Człowiek Czynu
Rozdział 7 – Pierwsza noc i pierwszy dzień
Kilka dni wcześniej
- Czy to ona?! Jest taka piękna! To ona, prawda?!
Mało brakowało, a Anakin wypadłby ze śmigacza prosto na ruchliwą ulicę Coruscant. Biorąc pod uwagę, że lecieli na dość dużej wysokości, byłby to bolesny (albo i śmiertelny) upadek. Dobrze, że Qui-Gon w porę złapał chłopca za ubranie.
- Tak, Ani – potwierdził, uśmiechając się pobłażliwie. – To Świątynia Jedi.
- Ogromna! Myślisz, że jest tak samo duża jak całe Mos Espa?
- Sądzę, że jest większa.
- Raju…
Niebieskie oczy Anakina nawet na moment nie odrywały się od majestatycznej budowli. Z zachodzącym słońcem w tle zapierała dech w piersiach! Im bardziej się do niej zbliżali, tym bardziej chłopiec był skłonny uwierzyć, że rzeczywiście była większa od Mos Espy. I pomyśleć, że mieszkali w niej tylko i wyłącznie Jedi! Ciekawe, ilu ich było?
Anakin bez trudu mógł sobie wyobrazić, jak gubi się w labiryncie długich korytarzy. Uznał, że nie miałby nic przeciwko. W miejscu takim jak Świątynia Jedi zgubiłby się z prawdziwą przyjemnością!
- Dlaczego skręcamy? – zdziwił się, gdy śmigacz minął piętrzące się przed budynkiem schody. – Wejście jest tam!
- Przez główne drzwi mogą wchodzić jedynie Jedi – ze spokojem wyjaśnił Qui-Gon. – My wejdziemy jednym z bocznych wejść.
Chłopiec obrażalsko nadął usta.
- Uwierz mi, że będzie lepiej – Mistrz Jedi położył mu dłoń na ramieniu. – W ten sposób przyciągniemy mniej uwagi. Będziesz się czuł swobodniej. Chodź, Ani, wysiadamy!
Przed drzwiami czekała straż. Mężczyzna z włosami przypominającymi macki emanował aurą doświadczonego Jedi, jednak jego ludzcy towarzysze - chłopak i dziewczyna - wydawali się być w wieku Obi-Wana. Mieli też takie same warkoczyki jak Kenobi.
Cała trójka wydawała się dobrze znać Qui-Gona.
- Mistrzu Jinn – dziewczyna z szacunkiem schyliła głowę. – To rzadkość, byś wchodził tą stroną. Kto to jest? – z zaciekawieniem spojrzała na towarzyszące Mistrzowi dziecko.
- Anakin Skywalker do Rady Jedi.
- Jakaś broń?
Broń? – zdziwił się Anakin.
- On ma miecz świetlny – oznajmił, pokazując Qui-Gona palcem.
Na to stwierdzenie zarówno jego opiekun jak i strażnicy wydali ciche parsknięcie.
- Padawanka Swan miała na myśli ciebie, Ani – z migoczącym w oczach rozbawieniem wyjaśnił Qui-Gon. – On nie ma żadnej broni – kładąc chłopcu dłoń na głowie, zwrócił się do pozostałych Jedi. – Jest za mały.
- Nie jestem za mały! – odruchowo zaprotestował Anakin.
- Oczywiście, że nie jesteś – padła zrezygnowana odpowiedź dorosłego, który dla świętego spokoju zgadza się z dzieckiem.
- Wejdźcie.
Straż odsunęła się, by zrobić im przejście.
- Myślałem, że mnie przeszukają – jakiś czas później szepnął chłopiec.
- Liczyłeś na to? – unosząc brwi, spytał Qui-Gon.
Anakin zaczerwienił się. Nie mógł uwierzyć, że tak łatwo został rozszyfrowany.
- N-no bo… - próbował tłumaczyć. – No bo słyszałem, że Świątynia Jedi to najlepiej strzeżone miejsce w Galaktyce!
- Tak właśnie jest. Ale musisz mieć na uwadze, że zostałeś tutaj przyprowadzony przez osobę o randze Mistrza. To wystarczyło, by straż wpuściła cię bez dodatkowych pytań. Jedi mają zaufanie do siebie nawzajem. Jest nas zbyt dużo, by każdy znał każdego, ale na swój sposób wszyscy jesteśmy jak rodzina.
Rodzina!
- Świątynia to twój dom, Mistrzu Qui-Gon? – chłopiec wyszeptał, wodząc zachwyconym wzrokiem po pnących się ku górze filarach. Wydawały się nie mieć końca!
Zanim Qui-Gon zdążył odpowiedzieć, z naprzeciwka nadeszło dwóch Jedi w średnim wieku. Wymienił z nimi przyjazne skinienia i dopiero gdy ich minął, zwrócił się do małego towarzysza.
- Tak, Ani – potwierdził, łagodnie się uśmiechając.
- Chciałbym, żeby to był też mój dom – błyskawicznie odparł Anakin. – Nie mogę się doczekać, by tu zamieszkać!
Sądził, że tym stwierdzeniem ucieszy swojego opiekuna. Zdziwił się, widząc, że beztroska w oczach wysokiego mężczyzny została zastąpiona powagą.
- Znasz tu raptem jeden korytarz – wzdychając, Qui-Gon wbił wzrok w podłogę. – Zaczekaj, aż poznasz całą resztę. Dom staje się domem dopiero wtedy, gdy nasiąknie wspomnieniami. A w tym konkretnym domu większość wspomnień związanych jest z trudnymi wyzwaniami i ciężką pracą. Nie mówię ci tego po to, by cię zniechęcić. Chcę jedynie, byś wiedział, na co się piszesz, Ani.
Chłopiec wysłuchał tego mądrego wykładu tylko jednym uchem. Był zbyt zajęty obracaniem głową na wszystkie strony i wyłapywaniem różnych ekscytujących szczegółów. Może i znał tutaj tylko jeden korytarz, ale już teraz był przekonany, że to najpiękniejszy korytarz w Galaktyce!
Ta wielka i majestatyczna rzeźba z niższego poziomu, którą widać było pomiędzy filarami. Te niebieskie lampy wprowadzające atmosferę mistycyzmu. Ci wszyscy Jedi krzątający się po okolicy, pogrążeni w rozmowach, albo kroczący nieśpiesznie przed siebie, zajęci własnymi myślami. Oglądanie tylu Strażników Pokoju w jednym miejscu było niesamowitym przeżyciem!
Wszystko tutaj wydawało się takie nieoczywiste, tajemnicze i dystyngowane – zarówno przedmioty jak i ludzie. Jedynym elementem niepasującym do otoczenia był… no cóż… Anakin.
Kiedy już któryś z kolei raz poczuł na sobie ciekawskie spojrzenia przechodniów, chłopiec stał się boleśnie świadom swojego wyglądu. Jego wyświechtane ubrania z Tatooine wyróżniały się na tle zadbanych tunik i długich brązowych płaszczy! Qui-Gon przeprosił wcześniej za to, że nie może kupić małemu towarzyszowi nowych rzeczy - wytłumaczył, że kiedy Anakin już dołączy do Zakonu i tak będzie musiał pozbyć się cywilnej odzieży i wskoczyć w tradycyjne szaty Jedi.
Tylko wspomnienie tamtej rozmowy jakoś podtrzymywało chłopca na duchu.
Już niedługo! – pomyślał, unosząc podbródek. – Niedługo będę ubrany tak jak Qui-Gon i Obi-Wan, a wtedy nie będę się czuł jak wyrzutek!
Wciąż to sobie powtarzał, ale i tak było mu niełatwo.
- Wszyscy się na mnie gapią – poskarżył się.
- Świątynia rzadko wpuszcza w swoje skromne progi osoby niebędące Jedi – Qui-Gon uśmiechnął się przepraszająco. – My naprawdę nie miewamy tutaj wielu gości, Ani.
Och, a zatem Anakin został wyróżniony? Trzeba było mówić tak od razu!
Ramiona chłopca nieco się rozluźniły… ale na nowo napięły się, gdy z oddali dobiegł stłumiony śmiech. Z początku Anakin przeraził się, że ktoś śmiał się z niego. Dopiero po chwili przekonał się, że to tylko grupka Jedi stała zbita w ciasną kupkę i rozmawiała na jakiś temat.
Jedną z młodych osób był Obi-Wan. Opierając plecy o ścianę wsłuchiwał się w coś, co w bardzo żywy sposób opowiadał jego kolega z pomarańczową twarzą jaszczura. Tuż obok Kenobiego stała poważnie wyglądająca kobieta w prostej czarnej sukni. Na głowie miała ciemną chustę przypominającą welon, a na brodzie maleńkie tatuaże w kształcie rombów. Gdy jaszczur skończył mówić, jej zielonkawa twarz ułożyła się w wyraz rozbawienia. Ona i Obi-Wan zachichotali.
