Człowiek Czynu
Rozdział 9 – Okropny pierwszy miesiąc
Minął miesiąc, Obi-Wan nadal nie wrócił, zaś Anakin zaczął wynajdywać coraz więcej powodów, dla których nie znosił Świątyni Jedi…
Żeby nie było – lista pozytywnych rzeczy TEŻ się rozrastała. Tu nie chodziło o to, że Skywalker był nieszczęśliwy. Gdyby ponownie dano mu możliwość wyboru, wciąż zdecydowałby się opuścić Tatooine. Nawet w najcięższych chwilach nie miał wątpliwości, że do tego właśnie się urodził – do zgłębiania tajników Mocy, do uczestniczenia w coraz to nowszych, fascynujących lekcjach! Uwielbiał machanie bokkenem, przesuwanie przedmiotów i słuchanie wypowiadanych wspak mądrości Mistrza Yody. A że w skład pakietu wchodziły różne… hm… niedogodności? Spoko. Mógł z tym żyć.
Po prostu od czasu do czasu zwyczajnie nie wytrzymywał. Robił to, co poradzono mu pierwszego dnia, czyli był dzielny i spychał wszelkie przykre doświadczenia w najgłębsze otchłanie umysłu.
Ale była jedna sprawa, której nie potrafił zepchnąć, nieważne, jak bardzo się starał. Rzecz, której NAJBARDZIEJ nienawidził w Świątyni Jedi. Nie pamiętał już, która z kolei – gdzieś około dwunastego punktu na liście, pogubił się i przestał liczyć. Wiedział tylko tyle, że o ile pozostałe niedogodności po pewnym czasie przestały mu przeszkadzać, ta jedna wciąż wisiała nad nim, jak topór nad szyją skazańca. A brzmiała następująco:
„Nawet, gdy zrobił coś dobrze, chwilę potem dowiadywał się, że jednak zrobił coś ŹLE."
Tak jak teraz.
- Anakin, uważaj! – krzyknęła Dina.
Z lewej nadleciała zawieszona na grubej linie skała, lecz Anakin nie zatrzymał się - przewidział przeszkodę, jeszcze zanim ją zobaczył. Nawet na moment nie zwalniając tempa, zaczekał do ostatniej chwili, po czym zgrabnie ominął ciężki przedmiot. Podobnie jak parę kolejnych, które nadlatywały ze wszystkich stron.
Następnym etapem był pieniek łączący dwie krawędzie urwiska. Krążyły nad nim trzy zdalniaki – bezlitośnie strzelały laserami w Adeptów, którzy próbowali przejść.
Nie przerywając biegu, kątem oka Anakin zerknął na sąsiedni tor. Członkowie Drużyny Zielonych - Bethany, Taz, Shanti i Chao-Zi już prawie pokonali tę przeszkodę. Uśmiechnął się pod nosem. Zaraz ich wyprzedzi!
- Cooper, jesteś? – Dogoniwszy Skywalkera, Dina obejrzała się przez ramię.
- Tuż za tobą – blondynek ledwie umknął pędzącej skale.
Przed pieńkiem znajdowała się skrzynia, na której ułożone były trzy treningowe miecze świetlne.
- Ja wezmę zdalniaka z lewej – zarządził Cooper. – Dina, ty możesz wziąć tego, który… Hej!
- Anakin, co ty robisz? – ze zdumieniem zawołała czarnowłosa dziewczynka. – Poczekaj!
Skywalker nie zwracał uwagi na członków swojej drużyny. Złapał miecz świetlny, kilkoma szybkimi susami przebiegł po pniu, odbijając przy tym ataki wszystkich trzech zdalniaków. Raz oberwał w ramię, ale nieszczególnie się przejął – tylko odrobinę go zapiekło.
Gdy znalazł się po drugiej stronie, uchwycił wzrokiem rozdziawione gęby członków Drużyny Zielonych, którzy wciąż tkwili nad przepaścią. Ci gamonie tłoczyli się na pniu we czwórkę, posuwając się do przodu jak jakiś ludzki czołg. Co za głupki!
Anakin odłożył miecz świetlny na skrzynię, po czym odwrócił się do Diny:
- Rzuć mi pałeczkę! – zawołał, wyciągając rękę.
Czarnowłosa dziewczynka dotknęła przypiętego do pasa niebieskiego przedmiotu, lecz zawahała się.
- Za daleko – krzyknęła. – Nie dorzucę!
- Wystarczy, że dorzucisz do połowy – przewracając oczami, odparł Anakin. – Złapię ją Mocą i przyciągnę do siebie.
- A jak nie dasz rady?
- Dam radę!
- Dina, nie rób tego – dziewczynka brała już zamach ręką, gdy Cooper położył jej dłoń na ramieniu. – A jak ją upuści?
Już ja ci dam „upuszczę"! – Skywalker pomyślał, zaciskając zęby.
- Na co czekasz? – kątem oka zerknął na Drużynę Zielonych, która właśnie zbiegała z pieńka. – No już!
Dina rzuciła pałeczkę. Przedmiot przez chwilę lewitował nad przepaścią, jednak po chwili posłusznie pofrunął do dłoni Anakina.
Były niewolnik pognał do następnej przeszkody – zawieszonej na wielkim głazie sieci. Taz i jego grupa właśnie się po niej wspinali. Na tym etapie trzeba było uważać na tarany, które wysuwały się w losowych miejscach. Mogły kogoś solidnie poobijać, a nawet zrzucić go na ziemię z dość dużej wysokości.
Anakin wziął rozpęd. Wiedział, że dorośli Jedi – na przykład Obi-Wan – potrafili tak napompować nogi Mocą, że wyskakiwali w górę nawet na dziesięć metrów. On sam nie był jeszcze aż tak dobry, ale radził sobie wystarczająco dobrze, by po odbiciu się od ziemi wylądować w połowie siatki – ku oszołomieniu Drużyny Zielonych, co zauważył ze złośliwą satysfakcją.
Wspinając się na górę, po raz kolejny postanowił zaufać instynktowi. Bez większych problemów przewidywał miejsca, w których pojawiały się tarany, dzięki czemu mógł ich unikać, tak jak wcześniej nadlatujących skał.
Nie zawsze był jednak dość szybki.
Gdy zakończony rękawicą bokserską palik wystrzelił z dziury i trafił go w piszczel, Anakin syknął z bólu. Jakimś cudem udało mu się nie wypuścić sieci z rąk.
- W porządku? – gdzieś z oddali dobiegł zmartwiony głos Diny.
- Wszystko gra! – stękając, pokonał ostatnie dwa metry, które dzieliły go od szczytu.
Grupa Taza wciąż nie dotarła do pierwszej połowy sieci. Została ostatnia przeszkoda – ta, której Skywalker nienawidził najbardziej ze wszystkiego!
Zbiornik pełen zimnej wody – czyli czegoś, co na Tatooine występowało jedynie w beczkach. I to tylko wtedy, gdy ktoś był bogaty!
Anakin wzdrygnął się. Wciąż pamiętał swoje pierwsze doświadczenia z torem przeszkód – nie umiał pływać, więc koledzy musieli praktycznie brać go na barana. I jeszcze pal sześć, gdy byli to chłopcy. Ale czasem był w grupie z dwoma dziewczynami, a gdy musiał siedzieć na ich plecach, czuł, że zaraz umrze ze wstydu. Już zupełnie pomijając fakt, że jego drużyna kończyła na przegranej pozycji. Ale…
Nie tym razem! – pomyślał z determinacją.
Specjalnie wziął dodatkowe lekcje. Nadal niezbyt lubił pływanie, ale przynajmniej je opanował!
