Człowiek Czynu
Rozdział 10 – Rezultat dwóch miesięcy
- Czy miałam kiedyś konflikt z moim Klanem? – Aayla zastanowiła się chwilę, po czym wzruszyła ramionami. – A kto nie miał? Dzieciaki, z którymi się dorasta, są jak bracia i siostry. W dobrym i złym znaczeniu. To naturalne, że czasem zdarzają się kłótnie.
Anakin opuścił bokken i zastanowił się nad znaczeniem tych słów.
„Bracia i siostry".
Odkąd zawitał do Świątyni minęły dwa miesiące, a on wciąż nie postrzegał Zakonu jak rodziny. A już na pewno dzieciaków ze swojego Klanu. Jeśli już miałby widzieć w kimś siostrę, to w Padawan Aayli Securze, z którą spędzał ostatnio coraz więcej czasu. A brata (a nawet ojca) w Obi-Wanie, który NADAL nie wrócił!
Sfrustrowany, Anakin zamachnął się drewnianym mieczem mocniej, niż zamierzał. W efekcie urwał droidowi treningowemu rękę.
- Idzie ci coraz lepiej – siedząca na ławce Aayla skinęła głową. – Choć nie musiałeś uderzać tak mocno. Rzadko widuję, by ktoś uszkodził droida mieczem świetlnym, a co dopiero bokkenem.
Ciężko stwierdzić, czy miał to być komplement czy przygana.
- Zamienimy się? – Anakin posłał dziewczynie pełne nadziei spojrzenie. – Chcę popatrzeć, jak walczysz.
Uwielbiał ją obserwować. Jej styl posługiwania się mieczem świetlnym póki co był jego ideałem – agresywny, a jednocześnie pełny gracji. Skywalker obiecał sobie, że pewnego dnia i on będzie tak walczył.
Dziewczyna wstała z miejsca.
- Brzmisz jak mój Mistrz – stwierdziła. – On też często rzuca tekstem „chcę popatrzeć, jak walczysz". Tyle tylko, że ty wytrzeszczasz oczy na mój miecz świetlny, a on zerka na moje pośladki – dodała z lekkim przekąsem. – Gdy na niego warczę, zawsze rzuca jakąś wymówką w stylu „praca nóg jest bardzo ważna dla Jedi!"
Chłopiec dostrzegł w brązowych oczach ślady tęsknoty.
- Brakuje ci go? – zapytał, chowając bokken za plecami.
- No pewnie! – Aayla pochyliła się nad droidem, by zmienić poziom trudności.
- Mnie też brakuje mojego Mistrza. Chciałbym, żeby już wrócił.
Choć znali się od miesiąca, wciąż obowiązywała między nimi niewypowiedziana umowa, by nie pytać się nawzajem o imiona Mistrzów. Ale, tak poza tym, poruszali ten temat dość często.
- Kiedy mój Mistrz wróci, wszystko będzie łatwiejsze – łypiąc na swoje buty, mruknął Anakin.
- Pewnie tak – westchnęła Aayla. – Jednak twoje problemy z Klanem nie znikną.
Zmieniła już ustawienia droida, a mimo to nie odpaliła miecza świetlnego i nie przystąpiła do walki. Zamiast tego oparła dłoń o biodro i zmierzyła Anakina łagodnym wzrokiem.
- A ten jeden chłopiec, który cię nie lubi… dalej jest dla ciebie wredny?
- Taaa…
Przypomniawszy sobie wczorajsze komentarze Taza podczas śniadania, Skywalker odruchowo się wzdrygnął.
Jakiś czas temu postanowił, że potrzebuje rady, więc opowiedział Twi'lekańskiej Padawance o swoich problemach z innymi dziećmi. Rzecz jasna bez szczegółów! Nie chciał wyjść na skarżypytę, więc tylko pobieżnie wyjaśnił, co się dzieje, nie wymieniając żadnych imion, ani nie wspominając o tym, że jego problemy z jednym z chłopców miały związek z „kradzieżą" Mistrza.
Tak jak się spodziewał, Aayla okazała mu dużo zrozumienia. Znacznie więcej od Diny!
- Nie rozumiem, czemu nie mogę rozmawiać z nimi tak, jak z tobą! – podniósł na dziewczynę rozgoryczony wzrok. – Z dziećmi z Klanu, w sensie. Albo w ogóle z innymi Adeptami. Są od ciebie młodsi, a zachowują się jak jacyś mali dorośli. To bez sensu! Czego bym nie powiedział, nie próbują mnie zrozumieć, a tylko walą mi kazania.
Cóż, po pamiętnej rozmowie z Diną trochę przystopowali, ale tylko trochę. O jakieś dwadzieścia procent. Ale co z tego, skoro przez pozostałe osiemdziesiąt procent czasu wciąż robili z siebie nadętych ważniaków?
Aayla tymczasowo zrezygnowała z treningu. Skinęła na Anakina i oboje przysiedli na ławce.
- Masz rację, że Adepci zazwyczaj są irytującymi małymi profesorkami – powiedziała, opierając stopę na kolanie. – To pewnie dlatego że mają bardzo niewiele okazji, by opuszczać Świątynię. Jeśli już stąd wychodzą, to tylko po to, by oglądać nudne do bólu posiedzenia Senatu i uczyć się o polityce.
