- Naprawdę mógłbym? – oczy Anakina zalśniły od ekscytacji.

- No jasne! Zresztą, nie będziemy tam tylko we dwójkę. Pewnie pojawi się też kilku młodszych i starszych Padawanów, wiesz, naszych znajomych. Przedstawimy cię.

- A to na pewno nie będzie problemem? Bo wiesz, ja jeszcze tak dużo nie umiem i… nawet z dzieciakami z mojego klanu nie umiem wygrać.

- Tu nie chodzi o to, by wygrywać. Chodzi o to, by się uczyć. Zresztą, zawsze mogę walczyć z tobą jedną ręką.

- Ta, to jest jakieś rozwiązanie – chłopiec zmarkotniał. – Przez ostatni miesiąc wszyscy koledzy i koleżanki walczyli ze mną w taki sposób – wyznał niezadowolonym tonem. – Ostatnio polepszyłem się, więc zaczęli używać obu rąk, ale nadal tłuką mnie, jak chcą.

- Trudno się dziwić – dziewczyna poklepała go po ramieniu. – Minął zaledwie miesiąc. Ale polepszyłeś się, prawda? Teraz muszą walczyć z całych swoich sił, by cię pokonać.

- Tak, chyba tak – Anakin przyznał, odzyskując dobry humor. – No i nie ćwiczę już kata z maluchami! Awansowałem o kilka grup do góry i nawet Mistrz Mundi nie przychodzi tak często, by mnie poprawiać. Tylko od czasu do czasu wpada, by sprawdzić, jak sobie radzę. Nauczyłem się już wszystkich kata, które muszą umieć Adepci, więc próbowałem namówić go, by pozwolił mi ćwiczyć z moim Klanem, ale powiedział, że jeszcze nie jestem gotowy.

- Kata do wszystkich trzech form w jeden miesiąc? – w oczach Aayli błysnął podziw. – Szybki jesteś!

- Obiecałem, że będę się przykładał, więc ćwiczyłem w każdej wolnej chwili.

Skywalker z dumą wypiął pierś. To było takie miłe – opowiadać o swoich wysiłkach, i nie dostawać w zamian żadnych krzywych spojrzeń.

- Teraz muszę jeszcze popracować nad tą całą… no… postawą – podrapał się po uchu, starając się przypomnieć sobie polecenia sprzed kilku dni. – Mistrz Mundi powiedział, że dobra pamięć to nie wszystko, i że moje kata wciąż są za mało solidne. I chyba płynne. Tak, powiedział, że są mało płynne.

- Nawet Starsi Padawani słyszą czasem coś takiego – pocieszyła go Twi'lekanka. – Nauczenie się układu nie jest łatwe, ale w sumie jest najłatwiejsze ze wszystkiego. To coś, co możesz opanować samodzielnie. Natomiast, do poprawienia postawy potrzebujesz pomocy innych. Czy dzieci z twojego Klanu nie proponują ci wspólnych ćwiczeń?

Anakin skrzywił się.

- Proponują, ale…

Mają wtedy takie miny, jakby robili to ZA KARĘ – nie chciał mówić tego na głos.

Aayla nie naciskała.

- Niektórzy potrzebują więcej czasu, by zżyć się ze swoim Klanem – stwierdziła. – Nic na siłę, Anakinie. Czasem najlepsze, co możesz zrobić, to po prostu być sobą i pozwolić, by relacje z innymi same nabrały właściwego kształtu.

- Czy to tekst Mistrza Yody? – zainteresował się Skywalker.

- Nieee – dziewczyna wyszczerzyła zęby. – To akurat jedna z mądrości mojego Mistrza. Nie ma ich zbyt wiele, ale jak już jakąś rzuci, to zazwyczaj ma rację.

Choć wcześniej postanowił, że o to nie zapyta, Anakin zaczynał być coraz bardziej ciekawy tajemniczego mentora Aayli. W sumie, to dość dziwne, że jak dotąd nie wymieniła jego imienia… Może jej Mistrz był w Świątyni tak rozpoznawalną postacią jak Obi-Wan? Może miał reputację, która sprawiała, że Padawanka NIE chciała się nim chwalić? CO-3 wspomniała coś o opasce uciskowej na mózg, co raczej nie brzmiało jak komplement.

Anakin próbował sobie przypomnieć, czy w Świątyni plotkowano o kimś tak namiętnie jak o Kenobim… Ale nie – żaden Jedi nie pojawiał się na językach dostatecznie często, by móc go uznać za „sensację". A przynajmniej nie ostatnio.

Ciekawe, czy Aayla zechce przedstawić nowemu koledze swojego Mistrza, gdy ten wróci wreszcie z misji? Bo Anakin już teraz był pewien, że bez wahania przedstawiłby tę dziewczynę Obi-Wanowi.

Ją – tak. Kolegów z Klanu – nieeeee! Ci gamonie wciąż nie zrobili niczego, by na to zasłużyć.

Tak, teraz gdy o tym myślał, to nie miał żadnych wyrzutów sumienia, że nie poszedł z nimi jeść.

- To jak? – Aayla wstała od stołu. – Widzimy się o osiemnastej?

- Na pewno się nie spóźnię! – z uśmiechem obiecał Anakin.

XXX

Wrócił do swojego pokoju cały w skowronkach. Choć wciąż miał w pamięci poranną porażkę, mógł spokojnie przyznać, że już dawno nie miał tak dobrego dnia jak dzisiaj.

Wyciągnął holoprojektor i włączył wiadomość od Obi-Wana.

- Anakinie… - powiedziała półprzezroczysta postać.

Chłopiec wcisnął pauzę, położył urządzenie na szafce nocnej, po czym wdrapał się na łóżko.

- Cześć, Obi-Wan! – siadając ze skrzyżowanymi nogami, uśmiechnął się do nieruchomej twarzy Mistrza.

Włączył dalsze odtwarzanie.

- Liczyłem, że powiem ci to wszystko w cztery oczy, jednak obawiam się, że zabrakło mi czasu.

- Taak – wzdychając, Anakin ponownie zatrzymał nagranie. – Ja też wolałbym porozmawiać z tobą w cztery oczy. Albo chociaż przez Holonet. Mistrzowie wciąż mi na to nie pozwalają… Wstrętne buraki!

Zachichotał, wyobrażając sobie reakcję Kenobiego na nazwanie Mistrzów Jedi „wstrętnymi burakami". Zastanowił się, która część wiadomości mogłaby pasować do tego, co powiedział, i po namyśle przewinął do przodu:

- Spróbuj być dzielny.

Okej, jeszcze trochę.

- Pamiętaj, że nie jesteś sam.