Chwycił leżącą na skrzyni maskę oddechową. Na środku zbiornika znajdowała się niewielka okrągła platforma, która podjeżdżała do góry, jak wielka śruba, wykręcana z metalowego podłoża. Był tylko jeden problem – żeby uruchomić ten mechanizm, trzeba było najpierw przesunąć dźwignię. A ta znajdowała się pod wodą.
Anakin dokładnie przymocował maskę do uszu i ust. Gdy upewnił się, że wszystko się trzyma, zanurkował w chłodną toń. Wiedział, że tym razem mu się uda!
Szło mu tak dobrze… już nawet oczy nie piekły, chociaż trzymał je otwarte pod wodą. Nareszcie jakiś sukces! Tym razem jego drużyna wygra!
No, malutka – pomyślał, rozglądając się za dźwignią. – Gdzie jesteś?
Wkrótce wypatrzył ją tuż obok wielkiego metalowego słupa stanowiącego podstawę platformy. Próbował przesunąć uchwyt z udziałem Mocy, ale z niezadowoleniem uświadomił sobie, że nie jest jeszcze dość silny. Będzie musiał zrobić to ręcznie.
Bulgotanie z prawej strony powiedziało mu, że ktoś z Drużyny Zielonych również wskoczył do wody. Anakin przyśpieszył. Był zły na samego siebie, że wciąż pływał tą durną strzałką, zamiast wreszcie podciągnąć się w żabce!
Dopadł do dźwigni, a gdy tylko usłyszał cisze szuranie, przylgnął do metalowego słupa, pozwalając, by ten pociągnął go ku górze. No! Już prawie koniec.
Wynurzywszy się z wody, Skywalker rozpoczął wspinaczkę, na zmianę opychając się nogami i łapiąc rękami coraz wyższe partie. Aż wreszcie zacisnął sine od wysiłku palce na platformie. Rozhuśtał się i na nią wskoczył. Nie wyrzucił tym razem maski oddechowej, tak jak zrobił to poprzednim razem – nie zamierzał kolejny raz zbierać ochrzanu za nierozważne obchodzenie się ze sprzętem! Schował ekwipunek do sakiewki przy pasie, skoczył na platformę, na której stała Mistrzyni Kentarra i z triumfalnym uśmieszkiem włożył pałeczkę do specjalnego otworu.
Rozległo się głośne pipanie ogłaszające zwycięstwo jednej z drużyn. Drużyny Anakina!
Nareszcie! – wycierając włosy ręcznikiem, Skywalker zapiał w myślach. – Nareszcie, nareszcie, nareszcie!
Chociaż raz coś mu się udało! Chociaż raz to JEGO grupa zatriumfowała!
Miła odmiana po tym, jak w poprzednich kilkunastu sesjach Anakin robił za najsłabsze ogniwo i spowalniał swoich towarzyszy, z kimkolwiek by nie był. Tym razem nie mieli najmniejszych powodów, by patrzeć na niego z pretensją. Albo gorzej – by posyłać mu te fałszywe, wyrozumiałe uśmiechy, za którymi próbowali ukryć prawdziwe uczucia. Z łatwością mógł domyślić się, co tak naprawdę myśleli.
„Przegraliśmy, bo Skywalker nie utrzymał się na linie!"
„Przez Skywalkera utknęliśmy na środku bagna!"
„Przebieglibyśmy po tym pieńku szybciej, ale trzeba było chronić tyłek Skywalkera."
Nie tym razem. Tym razem dowiódł, że można na nim polegać!
Uśmiechnął się do Diny i Coopera, którzy właśnie wskoczyli na platformę. Ku jego zdziwieniu, nie odwzajemnili gestu. Wyglądali na tak samo naburmuszonych, jak członkowie drużyny Taza. O co im chodzi?
- Dzisiejsze zadanie wygrywa Drużyna Niebieskich – splatając dłonie za plecami, zaanonsowała Mistrzyni Kentarra. – A teraz, jak zawsze, podsumujemy lekcję. Każdy wymieni, co zrobiłby inaczej. Jedną rzecz. Zgodnie ze zwyczajem, zaczynamy od drużyny przegranej.
- Podczas pierwszej przeszkody skoczyłam na lianę i ledwo się na niej utrzymałam – powiedziała Bethany. – Gdybym przyciągnęła ją do siebie za pomocą Mocy, byłoby mi łatwiej.
Bawiąc się obwiązaną wokół pasa niebieską szarfą, Anakin pozwolił sobie na dyskretny uśmieszek. Pomysł z przyciągnięciem liny Mocą został wymyślony właśnie przez niego!
- Podczas przeskakiwania dołków, zawahałam się – szepnęła Shanti. – Dałabym radę przeskoczyć, ale straciłam wiarę w siebie. Powinnam bardziej sobie ufać.
- Na belce za bardzo koncentrowałem się na zdalniakach, a za mało na otoczeniu – wyznał Chao-Zi. – Nie zauważyłem Bethany. Niewiele brakowało, a bym ją zrzucił.
- Zbyt często sprawdzałem, co robi drużyna przeciwna – ze wzrokiem wbitym w ziemię, wymamrotał Taz. – Pozwoliłem, by to mnie zdekoncentrowało.
Mistrzyni Kentarra skinęła głową.
- Drużyna Niebieskich?
- Patrzyłem na nadlatujące skały i próbowałem… no… znaleźć jakiś wzór – masując kark, westchnął Cooper. – Przewidzieć, z której strony uderzą. Lepiej byłoby po prostu pobiec do przodu i zdać się na instynkt.
Tak jak JA to zrobiłem – z dumą pomyślał Anakin.
- Rzeczywiście zastanawiałeś się zbyt długo – stwierdziła Opiekunka Klanu. – Ale gdybyś pobiegł bez namysłu, postąpiłbyś lekkomyślnie. Twoje instynkty jeszcze nie są zbyt dobrze wyostrzone. Będziesz musiał znaleźć złoty środek. Dina?
- Ja… - czarnowłosa dziewczynka zawahała się. – Rzuciłam naszą pałeczkę Anakinowi. Złapał ją, ale to było zbyt ryzykowne. Gdyby któryś ze zdalniaków trafił go w ramię, mógłby stracić koncentrację, a wtedy pałeczka by przepadła. Nie tylko bylibyśmy drudzy, ale też oblalibyśmy lekcję.
Skywalker wytrzeszczył na nią oczy. O czym ona gada? Przecież złapał, tak? Rozumiał, że utrata pałeczki oznaczała zawalenie ćwiczenia, ale to nie powód, by panikować!
- To rzeczywiście było ryzykowne – Mistrzyni Kentarra rozmasowała podbródek. – Podczas niektórych misji podjęcie takiego ryzyka byłoby opłacalne, jednak wszystko zależy od okoliczności. Jedi musi umieć zarówno ryzykować, jak i być ostrożnym. Anakinie? A ty co zrobiłbyś inaczej?
- Nie dałbym się trafić zdalniakowi – Skywalker odparł bez większego entuzjazmu. Wciąż był nieco naburmuszony po słowach Diny. – O, i tamtemu taranowi na siatce.
Opiekunka jego Klanu zakryła dłonią oczy i wydała zrezygnowane westchnienie.
Raju, o co jej znowu chodzi? Reagowała tak za każdym razem, gdy Anakin się odzywał, ale dlaczego zrobiła to również tym razem?! Przecież tym razem nie zawalił. Nie dość, że przestał spowalniać innych, to praktycznie wywalczył dla swojej drużyny zwycięstwo! Tak ciężko trenował dla takiego wyniku… A teraz, gdy wreszcie go osiągnął, nadal o coś się czepiają? O co?
- Możecie już iść – Kentarra machnęła ręką na pozostałe dzieci z Klanu. – Anakinie, ty zostań.
