Człowiek Czynu

Rozdział 8 – Trudny pierwszy tydzień

- Mistrzu… a dlaczego Adept Skywalker ma już padawański warkoczyk?

- Ponieważ trening jego od waszego różni się. Chociaż z wami się uczy, Adept Skywalker Mistrza swojego już ma.

- Ale dlaczego? Ja też chciałbym już mieć Mistrza, ale nie mogę, bo nie przeszedłem Prób Adepta! Wszyscy mówią, że trzeba najpierw przejść Próby…

- Droga poznawania Mocy dla każdego inna jest. Nie myśl, że twoja droga taka sama jak kogoś, tylko dlatego, że większość w tym samym tempie co ty, do celu podąża.

Gniew bulgotał w ciele Anakina jak woda w gotującym się garnku. Chłopiec nawet nie pamiętał, ile razy w przeciągu ostatniego tygodnia słyszał podobną rozmowę! Zastanawiał się, za którym razem w końcu nie wytrzyma i da upust złości – to cud, że wytrzymał aż tak długo!

Mieszkał w Świątyni dopiero osiem dni, a już zdążył stworzyć dość pokaźną listę rzeczy, których nie cierpiał w tym miejscu.

Pierwszą było wysłuchiwanie właśnie tego typu upokarzających rozmów. Drugą było ciągłe doczepianie się do jego warkoczyka – dlaczego w ogóle go ma, czym sobie na to zasłużył, czemu to właśnie on go dostał, ale dlaczego, Mistrzu, dlaczego i, ughm, można się porzygać!

Natomiast trzecią rzeczą było…

- Mistrzu, a dlaczego on medytuje właśnie z nami? – zapytała malutka blondyneczka, której brakowało dwóch jedynek.

Ma mleczaki! – Anakin pomyślał z przerażeniem. – Nawet nie ma stałych zębów!

No dobra, on TEŻ nie miał jeszcze wszystkich stałych zębów, ale sporą większość wymienił.

- Właśnie! – zawołał chłopczyk o pomarańczowej skórze i pyzatych policzkach. – Przecież jest od nas starszy!

- Dużo starszy! – dodał ktoś inny.

- Ja też dużo starszy od was jestem – opierając pomarszczone dłonie na lasce, Yoda uśmiechnął się. – Ale czy dziwnym jest, że razem z wami medytuję?

Nie, to nie jest ani trochę dziwne - Anakin miał ochotę prychnąć – bo wszyscy wiedzą, że jesteś tutaj jako NAUCZYCIEL!

Mimo to był wdzięczny Wielkiemu Mistrzowi. Zielony mędrzec zawsze potrafił znaleźć odpowiednie słowa, by przekonać grupę, że obecność dużo starszego dziecka w ich szeregach nie była aż tak dziwna.

- Zapamiętajcie, moi mali Jedi! – zaskrzeczał, wskakując na pufę. – Każdy: i młody i stary, do podstaw często wracać powinien. Zaawansowanych technik ucząc się, najprostsze sposoby poznawania Mocy często zapominamy. Dlatego, jeśli pozwolicie, ja i Skywalker towarzyszyć wam dzisiaj będziemy.

Mrugnął porozumiewawczo do Anakina, jakby chciał dodać mu otuchy. Do pewnego stopnia podziałało – siadając w siadzie skrzyżnym pomiędzy dwoma sześciolatkami, dziewięciolatek poczuł, że udało mu się odzyskać chociaż odrobinę godności.

Co nie zmieniało faktu, że czuł się upokorzony!

Gdyby jego koledzy z Tatooine mogli go teraz zobaczyć… jak nic tarzaliby się po podłodze ze śmiechu. Dobrze, że wieści ze Świątyni Jedi nie miały najmniejszych szans na dotarcie do Zewnętrznych Rubieży. Cały szacunek, jaki Anakin zdobył na tak zwanej „dzielni", w jednej chwili poszedłby się rąbać. A Sebulba…

Ugh! Nie. O potencjalnej reakcji Sebulby to już lepiej w ogóle nie myśleć! To nie mogło prowadzić do niczego dobrego.

- Mantrę Jedi wspólnie wyrecytujmy! – zarządził Yoda.

Anakin cicho westchnął. Czując się jak wrona pośród słowików, pozwolił by jego zrezygnowany głos zlał się z melodyjnymi głosami innych dzieci.

- Nie ma emocji, jest spokój. Nie ma ignorancji, jest wiedza. Nie ma pasji, jest pogoda ducha. Nie ma chaosu, jest harmonia. Nie ma śmierci, jest Moc.

Zadziwiające, ale po wyrecytowaniu tych kilku nudnych linijek, otaczająca Anakina banda kurdupli wydawała się bardziej zrelaksowana niż wcześniej. Tymczasem Skywalker wciąż był spięty jak droid przed przeglądem. Może to dlatego medytował z maluchami, a nie z Adeptami w swoim wieku?

- Zamknijcie oczy.

Anakin wypełnił polecenie, ale wcale nie zrobiło mu się przez to przyjemniej. Zacisnął zęby. Nawet w czymś tak banalnym jak tkwienie w miejscu, wyłączanie myślenia i łączenie się Mocą, gromada ledwo odrośniętych od ziemi krasnali radziła sobie lepiej od niego – to było uwłaczające! Już samo przyznanie, że był gorszy od sześciolatków sprawiało, że miał ochotę coś rozwalić.

Co, bynajmniej, nie ułatwiało mu medytacji.

- Od obaw się uwolnijcie – usłyszał głos Yody. – Wstyd odrzućcie. Swych uczuć świadomi bądźcie i zapanujcie nad nimi. Wewnętrzną równowagę znajdźcie. Oddychajcie!

Dłonie Anakina zacisnęły się na nogawkach spodni. Niby taka banalna rzecz – zapanować nad emocjami i oddychać. Więc czemu mu nie wychodziło? Przecież tak bardzo się starał!

- Oczyśćcie umysły. Nie starajcie się zrobić lepiej. Po prostu róbcie!

Czwarta rzecz, której nie znosił w Świątyni Jedi – doświadczeni Mistrzowie tacy jak Yoda bez trudu wyczuwali jego uczucia i myśli. Ech, nawet we własnej głowie nie miał prywatności!