- No, teraz już chyba rzeczywiście nie jestem sam – powiedział Anakin. – Ej, wiesz, co się dzisiaj stało? Poznałem bardzo miłą Padawankę. I strasznie fajnego Mistrza Jedi. Aayla Secura i Kit Fisto. Pomogli mi, gdy niechcący wywaliłem mój lunch na plecy Aayli. Wcale się nie wkurzyła, wiesz? Nawet pomogła mi zdobyć drugi obiad. I zaproponowała, bym przyszedł wieczorem do Zachodniej Sali Treningowej. Wiesz, by z nią potrenować. Fajnie, prawda?

Znowu trzeba było trochę przewinąć.

- Na pewno znajdziecie wspólny język – stwierdził Obi-Wan z nagrania.

- Ja też tak myślę! – odparł chłopiec.

I jeszcze odrobinkę do przodu…

- Pewnie nie powinienem tego mówić, ale… Już za tobą tęsknię, Anakinie. Proszę, nie mów nikomu, że powiedziałem coś takiego.

- Nie martw się, ode mnie niczego się nie dowiedzą – żarliwie obiecał Anakin. – Ale wiesz, co? W zamian ty będziesz musiał dochować mojej tajemnicy! Ja też robię coś, czego nie powinienem. W sumie… nie do końca wiem, czy to jest zabronione, bo nikogo nie pytałem, ale… A, zresztą, pokażę ci!

Na czworakach przeszedł na drugą stronę łóżka i wyciągnął z szuflady pudełko, w którym spoczywały szczątki miecza świetlnego.

- Ta-dam! – zaanonsował, podsuwając skupisko pod nos wirtualnego Obi-Wana. – Zacząłem składać do kupy twój miecz świetlny. Tak, tak, wiem, co sobie myślisz… to nadal śmieci! Ale czy na pewno? Popatrz na to!

Drobne paluszki chwyciły okrągły kawałek metalu.

- To już nie są odłamki… to są części! – chłopiec wykrzyknął triumfalnie. – Raju, żebyś tylko wiedział, jak trudno było rozpracować, co z tym zrobić. Chyba już rozumiem, czemu powiedziałeś, że szczątki twojego miecza nie nadają się nawet na części zamienne – mruknął, drapiąc się przedmiotem po uchu. – Ale wiesz, co? Znalazłem w świątynnym warsztacie specjalną mikro-spawarkę! To coś jak normalna spawarka, tyle że do bardzo, bardzo maleńkich części. Ale ty pewnie już o tym, wiesz… W końcu ty tu mieszkasz. W Świątyni, w sensie. W każdym razie, tę spawarkę obsługuje specjalny droid. Trzeba nim sterować ręcznie. Ale, spoko, już rozpracowałem jak to robić. Udało mi się odtworzyć emiter ostrza i aktywatory pola wirowego. Ugh, naprawianie ich zajęło mnóstwo czasu! Nawet oczy C3-PO robiłem krócej, wyobrażasz sobie?

Dłoń chłopca ponownie zanurkowała w pudełku.

- A to - Anakin zaczął, wymachując woreczkiem pełnych złotawych odłamków – będą soczewki skupiające. Ponoć bardzo ważna część miecza-świetlnego! Podobnie jak rdzeń energetyczny… ech, ale ten to chyba będę musiał zdobyć nowy. Bo przecież, nawet jak go poskładam, i tak będzie rozładowany.

Przewinął wiadomość do przodu.

- Wierzę, że sobie poradzisz – Obi-Wan z nagrania nieznacznie się uśmiechnął. - Jesteś mądrym i dzielnym chłopcem, który nigdy się nie poddaje.

- No pewnie, że się nie poddam! – odparł Anakin. – W sumie to mam już pomysł, skąd wziąć rdzeń energetyczny. I kabelki. Kabelków też trzeba nowych, ale to nie problem, bo w warsztacie jest ich mnóstwo. Nie wiem tylko… - wziął do ręki poskładany trzon rękojeści, i zaczął bezwiednie gładzić go paluszkiem. – Nie wiem tylko, skąd wezmę kryształ kyber – szepnął, niepewnie zerkając na twarz Mistrza. – Pewnie nie uda mi się go zdobyć. Słyszałem, że nawet dorośli Jedi muszą po niego jechać w specjalne miejsce. Więc, gdy już skończę ten miecz… on… on chyba będzie tylko pokazowy. Nie będzie działał, ani nic. Ale to chyba dobrze, bo nie będziesz się martwił, czy utnę sobie nim rękę. Albo język. Pewnie chciałbyś, bym uciął sobie język, bo za dużo gadam, prawda? Może to i dobrze, że nie jesteś prawdziwym Obi-Wanem…

W głowie chłopca zaczęło pojawiać się niebezpiecznie dużo smutnych myśli. Nie chcąc stracić radości, którą czuł od rozmowy z Aaylą, Skywalker uznał, że trzeba szybko uchwycić się czegoś pozytywnego.

- Mam nadzieję, że szybko wrócisz – powiedział do Mistrza z wiadomości. – Wracaj szybko, dobrze? Nie wiem, czy skończę twój miecz świetlny do twojego powrotu, ale… Kiedy już go skończę, to… Bo wiesz, bardzo długo myślałem, co z nim zrobię, jak już go naprawię, i uznałem, że ci go dam. Rozumiesz, w prezencie – posłał Obi-Wanowi nieśmiały uśmiech. – Nie wiem, czy się ucieszysz. Możliwe, że będziesz wkurzony… No bo wtedy, jak rozmawialiśmy na statku Padme, to za nic nie chciałeś mi pokazać swojego miecza świetlnego. Tłumaczyłeś mi, że to jest bardzo osobista rzecz. Ale pomyślałem sobie, że zaryzykuję i…

Ktoś zapukał do drzwi.

- Anakin?

O kurde, to głos Diny!

- Anakin, to ja! – kolejne dwa puknięcia. – Mogę wejść?

- M-moment!

Chłopiec błyskawicznie porwał pudełko i schował je w szufladzie. Po namyśle, wyciągnął je, owinął parą leginsów, i dopiero wtedy wepchnął na miejsce. Tego tylko brakowało, by panna-idealna przypadkiem odkryła jego sekret! Nie mógł uwierzyć, że kiedyś porównywał ją do Padme… Królowa Naboo w żadnym wypadku nie była sztywniarą! I nie udzielała mu tylu kazań.

Przygładził ubranie i wrócił do siadu skrzyżnego na łóżku, usilnie starając się wyglądać na kogoś, komu przerwano bardzo głęboką medytację. Po chwili jednak uznał, że Dina na bank tego nie kupi. Może będzie wyglądał mniej podejrzanie, jeśli będzie się zachowywał… no… jak zwykle?