- A nie moglibyśmy też zostać? – Bethany nie ruszyła się z miejsca. – Zawsze powtarzasz nam, że powinniśmy się uczyć nie tylko na własnych błędach, ale też na cudzych, Mistrzyni.
Cooper i Taz zgodnie pokiwali głowami.
Anakin nie miał najmniejszej ochoty dostawać ochrzanu przy kolegach, jednak bał się, że jeśli sobie pójdą, będą go później obgadywać. Musiał jakoś przełknąć dumę i zachować się po męsku.
- Niech zostaną – poprosił.
Kentarra splotła palce dłoni.
- Anakinie - zaczęła, patrząc na niego z mieszaniną łagodności i powagi – przez ostatnie dwa tygodnie zrobiłeś ogromne postępy, jednak twoim największym problemem na tych zajęciach wciąż jest indywidualizm. Nie współpracujesz ze swoją drużyną. Nie możesz po prostu biec przed siebie, nie patrząc, co dzieje się z innymi.
- Ale kiedy ostatnio zatrzymywałem się, by im pomóc, dostałem ochrzan! – Skywalker nie mógł powstrzymać jęku. – Powiedziałaś, że priorytetem jest dostarczenie pałeczki, Mistrzyni. To nie tak, że inni mnie nie obchodzą. Ja nigdy nie zostawiłbym przyjaciela!
- Wierzę ci – westchnęła Mistrzyni. – Nie o to mi chodzi. Ostatnim razem nie skarciłam cię za to, że pomagałeś innym. To nie była pomoc: wchodziłeś im w drogę, robiąc za nich rzeczy, z którymi by sobie poradzili. Tak jak wtedy, gdy wróciłeś, by podać Bethany rękę, kiedy wspinała się po siatce. Nie potrzebowała twojej pomocy. Bez problemu weszłaby sama. Albo wtedy, gdy odbijałeś pociski swojego zdalniaka i zdalniaka kolegi. Ustaliliście, że każdy będzie odbijał pociski jednego zdalniaka. Chociaż Chao-Zi został poparzony, nie znalazł się w żadnym niebezpieczeństwie. Doskoczyłeś do niego, zamiast biec dalej z Diną i Bethany. Dlatego twoja drużyna przegrała.
Anakin zaczerwienił się. On tylko chciał odwdzięczyć się za to, że inni pomagali jemu, gdy robił na tym torze za skończoną łamagę. Czy oddawanie przysług nie było naturalne? Nie rozumiał Mistrzyni Kentarry, gdy mówiła mu to poprzednim razem i nie rozumiał jej, gdy mówiła mu to TERAZ.
W ogóle niczego nie rozumiał.
- Natomiast dzisiaj - ciągnęła Opiekunka Klanu – postanowiłeś kompletnie zignorować resztę drużyny i zrobić wszystko zupełnie sam. Nie zrozum mnie źle… To dobrze, że jesteś wytrzymały, samodzielny i odważny. To cechy Jedi. Cieszę się… my wszyscy cieszymy się z tego, jak bardzo się rozwinąłeś. Masz instynkt i refleks, którego wielu by ci pozazdrościło. Widać to po sposobie, z jakim pokonujesz kolejne przeszkody. Bez większego wysiłku przewidujesz, skąd nadejdzie atak, w większości przypadków jesteś dość szybki, by go uniknąć i nie zwracasz uwagi na ból. Ale…
Anakin przełknął ślinę. „Ale" nigdy nie wróżyło niczego dobrego.
- Ponieważ polegasz wyłącznie na sobie, narażasz się na niepotrzebne ryzyko. To prawda, że w wielu przypadkach Jedi pracuje sam… Jednak, jeśli ma inną możliwość, powinien z niej skorzystać. Dwie osoby zawsze będą silniejsze od jednej. Tor przeszkód ma was przede wszystkim nauczyć podejmowania decyzji oraz pracy zespołowej. Powinieneś korzystać ze swoich talentów w taki sposób, by pomagały nie tylko tobie, ale też innym, Anakinie. A przede wszystkim, musisz korzystać z nich z większą rozwagą! To nie zabrzmi przyjemnie, ale twoje największe zalety są póki co twoimi największymi wadami.
Miała rację: to NIE brzmiało przyjemnie. Dla Skywalkera brzmiało nieprzyjemnie i dziwnie. Jak zalety mogły być wadami? Gdy mieszkał na Tatooine, mógł polegać prawie wyłącznie na sobie i nikt nigdy się go nie czepiał.
- A-ale przecież wygraliśmy! – przekonywał, posyłając Mistrzyni błagalne spojrzenie. – Czy to takie ważne, co robiliśmy, skoro nam się udało?
- Tak, to jest ważne! – podkreśliła Kentarra. – Anakinie, spójrz na siebie. Co widzisz?
Co widział? Czy to było podchwytliwe pytanie?
- Widzę… widzę kogoś, kto bardzo się poprawił od ostatniego razu – bąknął niepewnie.
Mistrzyni pokręciła głową.
- Nie o to pytałam. Spójrz, w jakim jesteś stanie, Anakinie. Członkowie zarówno twojej drużyny, jak i drużyny przeciwnej, nie mają prawie żadnych zadrapań. Ty masz rozcięcie na policzku, oparzenie na ramieniu, siniaka na udzie, jak mniemam, i chyba jeden wybity palec, prawda?
- Czy Jedi nie powinni poświęcać się dla zwycięstwa? – zapytał, czując na policzkach żar.
- Powinni, jeśli nie mają innego wyjścia. W tym przypadku, jednak, można było tego uniknąć. Wystarczyłoby, żebyś współpracował z grupą. Zwycięstwo jest ważne, Anakinie, ale to, jakim kosztem zostało okupione, TEŻ ma znaczenie. Wyobraź sobie, że to byłaby prawdziwa misja. W tym ćwiczeniu udawaliście, że pałeczka była holoprojektorem z ważną wiadomością, którą mieliście dostarczyć do celu. I dostarczyliście, ale co dalej? Misje rzadko kończą się na jednym zadaniu. Gdy jeden z członków zespołu zostaje ranny, osłabia w ten sposób wszystkich. Nie szukając daleko, mamy za przykład sytuację, która niedawno miała miejsce. Pewna Padawanka za bardzo zaryzykowała podczas misji i została ranna. W ten sposób postawiła w trudnej sytuacji zarówno siebie, jak i swojego Mistrza. Ponieważ nie była już zdolna do walki, musiał ją odesłać na Coruscant i dokończyć misję sam. Nie doszłoby do tego, gdyby Padawanka współpracowała z innymi, zamiast próbować zrobić wszystko na własną rękę. Rozumiesz już, Anakinie?
Niechętnie przytaknął. Zaczęło do niego docierać, że Mistrzyni miała racje, ale wciąż czuł do niej żal o to, że się do niego przyczepiła. Chociaż raz… ten jeden jedyny raz liczył, że usłyszy coś miłego!
- Co mogłem zrobić inaczej? – spytał zrezygnowanym tonem.