Pozostałe dwie osoby z grupy stały tyłem do Anakina, ale widząc ich trzęsące się ramiona, wywnioskował, że oni również się zaśmiali. Jeden był ciemnowłosym człowiekiem, a drugi przedstawicielem jakieś rogatej, nieznanej chłopcu rasy. Obaj mieli padawańskie warkoczyki.
Jaszczur powiedział coś jeszcze, a wtedy wszyscy parsknęli głośnym śmiechem. Kobieta z chustą zrobiła to w najelegantszy sposób, przykładając grzbiet dłoni do ciemnoszarych ust, ale Obi-Wan zaśmiał się pełną gębą!
Ten widok coś w Anakinie poruszył. Znał Kenobiego ledwie od wczoraj, ale zdążył przypiąć mu łatkę nieokazującego emocji sztywniaka. A teraz ten facet zachowywał się niemalże jak normalna istota ludzka! Być może miało to związek z faktem, że otaczały go osoby z jego grupy wiekowej i to takie, które dobrze znał.
To muszą być jego przyjaciele – wywnioskował chłopiec.
Nie ulegało wątpliwości, że Obi-Wan czuł się z nimi swobodnie. Czuł się swobodnie tutaj.
Qui-Gon powiedział wcześniej, że Świątynia była domem, ale dopiero obserwując zachowanie Obi-Wana można było zrozumieć, co to naprawdę oznaczało.
Do grupki Kenobiego podbiegła dwójka chłopców, wyglądających na wiek Anakina. Zaczęli coś mówić do Obi-Wana i kobiety z welonem. Policzki mieli zaróżowione, a oczy nieśmiałe, lecz poza tym nie wyglądali na zbyt zaaferowanych rozmową ze starszymi Jedi. Oni też czuli się tutaj swobodnie!
Anakin starał się nie myśleć o tym, jak bardzo im w tej chwili zazdrości.
Ja też taki będę! – obiecał sobie. – Stanę się częścią tego miejsca!
Kenobi otworzył usta, by odpowiedzieć dzieciom, ale kiedy dostrzegł swojego Mistrza, zmienił zamiar. Pożegnał towarzystwo krótkim uniesieniem dłoni i poszedł dołączyć do nauczyciela.
Podczas całego zdarzenia Qui-Gon nawet na moment nie zwolnił kroku, ani nie zawołał swojego Padawana. Jakby założył, że Obi-Wan tak czy siak go zauważy i do niego przyjdzie.
Jak gdyby nigdy nic Kenobi zaczął kroczyć koło Anakina. Przez dziesięć sekund panowała cisza.
- Ani słowa! – niespodziewanie rzucił Qui-Gon.
- A czy ja coś mówię? – Obi-Wan wbił wzrok w sufit.
Lekko się krzywiąc, starszy z mężczyzn ścisnął czubek nosa.
- Jesteśmy spóźnieni – mruknął.
- TY to powiedziałeś, nie JA – kręcąc głową, podkreślił Kenobi.
- Taaak - Mistrz Jedi posłał protegowanemu wymowne uniesienie brwi – ale TY jako pierwszy to pomyślałeś.
- Nieeee – niewinnym tonem zaprzeczył Obi-Wana – jako pierwsza pomyślała o tym Rada, Mistrzu. W końcu to oni czekają na nas już od dwudziestu minut.
- Na Moc, Padawanie! – syknął Qui-Gon. – Właśnie to miałem na myśli, gdy mówiłem „Ani słowa"!
Anakin z niepokojem przełknął ślinę.
- M-Mistrzu Qui-Gon… - wyjąkał, ciągnąc starszego z mężczyzn za rękaw. – Jeszcze raz przepraszam, że tak późno wróciłem do pokoju. B-bo wiesz, nie mogłem znaleźć Padme, zgubiłem się i…
- Już dobrze, Ani – Qui-Gon uspokajająco uniósł dłoń. – To nie twoja wina. Ani słowa, Obi-Wan! – ostrzegawczo wycelował palec w protegowanego.
- Przecież nic nie powiedziałem – Obi-Wan przewrócił oczami.
Ale pomyślał. I nietrudno się domyślić, co.
Chłopiec wiedział, bo pomyślał dokładnie to samo. Spóźnią się na arcyważne spotkanie z Radą Jedi i już na samym wstępie zrobią kiepskie wrażenie, a to wszystko będzie jego, Anakina wina! Ech, oby punktualność nie była na liście najważniejszych cech, które Wielcy i Mądrzy Mistrzowie brali pod uwagę, zastanawiając się nad przyjęciem kogoś do Zakonu…
Bo jemu naprawdę bardzo, bardzo, bardzo zależało, by stać się częścią tej dziwnej, zróżnicowanej rodziny. Oddałby wszystko, żeby zamieszkać w Świątyni Jedi.
Obecnie
W OGÓLE nie był gotowy na to, by tutaj zamieszkać.
Podobnie jak poprzednim razem, Anakin przybył do Świątyni, gdy słońce chowało się już za horyzontem. Tym razem jednak nie wszedł do środka wejściem dla gości i nie mógł uczepić się tuniki mężczyzny, którego dobrze znał.
Wysadzono go przed główną bramą Świątyni. Jego i dwunastu członków Rady Jedi, którzy w ogóle nie zwracali na niego uwagi. Opuścili prom kanclerza Palpatine'a w ogóle nie rozglądając się za chłopcem – jakby z góry założyli, że za nimi pójdzie, że będzie wiedział, gdzie iść.
Nie miał pojęcia, gdzie iść.
Do Świątyni wiodła tylko jedna droga – szerokie schody i cztery potężne posągi były niemożliwe do przegapienia. Ale co dalej? Anakin dreptał obok członków Rady w stronę głównej bramy, ubrany tak jak oni w tradycyjne szaty Jedi, a czuł się znacznie gorzej niż wtedy, gdy wraz z Qui-Gonem wchodził bocznym wejściem, jako gość.
Pamiętał, co wtedy myślał – że jak założy to samo, co członkowie Zakonu, poczuje się tutaj swobodniej. Jakże mylne założenie!
Samo przyjęcie w szeregi Jedi i bycie ubranym jak inni nie czyniło z niego części większej całości. Miał zestaw białych tunik, miał padawański warkoczyk, miał status Adepta, ale wciąż nie miał tego, co najważniejsze. Tego, co widział podczas swojej pierwszej wizyty w Świątyni, ale przegapił, zbyt zaaferowany innymi rzeczami.
Na członków Rady czekało kilkunastu dorosłych Jedi. Wkroczywszy do budynku, towarzyszący chłopcu Mistrzowie rozeszli się na wszystkie strony, idąc do swoich znajomych i opowiadając im o zakończeniu Kryzysu na Naboo. W przeciwieństwie do Anakina, mieli tutaj bliskich, z którymi dzielili wspólną przeszłość. Podobnie jak Qui-Gon miał wspomnienia z Rycerzami Jedi, którym posyłał przyjacielskie skinienia, gdy był tutaj po raz ostatni. No i Obi-Wan – nowy Mistrz Anakina, który tak rzadko się śmiał, ale jeszcze parę dni temu stał tutaj w otoczeniu przyjaciół i razem z resztą grupy rechotał z dowcipu kumpla.
Chłopiec po prostu stał jak kołek, w miejscu, o którym marzył przez całe życie, a w którym czuł się teraz zupełnie okropnie. Jak niepasujący element układanki. Osoba bez więzi. Dopiero po pewnym czasie zorientował się, że Mistrz Yoda też jest sam i uważnie mu się przypatruje.
- Silny z ciebie chłopiec, młody Skywalkarze – odezwał się łagodnym tonem. – Wejść na fotel repulsorowy pomożesz mi?
Drewniana laska wskazała unoszące się nad ziemią okrągłe siedzisko. Chłopiec podreptał w stronę niziutkiego Jedi. Świadomość, że może się do czegoś przydać, częściowo przegnała uczucie dyskomfortu.
Umościwszy się w fotelu, staruszek poklepał małego asystenta po przedramieniu.
- Ze mną pójdziesz – zarządził. – Mistrzyni twojego Klanu cię przedstawię.
- Klanu? – zdziwił się Anakin.
Fotel repulsorowy ruszył z miejsca. Chłopiec dreptał obok unoszącego się siedziska, nie mogąc się zdecydować, czy patrzeć na Yodę, czy też starać się zapamiętać trasę, którą szli, by później się nie zgubić. Bez Qui-Gona u boku czuł się zupełnie zdezorientowany.
- Adeptów w tym samym wieku dużo jest – mówił zielony Mistrz. – Na mniejsze grupki dzielimy ich, by więcej uwagi dostać mogli. To właśnie Klany są. Dzieci z jednego Klanu jedzą razem, blisko siebie mieszkają i większość treningów wspólnie odbywają. Dorastają razem i z czasem rodziną stają się dla siebie. Każdy Klan opiekuna swojego ma: Mistrza albo Mistrzynię. Osoba ta jak rodzic jest. Po radę przyjść do niej można, ale czasem i przyganę z jej strony usłyszeć trzeba. Pod nieobecność Mistrza Obi-Wana, Mistrzyni twojego Klanu pomocą służyć ci będzie, młody Skywalkerze. Ja również na pytania twoje odpowiem, jeśli akurat obowiązkami innymi zajmować się nie będę.