Ostrożnie uchylił jedno oko, by sprawdzić, jak radzą sobie inni. Na widok rzędu dziecięcych buzi wyrażających błogi spokój, miał ochotę się załamać. Czemu jego twarz nie mogła tak wyglądać?

Yoda zeskoczył z pufy i podreptał do najstarszego z uczniów. Zaczął delikatnie poprawiać pozycję Anakina – wyprostował lekko zgarbione plecy i uniósł opadający w dół podbródek. To jeszcze bardziej przygnębiło chłopca. Tylko on jeden siedział niepoprawnie – i to podczas każdej sesji medytacyjnej! A miał ich już za sobą całkiem sporo…

Spodziewał się po treningu Jedi naprawdę rozmaitych rzeczy – machania mieczem świetlnym, latania myśliwcami, odrzucania ludzi za pomocą Mocy… ale w życiu by nie zgadł, że przez pierwszy tydzień będzie jedynie podnosił przedmioty, czytał książki na datapadzie i siedział na tyłku. I, że to ta ostatnia czynność okaże się dla niego najtrudniejsza!

Dobrze, że przynajmniej miał dostęp do warsztatu i mógł w wolnym czasie udoskonalać umiejętności mechanika. Oraz potajemnie naprawiać miecz świetlny Obi-Wana…

Ojojoj! Zupełnie zapomniał, że powinien uważać na swoje myśli w towarzystwie Yody. A co jeśli Głowa Zakonu pozna jego sekret?

Cóż, nawet jeśli zielony Mistrz czegoś się dowiedział, nie dał tego po sobie poznać. Póki co bardziej go interesowało nauczenie opornego ucznia medytacji.

- Wodospad, słyszysz, Skywalkerze? – zapytał łagodnie.

Anakin skinął głową. Dobrą stroną tych zajęć było to, że najczęściej odbywały się w zagajniku mieszczącym się w Pokoju Tysiąca Fontann. Powietrze tutaj było czystsze niż w pozostałych częściach świątyni, choć dla kogoś z pustynnej planety odrobinę zbyt chłodne. Dobrze, że szaty Jedi zapewniały świetną ochronę przed zimnem. A poza tym szum wody był taki kojący… niósł ze sobą wspomnienia o Naboo. Te przyjemne. Nie te związane z płonącym stosem pogrzebowym.

Na czole chłopca pojawiła się bruzda.

- Nie myśl o tym, co czujesz, gdy wodospad słyszysz – łagodnie poinstruował Yoda. – Na samym wodospadzie skoncentruj się. Dopiero wtedy naturę jego zrozumiesz. To Żywa Moc jest, Skywalkerze. Usłysz ją. Poczuj ją.

Jak zawsze, gdy Mistrz go naprowadzał, Anakin zaczął się uspokajać i rzeczywiście coś poczuł. Choć zajęło mu to więcej czasu niż zwykle. Wolałby, żeby Yoda wybrał kamień, tak jak ostatnio. Kamień był łatwiejszy od wodospadu, bo z niczym się nie kojarzył.

Czyżby Mistrz specjalnie wybrał wodospad, żeby utrudnić podopiecznemu życie?

Stop! – Anakin skarcił samego siebie. – Nie mogę teraz złościć się na Yodę. Wodospad… po prostu wodospad!

Szum wody był takim miły dźwiękiem – kompletnie niedostępnym na piaszczystej Tatooine. Przyjemnie się go słuchało. Podobnie jak głosu Obi-Wana.

Czujesz Moc we mnie? Czujesz ją wokół kości? Czujesz ją w sobie?

Tęsknota za nieobecnym Mistrzem rozproszyła chłopca, ale tylko na chwilę. Wreszcie zaczął wyczuwać Moc – dosłownie czuł się połączony z tamtym wodospadem!

- Dobrze, Skywalkerze – kładąc dziewięciolatkowi dłoń na brzuchu powiedział Yoda. – A teraz wdech… i wydech! Dobrze. Oddychaj.

Kilkadziesiąt (a może kilkaset?) oddechów później lekcja wreszcie się skończyła. Za każdym razem dłużyła się Anakinowi trochę mniej. Ale były też trudne dni, takie jak ten, gdy dłużyła mu się tak, jak za pierwszym razem. Jakby w ogóle nie robił postępów!

Piąta rzecz, której nie lubił w swoim treningu, i to jedna z najbardziej frustrujących, bo mógł za nią winić jedynie siebie: a mianowicie to, że choć powinien iść do przodu, czasem czuł, że się cofa. Jego odważna deklaracja, że podejdzie do Prób Adepta po zaledwie roku, brzmiała w takich chwilach po prostu śmiesznie!

I pewnie tak właśnie wyglądała w oczach dzieci z jego Klanu. Podobnie jak tych tutaj. Bo jakimś cudem nawet te kurduple wiedziały, że Anakin marzył o przyśpieszonym awansie.

To była szósta rzecz, której nie cierpiał w Świątyni Jedi – to było w cholerę plotkarskie miejsce!

Ojej, czyżbym sobie przeklął? – ze złośliwą satysfakcją pomyślał Anakin.

To, dla odmiany, była rzecz, którą lubił w przebywaniu z daleka od rodzinnej planety. Tutaj mógł sobie do woli przeklinać po huttecku, i nikt nie robił mu z tego powodu awantury. Cóż… dla bezpieczeństwa przeklinał głównie we własnej głowie, ale od czasu do czasu pozwalał też sobie na mruknięcie czegoś pod nosem.

Na Tatooine prawie w ogóle nie mógł sobie pozwolić na rzucanie mięsem – nawet w myślach. Kiedy mama patrzyła mu w oczy, jakimś cudem zawsze wiedziała, kiedy…

Jego serduszko wydało kilka tęsknych drgnień.

Mama.

- Myśli twoje, Skywalkerze, łatwo w bolesne rejony wędrują – opierając dłonie na lasce, westchnął Yoda. – Żeby pójść do miejsca, którego unikać powinieneś, często jedno skojarzenie wystarczy.