Przypomniał sobie słowa Aayli:

„Czasem najlepsze, co możesz zrobić, to po prostu być sobą i pozwolić, by relacje z innymi same nabrały właściwego kształtu."

Ostatecznie po prostu usiadł na skraju łóżka.

- Już! – zawołał. Tym razem głos mu nie zadrżał.

Gdy tylko dziewczyna weszła do pokoju, w subtelny sposób zatrzymała wzrok na okrągłej pufie. Anakin załapał aluzję.

- Może usiądziesz?

Jeszcze nigdy nie był tak wdzięczny Mistrzyni Kentarrze za ciągłe przypominanie mu o sprzątaniu pokoju. I samemu sobie za to, że ten jedyny raz w miesiącu zachciało mu się zrobić tutaj porządek. Dina odwiedzała jego „włości" po raz pierwszy i nie chciał, by wzięła go za bałaganiarza. Cóż… to, co widziała, pewnie i tak nie spełniało jej standardów czystości, ale przynajmniej było tu schludniej niż wczoraj.

Dziewczyna przysiadła na pufie.

- Możemy pogadać?

- Jasne – Anakin odparł, z miejsca zastanawiając się, o co mogło chodzić.

Gdy mieszkał na Tatooine, żaden z przyjaciół nigdy nie przyszedł do niego i nie rzucił poważnie brzmiącego tekstu „możemy pogadać"? Zawsze po prostu przychodzili i… no… gadali.

- To twój Mistrz? – zainteresowała się Dina. – Mistrz Obi-Wan Kenobi?

Policzki chłopca zapłonęły czerwienią. Szlag! Zupełnie zapomniał o holoprojektorze.

- T-tak – potwierdził, wyłączając wiadomość i opiekuńczo przyciskając urządzenie do piersi. - To on. Zanim poleciał na Fenis, nagrał dla mnie kilka słów. Słucham tego tylko czasami!

WCALE nie robię tego codziennie, a już NA PEWNO nie kilka razy dziennie!

Dobrze, że ta dziewczyna była tylko Adeptką i nie potrafiła odczytywać emocji tak dobrze jak dorośli Jedi.

- To miłe ze strony twojego Mistrza, że zostawił ci wiadomość – stwierdziła. – Dał ci jakieś rady?

- Tak, mnóstwo. No więc… eee… o czym chciałaś pogadać?

Splotła palce dłoni i ułożyła je nieco ponad udami. Anakin zazdrościł jej, że potrafiła siedzieć ze skrzyżowanymi nogami w tak elegancki sposób.

- Dzisiaj na obiedzie - zaczęła, patrząc na niego oczami, które bardziej pasowały do dorosłego niż do dziewięcioletniego dziecka – było nam przykro, gdy zupełnie nas zignorowałeś i usiadłeś z Padawan Securą.

Chłopiec wytrzeszczył oczy.

- Co?

Dina nie odpowiedziała. Wpatrywała się w niego z wyrazem chłodnej pretensji. Po chwili nieco się otrząsnął.

No tak… powinien się domyślić, że chodziło właśnie o to. Tak, teraz, gdy o tym pomyśleć, to zakładanie, że może sobie „tak po prostu" usiąść z kimś innym, było z jego strony naiwnością. Odruchowo chciał rzucić się do przeprosin, wytłumaczyć, że… ale, zaraz, zaraz! Czy on tak właściwie miał, za co przepraszać?

- Nie zignorowałem was – powiedział, dzielnie patrząc koleżance w oczy.

- Zignorowałeś! – odparowała Dina. – Widziałeś, że na ciebie czekamy, a mimo to poszedłeś do Padawan Secury i…

- Właściwie to widziałem, że na mnie NIE czekaliście.

Dziewczyna zaczerwieniła się.

- Ależ czekaliśmy! – przyrzekła, z dłonią przy piersi.

Jednak Anakin nie dał się zbić z tropu. Aha! Przez moment uciekła wzrokiem – wiedziała, że miał rację.

- Po pierwsze, gdy przyszedłem, już prawie skończyliście jeść – wytknął jej, unosząc podbródek. – A po drugie, to usiadłem z Aaylą przez przypadek. Poznaliśmy się, bo na nią wpadłem. Nie chciałem tego. Chciałem iść do was. Ale potem wydarzyło się tyle rzeczy… straciłem cały obiad, a Aayla pomogła mi zdobyć nowy. Gdybym po tym wszystkim z nią nie usiadł, to byłoby niegrzeczne.

Była w tym tylko połowa prawdy – CHCIAŁ zjeść z Ayalą, i cieszył się, że to zrobił, bo okazała się dużo fajniejszą towarzyszką, niż dzieciaki z Klanu. A tak w ogóle, to wkurzało go, że musiał się Dinie z czegokolwiek tłumaczyć! Po raz pierwszy spędził lunch w tak miłej atmosferze, pierwszy raz poczuł się przez kogoś wysłuchany i zrozumiany, a teraz jeszcze miał za to przepraszać?

Dlaczego każda dobra rzecz, która mu się przytrafiała w tej Świątyni, musiała być sprowadzana do rangi śmiertelnego grzechu?!

- Przepraszam, że na ciebie nie poczekaliśmy – spuszczając wzrok, szepnęła Dina. – Powiedziałam innym, by jeszcze nie jedli, ale Cooper zaczął mówić, że ty prawie zawsze się spóźniasz, i że jedzenie zaraz wystygnie, i…

- I żebym tylko przypadkiem niczego nie zalał? – wycedził Anakin.

- Czegoś takiego NIE powiedział! – dziewczyna skrzyżowała ramiona w obronnym geście. – I NIE mów do mnie w ten sposób.

- Nie spóźniłem się specjalnie! Dobrze wiecie, że musiałem pójść do Punktu Medycznego, a uzdrowiciele nigdy nie chcą mnie stamtąd wypuścić. Trzymają mnie tam, jakbym co najmniej wypadł z pędzącego ścigacza, a nie złapał kilka marnych…

- Już mniejsza o to – wzdychając, Dina pokręciła głową. – Skoro chciałeś zjeść z Padawan Securą, powinieneś przynajmniej pójść do nas i nam o tym powiedzieć. Zapytać, czy nie mamy nic przeciwko.

Pierwsza sugestia brzmiała rozsądnie – pójście do kolegów i zaanonsowanie im, że idzie jeść z Ayalą, nic by go nie kosztowało. Ale to całe proszenie o zgodę…

- Miałem zapytać „czy nie macie nic przeciwko"? – nastroszył się Anakin. – A jakbyście powiedzieli, że „się nie zgadzacie", to co? Miałbym zrobić tak, jak chcecie? Dlaczego w ogóle mam prosić o pozwolenie?