Podobna propozycja powinna ucieszyć chłopca. Nie dość, że Wielki Mistrz Zakonu we własnej osobie prowadził go do „opiekunki", to jeszcze oferował mu pomoc – chociaż wcześniej tak gorliwie sprzeciwiał się treningowi Anakina, teraz okazywał mu wsparcie. Mały kandydat na Jedi powinien się z tego cieszyć, ale a jakiegoś powodu nie potrafił.
Nie chodziło wcale o to, że nie doceniał miłego gestu, albo wątpił w szczerość staruszka. Yoda, podobnie jak Qui-Gon, wydawał się kimś, kto większość emocji nosił jak na dłoni – gdy coś czuł, to natychmiast to pokazywał, niczego nie ukrywając, ani niczego nie knując. Skoro nagle postanowił poprzeć Anakina, to zapewne robił to bez żadnych ukrytych pobudek.
A mimo to, nadal był dla chłopca „obcy". Mógł być podobny do Qui-Gona, ale nie był Qui-Gonem. Ani Obi-Wanem.
- Wyczuwam, że myśli twoje krążą wokół Mistrza Kenobiego – z nutą zmartwienia westchnął Yoda. – Próbujesz wysłać swój umysł daleko, na Fenis… podczas gdy w tym miejscu i w tej chwili twój umysł powinien być.
- Nie lubię, gdy Jedi wchodzą do mojej głowy – mruknął Anakin.
Maleńki Mistrz zaśmiał się dobrodusznie.
- Gdy myśli, którymi dzielić się nie chcę, pozna ktoś… tego i ja nie lubię, młody Skywalkerze – wyznał, patrząc na chłopca bystrymi czarnymi oczami. – Jedi prywatność innych na ogół szanują. Do głów towarzyszy bez zaproszenia nie wchodzimy. Ale czasem widzimy rzeczy, których widzieć byśmy nie chcieli. Wyczerpany jesteś, mój mały, całą nocą bez snu… i zdenerwowany zbyt nagłym rozstaniem z Mistrzem Obi-Wanem, jak sądzę. To nie ja do twojej głowy wszedłem. To twoja głowa, nie mogąc pomieścić zbyt wielu trudnych myśli, na zewnątrz zaczęła je wysyłać. Moc myśli te roznosi, jak wiatr liście.
Anakin zaczerwienił się. Obi-Wan powiedział mu kiedyś coś podobnego – że czasem myśli innych były dla Jedi jak radio.
- Panować nad myślami i uczuciami tutaj cię nauczymy – ciągnął Yoda. – Zanim jednak umiejętność tę opanujesz, sporo czasu minie. Okłamywać cię nie będę… - posłał chłopcu pełne współczucia spojrzenie. – Przystosować się do życia tutaj niełatwo będzie ci. Ale pocieszę się, że z utrapienia twojego korzyści mieć będziesz.
Anakin posłał malutkiemu Mistrzowi zdumione spojrzenie. Jakie korzyści mógłby mieć z bycia zagubionym, samotnym i nieszczęśliwym?
- Przezwyciężanie trudności istotą życia Jedi jest. Dlatego zadanie dla ciebie mam: swoje pierwsze tygodnie w Świątyni jako trening potraktuj. Niech poradzenie sobie ze smutkiem i pokonanie przeszkód, jakie tu napotkasz, twoją własną misją będzie, młody Skywalkarze. A kiedy na nogi wreszcie staniesz, ty sam będziesz z siebie dumny i z pewnością Mistrz Obi-Wan dumny z ciebie będzie.
Brzmiało to trochę zawile, ale… pokrzepiająco. Mimo posługiwania się skomplikowanym językiem, Mistrz Yoda wiedział, jak kogoś pocieszyć. Chłopiec poczuł się odrobinę lepiej.
- Dobrze, Mistrzu – szepnął. – Spróbuję.
- Rób albo nie rób – malutki Mistrz gniewnie uderzył laską o krawędź fotela. – Nie ma próbowania!
- Ale jak mogę coś zrobić, jeśli…
- Nie ma próbowania!
- Dobrze, przepraszam.
Anakin zrobił mentalną adnotację, by już nigdy więcej nie używać słowa „próbować" w obecności Yody. Nie rozumiał, co tak zirytowało staruszka. To chyba jasne, że zanim coś się zrobi, trzeba najpierw spróbować, nie?
Po pokonaniu niemożliwej do spamiętania drogi (chłopiec zgubił się po czwartym zakręcie) fotel repulsorowy wreszcie się zatrzymał. Na środku korytarza stała życzliwie wyglądająca kobieta w średnim wieku. Miała bardzo ciekawą fryzurę – rozpuszczone włosy sięgały jej nieco za uszy, a ich lewa połowa była czarna, zaś prawa – biała. Na środku nieznacznie pomarszczonego czoła wytatuowana była pojedyncza kropka, taka sama jak u Depy Billaby. Czyżby obie Jedi pochodziły z tej samej planety?
- Młody Skywalkerze, oto Mistrzyni Tora Kentarra – powiedział Yoda. - Klanem Nexu opiekuje się ona. Mistrzyni Kentarro… tak jak zapowiedziałem, Anakina Skywalkera ja i Mistrz Obi-Wan powierzamy ci.
Chłopiec niepewnie odwzajemnił głęboki ukłon, którym powitała go kobieta. Po chwili Yoda odszedł… czy raczej: odlewitował, zostawiając ich samych.
- Chodź, Anakinie – Kentarra uśmiechnęła się przyjacielsko. – Pokażę ci twój pokój.
Anakin również się uśmiechnął – jednak, podobnie jak w przypadku ukłonu, zrobił to niepewnie. Pierwszy raz, od czasu rozstania z Obi-Wanem ktoś zwrócił się do niego po imieniu, a nie po nazwisku. Ucieszyło go to. Ale też czegoś mu zabrakło. Mistrzyni Kentarra nie dotknęła jego pleców ani ramienia, gdy zaczęli iść korytarzem – w ogóle nie dotknęła go w żaden sposób. Niby nic wielkiego, ale… chcąc nie chcąc poczuł się przygnębiony.
Tęsknił za kontaktem fizycznym. Nawet krótkim, nie trwającym więcej niż kilka sekund. Tak jak wtedy, gdy Obi-Wan położył mu dłoń na głowie.
- To tutaj – Kentarra zatrzymała się przed drzwiami opatrzonymi tabliczką „Adept Anakin Skywalker". – Cały korytarz należy do naszego Klanu. Ja mieszkam w kwaterach mieszkalnych dorosłych Jedi, ale twoi koledzy i koleżanki są tuż obok ciebie – wskazała na oświetlone małymi niebieskimi lampkami wejścia do pokoi. Anakin naliczył się sześciu. – Jest już dosyć późno, ale jeśli chcesz, mogę ich obudzić. Chyba że wolisz poznać ich jutro?
Wybudzenie kogoś z głębokiego snu było naprawdę kiepską metodą na rozpoczęcie znajomości. Anakin nie był na tyle głupi, by już na samym wstępie strzelić sobie towarzyskiego samobója.
- Jutro – odparł bez wahania.
Mistrzyni skinęła głową. I wtedy chłopiec coś sobie uświadomił – coś bardzo, bardzo przykrego.
Dotychczas nie zastanawiał się, gdzie dokładnie będzie spał. Było mu wszystko jedno, pod warunkiem, że to miejsce znajdowałoby się w obrębie Świątyni Jedi. Teraz jednak, gdy stał przed swoimi własnymi drzwiami, oznaczonymi jego własnym imieniem, zdał sobie sprawę z oczekiwań, o których nawet nie wiedział, że je posiada.
Jakaś część jego założyła, że będzie mieszkał z Obi-Wanem, tak jak Obi-Wan mieszkał z Qui-Gonem. Jak każdy Padawan ze swoim Mistrzem. Ale spotkała go niespodzianka, bo właśnie dowiedział się, że zamieszka ze swoim… Klanem, czy jak to się nazywało. W jakimś pokoju sąsiadującym z pokojami innych dzieci.
Podobną sytuację można było wyjaśnić na dwa sposoby.
Pierwsze wyjaśnienie było proste, logiczne i pozbawione emocji: jak powiedziano mu na promie, z technicznego punktu widzenia był Adeptem nie Padawanem. Miał padawański warkoczyk, ale jeszcze nie przeszedł Prób. To zupełnie naturalne, że do czasu podniesienia swoich umiejętności będzie mieszkał i trenował tak jak inne dzieci. Może nie mógł na razie dzielić kwatery z Obi-Wanem, bo po prostu nie nadszedł jeszcze na to odpowiedni czas? Ale przecież kiedyś to się zmieni! Takie było pierwsze wyjaśnienie.