Jak zawsze po zakończonej lekcji medytacji, Anakin splótł rączki na podołku i podreptał do zielonego Mistrza, by wysłuchać uwag.

- Zły byłeś na mnie, że wodospad zamiast kamienia wybrałem? – padło łagodne pytanie.

Chłopiec zawahał się.

- Wypierać się nie musisz – zachęcił staruszek. – Nie po to, by cię skarcić, o to cię pytam.

Ramiona Anakina nieznacznie się rozluźniły.

- Tak, Mistrzu – przyznał nieśmiało. – Ja… byłem trochę zły.

To była jedna z zalet uczenia się od Yody. Choć ten mały człowieczek… eghm… znaczy się osobnik przypominający człowieczka był najważniejszą osobą w Zakonie, rozmawiało się z nim o wiele łatwiej niż z innymi Mistrzami. Nie tylko zawsze wiedział, co powiedzieć, ale przede wszystkim potrafił krytykować w sposób, który nie sprawiał przykrości.

A poza tym miał oczy mniej więcej na podobnym poziomie co Anakin, przez co nie trzeba było zadzierać głowy do góry i czuć, że patrzyło się na strasznego i groźnego dorosłego.

Choć, jeśli wierzyć opowieściom innych Adeptów, Yoda potrafił taki być. Zwłaszcza przy tych niewielu okazjach, gdy brał do ręki zielony miecz świetlny. Anakin chciałby to zobaczyć.

- Słuchanie wodospadu trudniejsze dla ciebie jest, Skywalkerze – kiwając głową, zaskrzeczał zielony mędrzec. – Z miejscem bliskim twojemu sercu on ci się kojarzy. Z miejscem, w którym zdarzenia ważne miały miejsce… dobre i niedobre.

Chłopiec przełknął ślinę.

- Tak, Mistrzu.

- Wcześniej o wodospadzie ci nie mówiłem, bo gotowy nie byłeś ty. Podczas pierwszych lekcji wyciszania się, łatwiej jest na rzeczach się koncentrować, które z niczym nam się nie kojarzą. Ale, że progres zrobiłeś, i poprzeczka do góry pójść musiała. Gdy zadanie trudniejsze daję ci, wniosek jeden wyciągnąć musisz: to dlatego, że czegoś się nauczyłeś. Lepszy stałeś się w tym, co robisz.

W świecie Anakina zapłonęło światełko nadziei.

- Naprawdę, Mistrzu?

Yoda odpowiedział dobrodusznym uśmiechem.

- Gdy o medytację chodzi, długa droga jeszcze przed sobą. Ale patrzę na ciebie i widzę, że z każdym dniem odległość mniejszą do celu masz ty. Nie pozwól jednak, by pochwała zachętą dla lenistwa stała się dla ciebie! – zaczepnie trącił chłopca laską. – Pracować nad sobą musisz. Zwłaszcza, że słuchy do mnie dochodzą, że drogę na skróty obrać chcesz?

Co? Drogę na skróty? O kurczę, ale chyba nie chodziło o to, co Anakin powiedział o Próbach Adepta? O tym, że będzie chciał zdać je szybciej?!

- Nie wiem, o czym mówisz, Mistrzu – wymamrotał, patrząc w drugą stronę.

Zielony Mistrz zachichotał.

- Wiesz ty, że ja i tak wiem, młody Skywalkerze. Że ja łatwo się o takich rzeczach dowiaduję… i takich rzeczy się domyślam… obaj wiemy.

Anakin skrzywił się. No tak, czego on się spodziewał? Przecież to YODA! Jak Yoda mógłby nie wiedzieć?

- Karcić cię za to nie zamierzam – zielony Mistrz z rezygnacją pokręcił głową. – Każdy, nawet ktoś tak stary jak ja, ciągle uczyć się musi. A ja niedawno nauczyłem się, że z zachęcania małych dzieci do cierpliwości, rzadko wyniki pozytywne są. Choć zachęcać, tak czy siak, trzeba. Karcić – niekoniecznie. Tak samo niecierpliwi jak ty, rówieśnicy twoi są, Skywalkerze. Ale ponieważ w Świątyni dłużej mieszkają, otwarcie o tym nie mówią. To samo co im, powiem tobie: pośpiech w treningu Jedi złym doradcą jest. Zamiast jak najszybciej coś zrobić, jak najlepiej rób to. W przyszłości przekonasz się, że z dokładnego treningu większe są korzyści.

Tak, tak, jasne – chłopiec powstrzymał chęć przewrócenia oczami.

On już doskonale wie, z jakiego treningu będzie miał największe korzyści – z treningu z Obi-Wanem! A żeby jak najwięcej nauczyć się od Obi-wana, musi zacząć jeździć z nim na misje. Dlatego powinien jak najszybciej zdać te durne Próby i zająć upragnione miejsce u boku Mistrza. Wciąż niezbyt dobrze go znał, ale już teraz wiedział, że lubi go sto razy bardziej niż swoich rówieśników!

O, a skoro już mowa o rówieśnikach…

- Mistrzu, mogę o coś zapytać? – Anakin nerwowo przestąpił z nogi na nogę.

- Pytanie zawsze zadać mi możesz – zapewnił go Yoda. - O pozwolenie prosić nie musisz.

- Powiedz Mistrzu, dlaczego nie mogę medytować razem z kolegami i koleżankami z Klanu? Rozumiem, że podnoszenia i popychania przedmiotów muszę się uczyć z… ugh… maluchami - dziewięciolatek wypowiedział to słowo z wyraźnym wstrętem – ale przecież medytacja to tylko siedzenie w miejscu! Znaczy… może nie samo siedzenie, ale choć jeden umie lepiej, a drugi gorzej, wszyscy i tak robimy to samo. Prawda?

Gdy tylko to z siebie wyrzucił, zalała go fala goryczy. Wciąż nie zapomniał upokorzenia, które przeżył podczas swojego pierwszego dnia.