- Bardzo dobre pytanie – Kentarra skinęła głową. – Fakt, że je zadajesz, już sam w sobie jest dużym postępem. Cóż, scenariuszy było mnóstwo, ale uważam, że przede wszystkim nie powinieneś rozdzielać się z Diną i Cooperem przed ćwiczeniem ze skałami. Mogłeś powiedzieć, by trzymali się blisko ciebie. Przewidywałeś, skąd nadlatują skały, i gdyby towarzysze biegli przy tobie, mogliby unikać ataków razem z tobą. Twój instynkt mógł przysłużyć się nie tylko tobie, ale też im. Wówczas pokonalibyście przeszkodę w tym samym czasie. Następnie, skoro radzisz sobie ze zdalniakami aż tak dobrze, mogłeś puścić przodem Coopera, który radzi sobie z nimi najsłabiej. Ty i Dina moglibyście odbijać strzały trzech zdalniaków, podczas gdy wasz kolega przebiegłby po pieńku i zdobył dla was przewagę. Wtedy TY nie zostałbyś trafiony i nie miałbyś oparzenia na ramieniu. Skoro chciałeś, by Dina dała ci pałeczkę, to powinieneś wziąć ją od niej przed wbiegnięciem na pieniek. Spokojnie mieliście na to czas. Dina miała słuszność, twierdząc, że podawanie ci pałeczki nad przepaścią było zbyt ryzykowne. Co zaś tyczy się sieci…
No nieee! Nawet za wyczyn, z którego był najbardziej dumny, będzie musiał zebrać ochrzan? Jak tak można?!
- Pomysł ze skokiem był dobry, ale niedopracowany. Gdybyś nadział się na taran, skończyłbyś z połamanymi żebrami. Ponownie: za dużo ryzykowałeś.
- Miałem wspinać się od samego dołu, tak jak reszta?
- Niekoniecznie. Ale gdybyś zaczekał na Dinę i Coopera, mógłbyś poprosić, by zrobili dla ciebie koszyczek z dłoni, na którym mógłbyś położyć nogę. Sam nie jesteś w stanie doskoczyć na samą górę… Jednak siła ramion twoich towarzyszy połączona z siłą twoich nóg, umożliwiłaby ci dostanie się na szczyt jednym susem.
- Ale wtedy zostawiłbym ich z tyłu! A miałem nie zostawiać ich z tyłu!
- Tak jak mówiłam, scenariuszy jest wiele. Nie twierdzę, że to rozwiązanie jest najlepsze. Ale z pewnością byłoby rozsądniejsze od tego, co ty zrobiłeś. I wreszcie, kwestia ostatniej przeszkody. Idealny sposób na wykonanie jej, to zaczekanie aż jedna osoba stanie na platformie i dopiero potem przesunięcie dźwigni. Wówczas ten ktoś nie musi się wspinać i znacznie szybciej dostarcza pałeczkę do celu. Tak jak mówiłam, Anakinie… współpraca jest ważna! Współpraca i zaufanie. Twoi towarzysze zaufali ci, rzucając ci pałeczkę. Teraz ty musisz nauczyć się ufać im. Pokonuj tor razem z nimi, a nie obok nich.
- Tak, Mistrzyni – mruknął bez większego przekonania.
Wciąż nie rozumiał, dlaczego musiał usłyszeć aż tyle uwag, gdy po raz pierwszy udało mu się wygrać!
Kentarra zdawała się czytać mu w myślach.
- Za każdym razem pokonujecie inny tor, a poziom trudności się zmienia – stwierdziła. – Dzisiaj pokazałeś sobie i innym, że jesteś samowystarczalny, Anakinie. Jednak nie zawsze tak będzie. Jak dobry byś nie był, pojawią się na twojej drodze przeszkody, których nie pokonasz samodzielnie. Dzisiaj musiałeś dostarczyć pałeczkę, ale co zrobisz, gdy twoją „przesyłką" będzie osoba? Albo, gdy jeden z twoich towarzyszy zostanie poważnie ranny? Na wyższych etapach treningu usztywniamy jednemu z członków drużyny rękę albo nogę, by zasymulować kontuzję. Albo mieszamy Adeptów z różnych klanów, by mogli popracować z osobami, których dobrze nie znają. To ćwiczenie nie polega jedynie na wygrywaniu, Anakinie. Przede wszystkim chodzi o adaptowanie się do sytuacji oraz obserwowanie towarzyszy. Musisz nauczyć się szybko rozpoznawać słabości innych i zastanawiać się, jak zrównoważyć je własnymi mocnymi stronami. A także rozpoznawać swoje słabości i zastanawiać się, jak inni mogliby je zrównoważyć.
Chociaż chwilę temu Anakin tryskał energią, nagle poczuł się okropnie wyczerpany. Niekończący się wykład Opiekunki Klanu całkowicie wypompował z niego paliwo.
- No i ostatnia sprawa…
Co? Jest coś jeszcze?!
- Twoje podejście do rywalizacji, Anakinie – westchnęła Mistrzyni. – Podobnie jak Taz, za bardzo zwracasz uwagę na to, co robi druga drużyna. Różnica między wami jest taka, że on o tym wie. Obaj powinniście nad tym popracować. Konkurowanie ze sobą ma was zmotywować, byście wykonali zadanie jak najszybciej… ale nie możecie pozwalać, by chęć pokonania innych zdominowała wasze myśli. W tych zawodach nie ma medali. Przeciwnikami, których musicie pokonać, są wasze słabości, nie członkowie przeciwnej drużyny. To wszystko. Anakinie, gdy już weźmiesz prysznic, przejdź się do punktu medycznego. Niech sprawdzą, czy nic ci się nie stało. Jesteście wolni!
Z humorem jak po całodobowym tyraniu u Watto, Skywalker powlókł się za kolegami.
No świetnie. Tego tylko było mu trzeba – paradowania po komunalnych prysznicach z siniakami na całym ciele! W normalnych okolicznościach poszedłby wykąpać się do siebie, ale ponieważ kazano mu pójść do punktu medycznego, straciłby zbyt dużo czasu na bieganie po Świątyni i spóźniłby się na obiad. Koledzy znowu musieliby na niego czekać! Dzisiaj już wystarczająco im się naraził i wolał nie ryzykować kolejnej wpadki.
Podając ubrania droidowi, wydał ciche westchnienie. Nienawidził komunalnych pryszniców, ale na swoje nieszczęście, był na nie skazany dosyć często.
Po przybyciu do Świątyni, bardzo szybko nauczył się, że Jedi mieli lekkiego bzika na punkcie czystości. Wałęsanie się po korytarzach w brudnych i przepoconych szatach było niedopuszczalne! Gdy ktoś skończył trening, oczekiwano od niego, że natychmiast pójdzie pod najbliższej położony prysznic, wyszoruje się i odbierze od droida czyste i pachnące ciuszki. Od biedy można też było wykąpać się w swoich kwaterach, ale tylko wtedy, gdy miało się dość czasu.
„Bycie brudnym jest Be" – brzmiała nieoficjalna zasada Kodeksu. – „Marnowanie czasu tym bardziej jest Be".
Po co biec pod swój własny prysznic przez całą Świątynię, gdy zamiast tego można było paradować na golasa z kilkunastoma facetami wszystkich możliwych gatunków? Ugh!
Anakin do tej pory nie zapomniał traumy, którą przeżył, gdy wraz z kolegami pierwszy raz odwiedził tę… tę… Wystawę Gołych Tyłków! Jasne, niektórzy mieli na tyle przyzwoitości, by owijać sobie biodra ręcznikiem, ale większość w ogóle się tym nie przejmowała. Zresztą, nawet ci nielubiący nagości, musieli czasem „pochwalić się klejnotami", gdyż prysznice nie miały zasłonek. Znaczy, między kabinami były jakieś, za przeproszeniem, ścianki, ale co to niby dawało? Chyba tylko to, że Mace Windu musiał lewitować do Evena Piella butelkę, gdy Evenowi skończył się szampon…
Ugh, goły Mistrz Windu! Anakin kiedyś rozkwasił sobie nos na gałce od prysznica, przekonany, że jeżeli będzie patrzył na czarnoskórego Jedi dłużej niż sekundę, to zginie straszliwą śmiercią. Wolał nie ryzykować! Nawet jeśli Windu zdawał się mieć tak samo zerowe poczucie wstydu, co większość i bez żadnych oporów dyskutował z innymi Jedi o najnowszej ustawie Senatu, świecąc gołymi pośladkami.