- Nie o pozwolenie! – podkreśliła Dina. – Nie o to mi chodziło. To oczywiste, że powiedzielibyśmy „nie, nie mamy nic przeciwko".

- Dla mnie to NIE jest oczywiste!

- Anakin, ja miałam na myśli tylko to, byś zapytał nas z grzeczności! Zawsze jadamy razem, i kiedy jedna osoba nagle idzie gdzie indziej, nic na ten temat nie mówiąc, to jest strasznie nieuprzejme. My… - w oczach dziewczyny pojawił się cień smutku. – My naprawdę staramy się zrobić wszystko, byś nas polubił. Ale nie dajesz nam szansy.

Chłopiec aż otworzył usta ze zdziwienia.

Czy ona żartuje? Ciągłe krytykowanie go, warczenie na niego, że zrobił coś nie tak… i niby to wszystko miało służyć „przekonaniu go, by ich polubił"? Wolne żarty! Jeśli ktoś tutaj starał się, jak mógł, to Anakin. To ON od tygodni walczył o to, by koledzy z Klanu go polubili, widowiskowo dając przy tym ciała! Sugerowanie, że jest na odwrót – że to inne dzieci starają się mu dogodzić, a on ma wszystko w poważaniu… to było jak trzaśnięcie w policzek!

- To tak jak z torem przeszkód – ponurym tonem ciągnęła Dina. – Wszystko chcesz robić sam. Nawet kiedy byłeś z nas najsłabszy, wkurzałeś się, gdy chcieliśmy ci pomóc.

- Przecież Mistrzyni Kentarra już mi to powiedziała! – z irytacją wyrzucił z siebie Anakin. - Dlaczego TY mówisz mi to drugi raz? Ciągle robisz coś takiego! I nie tylko ty. Wy wszyscy! Codziennie mówicie mi, że robię coś źle. Cały czas mnie pouczacie! To nie jest miłe.

- Ale co w tym niemiłego? – Dziewczyna zamrugała. Na jej twarzy widniało autentyczne zdziwienie. – Przecież nie mówimy ci tych rzeczy, ponieważ chcemy być wredni. My tylko próbujemy ci pomóc! Mistrzyni Kentarra powiedziała, byśmy pomagali ci, jak mogli. I właśnie to robimy. Nie rozumiem, czemu odbierasz to jako atak.

Skywalker nienawidził swojego mózgu za to, że nie potrafił wymyślać argumentów tak szybko jak umysł Diny. Wiedział, dlaczego odbierał zachowanie innych dzieci jako atak, ale za nic nie potrafił tego wytłumaczyć. Nie miał pojęcia, w jaki sposób mógłby to wytłumaczyć, by jego przesadnie dojrzała koleżanka zrozumiała, co miał na myśli.

Żałował, że nie była bardziej jak Padme. Albo Aayla. Z Aaylą wszystko wydawało się takie proste.

„Pewnie jest ci ciężko?" – przypomniał sobie pytanie Twi'lekanki.

Tak, BYŁO mu ciężko! Nie rozumiał, dlaczego ten prosty fakt mógł być oczywisty dla Aayli, ale nie mógł być oczywisty dla Diny.

- J-ja… - wyjąkał. – Ja naprawdę robię wszystko, by się dopasować. I rozumiem, czemu współpraca jest ważna. Aayla mi to dzisiaj wytłumaczyła.

- Och? To dobrze.

- Pomyślę, jak to zrobić, by lepiej z wami współpracować. Naprawdę się postaram!

- Cieszę się – dziewczyna wyraźnie odetchnęła z ulgą.

- A wy moglibyście trochę rzadziej się mnie czepiać – mruknął Anakin.

- Mówiłam ci, że to nie jest czepianie się, tylko… - widząc wkurzoną minę kolegi, Dina szybko się zreflektowała. – No dobrze, powiem pozostałym – oznajmiła pokonanym tonem. – Skoro aż tak ci to przeszkadza, to… to nie będziemy tego robić tak często. Ty obiecałeś, że postarasz się współpracować z nami podczas toru przeszkód, więc my też się postaramy.

Skywalker przytaknął. Dobrze, że po tych wszystkich okropnych zarzutach, które usłyszał, zdołał przynajmniej wynegocjować coś dla siebie.

- Wiesz… - dziewczyna dodała po chwili. – Jeśli przeszkadza ci coś jeszcze, możesz mi o tym powiedzieć. Nie musisz niczego w sobie dusić. Jeśli czymś się martwisz, powiedz, a może uda mi się pomóc. Chciałabym ci pomóc. My wszyscy chcielibyśmy!

W sumie… Skoro już wywlekali na zewnątrz wszystkie brudy…

- Przeszkadza mi, że późną nocą poszliście grać w karty i nic mi nie powiedzieliście – krzyżując ramiona, Anakin posłał Dinie oskarżycielskie spojrzenie.

Kwiknęła, jak osoba przyłapana na gorącym uczynku.

- Aha! – triumfalnie wycelował w nią palec. – Więc jednak miałem rację? Naprawdę to zrobiliście!

- My… - posyłając mu skruszone spojrzenie, dziewczyna rozmasowała kark. – Anakin, proszę, nie bierz tego do siebie. To prawda, że czasem wymykamy się w nocy, by grać w karty, albo w coś innego, ale… Bo wiesz… Planowaliśmy, że któregoś razu cię zaprosimy, ale większa część grupy uznała, że na to jeszcze za wcześnie.

- Za wcześnie? – powtórzył głupio.

W ogóle tego nie ogarniał. „Za wcześnie?" Ale jak to „za wcześnie"? W jakim sensie? Bo nie przeszedł jakiejś, kurde, inicjacji, obowiązkowej dla wszystkich dzieciaków Jedi? Może rzeczywiście coś takiego było? Na tym etapie Anakin uznał, że nic w tej przeklętej Świątyni już go nie zdziwi.

- Taz, Cooper i Bethany stwierdzili, że wciąż jesteś strasznie głośny i niezdarny – westchnęła Dina. – I gdybyś poszedł z nami, pewnie łatwo zostalibyśmy złapani. No bo wiesz, to, co my robimy w nocy, nie jest do końca dozwolone i…

- Nie jest dozwolone? – przy akompaniamencie cichego parsknięcia powtórzył Anakin. – Wy robicie coś niedozwolonego? Wy?!