- Ta, wiem – chłopiec skrzywił się. – Ja i mój Klan już na jednym byliśmy.
Ledwo wytrzymał dwie godziny ględzenia o podatkach. Tylko wypowiedź Kanclerza miała dla niego jako taki sens. Szkoda, że pozwolono mu jedynie na krótką wymianę zdań z Palpatinem. Facet był naprawdę spoko.
- Gdy dorastasz w miejscu takim jak to – dłoń Aayli zatoczyła krąg, jakby próbowała objąć całą Świątyni – masz dość zawężone pole widzenia. Wydaje ci się, że wszyscy są tacy sami. Że wszyscy zachowują się, jak Jedi. Że powinni tak się zachowywać! A potem zostajesz Padawanem, wyjeżdżasz na pierwszą misję i przeżywasz szok – kącik ust dziewczyny lekko uniósł się do góry. – Przekonujesz się, że świat jest o wiele bardziej skomplikowany, niż cię uczono. Dopiero wtedy zaczynasz odpuszczać, pozwalać sobie na bardziej beztroskie zachowanie. I akceptować to, że inni się od ciebie różnią. Choć niektórzy są odmieńcami już od maleńkości. Tak było ze mną. Kiedy byłam Adeptką, długo nie umiałam dogadać się z moim Klanem.
- To tak jak ja – westchnął Anakin.
Im dłużej ją znał, tym bardziej przekonywał się, jak wiele mieli wspólnego.
- Kiedyś inne dzieciaki tak mnie wnerwiły, że wstałam od stolika przewracając ławkę – Aayla wyznała z nostalgią. – I poszłam usiąść sama. Właśnie w taki sposób poznałam Mistrza Kita. Choć wtedy był jeszcze Padawanem Kitem.
- Gdybym nie wiedział, że Mistrzyni Kentarra da mi za to ochrzan, za każdym razem siadałbym z tobą – Skywalker mruknął, opierając nienaturalnie wyprostowane ręce o krawędź ławki.
Twi'lekanka położyła mu dłoń na ramieniu.
- Uważam, że twoja Opiekunka mimo wszystko ma rację – oznajmiła łagodnie. – Ja w końcu dogadałam się z moim Klanem. Ty też możesz.
- Ale ja chcę! – gwałtownie skręcając głowę, Anakin posłał dziewczynie zdesperowane spojrzenie. – Naprawdę próbuję i… ugh! Znowu przypomina mi się ten tekst Mistrza Yody o próbowaniu. Gdyby tu był, dobrze wiem, co by powiedział. „Z towarzyszami swoimi kumpluj się albo nie kumpluj!" – zaśpiewał, przedrzeźniając Głowę Zakonu. – „Nie ma próbowania!"
Aayla zachichotała.
- O, tak! Bez wątpienia powiedziałby coś takiego. A co do twoich kolegów… Sądzę, że będzie ci prościej, jeśli spróbujesz… eghm… jeśli zrozumiesz ich punkt widzenia. Mogę ci w tym pomóc. W końcu sama byłam kiedyś Adeptką. Podobnie jak ty, różniłam się od innych, ale, tak jak większość, wychowałam się w Świątyni i musiałam przejść przez te same trudności, co pozostali.
Zastanowiła się chwilę, po czym dodała zamyślonym głosem:
- Moim zdaniem, właśnie to ich najbardziej wkurza. To, że nie masz tych samych trudności, co oni.
- Sądzisz, że jest mi łatwo? – jęknął Anakin.
- Ależ nie – uspokoiła go, kręcąc głową. – Doskonale wiem, jak ci ciężko. Problem w tym, że przeszkody, które masz do pokonania, nie są tymi samymi przeszkodami, z którymi zmagają się pozostali. Właśnie dlatego trudno wam się dogadać. Choć twoi koledzy udają dorosłych, w rzeczywistości to przestraszone, niepewne siebie dzieciaki. I, wbrew temu, co mogą ci wmawiać, nie potrafią podejść do sprawy dojrzale. Gdy na ciebie patrzą, nie widzą tego, z czym się męczysz… Widzą jedynie to, z czym NIE musisz się męczyć. I to ich wkurza.
- Coś, z czym nie muszę się męczyć – marszcząc brwi, powtórzył Skywalker. – Na przykład, co?
- No, chociażby sama łatwość, z jaką posługujesz się Mocą – Aayla uśmiechnęła się krzywo. – Nawet JA ci tego zazdroszczę.
- Ty? – wytrzeszczył oczy ze zdumienia. – Ale przecież… ty nie jesteś dla mnie wredna.
- No bo jestem już trochę starsza i rozumiem, że na pewne rzeczy nie ma się wpływu. Co nie zmienia faktu, że gdy obserwuję, jak się rozwijasz, czuję się strasznie sfrustrowana. Wiesz, Anakinie… mam wrażenie, że ty nie do końca zdajesz sobie sprawę, jak wielki masz talent. Ty nie jesteś po prostu „zdolny". Opanowanie niektórych umiejętności zajmuje ci tak krótką ilość czasu, że to aż niewiarygodne.