Prysznice komunalne. Brrr, co za straszliwe miejsce!
Po Zakonie krążyła złowieszcza plotka, że niegdyś i Mistrz Yoda odwiedził jeden ze wspomnianych przybytków, a osoby, które miały pecha znajdować się tam w tym samym czasie, co on, do dziś miały „zrytą psychikę".
Anakin poprzysiągł sobie, że jeśli kiedykolwiek mignie mu coś zielonego, natychmiast zakryje sobie głowę ręcznikiem i po omacku wróci do szatni.
A tak na marginesie, to miał jeszcze jeden powód, by nie lubić pryszniców komunalnych. Najzwyczajniej w świecie wstydził się. Ale nie chodziło tylko o to, że nie przywykł do paradowania nago przed innymi facetami. Wstydził się tego, że po zrzuceniu ubrań, już na pierwszy rzut oka różnił się od innych chłopców. Za sprawą ścisłej diety narzuconej przez CO-3 nieznacznie utył, jednak wciąż był przeraźliwie chudy i zbyt kościsty jak na swój wiek. Nie miał co prawda żadnych blizn świadczących o maltretowaniu (właściciele niewolników na ogół pilnowali się, by nie uszkadzać „towaru"), ale nie ulegało wątpliwości, że dorastał w zupełnie innych warunkach niż „normalni" Jedi.
A dzisiaj został dodatkowo zmuszony do „pochwalenia się" siniakami, które nabył na torze przeszkód. Nie musiał długo czekać, by usłyszeć szepty dzieci z innych Klanów:
„Oho? Skywalker znowu coś zawalił!"
Wzdrygnął się. Ciekawe, ile czasu minie, zanim jego nazwisko przestanie być tematem co drugiej rozmowy?
Uporał się z prysznicem najszybciej, jak się dało, po czym udał się do punktu medycznego. Główna Uzdrowicielka jak zwykle rozwodziła się nad nim bardziej, niż trzeba.
- Producenci bacty powinni ci płacić za to, że zwiększasz im zyski – zwykła żartować.
Anakin reagował na to przewracaniem oczami. Przekonał Mistrzynię Jedi, by pośpieszyła się z bandażowaniem, jednak niewiele na tym zyskał, bo i tak zjawił się w stołówce zbyt późno.
Tym razem koledzy z Klanu nawet na niego nie poczekali – przechodząc obok ich stolika zauważył, że zjedli już połowę zawartości swoich tac. Gdy odebrał swój obiad, był tak przygnębiony, że nie patrzył przed siebie i zderzył się z inną osobą. Z przerażeniem zdał sobie sprawę, że całe jego jedzenie… caluteńkie wylądowało na plecach młodej Twi'lekanki.
- Przepraszam! – pisnął odruchowo.
Dziewczyna odwróciła się, by na niego spojrzeć. Była od niego sporo wyższa, ale nie wyglądała na kogoś dorosłego. W jaki sposób miał się do niej zwrócić?! Dostrzegł doczepiony do pasa miecz świetlny.
- T-to był wypadek! – jęknął. – N-naprawdę przepraszam! O-okropnie mi przykro… Mistrzyni.
Posłała mu łagodny uśmiech. Jej brązowe oczy wydawały się miłe. Nie tak surowe jak u większości Jedi.
- Nic nie szkodzi. I żadna ze mnie Mistrzyni! Jestem Padawan Ayala Secura. Możesz mnie nazywać Ayalą.
Dla potwierdzenia, pociągnęła za sznureczek koralików, który był obwiązany wokół jednej z dwóch błękitnych macek, charakterystycznych dla rasy Twi'leków. Ramiona chłopca nieznacznie się rozluźniły.
- Anakin Skywalker – przedstawił się. A gdy zobaczył, że wzrok dziewczyny zatrzymał się na jego warkoczyku, błyskawicznie dodał: - Adept, nie Padawan. Znaczy, niby Padawan, ale… B-bo ja już mam Mistrza, choć nie przeszedłem jeszcze Prób i… To skomplikowane i… Przepraszam. Jeszcze raz przepraszam, że na ciebie wpadłem. I że cię pobrudziłem!
Czuł się jak totalny głupek. Może już lepiej się zamknie, zanim zacznie przepraszać za to, że żyje?
Ayala odłożyła swoją tackę na stół i poklepała nowego znajomego po ramieniu.
- Nie przejmuj się. To tylko ubranie. Po jednym spotkaniu z pokojowym droidem będzie takie samo, jak przedtem.
- A… a nie jest ci niewygodnie? – zapytał już nieco spokojniejszy Anakin. – Bo wiesz… masz na plecach moje jedzenie. Ta kasza strasznie śmierdzi.
- Uwierz mi, miałam na plecach gorsze rzeczy – Ayala ponownie się uśmiechnęła. – Na przykład pijawki. Miałeś kiedyś na plecach pijawki? Mówię ci, to dopiero jest okropne!
Skywalker wreszcie rozluźnił się na tyle, by odwzajemnić uśmiech. Polubił tę dziewczynę. Pomyślał, że to najsympatyczniejsza osoba, jaką, jak dotąd, spotkał w Świątyni.
- Jeszcze raz przepraszam – powiedział. – Miło było cię poznać! Pójdę już i…
- Poczekaj!
Zwiesił główkę i próbował odejść, lecz zatrzymała go, kładąc mu dłoń na barku.
- A co z twoim obiadem? – zapytała, unosząc brew.
- Ja… - Anakin zaczerwienił się, gdy jego brzuszek wydał cichy odgłos protestu. – To nic takiego. Poproszę kolegów z Klanu, by się ze mną podzielili.
O ile już wszystkiego nie zjedli – pomyślał ponuro.
- Nie musisz tego robić – stwierdziła Ayala. – Masz prawo dostać pełen obiad, jak wszyscy inni.
- Wywaliłem mój pełny obiad na twoje plecy.
- To był wypadek.
Chłopiec skrzywił się. Przypomniał sobie sytuację sprzed kilku tygodni – gdy wylał napój na tace kolegów. To również był wypadek, ale i tak niczego to nie zmieniło.
- Nie zrobiłeś niczego specjalnie – krzyżując ramiona, powtórzyła Twi'lekanka. – Zasługujesz na to, by wydano ci drugą porcję.
- Żartujesz?! – jęknął Anakin. – Ten głupi droid w życiu nie wyda mi drugiej porcji!
W jakim świecie ona żyje? Każdy, kto mieszkał w Świątyni, wiedział, że rządząca w bufecie CO-3 była gorsza od dyktatora! Ostatnio nawet przylgnęło do niej przezwisko „Blaszany Sith".
Oczy dziewczyny zwęziły się, a w brązowych tęczówkach błysnęła determinacja. Ayala złapała chłopca za nadgarstek i pociągnęła go w stronę bufetu.
- Chodź ze mną! – mruknęła. – Pokażę ci, jak to się robi!
Przed CO-3 jak zwykle stała pokaźnych rozmiarów kolejka. Właśnie przyszła pora na pewnego dorosłego Nautolanina – mężczyzny o wielkich czarnych oczach, z wieloma zielonymi mackami na głowie. Anakin słyszał, że przedstawiciele tej rasy potrafią nurkować bez skafandrów. Facet wyciągnął błoniaste dłonie po posiłek, lecz Ayala zabrała mu tackę sprzed nosa.
- Dzięki! – rzuciła.
- Co ty wyrabiasz, Secura?! – Coco rozdarła się na całą stołówkę. – To było dla niego, nie dla ciebie!