Natomiast drugie wyjaśnienie…
Anakin przełknął ślinę. Na samą myśl o drugim wyjaśnieniu miękły mu kolana.
Obi-Wan po prostu NIE chce ze mną mieszkać.
Naprawdę wolałby, żeby nie o to chodziło. Ale zdawał sobie sprawę z istnienia podobnej możliwości. Niezbyt dobrze pamiętał rozmowę, którą odbył z Obi-Wanem podczas podróży na Naboo, ale najważniejsze szczegóły dość dobrze zapadły mu w pamięć – jak chociażby te dotyczące aranżacji mieszkaniowych Jedi. Mistrzowie i Padawani najczęściej mieszkali razem, ale jeśli któraś ze stron nie chciała podobnego układu, nikt nie mógł jej do niczego zmusić.
Czy to możliwe, że Obi-Wan nie chciał? Czy może on, albo ktoś z głupiej Rady Ważniaków, uznał, że to jeszcze nie czas i że dziewięciolatkowi będzie lepiej wśród rówieśników?
Anakin przypuszczał, że Mistrzyni jego Klanu mogła znać odpowiedź na to pytanie, ale wolał go nie zadawać.
Gdyby miała udzielić odpowiedzi, której tak strasznie się obawiał, to… to… to już wolał żyć w błogiej nieświadomości!
A poza tym, nie chciał, by pomyślała, że z miejsca odrzucał ją i Klan. Dobrze znał uczucie bycia odrzuconym. Niczego nie wiedział o swojej opiekunce ani nowych kolegach, ale wiedział, że powinien przynajmniej dać im szansę. Nie byli Qui-Gonem ani Obi-Wanem, ale… mógł przynajmniej spróbować ich polubić? Nie?
„Rób albo nie rób. Nie ma próbowania!" – wzdrygnął się, przypomniawszy sobie przyganę Yody.
- Możesz ozdobić pokój tak, jak ci się podoba – otwierając drzwi, powiedziała Mistrzyni Kentarra. – Ale staraj się zbytnio go nie zagracić.
Na widok swojego nowego miejsca do spania, Anakin zamarł w bezruchu. Już któryś z kolei raz przypomniał sobie oczekiwania sprzed kilku dni.
„Wszystko jedno gdzie i na czym będzie spał, byle w Świątyni"? Tak to szło? A i mógł jeszcze wspomnieć coś o kocu na podłodze – że zadowoliłby się nawet czymś takim.
Mimo to… teraz, gdy wreszcie zobaczył swoją kwaterę, musiał przyznać, że wyobrażał ją sobie nieco inaczej. Czy raczej – może nie samą kwaterę, ale atmosferę, z jaką ją poznawał. Wyobrażał sobie, że wkroczy do swojego nowego pokoju z Qui-Gonem (bądź Obi-Wanem) u boku i że rzuci się na swoje nowe łóżko, przytulając do siebie poduszkę i piszcząc w myślach „zostanę Jedi, zostanę Jedi, zostanę Jedi!"
Tymczasem czuł się tak, jakby odwiedzał hotel. I to jeden z tych skromniejszych.
Pierwszą rzeczą, która uderzyła go w pokoiku, była jego wielkość – ten pokój był mniejszy od jego pokoju na Tatooine! No, może nie dużo mniejszy, a tylko nieznacznie mniejszy, ale mimo wszystko! Anakin nie pragnął luksusów, ale nie obraziłby się o jakiś namacalny dowód tego, że wraz z wyrwaniem się z niewolnictwa nieznacznie poprawił swój status. Jak Adept Jedi mógł mieć mniejszy pokój od niewolnika? Niebywałe!
Drugą rzeczą, która uderzyła go w jego pokoiku, było okropne uczucie pustki. Łóżko, stolik, krzesło, pufa, półki, szafa i… i tyle! Zero śladów czyjejkolwiek obecności. Znaczy, niby tego właśnie należało się spodziewać po pokoju, w którym ktoś miał zamieszkać, ale… ale dla kogoś, kto, tak jak Anakin, wychował się w pomieszczeniu po brzegi wypełnionym gratami, był to po prostu szok.
Hotel, nie dom.
- Każdy Adept ma swoją własną łazienkę – powiedziała Mistrzyni Kentarra. – Korzystamy też z komunalnych, ale na poznawanie ich jeszcze przyjdzie czas. Tym przyciskiem możesz przywołać droida sprzątającego, by pozamiatał i zrobił pranie. Widzę, jak bardzo padasz z nóg, więc załatwimy jeszcze jedną sprawę i zostawię cię, byś mógł się przespać.
Dorośli dochodzą czasem do strasznie dziwnych wniosków. Anakin nie chciał, by odchodziła. Wolałby, żeby posiedziała z nim jeszcze przez chwilę – chciał lepiej ją poznać. Choć trochę się z nią oswoić.
- Nie jestem zmęczony – zaanonsował nieśmiało.
- Nonsens. Wyczuwam emanujące od ciebie wyczerpanie. Widzę, jak bardzo potrzebujesz snu.
Posłała mu troskliwe spojrzenie, ale wcale nie poczuł się przez to podniesiony na duchu.
- To twój datapad.
Podała mu składany komputer. Był dużo mniejszy od standardowego: mieścił się w sakwie przy pasie
– Staraj się przez cały czas mieć go przy sobie. Znajdziesz w nim informacje o swoim planie zajęć. W każdym tygodniu harmonogram wygląda inaczej, więc sprawdzaj wszystko na bieżąco. Bycie dokładnym i uważnym to cechy, które Jedi powinni pielęgnować już od najmłodszych lat. Adepci nie mają komlinków, więc datapad to również narzędzie do kontaktowania się z innymi. Na przykład ze mną.
- A z Mistrzem Obi-Wanem? – Anakin spytał z nadzieją.
- Nie – Kentarra pokręciła głową. – Z nim akurat nie. Twój Mistrz jest teraz zajęty misją. Nie zawsze ma możliwość skontaktowania się ze Świątynią.
Chłopiec zwiesił główkę.
- Jutro rano przyjdę po ciebie i zaprowadzę cię na śniadanie – usłyszał głos Mistrzyni. – Dasz radę wstać o ósmej?
Jako niewolnik zwykle musiał być na nogach o szóstej. Jak nie wcześniej! Wygląda na to, że wreszcie znalazł pierwszy plus zamieszkania w Świątyni.
Wyszeptał krótkie „tak", a już kilka sekund później był sam w pokoju.
W pustym, zimnym pokoju.
Przez długi czas po prostu stał na środku pomieszczenia, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Każdy mięsień w jego ciele domagał się snu, jednak Anakin jeszcze nie czuł się gotowy na zapoznanie się ze swoim nowym łóżkiem. Zamiast tego zabrał się za opróżnianie zawartości plecaka i dekorowanie pokoju.
Na pierwszy ogień poszła ściana – zawiesił na niej plakat reklamujący wyścig Bunta. Widząc wykrzywioną w kpiącym uśmieszku gębę Sebulby, sam pozwolił sobie na uśmiech. Ktoś mógłby uznać za dziwne, że chciał mieć w pokoju twarz wieloletniego rywala, ale prawda była taka, że Anakin nie podchodził do swoich przeciwników tak, jak wszyscy. Nie uciekał od nich z podkulonym ogonem. Chciał ich widzieć! Patrzenie na nich go motywowało! A poza tym, chciał mieć pamiątkę swojego wielkiego triumfu – za każdym razem, gdy spojrzy na Sebulbę, przypomni sobie moment, w którym dokonał niemożliwego!
Żałował, że nie ma żadnego przedmiotu przypominającego o bitwie o Naboo. Ciekawe, kiedy wolno mu będzie mieć własny statek? Albo chociaż droida? Ogarnęła go niewyobrażalna tęsknota za 3PO. To takie dziwne – budować coś przez wiele lat, a potem z dnia na dzień to zostawić. Nie żeby zamierzał nagle zrezygnować z majsterkowania!
Z rzeczy, które właśnie wykładał na stolik, sporą większość stanowiły narzędzia – dłutomotki, próbniki, wkrętaki, śrubokręty… rzeczy, które zapewne mógłby znaleźć w Świątyni, ale i tak wolał korzystać z tych przywiezionych z domu. Nosiły w sobie wspomnienia wszystkich jego sukcesów jako mechanika – pamiętały wszystkie rzeczy, które kiedykolwiek zbudował albo naprawił. A przede wszystkim, były jego własnością! Mógł cały czas nosić je przy sobie i korzystać z nich, kiedy tylko chciał - nie musiał prosić nikogo o pozwolenie.
Oprócz narzędzi miał jeszcze worek ze szczątkami miecza świetlnego Obi-Wana, sakiewkę z kredytkami wygranymi od Obi-Wana, holoprojektor z wiadomością od Obi-Wana, i… to w zasadzie tyle.
Jeden plakat, jeden holoprojektor, osiem narzędzi, trochę pieniędzy, kilkanaście kawałków metalu – oto cały jego dobytek! Anakin stanął przy drzwiach, by sprawdzić, jak bardzo jego nowy pokój się zmienił i czy stał się bardziej… jego.