- A gdyby zajmowało mi więcej czasu, lubiliby mnie bardziej? – chłopiec uniósł brwi.
Twi'lekanka milczała, myśląc nad odpowiedzią. Jednak zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, Anakin wydał ciche prychnięcie.
- Nie zamierzam specjalnie robić czegoś gorzej, by inni poczuli się lepiej! – szepnął z nutą buntu w głosie. – Muszę nadrobić całe lata treningu! Jak oni w ogóle mogą oczekiwać, bym uczył się nowych rzeczy wolno? To chyba jasne, że chcę szybko nadrobić zaległości. Właśnie dlatego tak ciężko trenuję.
- W żadnym wypadku nie namawiam cię, byś zwolnił – powiedziała Aayla. – Ale spójrz na to w ten sposób: gdyby ktoś trenował równie ciężko jak ty, ale wszystko wychodziłoby mu cztery razy lepiej, czułbyś się zdenerwowany, prawda?
Ciężko było się z tym nie zgodzić.
- Tak – spuszczając wzrok, przyznał Anakin. – Na pewno.
- Zresztą, nie musisz sobie tego wyobrażać, bo jak wszyscy masz swoje słabości. Nie lubisz medytacji, prawda? Chociaż minęły dwa miesiące, inne dzieci wciąż radzą sobie z nią o wiele lepiej, choć są od ciebie młodsze.
Auć! Nie ma to jak szukać swoich słabości i trafić w sam środek tarczy.
- Taaaak – Skywalker przyznał, zagryzając zęby.
- No właśnie – lekko się uśmiechając, Aayla poklepała go po plecach. – To teraz pomyśl sobie, że twoi koledzy i koleżanki czują się tak samo. Tyle że w każdej dziedzinie, nie tylko w medytacji. Dorównałeś im już niemal we wszystkim, prawda? Jesteś gorszy tylko w walce mieczem świetlnym, ale robisz tak błyskawiczne postępy, że moim zdaniem to tylko kwestia czasu.
- Jak mają problem, to niech ciężej trenują! – krzyżując ramiona, burknął Anakin. – Przecież nie bronię im, by bardziej się przekładali. Doganiam ich, bo się przykładam! Gdyby oni też bardziej się przyłożyli, to na pewno…
- No właśnie, rzecz w tym, że nie do końca! – dziewczyna wzniosła oczy ku niebu. – Posłuchaj, wiem, że komuś tak utalentowanemu jak ty trudno to sobie wyobrazić, ale nie każdemu wystarczy „po prostu się przyłożyć". To nie jest kwestia chęci, a możliwości. To tak, jakby… no… na przykład… lubisz wyścigi, prawda?
Niepewnie przytaknął.
- No to wyobraź sobie, że ktoś zaczyna z tej samej pozycji co ty, ale ma dwa razy lepszy ścigacz.
- Ścigacz zawsze można podrasować – rozumował Anakin.
- Eeech – Aayla przyłożyła sobie dłoń do czoła. – W ten sposób do niczego nie dojdziemy.
- Spoko, chyba już zaczynam rozumieć, o co chodzi – opierając podbródek na dłoniach, westchnął Skywalker. – Kiedy wygrałem wyścig Bunta, sporo osób uznało, że oszukiwałem. Mam dopiero dziewięć lat i mało kto uwierzył, że mogłem pokonać kolesi, którzy ścigali się, jeszcze zanim się urodziłem. Myślę, że tu też chodzi o coś podobnego. Idę do przodu szybciej, niż powinienem, więc uważają, że robię coś nie w porządku. A, i jeszcze czepiają się, że mam Mistrza, chociaż jestem dopiero Adeptem.
Przypomniał sobie ostatni miesiąc. Tak strasznie pilnował się, by nie odpowiadać na zaczepki Taza! Było to wbrew jego osobowości, ale naprawdę się starał! Serio. Dina powiedziała mu, że Taz się poprawi, a on uwierzył jej na słowo. I jak na tym wyszedł? Fatalnie!
Ta, jasne, poprawi się! – burczał w myślach. – Guzik się poprawił!
- Skoro już rozmawiamy o Mistrzach - bawiąc się swoim sznureczkiem koralików, zaczęła Aayla – to kolejna rzecz, z którą ciężko się pogodzić.
Anakin posłał jej pytające spojrzenie.
- Bycie wybranym na Padawana to wielka rzecz – ciągnęła, zamyślonym wzrokiem wpatrując się w przestrzeń. – To nie jest tak, że z powodzeniem zdajesz Próby i niemal natychmiast zostajesz przez kogoś wybrany. Po zdaniu egzaminów, zwykle musisz czekać jeszcze wiele miesięcy. Niektórzy pozostają bez Mistrzów nawet przez rok lub dwa!
- Tak długo?
Chłopiec wytrzeszczył oczy. Nie miał pojęcia, że tak to wygląda!