- Ojej, Mistrzu Kit, to było twoje? – udając zdziwienie, Twi'lekanka przyłożyła dłoń do ust. – Nie wiedziałam. Och, przepraszam, chyba na to chuchnęłam! Kurczę… teraz, gdy na jedzeniu są moje bakterie, nie mogę ci tego oddać. Naprawdę, straszna ze mnie gapa!
Anakin z niepokojem zerknął na ograbionego Nautolanina i zdziwił się, widząc, że facet zaśmiewa się do rozpuku.
- A ty czego rechoczesz, Fisto?! – celując w mężczyznę metalowym palcem, obruszyła się CO-3. – Nie zauważyłeś, że ukradli ci lunch?!
- Właśnie, ukradziono mój lunch – opierając łokieć o blat, Kit Fisto wyszczerzył zęby. – To nie była moja wina, więc poproszę o drugi!
Droid był tak wnerwiony, że przez chwilę wydawało się, że weźmie drugi obiad i ciśnie go Nautolaninowi w twarz.
- Secura, ty podstępna smarkulo! – fuknął do Twi'lekanki. – Jesteś tak samo bezczelna jak twój Mistrz!
- Eee… nie sądzę – Ayala uniosła brew. – Kogo jak kogo, ale jego akurat nie da się przebić.
CO-3 otworzyła blaszane usta, szykując się do rzucenia kolejnej obelgi, ale gdy usłyszała słowa dziewczyny, zastygła w bezruchu.
- Ta, rzeczywiście, masz słuszność – rzuciła po chwili, zrezygnowanym tonem. – Temu skurczybykowi to nawet opaska uciskowa na mózg by nie pomogła… Dobra, gówniarze, idźcie już – niedbale machnęła ręką w stronę Anakina i Twi'lekanki. – Spadajcie stąd, albo porażę was prądem!
Czując się jak w transie, Skywalker oddalił się od bufetu w towarzystwie Ayali. A potem zerknął na zawartość tacy i zobaczył na niej mnóstwo apetycznie wyglądających ryb i owoców morza. Wprost nie mógł uwierzyć w swoje szczęście!
- Dzięki – szepnął dziewczynie do ucha.
- Drobiazg – puściła mu oko. – Wystarczy trochę sprytu. W końcu jesteśmy Jedi, nie?
- Trzymaj, mały! – ponad ramieniem Anakina wyrósł nagle Kit Fisto. Łyżeczką nabrał trochę sałatki z glonów ze swojej miski i zsunął ją na talerz chłopca. – Zwykle jej nie dojadam, a jest naprawdę pyszna. O, ale to ci zabiorę – przełożył na swoją tacę dziwnie wyglądające fioletowe krewetki. – Uwierz mi, NIE chcesz ich jeść!
Zabrzmiało to groźnie.
- Dziękuję – Skywalker nieśmiało uśmiechnął się do mężczyzny.
- Nie ma za co – Mistrz Jedi poczochrał mu włosy. – Nie lubię patrzeć, jak kogoś źle karmią.
- Dzięki, słonko – Twi'lekanka posłała mu figlarnego całusa.
- Dla ciebie wszystko, Ayala. Sparing, wieczorem?
- Jasne. Tam gdzie zwykle, Mistrzu!
Anakin obserwował odchodzącego Kita zaintrygowanym wzrokiem.
- Nie wygląda na kogoś, kto by potrzebował opaski uciskowej na mózg – zauważył, na próżno szukając sensu we wcześniejszych słowach Coco.
- Och, on nie jest moim Mistrzem – odparła Ayala.
Chłopiec miał ochotę zapytać: „kto w takim razie nim jest?" Ostatecznie jednak zrezygnował. Był prawie pewien, że gdyby on zapytał Twi'lekankę o jej Mistrza, to zapewne i ona zapytałaby o JEGO Mistrza. A naprawdę nie miał ochoty na kolejną rundkę pytań o Obi-Wana i jego „spektakularny pojedynek z Sithem". Czuł, że jak usłyszy jeszcze jeden nieczuły komentarz na temat Kenobiego, to zwyczajnie nie wytrzyma i kogoś walnie. Wolał nie ryzykować.
- Czuję, że byłby dobrym Mistrzem – powiedział zamiast tego. – Mistrz Kit, w sensie.
- Jest wyjątkowy – zgodziła się Ayala. – Choć jest między nami spora różnica wieku, zaprzyjaźniliśmy się, kiedy byłam Adeptką, a on Padawanem. Podbierałam mu jedzenie z talerza, odkąd tylko pamiętam – wyznała rozmarzonym tonem. – Pochodzi z wodnej planety, i zawsze dostawał lepsze żarcie, niż reszta.
Coś przyszło Anakinowi do głowy.
- Siedzisz z kimś? – zapytał w nagłym przypływie odwagi.
- Nie, gdy nie ma mojego Mistrza, zwykle jadam sama. Czasem Mistrz Kit dotrzymuje mi towarzystwa, ale znacznie częściej wynosi obiad poza stołówkę. Widzisz, on uwielbia czytać przy jedzeniu. Prawdziwy mól książkowy! Sądzę, że kiedyś zostanie członkiem Rady Jedi. O ile Mistrzyni Jocasta wcześniej go nie zabije…
- Może usiądziemy razem? Mogłabyś podbierać ode mnie jedzenie jak od Mistrza Kita.
- Pewnie, będzie mi bardzo miło. O ile, oczywiście, nie musisz być gdzie indziej? Nie wolisz jeść z dziećmi ze swojego Klanu?
A, tak. Skywalker zupełnie zapomniał o tym istotnym szczególe, jakim byli jego koledzy. Poszukał ich wzrokiem i zdał sobie sprawę, że już od jakiegoś czasu się na niego gapią. Ciężko było jednak stwierdzić, co próbowali mu przekazać - choć w oczach Coopera i Taza ewidentnie odbijała się zazdrość. Dopiero teraz do Anakina dotarło, jak bardzo Ayala była atrakcyjna. Na Tatooine, przy każdej wizycie u Jabby Watto wodził pożądliwym wzrokiem za Twi'lekankami i mamrotał, że to „najseksowniejsza rasa w Galaktyce!" Skywalker wolał Padme, ale gdyby miał być obiektywny, musiał przyznać byłemu właścicielowi rację.
Pytanie dziewczyny wciąż wisiało w powietrzu. Anakin nie potrafił się zdecydować. Sto razy bardziej wolałby usiąść z Ayalą, ale nie chciał też urazić Diny i pozostałych. Co miał zrobić?
W pewnym momencie dostrzegł puste talerze kolegów i uznał, że miarka się przebrała! Nie zaczekali na niego, i co? Miał siedzieć obok nich jak głupek i być jedynym, który coś jadł? I może jeszcze słuchać pytań o Ayalę, na które zapewne nie umiałby odpowiedzieć, bo dopiero co poznał tę dziewczynę? Za nic!
- Oni już zjedli – oznajmił, patrząc na nową koleżankę. – I tak czekali na mnie zbyt długo. Musiałem pójść do punktu medycznego, bo podrapałem się na treningu. Pewnie chcieliby już pójść do swoich spraw, zamiast siedzieć tu ze mną.
Ayala zmierzyła go uważnym wzrokiem, jednak po chwili wzruszyła ramionami.
- Skoro tak mówisz. Chodź, zostawiłam tam moją tackę.
Szczęśliwszy, niż kiedykolwiek wcześniej, podreptał z nią do stolika. Kiedy tylko zaczęli jeść, skorzystała z wcześniejszego zaproszenia i zaczęła dobierać się do jego porcji. W sumie, trudno było się dziwić – jedzenie, które dostawał Mistrz Kit, było prze-py-szne. Anakin nie pałaszował obiadu z taką przyjemnością od opuszczenia Tatooine. Palce lizać!