Dina i pozostali oprowadzili go po Świątyni, a potem poszedł z nimi na swoje pierwsze zajęcia. Gdy Mistrz odpowiadający za naukę sztuk walki zobaczył go, zmarszczył brwi i stwierdził, że się go „nie spodziewał". Anakin rzucił zdumione „ale jak to?", a w odpowiedzi otrzymał delikatną sugestię, by spojrzeć na swojego datapada. Przeżył szok stulecia, bo okazało się, że nie tylko miał mieć medytację zamiast „nauki dawania po ryju" (jak to lubił nazywać w głowie), ale też w zupełnie innej części Świątyni.

Oczywiście wszystko to wydarzyło się na oczach dzieci z jego Klanu, z czego tylko niektóre były na tyle uprzejme, by uznać to za „błąd, który mógł się przytrafić każdemu". Taz i Cooper do nich nie należeli. Czarnowłosy przywódca Prawej Strony Stołu oraz jego blond kolega wymienili złośliwe uśmieszki. Anakin czuł, że spali się ze wstydu.

Potem omal nie spalił się ze wstydu po raz drugi, gdy przez piętnaście minut biegał po Świątyni, próbując znaleźć właściwą salę. I po raz trzeci, gdy spóźnił się na pierwsze zajęcia w swojej karierze (nie ma to jak dobre pierwsze wrażenie, gratulacje!). I po raz CZWARTY, gdy zobaczył bandę sześciolatków.

Żeby z pozycji najmłodszego ściganta na Taooine zostać zdegradowanym do pozycji najstarszego uczestnika zajęć – co za wstyd!

Podobna sytuacja nie wróżyła dobrze ani jego reputacji ani jego pewności siebie. Postanowił, że nie spocznie, dopóki nie odskoczy od tych cholernych maluchów i nie zacznie uczyć się z równolatkami! I to na wszystkich zajęciach!

Cóż, wszystkich nie mógł załatwić za jednym zamachem, ale od czegoś trzeba zacząć. Medytacja wydawała się dobrym początkiem. Siedzenie na tyłku w towarzystwie osób w tym samym wieku na pewno nie mogło mu zaszkodzić.

Yoda miał na ten temat inne zdanie.

- Rówieśnicy twoi na wspólne sesje medytacyjne uczęszczać nie muszą – tłumaczył cierpliwie. – Kiedy bardzo małymi dziećmi byli, sztukę kontemplowania, oczyszczania myśli i uspokajania się opanowali. Obowiązkowo medytować nadal muszą, ale ponieważ robić to potrafią, zajęć w grupie nie potrzebują. A przynajmniej nie tak częstych. Każdy z nich raz dziennie miejsce sobie wybiera i sam medytacji trening odbywa.

No tak. Anakin czasem zapominał o drobnym „szczególiku", jakim był fakt, że gdy on tyrał jak wół u Watta, jego rówieśnicy wcale nie stali w miejscu, ale byli już w trakcie treningu Jedi. Tak strasznie zazdrościł im tych wszystkich lat spędzonych w Świątyni! Mniej zdeterminowane dziecko nawet nie odważyłoby się podjąć pogoni za osobnikami, które miały tak drastyczną przewagę. Jednak Anakin był zawzięty. I uparty.

- A czy ja nie mógłbym medytować sam? – spytał z nadzieją. – Przecież inni nie są mi do niczego potrzebni.

I czuję się przy nich strasznie głupio! – tę uwagę zachował dla siebie.

- Nauczycieli w Świątyni wielu jest – powiedział Yoda. – Problemem by nie było, gdyby któryś indywidualnie uczył cię medytacji. Mylisz się jednak uważając, że na tym etapie treningu innych dzieci nie potrzebujesz. Dzisiaj wyciszyłeś się, koncentrując się na wodospadzie… na elemencie natury. Ale co dalej? Wsłuchiwanie się w oddechy innych, wyczuwanie ich w Mocy, bardzo ważne dla Jedi jest. Twoi rówieśnicy już to potrafią. Wracanie do etapu, który już opanowali, cofaniem się do tyłu byłoby dla nich… nieuczciwe by to było. Dlatego z tymi dziećmi medytujesz, które te same elementy co ty, muszą dopiero opanować.

- Kiedy oni mnie rozpraszają! Dekoncentrują mnie!

- To również częścią treningu jest. Gdy na misję z Mistrzem udział pojedziesz… a wiem, jak bardzo tego pragniesz, przekonasz się, że idealne warunki do medytacji rzadko się zdarzają. Gdy inni przeszkadzają… gdy obecność innych przeszkadza… gdy hałas, światło i brudne ubrania przeszkadzają, zignorować to musisz i dalej swoje robić. Niezależnie od sytuacji, umiejętność koncentracji kluczowa dla Jedi jest.

To podczas misji TEŻ trzeba medytować?! – z przerażeniem pomyślał Anakin. – Po co? ZA CO?!

Już od urodzenia rozpierała go energia, której nie mogły wypalić nawet długie godziny ciężkiej pracy – siedzenie na tyłku było przeciwieństwem tego, co lubił.

- Medytacja z czasem łatwiejsza dla ciebie będzie – pocieszył Yoda. – Gdy starszy będziesz, przekonasz się, że aby medytować, siedzieć wcale nie trzeba.

- To dlaczego musimy siedzieć teraz?

- Ponieważ umysł łatwiej wycisza się, gdy ciało innych zadań nie ma oprócz pozostawania w bezruchu. Medytowanie na stojąco i w ruchu trudną sztuką jest.

Ech… Anakin miał ochotę zapytać, jak długo będzie musiał spłaszczać sobie pośladki, by być gotowym na kolejny etap, ale uznał, że chyba jednak woli nie znać odpowiedzi. Lepiej żyć w błogiej nieświadomości i wyobrażać sobie jakąś śmiesznie małą liczbę. Tygodni. Albo miesięcy. O Panie, żeby to tylko nie były lata…

- Smutny nie bądź, Skywalkerze – Yoda dziarsko poklepał chłopca po przedramieniu. – Ciekawy dzień dzisiaj mieć będziesz. Lekcje z posługiwania się mieczem oficjalnie dzisiaj rozpoczniesz.

- Raju! Serio?! – Oczy chłopca zaświeciły się. Potem jednak Anakin przypomniał sobie, do kogo mówi i szybko się poprawił. – To znaczy… ale ekstra, znaczy… bardzo się cieszę, Mistrzu! Dziękuję, Mistrzu.