Nie, no, kurde, to już był szczyt wszystkiego! Żadne odkrycie nie mogłoby go tak zaboleć, jak właśnie to:

Dzieci Jedi… te rzekomo grzeczniutkie i posłuszne, jak świetnie zaprogramowane droidy, błyszczące nieskazitelnymi manierami, i rzucające mądrościami na prawo i lewo dzieci Jedi miały w rzeczywistości skazę na swoich idealnych charakterkach! Niewiarygodne, że pod osłoną nocy robiły to, co wszystkie normalne dziewięciolatki - łamały zasady ustalone przez dorosłych, by najzwyczajniej w świecie się pobawić. I pomyśleć, że postanowili wykluczyć Anakina właśnie z tej, zupełnie niezwiązanej z kulturą Zakonu, najzwyklejszej życiowej czynności.

A on, naiwny, myślał, że mali Jedi się nie bawią… Ale z niego idiota!

- Kiedy my nie robimy nic złego! – Dina usiłowała tłumaczyć. – W końcu nie łamiemy Kodeksu. My tylko… cóż…

- W nocy przestajecie być tymi samymi sztywniakami, co za dnia – prychnął Anakin. – Jasne, rozumiem.

- Nie, nie rozumiesz. I to nieprawda, że w dzień jesteśmy… eee… sztywniakami.

A co, każdy z was ma tajnego klona, który zastępuje go, gdy ja jestem w pobliżu?

- My po prostu nie chcieliśmy pakować cię w kłopoty! – błagalnie patrząc na chłopca, wyrzuciła z siebie Dina – Wiemy, jak bardzo jest ci przykro, gdy Mistrzowie cię krytykują. Wałęsanie się po Świątyni w nocy w sumie nie jest jakimś wielkim przewinieniem… Chodzi tylko o to, by Adepci się nie przemęczali i mieli rano siłę na trening, ale… No, to jest jednak coś, za co można dostać karę. Porządkowanie holoksiążek w bibliotece, albo coś podobnego. Pomyśleliśmy sobie, że i tak jesteś już często pouczany przez Mistrzów, a gdyby nas złapano, bo byłeś za głośno, miałbyś przez to jeszcze trudniej.

Ten argument był tak samo pocieszny jak mamrotanie Watto, że „prędzej mu macki na głowie wyrosną, niż jego pyskaty niewolnik zbuduje ścigacz ze znalezionych na pustyni śmieci".

- Już dziesięć razy wymknąłem się do warsztatu o trzeciej w nocy – patrząc na dziewczynę z mściwą satysfakcją, oznajmił Anakin – i jakoś nigdy nie zostałem przyłapany.

Mina panny-idealnej była bezcenna!

Pfft! Z kim ona niby myśli, że rozmawia? Ku zgrozie opiekuńczej matki, Skywalker zwiewał nocą z domu, jeszcze kiedy był na etapie raczkowania! Cóż, fakt faktem, że wtedy nie potrafił robić tego niepostrzeżenie, ale… no, wprawy w podobnych rzeczach nie można mu było odmówić.

- Ty… - Dina wydukała pełnym niedowierzania głosem. – Nie żartujesz?

- A myślałaś, że jak dowiedziałem się o tym waszym karcianym wypadzie? – Anakin przewrócił oczami.

- A-ale… Mówisz, że chodziłeś do warsztatu. Co ty tam w ogóle robiłeś?

- Nudziłem się.

Tak naprawdę pracował nad mieczem świetlnym Obi-Wana, ale tego powiedzieć nie mógł. Na szczęście koleżanka nie naciskała. Musiała wywnioskować, że nic z niego nie wyciągnie.

- Cóż, następnym razem możesz pójść z nami – oznajmiła. – Zamiast do warsztatu – dodała z niepewnym uśmiechem.

- Nie, dzięki – odparł chłodno.

To nieco zbiło ją z tropu.

- Co? Ale… ale przed chwilą powiedziałeś… przeszkadzało ci, że cię nie zaprosiliśmy i…

- Jest coś, co przeszkadza mi bardziej!

Anakin postanowił wyłożyć kawę na ławę. Skoro zabrnął tak daleko, to równie dobrze mógł wspomnieć o kwestii, która leżała mu na wątrobie już od samego początku.

- Taz – wyszeptał krótko.

Dina nerwowo przełknęła ślinę.

- Co z Tazem? - spytała, siląc się na obojętny ton.

- Nie udawaj, że nie wiesz, o co chodzi! – syknął Anakin. – On mnie nie cierpi!

- To nie…

- Jak powiesz, że „to nieprawda", to pójdę do łazienki po szklankę wody, wyleję ci ją na głowę, a potem stwierdzę, że „wcale czegoś takiego nie zrobiłem i tylko ci się wydawało!"

Właśnie tak! Nie pozwoli wciskać sobie kitu! To było nawet gorsze od ciągłego wysłuchiwania kazań. Skywalker nienawidził kłamstw. Z niekończącymi się wykładami od kolegów jakoś mógł dość do porządku dziennego – ale nie z tym, że próbowano zrobić z niego idiotę!

Najwyraźniej przesłanie dotarło.

- Strasznie cię przepraszam za jego zachowanie – Dina spuściła wzrok. – To prawda, że Taz… bywa wobec ciebie trochę nieprzyjemny.

Ale tylko „trochę" – Anakin miał ochotę zakpić. – Trochę. Troszeczkę!

- Ale to nieprawda, że on cię nie lubi! – dziewczyna dodała po chwili. – On… on po prostu… jakby to powiedzieć… on ma teraz złe dni, wiesz? Ale to tylko przejściowe! Taz od jakiegoś czasu ma zły humor, ale to minie. Sam przecież wiesz, że nie jest zbyt dojrzały – posłała koledze porozumiewawczy uśmiech, próbując go udobruchać. – Po prostu… no… jeszcze przez pewien czas będzie nieprzyjemny, ale w końcu mu przejdzie! To tylko taka faza. Nic więcej!

- Aha – Skywalker uniósł brew. – A ta cała faza zaczęła mu się przed moim przyjazdem… czy może akurat wtedy, gdy pojawiłem się w Świątyni?

Cisza.

Anakinowi kończyła się cierpliwość.

- To ma związek z Obi-Wanem, prawda? – zapytał, groźnie zwężając oczy.

- C-co? – rumieńce na policzkach dziewczyny działały lepiej niż wykrywacz kłamstw.

- Dobrze pamiętam dzień, w którym was poznałem! Gdy powiedziałem, że Obi-Wan jest moim Mistrzem, Taz zaczął być dla mnie wredny. A ty doskonale o tym wiesz! Pamiętam, jaką miałaś wtedy minę… I pamiętam, że Cooper chciał coś na ten temat powiedzieć, ale Taz kopnął go pod stołem. O co mu chodzi, co? Czy on ma coś do mojego Mistrza? Nie lubi go? Bo jeśli tak, to lepiej by nie mówił o nim żadnych wstrętnych rzeczy! Niech tylko spróbuje powiedzieć o Obi-Wanie jedno złe słowo, a wezmę i…

- Nie! – wyglądając na lekko spanikowaną, Dina uniosła ręce. – Anakin, nie, mylisz się! To nic z tych rzeczy! To… t-tu zupełnie nie o to chodzi!