- Powiedz - odezwał się, gdy dojadali deser – skąd jesteś?
Jak tylko to powiedział, przypomniał sobie pierwsze spotkanie z dziećmi z Klanu.
- Przepraszam! – dodał szybko. – Ludzie tutaj dziwnie reagują, gdy pytam ich, skąd pochodzą.
- Tak, niektórzy dziwnie reagują – chichocząc, zgodziła się Ayala. – Ale nie wszyscy. Nie mam nic przeciwko takim pytaniom. Pochodzę z Ryloth. To rodzinna planeta Twi'leków. Dużo skalnych labiryntów i ukrytych zakamarków. Niektórzy Mistrzowie zabierają tam Padawanów na treningi. Spodobałoby ci się tam.
Anakin rozluźnił się. Ona naprawdę była bardzo miła.
- Brzmi fajnie – odparował radośnie. – Masz rację, chętnie odwiedziłbym Ryloth. Moja… - nieoczekiwanie spochmurniał. – Moja planeta ani trochę by ci się nie spodobała – mruknął, bawiąc się widelcem.
- Na pewno ma swoje zalety.
- Tatooine? Co ty! Ani jednej! To tylko piach i… piach. A, i jeszcze gangsterzy. Huttowie. Nie znoszę Huttów!
- Ja również – westchnęła Ayala.
Zaskoczyła tym Skywalkera. Zazwyczaj, gdy mówił, że kogoś nie znosił, słyszał w odpowiedzi jakieś mądra kazanie w stylu: „Jedi nie powinni ulegać emocjom".
- Od czasów Zygerrian, nikt nie wyrządził mojemu ludowi tyle krzywdy co Huttowie – wpatrując się we wnętrze swojej szklanki, dziewczyna dodała po chwili. – Twi'lekowie… a zwłaszcza młode kobiety, to ich ulubiony materiał na niewolników. Słyszałam, że przydarzyło się to również mnie.
- „Słyszałaś"? – Anakin wytrzeszczył na nią oczy. Nie przyszłoby mu do głowy, że mieli ze sobą tyle wspólnego.
- Kiedy to się stało, byłam jeszcze niemowlęciem, więc praktycznie niczego nie pamiętam. Krótko po porwaniu zostałam odkryta przez Zakon i zabrana do Świątyni. Miałam szczęście, że stało się to poza Huttecką strefą wpływów. Gdyby znaleziono mnie na ich terytorium, przypuszczam, że nawet Jedi nie mogliby nic dla mnie zrobić.
- I… i nikt nigdy nie wytykał cię palcami, bo byłaś niewolnicą?
- Na przykład, kto?
- No wiesz… Tu, w Świątyni.
- Ależ skąd – dziewczyna uśmiechnęła się pokrzepiająco. – Tak jak mówiłam, to coś, czego nawet sama nie pamiętam. Mało kogo obchodzi, co się ze mną działo, gdy miałam dwa latka. Ale – nieoczekiwania spoważniała – kiedyś powiedziałam głośno, że nienawidzę Huttów i dostałam niezłą burę od mojego Mistrza. Zszokował mnie tym, bo bardzo rzadko bywa surowy. Stwierdził, że jeżeli pozwolę sobie na nienawiść, to będzie tak, jakby znów była niewolnicą. Niewolnicą własnych emocji. A wszyscy powinni być panami samych siebie. Zwłaszcza Jedi.
Anakin, który od paru minut zbierał się na odwagę, by przyznać się również do własnego niewolniczego pochodzenia, teraz nie był pewien, czy nadal tego chce. Ayala była do niego tak podobna, ale jednocześnie tak bardzo się od niego różniła. Oboje należeli kiedyś to Huttów, lecz ona, w przeciwieństwie do niego, nie miała z tamtego okresu żadnych wspomnień. A poza tym wyglądała na kogoś, kto już dawno doszedł do ładu z przeszłością. Anakin nie mógł powiedzieć tego samego o sobie.
Czy on… był niewolnikiem własnych emocji?
Nie, po namyśle chyba jeszcze nie był gotowy, by powiedzieć komukolwiek o swoich doświadczeniach z Tatooine! Żeby zamaskować zdenerwowanie, wyciągnął rękę po sok. Ayala zakryła szklankę dłonią i stanowczo pokręciła głową.
- Mistrz Kit pije wszystko z domieszką słonej wody – ostrzegła. – Lepiej napij się z mojego kubka.
- Dziękuję. Raju, ale dziwny napój. Dobry, ale kwaśny.
- Jest nafaszerowany wapniem – zaśmiała się Ayala. – Pijemy go, by nasze lekku – pociągnęła się za jedną z niebieskich macek – mogły urosnąć.
Powiedziała to z lekką nutą nostalgii. Anakin odstawił szklankę.
- Tęsknisz za swoim ludem? – spytał cicho. – Kiedy opowiadałaś o Ryloth, to brzmiało tak, jakbyś miała stamtąd dużo dobrych wspomnień.
- Mam krótkie przebłyski szczęśliwego dzieciństwa na mojej rodzinnej planecie – dziewczyna odparła zamyślonym tonem. – O ile można mówić o „dzieciństwie", gdy ktoś jest małym pyzatym niemowlakiem. Ale masz rację, tęsknię. Choć sama do końca nie wiem, za czym. Myślę, że to może mieć związek z moimi rodzicami. Odkąd zostałam porwana, nie widzieli mnie ani razu.
- I nie wiedzą, że jesteś Jedi?
- W końcu się dowiedzieli, ale stało się to dość późno. Niełatwo było ustalić, kim są. Pozwaliśmy ich tożsamość dzięki specjalnym zdolnościom mojego Mistrza. Po tym, jak uwolniliśmy grupę Twi'lekańskich niewolników, miałam różne dziwne wizje… w snach widziałam parę, która przemierzała Galaktykę, poszukując zaginionego dziecka. Wiedziałam, że to moi rodzice. Chciałam ich poszukać, ale… chyba sam wiesz, jak Zakon zapatruje się na Adeptów i Padawanów odwiedzających rodziny?
- Tak, wiem – Skywalker przyznał przez zaciśnięte zęby.
- Ostatecznie mój Mistrz sam poleciał na poszukiwania. W końcu znalazł moich rodziców. Powiedział im, że jestem bezpieczna, i że trenuję, by zostać Jedi… i że jestem Twi'lekanką, która uwalnia niewolników, zamiast sama być niewolnikiem.
- Fajny ten twój Mistrz.
- Ma swoje momenty – na twarzy Ayali pojawił się kpiąco-czuły uśmiech.
- Szkoda, że cię ze sobą nie zabrał! – Anakin mruknął, myśląc o Obi-Wanie. – Powinien cię zabrać! Na pewno chciałaś zobaczyć rodziców.
- Zasady są, jakie są – wzruszyła ramionami. – Nawet taki dzikus jak mój Mistrz musi czasem ich przestrzegać. A poza tym, nie wydaje mi się, bym tęskniła konkretnie za rodzicami… To ma z nimi związek, ale nie chodzi o nich bezpośrednio. Zdaniem Mistrza Yody tęsknię za tą częścią mnie, która nie jest Jedi. Pewnie ma rację. Porwanie mnie było straszną rzeczą, ale to właśnie dzięki temu trafiłam do Świątyni. Czasem zastanawiam się, kim bym była, gdyby handlarze niewolników nigdy mnie nie zabrali. Jaką byłabym osobą nie znając Mocy? Mistrz Yoda mówi, że powinnam nad tym medytować. Twierdzi, że gdy zrozumiem Zwykłą Ayalę Securę, to lepiej poznam Jedi Ayalę Securę.