Staruszek posłał mu troskliwy uśmiech.

- Zaraz po przybyciu tutaj trudną operację miałeś. Nieroztropnym byłoby, gdybyś zaraz po niej ciało swoje forsował.

Dłoń Anakina odruchowo powędrowała do maleńkiej ranki z tyłu szyi. Wcześniej miał w tamtym miejscu czip niewolnika. Przed wylotem z Tatooine urządzenie zostało dezaktywowane, ale tak czy siak trzeba było je wyciągnąć. Chłopiec cieszył się, że ma to już za sobą. I że blizna była w takim miejscu, że nie musiał jej oglądać za każdym razem, gdy patrzył w lustro. Myśl, że wreszcie będzie mógł ćwiczyć jak inne dzieci, sprawiała, że ledwo mógł ustać w miejscu.

Zniecierpliwiony, wyciągnął datapada i wyszczerzył się, widząc swój nowy harmonogram. Dzisiaj miał co prawda tylko zajęcia z mieczem świetlnym, a jutro tylko jedną lekcję z walki wręcz, ale im bliżej końca tygodnia, tym bardziej ilość punktów programu o stricte fizycznym charakterze zdawała się rosnąć. Oho? Od środy znowu zacznie ćwiczyć ze zdalniakiem i… czy mu się tylko wydawało, czy w czwartek były zajęcia z latania?! Przyjrzał się uważniej i zauważył maleńki napis „symulator". Aha, czyli jeszcze nie wpuszczą go do prawdziwego myśliwca? Dobra, mniejsza o to… tak czy siak czuł, że zaraz popuści ze szczęścia!

Podskoczył, słysząc chichot Yody. O kurde! Z tego wszystkiego zupełnie zapomniał, że nadal stoi przez Głową Zakonu. Chciał przeprosić malutkiego Mistrza za ignorowanie go, ale tamten jedynie machnął ręką.

- Biegać i skakać dzieci muszą dużo – stwierdził. – Inaczej energia zaczyna ich rozpierać. A, z tego co mi wiadomo, jak dotąd tylko w warsztacie wyżyć się mogłeś, hm? Mistrz, który tam dyżurował, powiedział mi, że droida naprawić pomogłeś?

- T-tak, Mistrzu – Anakin przełknął ślinę.

Miał nadzieję, że to nie była żadna delikatna aluzja, i że Yoda nie próbował go w ten sposób podpuścić, by przyznał się do innej czynności, której oddawał się w warsztacie – to znaczy do majstrowania przy zepsutym mieczu Obi-Wana.

O kurde! – przypomniał sobie z przerażeniem. – Miałem o tym przy nim nie myśleć!

W sumie to nie miał nawet pewności, czy jego strach był uzasadniony – nigdy nie podszedł do nikogo i nie zapytał o oficjalne zasady postępowania z mieczami świetlnymi. Wiedział, że nie wolno było ruszać czyjejś broni, chyba że zostało się postawionym pod ścianą, ale to tyle. Nie miał pojęcia, czy fakt, że miecz był rozwalony, stanowił jakąś różnicę. A nie chciał o to pytać, bo postanowił sobie, że za wszelką cenę naprawi oręż Obi-Wana – póki nie zapytał, nie mogli mu niczego zabronić, a dzięki temu zawsze będzie się mógł powołać na stare sprawdzone „przepraszam, nie wiedziałem".

No, chyba że Yoda go teraz zdemaskuje…

- Dobry z ciebie chłopiec, Skywalkerze – stwierdził zielony Mistrz. – Droidy docenić nie każdy potrafi, a pomoc przy naprawianiu ich nie każdy oferuje. Do warsztatu chodzić możesz, kiedy chcesz. Byleby tylko do głowy nie przyszło ci, by zamieszkać tam na stałe – zażartował.

- Tak, Mistrzu – Anakin odetchnął z ulgą. No proszę, i nawet dostał pochwałę!

- Szlifować swoje umiejętności powinieneś – Yoda skinął głową, by wyszli z zagajnika. – Zarówno lepsze i słabsze. Ale o odpoczynku też pamiętaj i do ostatniego okruszka posiłki zjadaj. Droidka CO-3 najpyszniejsze rzeczy w Galaktyce na stołówce podaje.

Chłopiec skrzywił się. A więc pogłoska o tym, jakoby Głowa Zakonu miała zupełnie inne kubki smakowe od całej reszty, nie była ani trochę przesadzona! No, chyba że droid traktował Yodę lepiej od innych i wydawał mu wyłącznie pączki?

- Jeśli motywacji ci nie zabraknie, medytację w samotności poćwicz - powiedział zielony Mistrz – gdy lekcje już się skończą.

Dodatkowa medytacja? Że ja?! Chyba w innym wcieleniu…

Zeszli z trawy na kamienistą ścieżkę i już mieli się rozstać, gdy Anakin o czymś sobie przypomniał.

- Umm… Mistrzu?

- Tak, tak – kiwając głową, Yoda wydał przeciągłe westchnienie. – Jakie pytanie zaraz nadleci, wiem ja doskonale.

- Czy nie mógłbym porozmawiać z Mistrzem Obi-Wanem? – chłopiec poprosił błagalnie. – Tylko przez chwilę. Jakby kontaktował się ze Świątynią, mógłbym powiedzieć mu „cześć".

- Za każdym razem o to mnie pytasz. Dzień w dzień, gdy tylko mnie widzisz. Czy karcić cię za zadawanie pytania, na które znasz odpowiedź… czy chwalić za bycie konsekwentnym… ja już sam nie wiem.

Zielony Mistrz miał minę dziadka, który już któryś z kolei raz musiał odmówić upartemu wnuczęciu wydania waty cukrowej.

- Mistrz twój trudne zadanie ma – powiedział, używając niemalże tych samych słów, którymi odmówił Anakinowi poprzedniego dnia. – Skupiony na swoim zadaniu być musi. Na Coruscant jego umysł nie może być, gdy na Fenis być powinien. Często o ciebie Obi-Wan pyta i treningi twoje planować pomaga… na to nic nie poradzimy. Ale bardziej go rozpraszać, niż już rozproszony jest, nam nie wolno.