- W sumie, to wcale się nie dziwię – powiedziała Aayla. – Gdybym miała wybierać sobie ucznia, na pewno strasznie bym się bała. W końcu nie bierzesz kogoś „na chwilę", ale na długie lata. Stajesz się dla tej osoby nie tylko zwykłym nauczycielem, ale też najbliższą rodziną. Dlatego Mistrzowie naszego Zakonu dają sobie czas, zanim kogoś wybiorą. To właściwe podejście, ale dla Adeptów bardzo stresujące. Po przejściu Prób, nie masz już praktycznie żadnych obowiązkowych zajęć. Trenujesz na własną rękę i sam musisz decydować, ile czasu poświęcisz poszczególnym ćwiczeniom. A jakby tego było mało, uczestniczysz w wielu turniejach, by różni Mistrzowie mieli okazję cię poobserwować. Cały czas czujesz się analizowany i oceniany, ale nie masz pojęcia, co z tobą będzie, ani przez kogo zostaniesz wybrany. Czy w ogóle zostaniesz wybrany.
- A więc można NIE zostać wybranym?! – wykrzyknął zdumiony Anakin.
Aayla skinęła głową.
- Takie sytuacje zdarzają się niezmiernie rzadko. Czasem jest tak, że Mistrzowie nie biorą pod uwagę jakiegoś Adepta, bo jest zbyt… Na przykład… Patrząc po przypadkach z przeszłości… Mogą kogoś nie wybrać, ponieważ jest zbyt agresywny, albo zbyt nieprzewidywalny.
Skywalker nerwowo przełknął ślinę. To brzmiało podejrzanie podobnie do tego, co jemu zdarzało się słyszeć od nauczycieli.
- I… i co się wtedy dzieje z taką osobą? – zapytał, starając się przemawiać rzeczowym i tylko odrobinę zaciekawionym tonem.
- Kiedy mija bardzo dużo czasu i ktoś nadal nie zostaje wybrany, zostaje wezwany do Mistrza Yody, by porozmawiać o przyszłości. Już samo to jest wielkim ciosem. No bo wiesz… masz za sobą lata treningów, ćwiczyłeś w pocie czoła, a tu nagle okazuje się, że możesz wcale nie zostać Jedi. Niektórzy drżą przed taką sytuacją jeszcze lata przed Próbami Adeptów. Każdy z nas przynajmniej raz w życiu obudził się w nocy po okropnym dniu i pomyślał sobie: „A co jeśli zdam egzaminy, a nikt mnie nie wybierze?"
Dziewczyna obróciła się do Anakina, by spojrzeć mu głęboko w oczy.
- Wydaje mi się, że właśnie dlatego koledzy mają z tobą problem – powiedziała, uśmiechając się ponuro. – Jeszcze nawet nie przeszedłeś Prób, a już nie musisz martwić się o swoją przyszłość. Nigdy nie dowiesz się, jak to jest: być już po egzaminach i spędzać dosłownie każdy dzień na zastanawianiu się, kto ci się trafi. I co zrobisz, jeśli nikt ci się nie trafi.
Chłopiec dał sobie chwilę na przemyślenie tego, co usłyszał. Kiedy ponownie spojrzał na koleżankę, miał w oczach olśnienie i determinację.
- Mylą się – oznajmił. – Dobrze wiem, jak oni się czują! Może nie muszę już martwić się o to, czy będę miał Mistrza, ale przeżyłem to, o czym mówiłaś. No… może nie w taki sam sposób, ale ja to przeżyłem, serio! Gdy pierwszy raz przyszedłem do Świątyni, Rada wcale nie chciała, bym został Jedi! Potem stwierdzili, że jeszcze się namyślą, a ja mogłem tylko czekać i się martwić. To było okropne!
Ostatnie zdanie powiedział nieznacznie się uśmiechając. Komuś mogło wydać się dziwne, że uśmiechał się, wspominając tak nieprzyjemny okres w życiu, jednak on pierwszy raz dostrzegł w swoich doświadczeniach coś pozytywnego. Jeszcze nigdy nie czuł się tak blisko innych Adeptów, jak teraz.
Aayla zdawała się to wyczuć.
- Więc powiedz im to – szepnęła.
- Mam im powiedzieć…? – z początku nie załapał, co miała na myśli.
- To samo, co mnie – wyjaśniła, kładąc mu dłoń na ramieniu. – Po prostu powiedz im prawdę o tym, jak z tobą było. Zapewne coś tam wiedzą z plotek, ale to zupełnie nie to samo, co usłyszeć o tym od ciebie. Z ich punktu widzenia jesteś wybitnie utalentowanym Wybrańcem, do którego non stop się przyrównują. Gdy odsłonisz swoje słabości i opowiesz, jak musiałeś walczyć o miejsce w Zakonie, spojrzą na ciebie z zupełnie innej strony. Już nie będziesz małym zarozumialcem, któremu wszystko przychodzi łatwo, ale kimś podobnym do nich. Uważam, że powinieneś im powiedzieć.
Anakin omal nie dostał zawału. Cała jego euforia sprzed minuty zdawała się w jednej chwili wyparować w kosmos.
Odsłonić słabości. Powiedzieć o tym, jak wywalczył sobie miejsce w Zakonie, jak zasłużył na padawański warkoczyk. Może Twi'lekanka miała rację i powinien to zrobić? Być może zaprzeczyłby w ten sposób różnym niesprawiedliwym domysłom, które krążyły na jego temat.