To rzeczywiście brzmiało jak jedna z typowych mądrości Mistrza Yody. Chłopiec dał sobie chwilę, by nad nią pomyśleć. Po prawdzie, nie miał pojęcia, czym Anakin Bez Mocy różnił się od Anakina Z Mocą. I czy w ogóle się od siebie różnili.
Lecz co do jednego nie miał wątpliwości – zdarzało mu się tęsknić za Zwykłym Anakinem. Nie żałował wybrania drogi Jedi, ale czasami myślał, jak potoczyłoby się jego życie, gdyby jednak został z mamą. Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że nie był już własnością Watto.
- Dziękuję, że mi o tym powiedziałaś – powiedział, posyłając dziewczynie słaby uśmiech. – Ja… myślałem, że jestem jedynym, który za czymś tęskni.
Ayala przez pewien czas siedziała w milczeniu.
- Nie lubię słuchać plotek, ale… Jesteś tu nowy, prawda? Dołączyłeś do Zakonu miesiąc temu?
- Tak – przyznał niechętnie. – Wszyscy wciąż o tym gadają.
- Pewnie jest ci ciężko? – w głosie dziewczyny zabrzmiało współczucie.
Spojrzał na nią z wdzięcznością. Po raz pierwszy jakaś osoba w Świątyni jasno i otwarcie przyznała, mogło mu być ciężko! Miła odmiana wobec niekończącej się fali krytyki.
- Trochę jest – Anakin przyznał, trącając palcem końcówkę łyżki. – Ale nie aż tak. Bardzo lubię moje zajęcia. Codziennie uczę się czegoś nowego, i co chwilę słyszę, że idzie mi coraz lepiej. Tylko że ja… ja czasem… - zastanowił się, jak ubrać swój problem w słowa. – Czasami kompletnie nie rozumiem, czego Mistrzowie ode mnie chcą! Robię to, co mi każą, ale potem słyszę, że wcale nie zrobiłem tego, co mi kazali, a przynajmniej nie do końca, a wtedy to już kompletnie nic nie rozumiem! – dokończył sfrustrowanym tonem.
Ayala musiała wyczuć, że miał jeszcze coś do dodania, gdyż cierpliwie czekała na ciąg dalszy.
- Do tego… - Skywalker szepnął rozgoryczonym tonem. – Do tego mój Mistrz poleciał na misję i wciąż nie wraca. Nawet nie pozwalają mi z nim porozmawiać! Chciałbym, żeby już wrócił.
- Nie winię cię za to, że się złościsz – dziewczyna zaśmiała się pod nosem. – Często narzekamy na nauczycieli, ale kiedy robią coś bez nas, to jest prawie nie do zniesienia. Mój Mistrz też jest teraz na misji.
- Sam?!
Twi'lekanka przytaknęła.
- Właściwie to, na początku polecieliśmy na Kashyyyk we dwójkę – mruknęła sfrustrowanym tonem. – Ale potem zrobiłam głupi błąd i zostałam ranna. Mój Mistrz stwierdził, że bezpieczniej będzie, jeśli wrócę na Coruscant. Wszyscy mówią, że ma rację, ale ja uważam, że powinien zostawić mnie przy sobie! Nie wiem, co go nagle opętało, że zaczął zgrywać odpowiedzialnego dorosłego… Nie jestem tak słaba, by przejmować się kilkoma zadrapaniami!
Gdy o tym mówiła, Anakinowi coś się przypomniało. No tak! Czy Mistrzyni Kentarra nie wspominała przypadkiem o jakiejś Padawance, która koniecznie chciała robić wszystko sama i dlatego odniosła kontuzję, przez którą została odesłana na Coruscant? Czyżby chodziło o Ayalę?
- Przepraszam, nie powinnam tak mówić – kręcąc głową, westchnęła dziewczyna. – Daję ci zły przykład.
- Nie, nie! – Anakin krzyknął z pasją. – Ja uważam, że masz rację!
- Nawet nie wiesz, jakie miałam obrażenia – uniosła brew, ale w jej oczach migotały ogniki rozbawienia.
- No i co z tego? – chłopiec wzruszył ramionami. – Skoro uważasz, że dałabyś radę, to na pewno tak było! Dzisiaj na torze przeszkód zarobiłem całą masę siniaków. Zobacz! – podwinął rękaw, by pokazać jej obandażowane przedramię. – Całkiem się podrapałem, ale dzięki temu wygraliśmy! To normalne, że Jedi czasem obrywa, ale to nie znaczy, że powinniśmy się poddawać, nie?
Ponieważ zrobiła to samo, co on, zaczął odczuwać z nią szczególną więź. Zależało mu, by usłyszała to, co on rozpaczliwie chciał usłyszeć zaledwie godzinę temu. Zdziwił się, gdy przycisnęła dłoń do czoła i wybuchła serdecznym śmiechem.
- Och, Anakinie…
- No co? – zdezorientowany, przekrzywił głowę.
- Nie, nic, po prostu… sposób, w jaki o tym mówisz… - oparła podbródek na dłoniach, i popatrzyła na chłopca oczami, które mogłyby należeć do starszej siostry. – To mi przypomina czasy, gdy byłam Adeptką. Nawet brzmisz podobnie do mnie. I wiesz… Wcześniej byłam zła na mojego Mistrza, ale teraz, gdy to powiedziałeś, mam ochotę pobiec do niego i go przeprosić.
- Ale ja wcale nie chciałem, byś robiła coś takiego! – jęknął Skywalker.
- Tak, wiem – posłała mu łagodny uśmiech. – I nie szkodzi, że na razie tego nie rozumiesz. Po prostu… Kiedy wspomniałeś o tym torze i o zadrapaniach, przypomniałeś mi o czymś ważnym.
- To znaczy, o czym?
- O tym, jak bardzo tor przeszkód różni się od prawdziwej misji. Zajęcia w Świątyni to tylko symulacje. Tutaj nic nie dzieję się naprawdę. Jako Adept jesteś jeszcze dość niewinny, więc nie odczuwasz zagrożenia, ale gdy zostaniesz Padawanem, przekonasz się, że każdy błąd ma swoją cenę. Prawdziwą cenę, a nie tylko krytykę Opiekuna Klanu po zakończonej lekcji. Jedi powinni ze sobą współpracować… a zwłaszcza Mistrz i Padawan. Kiedy rozdzielamy się z towarzyszami, często dzieją się złe rzeczy.
Anakin już miał na końca języka, że wcale nie jest niewinny – przecież brał udział w bitwie o Naboo! - ale zanim zdążył się odezwać, coś sobie przypomniał.
Słyszał o sytuacji, gdy dwaj Jedi się rozdzielili i widział jej tragiczne skutki. Płonący stos pogrzebowy. Qui-Gon i Obi-Wan.
Serce chłopca przeszył nieznośny ból. W chwilach takich jak ta tęsknota zarówno za martwym, jak i żywym Mistrzem, stawała się prawie nie do zniesienia. Kurczę… może w tej całej współpracy jednak coś było? Może Anakin powinien bardziej przyłożyć się i spróbować pokonać tor przeszkód z pomocą kolegów?
- Wybacz, nie chciałam cię przestraszyć – Ayala położyła mu dłoń na przedramieniu. – Po prostu pomogłeś mi coś zrozumieć i chciałam, byś o tym wiedział.
- Nie szkodzi – odparł cicho. – Ja… ja chyba też coś zrozumiałem. Dzięki tobie. Bardzo mi pomogłaś. Dziękuję.
Uśmiechnęła się.
- Jeśli chcesz, mogę ci pomóc również z innymi rzeczami. Dziś wieczorem, ja i Mistrz Kit umówiliśmy się na sparing w Zachodniej Sali Treningowej. Trochę powalczymy, a potem będziemy ćwiczyć kata. Chcesz się do nas przyłączyć?