- A o co?

- To nieprawda, że Taz nie lubi twojego Mistrza – dziewczyna wyznała zbolałym tonem. – W-wręcz… wręcz przeciwnie.

Chłopiec ze zdumieniem przekrzywił głowę. Nie tego się spodziewał.

- „Wręcz przeciwnie"? – powtórzył głupio. – Ale co to w ogóle znaczy… „wręcz przeciwnie"?

Dina uparcie milczała. Anakin zacisnął zęby.

- Jak nie chcesz mi powiedzieć, to nie mów! – warknął. – Tylko nie próbuj dalej wciskać mi kitu, że coś sobie wymyśliłem, i nic się nie dzieje! Jeśli nie zamierzasz mi powiedzieć, o co chodzi Tazowi, to wyjdź, bo wszystko już sobie wyjaśniliśmy.

Nie ruszyła się z miejsca. Krzywiąc się, zamknęła oczy. Jej palce mocno zacisnęły się na materiale spodni.

- No dobrze – wydawszy zrezygnowane westchnienie, otworzyła oczy. – Dobrze, powiem ci. Tylko, Anakin, słuchaj… mógłbyś nie mówić nikomu, że dowiedziałeś się ode mnie? A najlepiej to jakbyś w ogóle nie wspominał nikomu, że o tym wiesz. A zwłaszcza Tazowi. Bo widzisz, jemu nie chodzi o nic złego, a to… Ech. To dość niezręczna sytuacja.

Po prawdzie, Anakin nie miał ochoty do niczego się zobowiązywać. Miałby obiecać, że nie da niczego po sobie poznać, gdy jeszcze nawet nie wiedział, o co chodzi? To brzmiało jak wybitnie nietrafiony pomysł.

Mimo to ciekawość nie dawała mu spokoju, więc odpuścił i przytaknął. To była jedyna niepowtarzalna okazja, by wreszcie poznać prawdę! Nawet jeśli Anakin miałby później zagryzać zęby i walczyć ze sobą, by nie powiedzieć koledze niczego kąśliwego, wolał to, niż pozostawanie w błogiej nieświadomości.

Dina wzięła głęboki oddech.

- No więc słuchaj: dwa lata temu miała miejsce pewna sytuacja. Zaczęliśmy się uczyć pierwszego kata Trzeciej Formy i Taz miał straszny problem ze spamiętaniem układu.

Skywalker pozwolił sobie na dyskretny uśmieszek satysfakcji. ON nauczył się tego konkretnego kata w jeden wieczór – Mistrzowie do dziś nie mogli wyjść z podziwu, że tak szybko je zapamiętał.

- Był strasznie sfrustrowany – dziewczyna mówiła dalej. – Myliły mu się kroki, a Mistrz Sicario wciąż miał do niego jakieś uwagi. Dużo więcej uwag niż zwykle. Że źle układa miecz, że niezbyt stabilnie stoi na nogach… ogólnie strasznie dużo poprawek. Ale tak było w przypadku nas wszystkich. Wcześniej uczyliśmy się tylko Shii-Cho i Makashi, które są bardziej neutralnymi stylami. Soresu jest stricte defensywne, więc na początku w ogóle go nie rozumieliśmy. Tyle że dla Taza to była nowa sytuacja, bo zawsze był bardzo pewny siebie. Pewnie zauważyłeś, że z naszej grupy, to on najlepiej radzi sobie z mieczem świetlnym. Kiedy coś jest twoją mocną stroną i nagle przestaje ci wychodzić, to frustrujące, wiesz?

Jasne. Anakin doskonale to rozumiał. Nie rozumiał natomiast, dlaczego Dina mówi mu o prywatnych problemach Taza. Przecież to jasne, że ich czarnowłosy kolega nie zachowywał się jak buc, bo miał trwającą od dwóch lat traumę z powodu Soresu. Zresztą, o ile było Skywalkerowi wiadomo, jego rywal znacznie podciągnął się we wspomnianym stylu – jego kata z Formy Trzeciej zawsze zbierały mnóstwo pochwał zarówno od Sicario jak i Kentarry. Ciekawe, co sprawiło, że zrobił tak duże postępy?

Zagadka wkrótce została rozwiązania.

- Taz uparł się, że za wszelką cenę opanuje Soresu – mówiła Dina. – Któregoś razu poszedł do Zachodniej Sali Treningowej i ćwiczył tam prawie przez cały dzień. Opowiedział nam o tym. Ponoć był tak sfrustrowany, że chciał już praktycznie cisnąć bokkenem o podłogę, ale wtedy ktoś podszedł do niego i mu pomógł. Starszy Padawan, który umówił się ze swoim Mistrzem na sparing, ale że jego nauczyciel miał tendencje do ciągłego spóźniania się… No, ten Padawan po prostu czekał na Mistrza i nie miał żadnego zajęcia. Tym Padawanem był Obi-Wan Kenobi.

Serce Anakina wydało kilka nerwowych drgnięć. Nie umiał tego wytłumaczyć, ale kierunek, w jakim zmierzała ta opowieść, ani trochę mu się nie podobał.

- Żeby dorosły Jedi… czy nawet Starszy Padawan sam podszedł do Adepta i zaproponował pomoc… takie coś zdarza się bardzo rzadko – westchnęła dziewczyna. – Nie jest jakieś super rzadkie, ale gdy już się zdarza, to czujesz się zaszczycony. Rozumiesz, prawda?

- Ta – chłopiec odparł nieobecnym głosem. – Chyba.

- No więc, kiedy Obi-Wan podszedł do Taza, to było wielkie wyróżnienie.

Nawet nie wiesz, jak bardzo – Anakin pomyślał z goryczą.

Że jakiś pierwszy lepszy Jedi do kogoś podszedł, to jedno. Ale że Obi-Wan Kenobi?! Ten sam, rzadko odzywający się Obi-Wan, który nie uraczył Anakina ani jednym słowem, gdy lecieli z Tatooine na Coruscant? Nawet podczas powitania. A, nie, chyba zapytał Anakina, czy nie przynieść mu bacty. Ale to wszystko.