Wcale się nie zmienił.
Nadal wyglądał jak pokój w hotelu, ale przez plakat z wyścigiem Bunta na ścianie, zaczął przypominać pokój w hotelu na Tatooine. Chłopiec skrzywił się.
Po chwili przypomniał sobie, że przecież ma jeszcze szczoteczkę do zębów – pognał do swojej małej łazieneczki, by ją tam zostawić. Pięć razy zmieniał położenie szczoteczki, zastanawiąc się, gdzie najlepiej ją położyć, by była jak najlepiej widoczna. Żeby każdy, kto wszedł do tej łazienki, wiedział, że to jest łazienka Anakina Skywalkera, a nie jakiegoś anonimowego dziecka.
Ech, szczoteczka do zębów to naprawdę mały przedmiot, niezbyt rzucający się w oczy. Chłopiec zaczął żałować, że nie wziął z domu również grzebienia. Gdy mama chciała mu go spakować, bąknął, że nie jest żadnym lalusiem. Uch, myślenie o mamie wciąż tak strasznie bolało! Przejechał rączką po krótko ostrzyżonych włosach i zmarkotniał, uświadomiwszy sobie, że miną długie lata, zanim znowu ktoś mu je uczesze. Prędzej będą go regularnie strzyc. Ale może chociaż Obi-Wan na nowo zaplecie mu warkoczyk, gdy kosmyki zrobią się dłuższe?
Obi-Wan…
Czując, że wreszcie przegrywa walkę z wyczerpaniem, Anakin powlókł się do łóżka. Rozrzucając rzeczy po całym pokoju, przebrał się w tunikę do spania i wskoczył pod kołdrę. Oczy już mu się praktycznie zamykały, a mimo to sięgnął rączką do holoprojektora. Obserwując swojego Mistrza spod półprzymkniętych powiek, wsłuchał się w głos, za którym tak strasznie tęsknił.
- Anakinie… Liczyłem, że powiem ci to wszystko w cztery oczy, jednak obawiam się, że zabrakło mi czasu.
Poduszka pod głową chłopca była miękka, ale miała jakiś taki sterylny, obcy zapach.
- Zostawiam ci tę wiadomość, byś nie czuł się aż tak zagubiony, gdy rozpoczniesz treningi w Świątyni.
Anakin cichutko westchnął. Tęsknił za zapachem Obi-Wana. Wolałby otulić się znajomym brązowym płaszczem zamiast tą okropną bezzapachową kołdrą.
- Domyślam się, że z początku będzie ci bardzo ciężko… zwłaszcza, że nie będzie mnie przy tobie i zostaniesz otoczony przez wiele nieznanych twarzy.
Mistrzyni Kentarra była jedną z tych nowych twarzy. Wydawała się w porządku. Tylko szkoda, że nie została z chłopcem trochę dłużej – może wówczas łatwiej by mu było zasnąć.
- Spróbuj być dzielny!
Mistrz Yoda zabronił próbowania – pociągając nosem, pomyślał Anakin. – Skoro muszę być dzielny, to będę!
- Pamiętaj, że nie jesteś sam.
Właśnie, że jestem! Nie ma tu mamy… nie ma tu Qui-Gona… nie ma tu CIEBIE! Jak mogłeś mnie zostawić?
- Już za tobą tęsknię, Anakinie.
Ja bardziej!
- Wierzę, że sobie poradzisz. Jesteś mądrym i dzielnym chłopcem, który nigdy się nie poddaje.
Anakin mocniej wtulił się w bezzapachową poduszkę. Obi-Wan w niego wierzył… nie mógł zawieźć Obi-Wana!
- Na wypadek, gdybyś miał jakieś wątpliwości, obiecuję ci, że wrócę!
Tylko kiedy?
- Nie martw się o mnie, Anakinie.
Łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić.
- Do zobaczenia wkrótce. Niech Moc będzie z tobą!
Chłopiec odsłuchał wiadomość jeszcze kilka razy, aż wreszcie, za piątym razem zasnął. Zapadł w sen, zaciskając rączkę na padawańskim warkoczyku.
XXX
Ktoś mądry powiedział kiedyś: „Nowy dzień to nowy początek! Każdy kolejny poranek przynosi nadzieję i obietnicę lepszych czasów."
Dotychczas Anakin nie wierzył w prawdziwość tej maksymy. Przez pierwsze dziewięć lat życia jego poranki wyglądały niemalże tak samo – kolejny dzień ciężkiej pracy, kolejny dzień spełniania kaprysów właściciela, kolejny dzień kombinowania, jak by tu uciułać dla siebie dodatkową godzinę wolnego, by móc pogrzebać w ścigaczu.
Ale teraz sytuacja się zmieniła. Anakin może i położył się spać jako samotny i nieszczęśliwy chłopiec, ale rano wstał z łóżka naładowany optymizmem. No bo, hej! Pierwszy raz zaczynał dzień mając w perspektywie coś innego niż oglądanie paskudnej trąby Watta – to był oficjalny początek jego treningu Jedi. Jedi!
NIC nie mogło mu tego popsuć!
Nawet uniesiona brew Mistrzyni Kentarry, gdy przyszła po niego i zobaczyła rozrzucone na podłodze ubrania. Ani jej subtelna prośba, by natychmiast poszedł pod prysznic, bo wczoraj się nie wykąpał. Ani fakt, że pierwszy raz obsługiwał prysznic z prawdziwego zdarzenia (na Tatooine on i mama mieli do podziału wiadro wody z gąbką) i potrzebował chwili, by to rozpracować. I że zaczynał być przez to spóźniony. Ani to, że kompletnie zapomniał, jak się zakłada tuniki Jedi i Mistrzyni jego Klanu musiała mu w tym pomóc. I że był przez to jeszcze bardziej spóźniony!
Żadna ze wspomnianych rzeczy nie zepsuła mu humoru. Był w stanie myśleć tylko o jednym:
Trening Jedi, trening Jedi, trening Jedi! Czego będzie się dzisiaj uczył? Podnoszenia przedmiotów? Walki mieczem świetlnym? Ach, wprost nie mógł się doczekać!
Krocząca dostojnie u jego boku Mistrzyni Kentarra obserwowała jego radosne podskoki z wyrazem uprzejmej pobłażliwości.
Jeżeli czymś się martwił, to tylko spotkaniem z nowymi kolegami, ale nie przejmował się, ponieważ miał już plan. Dzieci Jedi nie mogły przecież jakoś drastycznie różnić się od normalnych dzieci, nie? Na pewno znajdzie z nimi wspólny język! Na Tatooine może i nie był duszą towarzystwa, ale zdobył tam kilkoro bliskich przyjaciół. Wiedział, jak to się robi. Raz się udało, uda się znowu. Odwagi!
Wkraczając do stołówki, odruchowo wstrzymał oddech. Mistrzyni Kentarra poprowadziła go do stolika, przy którym siedziało sześcioro dzieci. Adepci i Adeptki mieli już przed sobą tace ze śniadaniem, ale jak na razie nie tknęli jedzenia. Na widok opiekunki Klanu, z zaciekawieniem podnieśli główki.
- Trochę spóźnieni, ale wreszcie jesteśmy! – zaanonsowała Kentarra.
Spóźnieni? Uch, a Anakin tak się starał! Wreszcie rozwiązał zagadkę nietkniętego jedzenia – inni nie zaczęli jeszcze jeść, ponieważ on się guzdrał.
Zmierzył ich uważnym wzrokiem, ale nie dopatrzył się żadnych złych emocji. Albo nie mieli do niego pretensji, albo potrafili to dobrze ukryć.
- To jest Adept Anakin Skywalker – przedstawiła go Mistrzyni. – Jak już wam wczoraj tłumaczyłam, jest nowy, dlatego wciąż nie rozumie wielu rzeczy. Liczę, że pomożecie mu się odnaleźć.
Rozległo się zbiorowe „Tak, Mistrzyni".
„Jak już wczoraj tłumaczyłam"? – Anakin powtórzył w myślach.
Ale co dokładnie im wytłumaczyła? A więc wczoraj odbyła się jakaś rozmowa o nowym Adepcie? Ciekawe, czego właściwie dotyczyła?
Siedząca najbliżej dziewczynka posłała Skywalkerowi sympatyczny uśmiech. Odwzajemnił gest i poczuł się nieco pewniej. Ale potem zauważył pewien szczegół i od nowa się zaniepokoił:
Dziewczynka, która się do niego uśmiechnęła, miała na głowie mnóstwo małych czarnych warkoczyków, ale nie miała jednego konkretnego warkoczyka spływającego po prawym ramieniu. Żadne z tych dzieci nie miało. Anakin był jedyny!
Czy to było coś, czym powinien się martwić? Instynkt podpowiadał mu, że owszem. Anaki czuł na sobie dokładnie takie same spojrzenia, gdy jego paczka została zaskoczona przez burzę piaskową, a on jako jedyny miał przy sobie okulary ochronne. Pamiętał, że bardzo zirytował tym pozostałych, choć kompletnie nie rozumiał, dlaczego. Jak można złościć się na kogoś za to, że jako jedyny miał lepiej?