- A wiadomo chociaż, kiedy wróci? – chłopiec spuścił wzrok.

Wyraźnie pamiętał słowa Mistrzyni Billaby.

Niektóre konflikty zostają rozstrzygnięte w kilka dni. Inne ciągną się przez parę tygodni."

- Na to pytanie, Skywalkerze, odpowiedzieć ci nie umiem – Yoda pokręcił głową. – Ale mądrą maksymą podzielić się z tobą mogę. „Myślenie o czyimś powrocie nie sprawi, że powrót nastąpi szybciej".

- Tak, Mistrzu. Przepraszam.

- Przepraszać mnie nie musisz. Ale gdybyś mógł, o coś innego mnie jutro zapytaj, by monotonni nie było. Czuję, że od pytania o Obi-Wana cię nie odwiodę… ale może zamiast o kontakt z Mistrzem prosić, zapytasz, czy podczas ostatniej holorozmowy ładnie uczesany był?

Kąciki ust chłopca lekko uniosły się do góry.

- A był?

- Niecierpliwy jesteś, Skywalkerze! Jutro pytanie zadasz i jutro odpowiedź dostaniesz. A teraz na następne zajęcia biegnij. Z Mistrzem Windu w Sali Rady umówiony jestem.

Anakin skinął głową, jednak zamiast od razu pójść do biblioteki, udał się na platformę, z której odlatywały statki Jedi. Przed zajęciami z historii miał jeszcze chwilę czasu, a koniecznie chciał pooddychać powietrzem Coruscant. Pamiętał, jak liczył na to, że będzie mógł dokładniej zwiedzić miasto-planetę… i jak bardzo było mu przykro, gdy Dina powiedziała mu, że Adeptom nie wolno było opuszczać Świątyni.

Można powiedzieć, że pod pewnymi względami wrócił do bycia niewolnikiem. Nienawidził myśleć o tym w taki sposób, ale czasami tak właśnie tu czuł. Oparł przedramiona o balustradę i wbił wzrok w niebo, śledząc białe smugi pozostawiane przez statki. Ciekawe, kiedy Obi-Wan wróci? Byłoby o wiele łatwiej, gdyby wreszcie wrócił!

Albo, gdyby byli tutaj tamci Jedi, o których wspomniał w holowiadomości.

Anakin słuchał głosu swojego Mistrza codziennie przed zaśnięciem, czasem przewijając sobie co poniektóre partie. Trochę się wstydził, ale w zeszły czwartek postanowił skorzystać z sugestii i poszukać osób, o których Obi-Wan mówił, że mogliby go wesprzeć. Niestety, czekała go gorzka niespodzianka.

Luminara Unduli i Ares Portokalos, rzekomo bliscy przyjaciele Kenobiego, tak jak on byli na misjach. Podobnie jak Mistrzyni Billaba – członkini Rady Jedi, z którą Anakin zdążył już odrobinę się oswoić. A nawet Mistrz Plo Koon! Najlepszy pilot Zakonu, ponoć całkiem sympatyczny facet, a przede wszystkim gość, którego chłopiec tak strasznie, strasznie chciał poznać, choćby po to, by mieć z kim pogadać o myśliwcach… Nawet ON znajdował się w drugiej części Galaktyki!

Wyglądało to niemal jak fatum! Zupełnie jakby ktoś z góry chciał zrobić Anakinowi na złość, utrudnić mu już i tak ciężki okres aklimatyzowania się Zakonie, odsuwając od niego wszystkie bliskie osoby – łącznie z tymi, których nawet nie zdążył poznać! Ale to raczej niemożliwe. W końcu to głównie Kanclerz decydował o tym, którym Jedi powierzano poszczególne misje. A, no i oczywiście jeszcze Rada Ważniaków! Taa, jeśli już ktoś chciałby skomplikować Anakinowi życie, to na pewno oni! Bo przecież nie Kanclerz. Palpatine wielokrotnie powtarzał, jak bardzo polubił „młodego Skywalkera". On NA PEWNO nie zrobiłby czegoś takiego!

A czy Rada zrobiła?

Kto ich tam wie… Może z tym było tak samo jak z obowiązkiem medytowania z kurduplami - utrudnienie jest dobre, bo pomaga kształtować charakter? Może z podobnego powodu odcięto Anakina od Mistrza? I od pozostałych? Chociaż nie, po namyśle Windu i pozostali chyba by czegoś takiego nie zrobili. Prawdopodobnie byli zbyt zajęci swoimi ważniackimi sprawami, by znęcać się nad nowym Adeptem.

Mogliby chociaż umożliwić mu holorozmowę z Obi-Wanem! Czy naprawdę byłoby to aż takie straszne?

Mocniejszy powiew wiatru pociągnął za padawański warkoczyk i chłopiec postanowił wrócić do środka. Kilkanaście minut później siedział już w bibliotece z innymi dziećmi – oczywiście maluchami, choć nieznacznie starszymi od tych, z którymi chodził na medytacje. Niektóre z nich były prawie takiego samego wzrostu co on, więc różnica wieku aż tak nie rzucała się w oczy.

Same zajęcia były całkiem fajne – z pewnością o wiele ciekawsze niż siedzenie na tyłku i łączenie się z Mocą. Prowadziła je dobrze wszystkim znana Mistrzyni-bibliotekarka, Jocasta Nu. Była to starsza kobieta z upiętymi w dostojny kok siwymi włosami – przy pierwszym spotkaniu Anakin nieopatrznie wziął za lokalną wersję sympatycznej babci, która miała stragan na jego rodzinnej planecie. Jakże się pomylił!

Mistrzyni Jocasta podchodziła do swoich obowiązków z pasją i zaangażowaniem, które wzbudzały podziw, ale czasem też sprawiały, że chciało się uciec na drugą stronę Świątyni.

- Archiwum Jedi i Skarbiec Holokronów to największe skarby Galaktyki! – powtarzała bez końca.