Problem w tym, że palił się do tego mniej więcej tak samo, jak do przyznania się do swojej niewolniczej przeszłości.
Zgadza się – minęły już dwa miesiące, a on nadal NIE powiedział kolegom z Klanu, że był kiedyś czyjąś własnością. Dwa miesiące i wciąż powoływał się na słowa Mistrzyni Kentarry, gdy w pierwszy dzień zabroniła pozostałym dzieciom zadawania mu niewygodnych pytań.
- Nie mogę – wyszeptał, zaciskając dłonie na materiale spodni i patrząc na Aaylę zbolałym wzrokiem. – Nie dam rady.
To było za wcześnie… O WIELE za wcześnie!
W obecnych okolicznościach, odsłonięcie się byłoby zbyt ryzykowne. Za mało ufał innym Adeptom i dobrze wiedział, że oni nie ufali JEMU. A co, jeśli mówiąc o przeszłości, dostarczyłby im dodatkowych powodów do zaczepek?
„Wcale nie chcieli przyjąć go do Zakonu. Wielu Mistrzów nadal nie ma pewności, czy powinien tutaj być!"
Wprost wymarzony argument do wytykania kogoś palcami.
Aayla zagryzła dolną wargę.
- To może… - odezwała się po chwili. – To może, w takim razie, poprosisz kolegów, by w czymś ci pomogli?
- A co to da? – zapytał nieco zbity z tropu Anakin. – Wolę, kiedy ty mi pomagasz! Kiedy mnie poprawiasz, nie mówisz tego w taki sposób, by było mi przykro. A gdy wcześniej przyjmowałem pomoc kolegów, kończyło się na tym, że jeszcze bardziej się z nimi kłóciłem! Wszystkiego się czepiają i cały czas próbują udowodnić, że są lepsi ode mnie.
- No właśnie! – uśmiechając się, Twi'lekanka uniosła palec wskazujący. – I dlatego to TY powinieneś poprosić ich o pomoc, zamiast po prostu zgadzać się, gdy proponują ci wspólny trening.
- Ja mam prosić? – zdumiony, uniósł brew. – A co to za różnica?
- Ogromna, Anakinie! Pomyśl o tym, co ci powiedziałam: twoi koledzy widzą, że szybko robisz postępy. Może im się przez to wydawać, że uważasz się za lepszego od nich. Kiedy poprosisz ich o pomoc, udowodnisz, że tak NIE jest. Poczują się ważni, rozumiesz? Zobaczą, że chociaż jesteś taki zdolny i silny, nadal potrzebujesz ich wskazówek. W końcu uczą się tutaj od wielu lat i mają więcej doświadczenia. Doświadczenia nie da się nadrobić talentem. Gdy dasz im to do zrozumienia, przynajmniej przez krótki moment będą mogli poczuć się lepsi od ciebie, a na tym właśnie im zależy. Uwierz mi, że w głębi siebie to są zwykłe dzieciaki, takie jak ty!
Chłopiec posłał jej sceptyczne spojrzenie.
- Mówię serio! – niezłomnie podkreśliła Aayla. – Różnią się od ciebie, ale to wciąż dzieci. Każde dziecko lubi, gdy rówieśnik przychodzi do niego i prosi o radę. A zwłaszcza rówieśnik, który jest zdolniejszy i bardziej pewny siebie. Sam powiedz: ucieszyłbyś się, gdybym chciała, byś mi w czymś pomógł, prawda?
Owszem, ucieszyłby się. Chyba zaczynał rozumieć, o co jej chodziło.
- Nie… - odezwał się niepewnie. – Nie zaszkodzi spróbować.
Wyraźnie z siebie zadowolona, Twi'lekanka skinęła głową.
- Chcesz spróbować już teraz?
- Teraz?!
- Mówiłeś mi, że część twoich kolegów planowała pójść do Wschodniej Sali Treningowej. Uważam, że powinieneś załatwić tę sprawę jak najszybciej. Inaczej przez cały trening z mieczem świetlnym będziesz chodził struty.
Racja. Anakin przypomniał sobie, że pod wieczór jego Klan miał zaplanowane jeszcze jedne zajęcia. Nie znali szczegółów, ale słyszeli od Mistrzyni Kentarry, że miała to być jakaś szczególna lekcja. Żadnych kata, same sparingi. Krążyła nawet plotka, że miał się zjawić ktoś z Rady Jedi, by ocenić umiejętności wszystkich Adeptów.
Efekt? Gdy tylko skończył się obiad, wszyscy pognali po bokkeny i zaszyli się w różnych częściach Świątyni. Każdy chciał poćwiczyć na ostatnią chwilę, by później dobrze wypaść. W tym również Anakin – właśnie dlatego czym prędzej odnalazł Aaylę i poprosił ją, by trochę z nim potrenowała.
Acz zdążyli zaledwie przejść przez podstawowe kata i nieco rozruszać droida sparingowego, bo z powodu wcześniejszych niesnasek z Tazem, Skywalker był strasznie rozkojarzony.
W zeszłym tygodniu też był.
Kogo on próbował oszukać? Przez cały ubiegły miesiąc był!