Głos Mistrzyni Kentarry przywołał go do rzeczywistości:
- Anakin jest Adeptem, tak jak wy, ale ponieważ dołączył do Zakonu w wyjątkowych okolicznościach, ma już Mistrza. Jego nauczyciel nalegał, by zapleść mu padawański warkocz, zanim sam wyruszył wypełnić misję dla Zakonu. Anakin nie zna tutaj prawie nikogo, więc bądźcie dla niego mili i wyrozumiali. Wykażcie się cierpliwością godną Jedi i nie wypytujcie go o przeszłość, dopóki sam nie postanowi się nią podzielić.
Ostatnie zdanie wypełniło serduszko byłego niewolnika niewyobrażalną ulgą. Był wdzięczny opiekunce swojego Klanu, że poprosiła o coś takiego, bo za nic… za żadne skarby nie miał ochoty opowiadać rówieśnikom o swojej „karierze" u Watta. Albo u Gardulli. Każąc dzieciakom powstrzymać się od pytań, ta kobieta bardzo ułatwiła mu życie.
Choć oczywiście, pozostawała jeszcze kwestia tego, czy Adepci zechcą posłuchać. Anakin mógłby się założyć o wszystkie kredytki, które wygrał od Obi-Wana, że ani Kipster, ani inni jego koleżkowie z Tatooine ZA NIC nie powstrzymaliby się od pytań, ktokolwiek by ich o to nie poprosił. Ale może dzieci Jedi były inne?
Oby.
Dobrze też, że kwestia padawańskiego warkoczyka została otwarcie wyjaśniona. Choć nie umknęło uwadze Anakina, że dwóch chłopców wciąż wgapiało się w ten konkretny element jego fryzury. Mieli trudne do zinterpretowania miny – jakby intensywnie nad czymś rozmyślali.
- Anakin będzie z wami trenował, dopóki nie osiągnie gotowości i nie przejdzie swoich pierwszych Prób. Musi sporo nadrobić, dlatego jego harmonogram będzie nieznacznie różnił się od waszego. Może się też zdarzyć tak, że podczas zajęć zostaniecie poproszeni, by pomóc nowemu koledze lub dostosować się do jego tempa. Liczę, że będziecie wyrozumiali i…
- Obiecuję, że będę się starał! – niespodziewanie wtrącił Anakin. – Na pewno was nie spowolnię!
Rozumiał, że przerwanie Mistrzyni w pół słowa mogło odbić mu się czkawką – doskonale pamiętał, jak podpadł członkiniom Rady Jedi odzywając się w nieadekwatny sposób. Jednak zależało mu na szacunku innych dzieci do tego stopnia, że był gotów zaryzykować. Opłaciło się! Zarówno Kentarra jak i dziewczynka z wcześniej spojrzały na niego z uśmiechem.
- Entuzjazm godny prawdziwego Jedi! – Mistrzyni aprobująco pokiwała głową. – To wspaniale, że już w swój pierwszy… i jakże trudny dzień pragniesz dać z siebie wszystko. Mam nadzieję, że inni Adepci pomogą ci stanąć na nogi, w razie gdyby kiedyś zabrakło ci wiary w siebie – spojrzała na pozostałe dzieci. – Jesteście dzisiaj zwolnieni z porannych zajęć w bibliotece. Zamiast tego oprowadzicie Anakina po Świątyni. Pokażecie mu wszystkie ważne miejsca, nauczycie go korzystać z mapy w datapadzie i odpowiecie na jego pytania.
Wycieczka w towarzystwie nowych kolegów? – ucieszył się Anakin. – Ekstra!
- A teraz wstańcie po kolei i przedstawcie się.
Sześcioro Adeptów rozpoczęło prezentację. Skywalker postawił sobie za cel, by kompletnie zignorować nazwiska, ale za to za wszelką cenę nauczyć się imion. To była jedna z niewielu pożytecznych (i zupełnie niezłośliwych) rad, które usłyszał od Watto, gdy chodził z nim na wyścigi.
Bo widzisz, Ani, nikt nie lubi powtarzać swojego imienia po raz drugi! – skrzeczał chciwy Toydarianin. – Zamiast zapamiętać pełną godność jednej osoby, zapamiętaj same imiona dziesięciu osób. Poczują się wyróżnieni, czaisz?
Owszem, Anakin „zaczaił". A po chwili przypomniał sobie również drugą radę, którą usłyszał od dawnego właściciela. Dotyczyła stada. Watto mawiał, że gdy było się nowym kolesiem dołączającym do grupy, w pierwszej kolejności zawsze trzeba było ustalić, jak wyglądał podział władzy w stadzie.
Nie ważne, czy to Jawowie czy Huttowie, Ani – powtarzał, energicznie wymachując skrzydełkami. – Każde stado ma swoje zasady i jeśli chcesz dobrze się ustawić, musisz najpierw dobrze się przyjrzeć! Kto jest samcem alfa? Kto jest popychadłem? Ilu pomagierów ma szef? Ilu jest buntowników gotowych podważyć władzę szefa?
Wspomniana rada wiele razy okazywała się dla Anakina pożyteczna. A zatem dokładnie przyjrzał się szóstce dzieci i spróbował wstępnie ustalić, jak wyglądały relacje w jego stadzie… tfu! Klanie.
Z początku nie było mu łatwo, bo gdy chodziło o dobre wychowanie, Adepci Jedi zdecydowanie przodowali nad innymi dziewięciolatkami. Zachowywali się tak grzecznie, że wydawało się to aż nienaturalne! Idealnie wyprostowane plecy, idealny ton głosu, idealne ułożenie rąk na stole… ugh! Idealność do porzygu! Na pierwszy rzut oka nie dawało się wypatrzeć w grupie choćby jednego gagatka!
Jednak, gdy Anakin lepiej się przypatrzył, zauważył, że jakiś podział jednak był – i nawet odzwierciedlał się w układzie siedzenia przy stole!
Były dwie ławki, a na każdej siedziały trzy osoby.
Ławka po lewej reprezentowała część stada, która wydawała się zdecydowanie cichsza, bardziej skłonna do kompromisu i uległości. Do tej grupy należała dziewczynka z czarnymi warkoczykami, która wcześniej uśmiechnęła się do Anakina. Nazywała się Dina i miała w sobie coś z Padme. Jej oczy nie były nazbyt pewne siebie, ale nie były też nieśmiałe. Patrząc na nie, miało się wrażenie, że dziewczynka jest o wiele dojrzalsza, niż wskazywał jej wiek. Zdecydowanie była liderką „swojej części" stołu! Oprócz niej, na ławce po lewej siedział Chao-zi, który podobnie jak Mistrzyni Adi Gallia był Tolothianinem, oraz dziewczynka o imieniu Shanti – Pantoranka o niebieskiej skórze i ściętych na krótko białych włosach.
Natomiast ławka po prawej… noo, tu już siedziały dzieciaki ze zdecydowanie zadziorniejszymi spojrzeniami! Może nie „zadziornymi" na pierwszy rzut oka tak jak w przypadku dziewięciolatków z Tatooine, ale dało się wyczuć, że prędzej stanęliby do walki, aniżeli próbowali jej uniknąć. Na szefa wyglądał tutaj chłopiec z krótkimi czarnymi włosami o imieniu Taz. Acz siedzący po obu jego stronach kolega i koleżanka raczej nie mieli statusu pomagierów – a przynajmniej takie wrażenie odniósł Anakin. Bethany - czarnoskóra dziewczynka z rudymi włosami, oraz Cooper – chłopiec z blond kitką, nie zerkali na Taza w taki sposób, jakby chcieli wykonywać jego polecenia. Ich spojrzenia wskazywały bardziej na chęć zrobienia czegoś niewłaściwego, tylko jeśli lider pierwszy by się na to odważył.
Anakin wziął głęboki oddech. Zrobi wszystko, by cała szóstka go zaakceptowała! Ze szczególnym uwzględnieniem Diny i Taza – jeśli oni go polubią, reszta powinna pójść za ich przykładem.
- Zostawię was, byście mogli lepiej się poznać – powiedziała Mistrzyni Kentarra.
A potem wyszła ze stołówki. Anakin nie mógł uwierzyć! Nie chodziło o to, że jakoś szczególnie liczył na jej obecność, ale… po prostu zdziwiło go, że tak odeszła tak szybko.
- Chodź ze mną – uśmiechając się, Dina wstała od stołu. – Pomogę ci zdobyć jedzenie.
Zaczerwienił się.
„Zdobyć?"
Była prawie tak samo ładna jak Padme. Nie miałby nic przeciwko, by poszła z nim po jedzenie. Aczkolwiek, chciał zbudować sobie reputację niezależnego chojraka, więc wypiął pierś i oznajmił:
- Dzięki, ale nie musisz. Sam sobie poradzę. Przyniesienie jedzenia nie może być aż tak trudne, prawda?