I trzeba było być naprawdę durnym (albo nowym) by reagować na to stwierdzenie śmiechem. A jak ktoś jeszcze ośmielił się powiedzieć, że w Archiwum nie było jakiejś informacji… Nooo, to wtedy miał już przechlapane na całe linii!

Kiedyś w okolice biblioteki zapuściła się mucha. Czy ktoś ją wpuścił, czy może, przyfrunęła z Pokoju Tysiąca Fontann, czy też przyjechała „na gapę" w czyjejś sakiewce - nikt nie wiedział - i nikt nie miał odwagi przyznać, czy posiada na ten temat jakieś informacje. W każdym razie, gdy tylko owad podleciał zbyt blisko holoksiążek, Mistrzyni Jocasta wyciągnęła miecz świetlny, po czym z nieprawdopodobną szybkością i precyzją pozbyła się intruza. Jednym cięciem!

- Kto śmiał?! – warczała później. – Kto pozwolił?! Żeby taki insekt… tak blisko cennych danych… nośników pamięci liczących setki lat… naszych najważniejszych holokronów! To coś mogło je pobrudzić! Zepsuć! A gdyby było mikrodroidem wysłanym, by ukraść informacje?!

Urocza kobieta. Anakin szybko nabrał do niej sentymentu. Była jedną z niewielu osób, którą mógł zasypywać setką pytań i ani razu nie usłyszeć dobrze sobie znanego tekstu „kiedy ty wreszcie się odczepisz?". Uwielbiała, gdy proszono ją o pomoc, a w ciągu jednej godziny dostarczyła ciekawskiemu chłopcu więcej historii o Jedi, niż kiedykolwiek usłyszał od pilotów poznanych na Tatooine.

Jej zajęcia też były prowadzone w ciekawy sposób.

Każde dziecko musiało samodzielnie odnaleźć holoksiążkę wskazaną przez Mistrzynię, przeczytać wybrany fragment i porobić notatki. Następnie grupa siadała razem na ustawionych w okręgu pufach i każdy głośno streszczał poznaną przez siebie opowieść.

Wówczas wychodziła na wierzch siódma rzecz, której Anakin nie lubił w Świątyni Jedi. Wszyscy tutaj – łącznie z kilkulatkami – potrafili pięknie się wysławiać i mówili z idealnie stonowanym coruscanckim akcentem.

Wszyscy oprócz takiego jednego, który pochodził z pustynnego zadupia i dopiero niedawno zamieszkał w Świątyni. Okropnie było opowiadać o czymś i za każdym razem widzieć na twarzach innych Adeptów zdumione uniesienie brwi.

Z drugiej strony, nie było to aż tak przykre doświadczenie, by mogło odebrać Anakinowi frajdę, którą czerpał z zajęć. Uwielbiał słuchać zarówno chwalebnych historii o dokonaniach Jedi, jak i strasznych relacji ze zbrodni popełnianych przez Sithów. Podobało mu się, że po każdej opowieści Mistrzyni Jocasta zadawała pytania, które miały pomóc dzieciom w lepszym zrozumieniu Kodeksu Jedi. Było to sto razy lepsze niż tępe recytowanie Mantry!

Dzisiejsza lekcja kręciła się głównie wokół dawnych przywódców Zakonu. Gdy ostatnie dziecko skończyło mówić, Jocasta uśmiechnęła się i ułożyła swoje smukłe splecione dłonie w długich fałdach złotego pasa.

- No dobrze, drodzy Adepci - zaczęła – a teraz powiedzcie mi: jakie dobre decyzje Mistrzyni Nomi Sunrider podjęła w tej opowieści?

- Kiedy zginął jej mąż, nie dała się ponieść smutkowi – podnosząc rękę, cichutko powiedziała siedmioletnia Rodianka. – Na początku rozpaczała, ale w końcu zapanowała nad emocjami i podniosła miecz świetlny Andura. Była bardzo odważna! Zaciekle broniła siebie i swojej córki. Ale kiedy udało jej się zabić gangsterów, było jej przykro. Czuła się winna, bo odebrała komuś życie.

- No i rozpoczęła szkolenie Jedi, chociaż była już dorosła! – wiercąc się na pufie, zawołał Anakin. – Miała tak strasznie dużo do nadrobienia, ale zaryzykowała i udało się!

Po zmieszanych minach innych dzieci zrozumiał, że okazał trochę zbyt wiele entuzjazmu, niż wymagało dobre wychowanie, ale wyjątkowo miał to gdzieś. Historia Nomi Sunrider tak strasznie mu się spodobała! Pod pewnymi względami przypominała jego własną.

I pomyśleć, że była kiedyś kobieta, która rozpoczęła szkolenie mając dwadzieścia ileś lat, została Jedi, i jeszcze wybrano ją Wielką Mistrzynią Zakonu! Właśnie dla takich historii Anakin uwielbiał zajęcia w bibliotece.

- Oboje macie rację – Mistrzyni Jocasta skinęła głową. – Historia Wielkiej Mistrzyni Sunrider to przede wszystkim opowieść o emocjach. A konkretniej, o panowaniu nad nimi. Jeszcze przed oficjalnym przystąpieniem do Zakonu, Nomi posiadała wiele cech dobrego Jedi. Nie pozwoliła, by przywiązanie do zmarłego męża zaślepiło ją. Mogła zostać sparaliżowana przez strach, albo w ogóle nie podjąć działania z powodu żałoby. Mogła też zostać niewolnicą gniewu, ale tego nie zrobiła. Pokazała opanowanie i hart ducha prawdziwych Mistrzów. Udało jej się pokonać niebezpiecznych przeciwników, ale nie była szczęśliwa z powodu ich śmierci.

- Jedi nie powinni odbierać życia, jeśli nie muszą – nieśmiało wtrącił niziutki chłopczyk z krótkimi niebieskimi włosami. – Każde życie jest święte!

- Tak, Adepcie Kalu. To jedna z najważniejszych zasad Kodeksu. Jeżeli od tego zależy nasze przetrwanie, to powinniśmy zabić, tak jak Nomi… Ale gdy możemy dokonać wyboru między życiem i śmiercią, zawsze powinniśmy wybierać życie. Nawet jeśli jest to życie kogoś naprawdę podłego. I nigdy nie powinniśmy być dumni z faktu, że zabiliśmy. Tego uczy nas Mistrzyni Sunrider. Jakie jeszcze przykazanie Kodeksu dostrzegacie w tej historii?