Może Aayla miała rację i należało załatwić problem jak najszybciej?
- A nie będziesz na mnie zła? – posłał jej nieśmiałe spojrzenie. – Chciałem zobaczysz, jak pokonujesz droida.
- Pokażę ci następnym razem – porozumiewawczo mrugnęła do niego okiem. – Kiedy tylko będziesz chciał! O ile nie będę miała innych obowiązków, zawsze chętnie ci pomogę.
Była naprawdę cudowną osobą.
XXX
Pójść do kolegów i poprosić o wskazówki – to nie mogło być jakieś strasznie trudne!
Anakin skłamałby twierdząc, że podchodzi do podobnego zadania z radością, ale wiedział, że jeśli zagryzie zęby, da radę. Proszenie wkurzających mądralińskich o pomoc kłóciło się z jego naturą, ale co tam – jeśli nagrodą miało być poprawienie relacji z Klanem, mógł to zrobić, czemu nie.
Wkrótce wypatrzył wśród ćwiczących Taza i Dinę. A właściwie to tylko Taz wymachiwał bokkenem, bo Dina stała z boku i coś do niego mówiła. Byli jedynymi Adeptami na całą wielką Salę Treningową – oprócz nich w pobliżu kręcili się tylko Padawani i dorośli Jedi.
Anakin stał na balkonie ponad placem do ćwiczeń i właśnie zastanawiał się, czy lepiej zejść po schodach, czy zeskoczyć na dół, gdy usłyszał strzępy rozmowy.
- Mówiłem, byś dała mi spokój – Taz burknął pomiędzy machnięciami.
- Dam ci spokój, gdy wreszcie zaczniesz zachowywać się jak normalny człowiek – odparowała Dina.
Oho? Wyglądało to na sprzeczkę. Do takich rzeczy lepiej się nie wtrącać. Anakin uznał, że po prostu zaczeka, aż kolega i koleżanka się uspokoją i dopiero wtedy zaanonsuje im swoją obecność. Chyba nie będą się kłócić jakoś bardzo długo? Ciekawe, o co poszło? Pewnie Dina jak zwykle czepiała się do Taza, bo jeszcze nie zrobił swojej części do grupowego zadania domowego z historii Jedi. Do wszystkich się o to czepiała.
- Mówię ci, jak nie przestaniesz być niemiły dla Anakina, wszyscy będziemy mieć kłopoty!
Dłoń Skywalkera wystrzeliła do ust, a on sam przykucnął, kryjąc się za balustradą. Cienkie kolumienki stanowiły niewielką osłonę, ale powinny wystarczyć, o ile żadne z kłócących się dzieci nie postanowi spojrzeć w górę.
Po szyi Anakina spłynęło kilka kropelek potu. Gdyby wiedział, że o nim rozmawiali, za nic by tutaj nie przyszedł! Teraz, kiedy już padło jego imię, było za późno – choćby bardzo chciał, nie zdoła zmusić trzęsących się nóg do odejścia z tego miejsca. Podsłuchiwanie innych nie było właściwe, wiedział o tym, ale zwyczajnie nie potrafił oprzeć się pokusie.
Miał być może jedyną okazję, by dowiedzieć się, co koledzy naprawdę o nim myśleli – szczerze i bez ogródek.
Taz dokończył kata i zastygł w pozycji z wyciągniętym przed siebie bokkenem.
- A niby dlaczego MY mielibyśmy mieć kłopoty? – wydyszał, wycierając pot znad brwi. – To nie NAM ciągle patrzą na ręce. Nikt nie ma wątpliwości, czy z NAMI jest wszystko w porządku.
- Co masz na myśli? – ostrożnie spytała Dina.
Właśnie – przełykając ślinę, pomyślał Anakin. – Co chcesz przez to powiedzieć?
Czarnowłosy chłopiec przewrócił oczami.
- Kiedy ostatni raz widziałaś, by ktoś z Rady Jedi przyszedł na nasz trening? – odłożył na chwilę bokken i sięgnął po butelkę z wodą. – Przed pojawieniem się Anakina, czy ktoś z członków Rady kiedykolwiek pofatygował się, by na nas popatrzeć? I nie, Mistrz Yoda się nie liczy!
- Cóż… - Dziewczyna zmarszczyła brwi. – To prawda, że odkąd Anakin do nas dołączył, co chwilę widujemy na treningach Mistrzów z Rady, ale to chyba dobrze, prawda? Zawsze powtarzałeś, jak fajnie by było, gdyby ktoś z Rady cię zauważył. A teraz pierwszy raz masz okazję, by…
- Proszę cię! – Taz głośno prychnął. – Przecież to oczywiste, że im nie chodzi o mnie. Ani o ciebie. Nie przychodzą na treningi dla żadnego z nas! Przychodzą, by mieć oko na Skywalkera, bo jest odmieńcem i nie wiadomo, co mu przyjdzie do głowy. Słyszałem, jak Mistrzyni Sobal i Mistrz Sicario o tym rozmawiali! Tak naprawdę Anakin został przyjęty do Zakonu z litości, bo Mistrz, który znalazł go na Tatooine, poprosił o to, gdy umierał.
Anakinowi zakręciło się w głowie.