Ku jego zdziwieniu, Dina zachichotała.
- Jest trudniejsze niż sądzisz – stwierdziła, klepiąc go po ramieniu. – Zresztą, sam zobaczysz. No chodź!
Po raz ostatni upewnił się, że pozostali Adepci nie patrzą na niego jak na siusiumajtka i z niepewnym uśmiechem skinął głową.
- Mistrzyni Kentarra nie je z nami? – zapytał, gdy szli przez stołówkę.
- Rzadko tutaj jada. Mieszkańcy jej planety są znani z dość… niecodziennych upodobań kulinarnych. Lubią ostre rzeczy.
- Nasza Mistrzyni jest z Chalacty, prawda? Tak jak Mistrzyni Billaba?
- Mhm. Ma w swoich kwaterach małą kuchnię. Zwykle sama sobie gotuje.
Anakin przypomniał sobie, że rzeczywiście słyszał coś o „wybrednych podniebieniach" rodowitych Chalactan. Jeden z pilotów na Tatooine powiedział mu, że ci ludzie żywili się potrawami, którymi nikt poza nimi nie potrafił przełknąć.
Stojąc w kolejce po jedzenie, chłopiec dał sobie czas, by dokładniej obejrzeć stołówkę. Pewien osobliwy szczegół natychmiast rzucał się w oczy - chociaż pomieszczenie spokojnie pomieściłoby setkę osób, zajętych było może z dziesięć stolików. I siedziały przy nich głównie dzieci! Nastolatków oraz dorosłych Jedi dawało się policzyć na palcach jednej ręki.
- Słuchaj… - Anakin zagaił do Diny. – Zawsze jest tu tak mało osób?
- Tak, zwykle tak. Ale nie dlatego, że w Zakonie jest mało Jedi.
- Więc gdzie są wszyscy?
- Głównie na misjach. Niektórzy gotują dla siebie, tak jak Mistrzyni Kentarra. Sporo osób lubi też jadać na mieście. Albo po prostu nie jedzą o tym samych porach co my – uśmiechając się, Dina przepraszająco wzruszyła ramionami. – Ewentualnie wychodzą z jedzeniem do ogrodów, bo nie lubią stołówki.
- Wolno wynosić jedzenie? – zdziwił się Anakin.
- Cóż… tak. Ale nie wszędzie. Jeśli zaczniesz jeść w Bibliotece, Mistrzyni Jocasta Nu potraktuje cię jak wroga Zakonu i będzie chciała zrobić z ciebie potrawkę dla banth. Czasem Mistrz Yoda zachęca dzieci, by zrobiły sobie piknik w Komnacie Tysiąca Fontann. Ale Klany zwykle wolą jadać razem, przy stoliku.
Chłopiec wyszczerzył zęby. Może Jedi nie byli aż takimi sztywniakami, jak zaczął myśleć?
Uśmiech jednak spełzł z jego twarzy, gdy przyszła jego pora na odebranie jedzenia. Za wydawanie śniadania odpowiedzialny był droid o wielkiej okrągłej głowie, kobiecych kształtach i… w różowym kraciastym fartuchu?!
- To jest CO-3 – Dina szepnęła koledze do ucha. – Ale nazywamy ją też „Coco" albo „Kokoszka". Słuchaj, ona jest trochę…
- Adeptka Ceres! – Dziewczyna nie zdążyła skończyć zdania, gdy droidka łypnęła na nią nieprzyjaźnie jedynym okiem w kształcie prostokąta. – Czego chcesz? Już dostałaś żarcie!
- Tak, wiem, że dostałam. Bo widzisz, ja tu jestem z kolegą i…
- Z kolegą? Jakim kolegą?! A ty coś za jeden, co?!
Uświadomiwszy sobie, że skrzekliwy damski głos zadał pytanie jemu, Anakin aż kwiknął z wrażenia. Na ogół uwielbiał droidy, ale jeszcze żaden nie zachowywał się wobec niego tak… bezczelnie, z braku lepszego słowa. Przez chwilę chłopiec po prostu stał, wpatrując się w mechaniczną kelnerkę z mieszaniną niepokoju i fascynacji.
- Co się gapisz?! – Coco groźnie się nad nim pochyliła. – Nie widziałeś droida w fartuchu?
- Coco… tfu! Znaczy, spokojnie, CO-3 to jest Adept Skywalker – uspokajająco unosząc ręce, zawołała Dina. – Anakin Skywalker.
- Skywalker? – droidka powtórzyła nieufnie.
- Nowy – podpowiedziała dziewczyna.
- A, ten nowy? Tak, chyba już mam cię w systemie – CO-3 postukała palcem w swoją mechaniczną głowę.
Anakin usiłował zajrzeć za plecy robotki i sprawdzić, co było do jedzenia. Niektóre talerze pachniały bardzo zachęcająco, do innych strach było się zbliżyć.
- Chciałbym… - chłopiec zaczął, jednak droidka lekko pacnęła go w policzek. – Ała! – posłał jej pełne pretensji spojrzenie. – Za co to było?
- Nie pyskuj i nie wychylaj swojego małego ryjka tam, gdzie nie trzeba! – Coco pogroziła mu palcem. – A teraz stań prosto! Musze cię zeskanować.
- C-co?
Z cichym sykiem z prostokątnego oka CO-3 wystrzelił niebieski promień – przez pewien czas jeździł po Anakinie od góry do dołu, jak jakiś dziwny wachlarz.
- Lat dziewięć – zaskrzeczała droidka. – Niedowaga! Masz niedobory witaminy C, witaminy P2, witaminy… niebywałe! Moje biedne stare obwody już dawno nie widziały tylu niedoborów. Coś ty wyrabiał ze swoim życiem, bachorze? No, no, Skywalker… trzeba cię będzie dobrze odżywić! Nie martw się. Na mojej zmianie niczego ci nie zabraknie.
Ku przerażeniu chłopca, zaczęła nakładać do misek różnego rodzaju papki. Wyglądały jeszcze gorzej niż racje żywnościowe dla niewolników.
- Specjalna kasza energetyczna… zmiksowane bataty koja bogate w środki odżywcze – trajkotała Coco. – Puree z pustynnego selera…
- Puree z pustynnego selera?! – krzyknął Anakin. – Na moje planecie karmiliśmy tym eopie!
- To musiały być zdrowie eopie! – padła dziarska odpowiedź.
Świeżo upieczony Adept był załamany.
Zostań Jedi, mówili – burczał głos w jego głowie. – Będzie fajnie, mówili. Będziesz lepiej spać, mówili. Będziesz lepiej jeść, mówili!
Fakt, Obi-Wan ostrzegł go, że jedzenie w Świątyni bywało „mdłe", ale…
- Może dasz mu chociaż parę owoców? – Dina wzięła sprawy we własne ręce. – Kilka śliwek, albo chociaż cieniogruszkę?
- Może parę joganów? – Anakin podpowiedział z nadzieją.
Pamiętał, jak jego Mistrz nakarmił go tym fioletowym owocem na Naboo.
- Nie widzę potrzeby – mruknęła droidka. – Twój cukier jest w normie! Potrzebujesz więcej białka. A poza tym jedzenie owoców w godzinach porannych jest niewskazane!
Nagle powietrze wypełnił słodki zapach. Pusty brzuszek Anakina zareagował na to tęsknym burczeniem. Głowa chłopca zaczęła obracać się na wszystkie strony, aż wreszcie wypatrzyła źródło cudownego odoru.
Jakiś inny droid – również w fartuchu, ale nieco większy niż Coco i bardziej milczący – postawił na stoliku tacę z tajemniczymi okrągłymi smakołykami. Grupa dzieci sięgających Anakinowi do łokci natychmiast rzuciła się w tamtym kierunku.
- Tylko po jednym, bachory! – burknęła Coco.
- Co to jest? – otwarcie się śliniąc, spytał Anakin.
- Pączki – wyjaśniła Dina. Wpatrywała się w okrągłe łakocie równie pożądliwie co Skywalker. – Z lukrem. To najpyszniejsza rzecz na świecie!
- Tylko dzieciom do piątego roku życia wolno jeść pączki! – bezlitośnie zaanonsowała CO-3.
- Co?! – oburzył się Anakin. – Kto o tym zdecydował?
- Mój system operacyjny, krasnalu! – w odpowiedzi został puknięty w czoło metalowym palcem. – Adepci Jedi muszą przestrzegać diety. Rozpuszczanie dzieciaków powyżej piątego roku życia jest niewskazane! Zapamiętaj sobie, synek… JA tutaj rządzę, zrozumiano?!
Chłopiec miał ochotę coś kopnąć. Zamiast tego wziął swoją tacę, posłał droidce wściekłe spojrzenie i obiecując sobie, że dobierze się do blaszanej jędzy ze śrubokrętem, oddalił się od bufetu. Dina dogoniła go lekkim truchtem.
- Przemyciłam dla ciebie kilka owoców – szepnęła, wyciągając zdobycze spod rękawów.