Ich relacja uległa polepszeniu dopiero po długiej rozmowie, którą odbyli, siedząc we dwójkę w maszynowni. Kenobi pokazał się chłopcu z nieco cieplejszej strony i nawet nielegalnie udzielił mu lekcji. Anakin czuł się przez to kimś wyjątkowym – myślał sobie, że prawdopodobnie jest jedynym dzieckiem w Galaktyce, któremu Obi-Wan podał pomocną dłoń.

A teraz, gdy dowiedział się, że nie był ani jedyny, ani nawet pierwszy… to było tak, jakby coś mu odebrano.

Znaczy, okej, Obi-Wan pomógł Tazowi, tylko i wyłącznie dlatego, że nie miał nic do roboty, bo czekał na Qui-Gona, ale… ale mimo wszystko!

- Po tym zdarzeniu… - Dina zawahała się. – Taz przybiegł do nas i powiedział, że przeżył olśnienie. Stwierdził, że Obi-Wan to jego wymarzony Mistrz, a spotkanie z nim to było przeznaczenie.

- Że co?!

Anakinowi zakręciło się w głowie.

- Właśnie dlatego nie chciałam nic ci mówić! – jęknęła dziewczyna. – Sam widzisz, że to dość niezręczna sytuacja. To nie tak, że Taz chciał zrobić coś przeciwko tobie. On po prostu… ech. Jak mówiłam, to było dwa lata temu. Nikt nie mógł przewidzieć, że tyle się wydarzy… no wiesz, pojawienie się Sitha, twoje dołączenie do Zakonu i tak dalej. Mistrz Obi-Wan nie był wtedy jeszcze pełnoprawnym Rycerzem Jedi, a Taz… cóż… Taz był przekonany, że jak już zda Próby Adeptów, Obi-Wan również będzie po własnych Próbach i wtedy przyjmie go na Padawana.

- Obi-Wan… - słowa z trudem przechodziły chłopcu przez gardło. – Obi-Wan obiecał Tazowi, że weźmie go na Padawana?

- Co? Nie! Ależ skąd, między nimi nie było żadnych obietnic! Obi-Wan do niczego się nie zobowiązał. Po prostu pomógł Tazowi tamten jeden raz. A potem jeszcze kilka razy…

- Kilka razy?!

Zdecyduj się! – Anakin miał ochotę fuknąć. – Ile w końcu było tych „razy"? Jeden czy więcej?!

- Te kolejne razy to w sumie były z inicjatywy Taza, nie Obi-Wana – zmęczonym tonem wyjaśniła Dina. – Anakin, proszę, nie myśl o tym za dużo. Słuchaj, to naprawdę nic wielkiego. Takie coś zdarza się cały czas.

- „Takie coś" czyli… co?

- No wiesz, że ktoś zaczyna interesować się jakimś Mistrzem. Albo, że jest zafascynowany dorosłym Jedi i wyobraża sobie, że kiedyś zostanie jego Padawanem. To nic nadzwyczajnego, naprawdę. Gdy mieliśmy po pięć lat, prawie każdy z nas uważał, że pewnego dnia zostanie Padawanem Mistrza Yody. Mnie przez długi czas wydawało się, że Mistrzyni Kentarra wybierze mnie na uczennicę, bo poświęcała mi dużo czasu i powtarzała, że jestem nieoficjalną liderką grupy. Ale teraz wiem, że tak się nie stanie. To tylko taka faza, Anakin. Przychodzi, a potem mija.

- U Taza trwa już dwa lata – unosząc brwi, zauważył Skywalker.

- Cóż, i pewnie trwałaby nadal, gdyby Mistrz Obi-Wan nie wybrał sobie Padawana – westchnęła dziewczyna. – Ale decyzja została podjęta, a Taz nie ma innego wyjścia, niż się z tym pogodzić. W miarę jak jesteśmy coraz starsi, mamy różne pragnienia i różnych wymarzonych nauczycieli, ale fakty są takie, że wybór nie należy do nas. To Mistrzowie wybierają sobie Padawanów. A Mistrz Obi-Wan wybrał ciebie.

Właściwie to nie do końca – z dziko bijącym sercem przypomniał sobie Anakin. – Obi-Wan nie wybrał mnie z własnej woli. To QUI-GON mnie dla niego wybrał.

Zaraz po tej myśli przyszła kolejna, dużo straszniejsza:

A gdyby Obi-Wan mógł znowu wybierać… Kogo by wybrał?

Chłopiec posłał koleżance z Klanu zaniepokojone spojrzenie.

- Jesteś pewna, że mój Mistrz niczego mu nie obiecał? Tazowi, w sensie.

- Wydaje mi się, że nie.

- Wydaje ci się?!

- Na sto procent niczego mu nie obiecał! – podkreśliła Dina. Jednak zanim Anakin zdążył odczuć ulgę, dodała: - Być może coś Tazowi zasugerował, ale nie wiem, bo nie pytałam. Choć nie sądzę, by coś takiego zrobił. Tak jak mówiłam, to głównie Taz za nim chodził, nie na odwrót. Nie robił tego jakoś bardzo często… wiesz, nie chciał być nachalny. Od czasu do czasu udało mu się zebrać na odwagę i poprosić Obi-Wana, by pokazał mu jakieś kata, albo coś w tym stylu, ale to naprawdę wszystko. Zresztą, wcale nie był jedyny. Już jako Padawan twój Mistrz był znany z tego, że świetnie radził sobie z mieczem świetlnym, więc sporo osób przychodziło do niego z prośbami o pomoc w treningu. Nie tylko Adepci, również Młodsi Padawani.

To powinno uspokoić Anakina, a jednak sprawiło, że poczuł się jeszcze gorzej.

Obi-Wan był popularny, a zatem miał, z czego wybierać. Gdyby nie stracił własnego Mistrza, wcale nie musiałby przygarniać jakiegoś przybłędy z pustyni. Tyle dzieci ustawiało się do niego w kolejce… miał mnóstwo okazji, by przyjrzeć się różnym Adeptom. Ocenić, jaką mieli osobowość. Poznać ich mocne i słabe strony. Ustalić, czego oczekuje od potencjalnego Padawana.

Czy to możliwe, że przed poznaniem Skywalkera miał już kogoś na oku? Czy tym kimś mógł być Taz?

- O kurde – oczy chłopca rozszerzyły się. – Ja ich razem widziałem!

Dopiero kiedy zobaczył zdumioną minę Diny, uświadomił sobie, że wypowiedział tę myśl na głos.

- Kiedy Mistrz Qui-Gon prowadził mnie na spotkanie z Radą… – sprostował po chwili. – Gdy pierwszy raz byłem w Świątyni, widziałem, jak do Obi-Wana podeszło dwóch chłopców. To byli Taz i Cooper.

Był na siebie zły, że dopiero teraz skojarzył fakty… że dopiero teraz rozpoznał w dzieciach ze wspomnienia kolegów z Klanu!