A więc całe to zastanawianie się, czy warto powiedzieć kolegom prawdę… czy warto opowiedzieć o tym, jak walczył o miejsce w Zakonie… wszystkie te rozważania i tak były na darmo, bo plotki okazały się szybsze. Jak zwykle, zresztą.
Skywalker nawet nie mógł się zdecydować, co go bardziej zraniło – zwrot „przyjęty z litości", czy może fakt, że Sobal i Sicario, nauczyciele, których lubił, z którymi regularnie miał zajęcia z bokkenem, obgadywali go tak samo jak wszyscy.
Kto jeszcze, ze znanych mu osób, plotkował za jego plecami? Mistrzyni Jocasta? Mistrzyni Kentarra? Kit Fisto i Aayla Secura?
Przerażony, potrząsnął głową. Na piaski Tatooine, nawet nie wolno mu tak myśleć! To prawda, poznał wiele szokujących informacji, ale nie może dać się zwariować. Nie pozwoli zrazić się do swoich jedynych przyjaciół… Nie straci do nich zaufania przez głupie gadanie Taza!
Czarnowłosy chłopiec jeszcze nie skończył:
- Jest tutaj nowy, a nawet nie próbuje się dostosować – mruknął, ponownie biorąc do ręki bokken. – Wszystko chce robić po swojemu! Nie zdziwiłbym się, gdyby zdecydowali, że on jednak…
W ostatniej chwili ugryzł się w język, ale to nie miało znaczenia, bo nietrudno było domyślić się ciągu dalszego. Zarówno Dina jak i ukryty na balkonie Anakin wytrzeszczyli oczy.
- Chciałbyś, żeby wyrzucili go z Zakonu? – z niedowierzaniem wyszeptała dziewczyna. – Liczysz na to?
- Nie! – syknął Taz. – Wcale na to nie liczę!
- Ach tak? Bo mnie się wydaje, że tego właśnie chcesz.
- Dina, naprawdę, daj mi spokój. Wcale czegoś takiego NIE chcę! I naprawdę byłoby lepiej, gdybyś wreszcie przestała mnie męczyć.
Anakin nieznacznie wysunął nos spomiędzy kolumienek i zaryzykował dokładniejszy rzut okiem na kolegę. Taz patrzył na Dinę w taki sposób, jakby śmiertelnie go obraziła. I nie było to udawane spojrzenie.
Jak zaskakująco by to nie brzmiało, ten chłopiec naprawdę nie chciał, by wyrzucono Anakina z Zakonu. Wziął głęboki oddech i zaczął kolejne kata.
- Wcale mu nie dokuczam – mruknął bardziej do siebie niż do koleżanki. – To, że nie klepię go co pięć minut w ramię, tak jak TY to robisz, jeszcze nie znaczy, że go nie lubię. Ja po prostu traktuję go tak, jak każdego innego Adepta. Wszyscy powinni tak go traktować! Wcale nie chcę, by wyrzucali go z Zakonu, albo coś w ten deseń. Tak naprawdę chcę… ja tylko chcę…
Taz wykonał ostatnie kilka cięć trochę zbyt dynamicznie i przez chwilę nie mógł złapać tchu. Oparł wolną dłoń o kolano i zgiął się w pół, by wyrównać oddech. Dina obserwowała to zaciekawionym, a jednocześnie zatroskanym wzrokiem.
- Ja po prostu chcę, by było sprawiedliwie – czarnowłosy chłopak dokończył zbolałym głosem. – Skoro już wzięli go do Zakonu, to niech traktują go tak, jak wszystkich. Skoro jest taki zdolny, to powinien najpierw podejść do Prób i dopiero wtedy zasłużyć na Mistrza. Tak jak wszyscy inni.
- Tak – wzdychając, Dina niechętnie zgodziła się z kolegą. – Ja też myślę, że tak byłoby lepiej. Sprawiedliwiej.
Brzmiało to podobnie do tego, co wcześniej powiedziała Aayla, a jednocześnie zupełnie inaczej. Twi'lekanka potrafiła opowiedzieć o wspomnianym problemie w taki sposób, że Anakinowi nie było ani trochę przykro. Teraz było mu diabelnie przykro!
Mówili o tym tak, jakby zrobił to specjalnie, jakby to była jego wina… A przecież pozostawał na łasce cholernej Rady tak samo jak wszyscy! To ważniacy w długich brązowych płaszczach podejmowali decyzje – on nie miał nic do gadania. W żadnej sprawie! Nikt nie zapytał go, czy chce być specjalnie traktowany, albo, czy woli być Adeptem czy Padawanem. Cóż… to jasne, że wolałby z miejsca zostać Padawanem, zamiast Adeptem z padawańskim warkoczykiem, ale nikt nie zapytał go o zdanie. To była decyzja podjęta przez Radę i Obi-Wana. Ze szczególnym naciskiem na Obi-Wana.
Mistrzyni Kentarra powiedziała któregoś razu, że to wszystko wina Kenobiego – że to on postawił Anakina w trudnej sytuacji, upierając się przy swoim i zaplatając mu warkoczyk. Anakin odpowiedział na tamto stwierdzenie wkurzonym łypnięciem.