- Dzięki – Anakin spojrzał na nią z wdzięcznością.
- Nie przejmuj się, ona jest wredna wobec wszystkich. Warczy nawet na dorosłych Jedi. Została zaprogramowana w taki sposób, by dobierać nam posiłki, które są najlepsze dla naszych organizmów. Mam na mojej tacce kilka lepszych rzeczy – dziewczyna porozumiewawczo mrugnęła. – Jeśli chcesz, to się z tobą podzielę.
- Dziękuję, jesteś naprawdę miła. Może się tu później zakradnę i przeprogramuję tą wredną babę!
Po tego typu deklaracji, Anakin zwykle słyszał okrzyk zdumienia:
„Ojej, naprawdę umiesz programować droidy?"
„Masz dopiero dziewięć lat i już tyle potrafisz?"
„Raju, to niesamowite!"
Na Dinie jednak jego umiejętności mechanika nie zrobiły wrażenia. Powiedziała tylko:
- Mistrz Yoda raczej by się z tego nie ucieszył. Jest bardzo przywiązany do CO-3. Rządziła w bufecie już wtedy, gdy był małym chłopcem.
Anakin z trudem ukrył rozczarowanie. Choć w posługiwaniu się Mocą był do tyłu, liczył, że przynajmniej będzie mógł popisać się talentem do naprawiania różnych rzeczy. Najwyraźniej dzieci Jedi potrafiły dużo więcej od normalnych. Będzie musiał bardziej się postarać, by zrobić na nich wrażenie!
On i Dina usiedli z resztą swojego Klanu. Gdy tylko zajęli miejsca na ławce po lewej, przy stoliku zrobiło się dziwnie tłoczno. Nie aż tak, by trzeba było przepychać się łokciami, ale wystarczająco, by stykać się kolanami z przynajmniej jedną osobą. Anakin dyskretnie zerknął na pozostałe grupy i zauważył, że przy żadnym ze stolików nie siedziało więcej niż sześcioro dzieci. A potem skierował wzrok na owoce, które dostał od Diny. Poczuł, że ma z nimi wiele wspólnego – on też był niepasującym, dopchniętym na siłę elementem.
Potrząsnął głową. Miał być dzielny, tak? Zamiast bezsensownie się zamartwiać, powinien przystąpić do działa. Przestanie czuć się jak niepasujący element, jeśli zdobędzie przyjaciół. A przecież umiał zdobywać przyjaciół, prawda?
Tatooine, kilka lat temu
- Cześć! Chcesz trochę mojej kaszy? Ja już więcej nie zjem.
Czarnowłosy chłopiec podniósł wzrok znad talerza.
- Nie, dzięki – posłał przybyszowi przepraszający uśmiech. – Mam wystarczający problem ze skończeniem mojej, a twoja wygląda równie paskudnie.
- No, w sumie masz rację – Anakin przysiadł na ławce obok nowego kolegi. – Niewolnicze racje są do bani!
- Nawet banthy dostają lepsze żarcie.
- A w ogóle to jestem Anakin Skywalker. Pracuję dla Watta.
- Kitster Chanchani. Sprzątam łazienki w obciachowym hotelu Grobala.
Uścisnęli sobie dłonie.
- Niewolnicze racje może i są do bani - grzebiąc łyżką w kaszy, zagaił Kitster – ale wiesz, co? Moja mama robi najlepsze kukurydziane pity w całej Galaktyce!
- A moja potrafi zrobić pyszny obiad praktycznie z niczego! – pochwalił się Anakin. – Ostatnio pozbierała grzyby i zrobiła z nich tak dobrą zupę, że mogliby ją podawać w tym waszym hotelu! Może wtedy nie byłby taki obciachowy?
- Serio?
- Jasne! Wpadnij kiedyś do nas, to sam zobaczysz!
- Okej, a ty przyjdź spróbować pit mojej mamy!
Wyszczerzyli do siebie zęby. Od tamtego dnia byli najlepszymi przyjaciółmi.
Obecnie
Anakin wziął głęboki oddech i wypiął pierś, jak kogut przez zaanonsowaniem poranka.
No dobra – pomyślał. – Do dzieła! To nie może być takie trudne…
- Twój ryż wygląda równie paskudnie, co moje bataty – powiedział do Coopera, który wyraźnie krzywił się nad swoją miską.
- Taaa, ale od narzekania nie zrobi się smaczniejszy – w odpowiedzi westchnął blondynek.
- Powinniśmy zjeść wszystko – dodał Taz. – Bo inaczej Kokoszka przyjedzie tutaj na tym swoim podskakującym kółku i zmyje nam głowy!
- Mistrz Yoda mówi, że liczy się podejście – zaszczebiotała Pantoranka Shanti. – Gdy wyobrazisz sobie, że masz na talerzu coś bardzo, bardzo pysznego, łatwiej ci będzie wszystko zjeść.
- Aha – Taz uśmiechnął się kpiąco. – A ktoś w ogóle wierzy w to, poza nim?
Na to stwierdzenie Cooper i Bethany zachichotali. A więc wcześniejsza obserwacja była trafna – może i nie byli pomagierami, ale mieli wyraźne ciągoty do robienia tego samego, co ich czarnowłosy szef.
- Gdybyście słuchali Mistrza Yody tak uważnie jak Shanti - delikatnie się uśmiechając, zaczęła Dina – nie dostawalibyście ochrzanu za nieuwagę za każdym razem, gdy ćwiczycie ze zdalniakiem.
Anakin spodziewał się, że grupa z drugiej części stołu odpowie na to jakąś kąśliwą ripostą. O dziwo jednak, Taz pokiwał głową.
- Pewnie masz rację – mruknął.
Cooper i Bethany natychmiast zrobili to samo, co on i wymamrotali ciche „tak". To zdarzenie wiele powiedziało Anakinowi o relacjach w stadzie.
Aha, czyli Dina była tym całym… jakiego słowa użyła kiedyś Padme? A, no tak, mediatorem! Gdy poszczególni członkowie grupy zaczynali sobie dokuczać, ona wkraczała do akcji i łagodziła konflikt. Jak na dłoni było widać, że każde dziecko przy stoliku miało do niej szacunek.
Bethany i Chao-Zi rzucili jeszcze kilka komentarzy na temat, jak bardzo żarcie było niedobre. Anakin zatarł ręce. Może nie poszło mu tak dobrze jak z Kitsterem, ale przynajmniej sprowokował towarzystwo do rozmowy. Okej, to teraz czas na drugą część!
Odchrząknął, by zwrócić na siebie uwagę towarzystwa.
- To jedzenie może i jest mdłe, ale moja mama potrafi zrobić pyszny obiad praktycznie z niczego! Kiedyś znalazła na wydmie kępkę ziół i przygotowała z nich świetną sałatkę!
Cierpliwie czekał, aż pozostali zaczną „licytować się" z nim na dokonania kulinarne swoich rodziców. A kiedy usłyszał jedynie grobową ciszę, poczuł się nieznacznie zbity z tropu.
- To… to bardzo fajnie – uśmiechając się z jakąś taką dziwną nerwowością, powiedziała Dina. – Mówiąc „wydmy" masz na myśli pustynne wydmy? Słyszałam, że niełatwo na nich cokolwiek znaleźć. Ponoć to głównie piasek.
- Cała Tatooine to jedno wielkie skupisko piasku! – Anakin odruchowo się wzdrygnął. – Ale moja mama wie, gdzie szukać. Znajduje tego typu miejsca, gdy idzie po odchodach eopie. Jest jak prawdziwy tropiciel!
Gdy tylko to powiedział, natychmiast zapragnął zdzielić samego siebie w łeb. Kto normalny wspomina o „odchodach" przy jedzeniu? Nawet nie miał pretensji do Bethany i Shanti, że wytrzeszczyły na niego oczy.
- No a wasi rodzice? – zapytał, chcąc jak najszybciej odwrócić uwagę od niefortunnego komentarza o gównie. – Co oni potrafią ugotować?
Może Adeptom Jedi nie wypadało przechwalać się i dlatego sami nie powiedzieli o dokonaniach swoich mam. Ale teraz, gdy zostali zapytanie wprost, na pewno powiedzą! Prawda?
Eee, nie. Otóż skucha.
Dzieci z Klanu Nexu zastygły z szeroko otwartymi ustami. Wpatrywały się w nowego kolegę w taki sposób, jakby wyrosła mu para rogów.
- Rodzice? – Taz powtórzył głupio.
- Jacy rodzice? – przechylając głowę, zawtórował mu Cooper.
Anakin zamrugał. Żartowali sobie z niego, czy jak?
- No… wasi rodzice! – powiedział takim tonem, jakby tłumaczył im, dlaczego woda jest mokra. Nagle coś przyszło mu do głowy. – Bo… macie rodziców? Prawda? – zapytał, przełykając ślinę.
Wszyscy, jak jeden mąż, spojrzeli w drugą stronę i wydali głośne zbiorowe „eee".
