloną. Najwyraźniej zrozumiała z deklaracji Obi-Wana znacznie więcej niż Anakin. Bo Anakin nie zrozumiał kompletnie nic. To całe „handlowanie zaufaniem" nie miało dla niego sensu.
- Nie musisz nigdzie być, Pani? – Kenobi spytał ostrożnie.
Nie zabrzmiało to tak, jakby chciał się jej pozbyć. Chyba nie chciał stać na drodze jej obowiązkom.
- Nie, ja… - dziewczyna zarumieniła się. – Poprosiłam doradców, by na chwilkę mnie zastąpili. Słyszałam, że ma się odbyć zebranie Rady Jedi i pomyślałam, że gdyby Ani nie mógł w nim uczestniczyć…
To była prawdziwa ulga, że patrzyła na Obi-Wana nie na Anakina. Chłopiec za nic nie chciał, by zobaczyła, jakiego koloru były teraz jego policzki.
- Mój dług wobec ciebie narasta, Pani – Obi-Wan nieznacznie się uśmiechnął. – Już trzeci raz powierzyłbym ci Anakina.
- Proszę, nie nazywaj tego długiem. Ani jest cudownym towarzyszem i cieszę się, że mogę spędzić z nim czas. Zwłaszcza, że nie zostało go nam zbyt wiele. Kiedy zamieszka w Świątyni Jedi… Ani?
Anakin nie dowiedział się, z jakim wyrazem na swojej pięknej twarzy Padme to powiedziała. Był zbyt zajęty chowaniem czerwonej jak pomidorek buzi w rękawie Obi-Wana.
Nazwała go „cudownym towarzyszem". Nazwała go tak, chociaż ostatnio prawie wyłącznie płakał w jej obecności. Toż to anioł nie dziewczyna!
Nie ma głupich. Ożeni się z nią!
- Ani, w porządku? – usłyszał jej słodki głos.
Wciąż nie miał odwagi na nią spojrzeć, więc ograniczył się do twierdzącego potrząśnięcia główką.
- Anakinie – najdelikatniej, jak się dało Obi-Wan wyszarpnął swój rękaw spomiędzy paluszków małego towarzysza. – Rada się zbiera. Muszę iść.
Chłopiec niepewnie podniósł oczy. Rzeczywiście. Postacie w długich brązowych płaszczach po kolei wślizgiwały się do sali. Jeden z Mistrzów – Zabrak, który wcześniej rozmawiał z Palpatinem – Eeth Koth, zatrzymał się obok drzwi i skinął Kenobiemu głową, dając mu znak, że jest proszony do środka. Obi-Wan odwzajemnił gest, lecz zamiast od razu dołączyć do zgromadzonych, ukląkł przed Anakinem. Położył chłopcu dłonie na ramionach i spojrzał mu w oczy.
- Anakinie – odezwał się cichym i łagodnym głosem.
Był w tym momencie tak łudząco podobny do Qui-Gona, że Anakin zapomniał, jak się oddycha. Zanim odlecieli w kierunku Naboo, Qui-Gon klęknął przed nim w identyczny sposób. Spojrzał na niego identycznym wzrokiem. Odezwał się do niego identycznym tonem.
„Trzymaj się mnie." – powiedział wtedy Qui-Gon. - Będziesz bezpieczny."
- Nic się nie bój, Anakinie – szepnął Obi-Wan. – Nie wyjdę stamtąd, dopóki Rada nie wyrazi zgody na twój trening. Wszystko będzie dobrze. Zobaczysz.
- A jak nie? – chłopiec przełknął ślinę. Poczuł, że od nowa ogarnia go strach. Poczuł, że znowu zbiera mu się na łzy.
- Będziemy się martwić tym, co będzie, dopiero wtedy, gdy to się stanie. Ale tak się NIE stanie. Będzie dobrze. Zaufaj mi.
- A jak Rada nie zgodzi się, bym był twoim uczniem, to mnie zostawisz?
W błękitnych oczach młodego mężczyzny rozbłysła determinacja.
- Nigdy cię nie zostawię – mocniej zaciskając palce na małych ramionkach, obiecał Obi-Wan. – Nigdy.
Wyglądał, jakby chciał dodać coś jeszcze, jednak uprzejme chrząknięcie Mistrza Kotha przypomniało mu, jak długo kazał Radzie na siebie czekać. Gdy odchodził w stronę Sali Zebrań, Anakin wpatrywał się w jego plecy jak zahipnotyzowany.
„Nigdy cię nie zostawię."
Z cichym sykiem drzwi zamknęły się.
„Nigdy."