- Taaak – krzywiąc się, Dina rozmasowała kark. – Taz wspominał nam, że pójdzie do Obi-Wana, by zapytać, czy nie zostałby jego Mistrzem. Albo, czy chociaż to rozważy. Taz wstydził się pójść sam, więc wziął ze sobą Coopera.

- No i? – Anakin mógłby przysiąc, że jego serce na moment przestało bić. – Co powiedział Obi-Wan?

- Nic. Nie zdążyli zadać mu pytania, bo akurat przyszedł jego Mistrz. Od tamtej pory… no, sam wiesz. Nie mieli okazji.

A poza tym, było „po ptakach", bo Obi-Wan związał się przysięgą ze Skywalkerem.

- Anakin, proszę, nie miej żalu do Taza! – z nutą błagania powiedziała Dina. – Chociaż wiem, że to nie jest łatwe. To, co on teraz robi, nie jest do końca w porządku. Boczy się, jak jakieś małe dziecko…

Przecież jest dzieckiem – w myślach wtrącił Anakin. – Wszyscy jesteśmy!

- Ale gdy jeszcze ty zaczniesz się na niego gniewać, będzie jeszcze gorzej! – ciągnęła dziewczyna. – Ta cała sytuacja nie jest niczyją winą. Tak wyszło, bo… no cóż, po prostu tak wyszło. Niechcący! Znaczy… Może nie byłoby tak źle, gdybyś zgodził się przedstawić nas Obi-Wanowi, ale ja cię absolutnie za to nie winię! Inni też nie. Jestem pewna, że już zdążyli o tym zapomnieć. Tylko tyle że na początku… Bo wiesz, Taz opowiadał nam, że Obi-Wan jest bardzo miły, i że tak świetnie tłumaczy, i że naprawdę wie, co robi, gdy pokazuje ci, jak trzymać miecz świetlny, więc… No, my się trochę od niego zaraziliśmy całą tą fascynacją.

Trudno się dziwić. Skywalker doskonale rozumiał, dlaczego ktoś chciał uczyć się od jego Mistrza. Kenobi może i sprawiał wrażenie zimnego, ale gdy trzeba było coś pokazać… na przykład nauczyć małego chłopca podnosić kostki z podłogi…

Anakin przełknął ślinę. Taaa… nawet nie winił kolegów za to, że obrazili się, gdy odmówił im Obi-Wana. I jeszcze rzucił to śmieszne kłamstwo o tym, że jego Mistrz „nie lubi dzieci".

- Proszę, nie miej takiej miny – poprosiła Dina. – Naprawdę nie przyszłam tutaj, by się z tobą kłócić. I nie chcę, byś pomyślał, że jesteś coś winny Tazowi. Albo, że musisz przedstawić nam swojego Mistrza, byśmy cię polubili. Przykro mi, że czułeś się wykluczony, bo nie powiedzieliśmy ci o naszych nocnych wypadach. I że Taz ciągle traktuje cię w taki sposób. Od samego początku mówiłam mu, by nie robił sobie wielkich nadziei, ale uparł się jak wół. Proszę, bądź dla niego wyrozumiały. Jest okropny, wiem, ale za jakiś czas na pewno mu to przejdzie! W końcu szkolimy się na Jedi, prawda? Powinniśmy być cierpliwi.

Wciąż zagłębiony we własnych myślach, Skywalker przytaknął. Dziewczyna wstała z miejsca.

- Pogadam z innymi – oznajmiła, posyłając mu łagodny uśmiech. – Powiem im, by trochę przystopowali z poprawianiem cię. Dziękuję, że mnie wysłuchałeś. Ja… nie, my wszyscy bardzo doceniamy, jak bardzo się starasz. To naprawdę wiele dla nas znaczy. Trzymaj się. Do zobaczenia na treningu!

Skinął jej głową na pożegnanie, a gdy tylko wyszła, opadł plecami na łóżko, szeroko rozkładając ręce.

No to teraz już wiedział. Chciał zrozumieć, dlaczego Taz był wobec niego tak wredny, a teraz dostał odpowiedź. Tyle tylko, że nie był pewien, czy warto było ją usłyszeć.

Dobra strona poznania prawdy niewątpliwie była taka, że lepiej rozumiał swojego kolegę. A nawet – ku własnemu zdziwieniu – jakoś specjalnie się na niego nie gniewał. W końcu sam poznał uczucie, jakim było zazdroszczenie komuś Mistrza. Pamiętał to charakterystyczne ukłucie w sercu, które czuł, wiedząc, że Qui-Gon należał do Obi-Wana, a nie do niego. I jak niewygodnie mu było z myślą, że Kenobi może nigdy nie chcieć odstąpić mu swojego nauczyciela. Natomiast Taz…

Tazowi „gwizdnięto" potencjalnego Mistrza sprzed nosa. Nic dziwnego, że koleś się wkurzył. Nawet nie zdążył dowiedzieć się, czy Obi-Wan by go zechciał, gdyby Anakin się nie napatoczył. Jeśli Kenobi odpowiedziałby pełnemu nadziei dziecku stanowcze „nie", może wcale nie byłoby całej tej afery? Może Taz nie miałby to Anakina żalu? Albo wyleczyłby się ze swoich fochów nieco szybciej?

Natomiast, gdyby Obi-Wan powiedział „tak"…

Chłopiec nieznacznie zadrżał. Jego prawa dłoń powędrowała do wijącego się na kocu padawańskiego warkoczyka.

To właśnie była zła strona tego, że przycisnął Dinę i wszystkiego się dowiedział. Może i zrobił krok w stronę lepszych relacji ze swoim Klanem, jednak w jego sercu zrodziło się sporo niewygodnych uczuć. I pytań.

Gdyby Obi-Wan miał sam podejmować decyzję, kogo by wybrał? Anakina? Taza? Kogoś jeszcze innego?

Krzywiąc się, chłopiec przekręcił się na bok i zwinął się w kulkę. Bezwiednie jeździł palcem po wplecionych w warkoczyk włoskach. Ze zgrozą zdał sobie sprawę, że pierwszy raz w życiu wziął udział w rywalizacji, której nie chciał. Wygrał wyścig, a nawet nie miał pojęcia, że wystartował. Wyścig o względy Obi-Wana.

Anakin przypomniał sobie, jak zarzucono mu, że oszukiwał w wyścigu Bunta. Pamiętał gniew, który buzował mu w uszach, gdy okładał kłamliwego Rodianina pięściami.

Uczucie, gdy ktoś kwestionował twoje zwycięstwo, było okropne.

To było najgorsze uczucie na świecie…