- Pewność siebie, ale nie arogancja.

- Tak, Adeptko Mirajah. Jak powiedział wcześniej Adept Skywalker, Nomi postanowiła podjąć się szkolenia Jedi. Nie zdecydowałaby się na to, gdyby nie miała chociaż odrobiny pewności siebie… gdyby w siebie nie uwierzyła. Rozumiała jednak, że ogromny talent nie zwalnia z obowiązku ciężkiej pracy. Została wielką Mistrzynią Jedi, ponieważ zapragnęła się rozwinąć i ciągle odczuwała potrzebę, by poszerzać swoją wiedzę. To lekcja dla nas wszystkich. A zwłaszcza dla tych, którzy są bardziej utalentowani od innych.

Nie wiedział, skąd to przeczucie, ale Anakin miał wrażenie, że ostatnie zdanie zostało skierowane konkretnie do niego. Szybko jednak przegonił tę myśl, gdyż był bardzo podekscytowany czymś innym. Gdy Mistrzyni od jakiegoś czasu milczała, podniósł rękę.

- Tak, Adepcie Skywalker?

- Mistrzyni Nu… No bo… Na ostatnich zajęciach mówiliśmy o tym, że Jedi nie mogą się przywiązywać. I że nie wolno nam się żenić.

Jocasta zmierzyła go uważnym wzrokiem.

- Tak – skinęła głową. – To jedna z najważniejszych zasad Zakonu.

- Ale przecież Nomi miała męża! W dodatku on był Rycerzem Jedi. Dlaczego im wolno było się ożenić, a nam nie wolno? I czemu Nomi od razu dostała pozwolenie, by dołączyć do Zakonu, chociaż była już taka stara… tfu! Chciałem powiedzieć: dorosła.

- Odpowiedź na oba z zadanych pytań jest dość złożona – bibliotekarka zrobiła przerwę, by zebrać myśli, po czym wyjaśniła. – Musicie wiedzieć, że czasy Mistrzyni Sunrider znacznie różniły się od obecnych. Sytuacja zarówno Zakonu Jedi, jak i całej Galaktyki była bardzo trudna. Nieustające zagrożenie ze strony Sithów. Rozległe obszary bezprawia. Śmierć… dużo śmierci. Jedi z tamtych czasów byli lepiej oswojeni ze stratą, bardziej zahartowani przez życie. Mogli wchodzić w związki, ponieważ się w nich nie zatracali. Z tego samego powodu Zakon przyjmował w swoje szeregi osoby w różnym wieku, z różnym bagażem doświadczeń. Toczyliśmy wojnę, która zdawała się nie mieć końca.

Większość dzieci wzdrygnęła się, lecz Anakin dyskretnie się uśmiechnął. Może jego marzenia o ślubie z Padme nie były do końca skazane na porażkę?

- Ale potem przyszedł pokój – westchnęła Mistrzyni Jocasta. – Przepędziliśmy Sithów, ale sami również coś straciliśmy. Brak stałego zagrożenia doprowadził do tego, że wielu Jedi zbłądziło. Chcieli kochać, ale już nie w dawny, bezinteresowny sposób. „Mogę dążyć, do czego chcę, i pragnąć, czego chcę" – to naturalny sposób myślenia każdej żywej istoty w Galaktyce. Ale Rycerz Jedi to nie jest „każdy". NIE może być jak „każdy". Republika nie mogłaby zaufać wojownikom, którzy gromadzą dobra, bogacą się i pragną władzy. Którzy są gotowi poświęcić tysiące, ze strachu przed utratą najbliższych. Właśnie dlatego obecny Zakon Jedi tak rzadko przyjmuje w swoje szeregi osoby, które przyzwyczaiły się do określonego sposobu myślenia. Właśnie dlatego zmieniono zasady.

Tym razem sytuacja się odwróciła – zewsząd rozległy się ciche pomruki aprobaty, zaś Anakin uciekł wzrokiem na bok, by ukryć rozczarowanie.

- Na zakończenie lekcji powiem wam już tylko jedno, młodzi Jedi – cicho klaszcząc w dłonie, oznajmiła bibliotekarka. – Historia różnych osób może być bardzo podobna, ale tylko od obranej ścieżki zależy zakończenie. Jak mawia nasz drogi Mistrz Yoda, „uczucia w naszych sercach pielęgnujmy, ale tylko te w najczystszej formie. Obiektów ani osób obsesyjnie nie pożądajmy, i straty ich się nie obawiajmy. Zamiast tego…"

- „Wszystkim potrzebującym istotom w Galaktyce bądźmy po równi oddani!" – chórkiem dokończyły wszystkie dzieci. Wszystkie poza Anakinem.

- Bardzo dobrze! A teraz wyrecytujemy Mantrę o Odpowiedzialności i będziecie… Tak, Adepcie Skywalker?

- Skoro zasady już raz się zmieniły - były niewolnik zaczął, posyłając Mistrzyni pełne nadziei spojrzenie – to mogą zmienić się znowu, prawda? Myślisz, że się zmienią, Mistrzyni Jocasto? Że Jedi znowu będą mogli się żenić?

Nie pozwolił, by poruszone szepty innych Adeptów rozproszyły jego uwagę – oczy miał cały czas wpatrzone w bibliotekarkę. Ta zaś milczała dość długo, zanim zdecydowała się udzielić odpowiedzieć.

- Każda zmiana Kodeksu Jedi ma ogromny wpływ na Galaktykę. To jak zmiana kierunku rzeki, która podlewa wiele pól. Jak zapewne wiecie, byłam niegdyś członkinią Rady Jedi i brałam udział w kształtowaniu przyszłości Zakonu. Dlatego myślę, młody Skywalkerze, że zadajesz złe pytanie.

Spojrzał na nią ze zdumieniem. Westchnęła i po chwili dodała:

- Właściwe pytanie powinno brzmieć: „czy Jedi powinni się żenić?"