Nie odda swojego warkoczyka, choćby go mieli, kurka, obrzucać kamieniami! O ile miał pretensje do Obi-Wana o mnóstwo różnych rzeczy (z dwumiesięczną nieobecnością na czele), to w tej sprawie nie zamierzał składać reklamacji.
Dobrze im powiedział! – pomyślał, wyobrażając sobie swojego mentora przed zgrają ważniaków.
Może i sprawy trochę się przez to pokomplikowały, ale przynajmniej nikt nie miał wątpliwości, że Mistrz Kenobi był już „zajęty".
Cóż – prawie nikt nie miał wątpliwości.
- Wiesz, co jeszcze jest niesprawiedliwe? – ćwicząc pojedyncze pchnięcia syknął Taz. – To, że Anakin został Padawanem Obi-Wana, choć wcale na to nie zasłużył! W żaden sposób na to nie zapracował!
Na te słowa Skywalker aż się nastroszył. Przez moment miał ochotę zeskoczyć z balkonu i zapodać wnerwiającemu koledze mocnego kopniaka w tyłek.
- A ty znowu o tym? – Dina wzniosła oczy ku niebu. – Taz, naprawdę… już to przerabialiśmy! Wiem, jakie miałeś plany wobec Mistrza Obi-Wana, ale musisz wreszcie odpuścić. Nawet nie wiemy, czy on w ogóle rozważał wybranie cię na Padawana. Sam pomyśl: gdyby rzeczywiście brał cię pod uwagę… gdyby kogokolwiek brał pod uwagę, nie związałby się z Anakinem zaraz po uzyskaniu tytułu Rycerza Jedi. A zaplótł mu warkoczyk praktycznie bez wahania. Nie uważasz, że to coś oznacza?
Przez moment Anakin chciał postawić tej dziewczynie pomnik, jednak jego ulga została szybko rozwiana przez kolejne słowa Taza:
- Akurat coś oznacza! To nawet nie była jego decyzja...
- Jak to?
- Mówiłem ci, dlaczego w ogóle przyjęli Skywalkera do Zakonu: bo zażądał tego Mistrz, który go znalazł.
- Mistrz… - Dina zastanowiła się chwilę. – Qui-Gon Jinn, prawda? Dawny Mistrz Obi-Wana?
- Właśnie – Taz gniewnie zamachnął się bokkenem. – To on wymusił na Radzie, by nagięli zasady Kodeksu. I na Obi-Wanie, by wziął Anakina na Padawana. Sama powiedz: jak byś się czuła, gdyby twój Mistrz umierał i kazał ci coś zrobić?
- Ja… - marszcząc brwi, dziewczyna potarła skroń. – Taz, skąd mam to wiedzieć? Żadne z nas nie ma jeszcze Mistrza.
- Ale to chyba jasne, że jak ma się nauczyciela, to się go słucha! Powiem ci, co JA bym zrobił: gdyby MÓJ Mistrz umierał, to chciałbym za wszelką cenę wypełnić jego ostatnie polecenie. Nawet jeśli byłoby to coś głupiego lub obrzydliwego.
Wysłuchanie tych słów wstrząsnęło Anakinem jeszcze bardziej niż stanie przed wielką i straszną Radą Jedi.
Głupie i obrzydliwe? – powtórzył roztrzęsiony głosik w jego głowie.
Wzięcie go na Padawana było… głupie i obrzydliwe?
„Już za tobą tęsknię, Anakinie".
Nie, to niemożliwe. Obi-Wan na pewno nie myślał o tym w taki sposób.
- Powód, dla którego ktoś bierze kogoś na Padawana, chyba nie ma większego znaczenia – westchnęła Dina. – Gdy przysięga zostaje złożona, nie można już tego cofnąć.
- A kto powiedział, że nie można? – ze wzrokiem zafiksowanym na podłodze mruknął Taz. - Przecież to się zdarza.
Równie dobrze mógłby zdzielić Skywalkera bokkenem w głowę.
Co? Co? CO?! – dłoń Anakina zacisnęła się na warkoczyku.
A więc istniała możliwość, by go stracił? Przysięgę można było… odwołać?
- Oszalałeś?! – Dina syknęła w taki sposób, jakby ona i Taz włamali się do sypialni Yody. Jakby złamali jakąś niepisaną regułę nierozmawiania o pewnych sprawach. – Takie coś zdarza się raz na… Masz pojęcie, z czym to się wiąże?! Mistrz, który odrzuca Padawana, już na zawsze zostaje z plamą na honorze! To hańba, której nie można zmazać!
- Tylko wtedy, gdy robi to z błahego powodu – czarnowłosy chłopiec odparł zamyślonym tonem. – Są precedensy…
- A od kiedy to jesteś specjalistą od precedensów? – patrząc na niego z wyższością, nieoficjalna liderka Klanu oparła dłoń na biodrze.
- Nie jestem! – odparował. – Po prostu słucham, co ludzie mówią. Czasem Mistrz odrzuca Padawana, bo nie ma innego wyboru. Są okoliczności, w których Rada może tego zażądać. Na przykład, gdy Padawan złamie Kodeks, albo gdy za bardzo przywiąże się do Mistrza. Albo… gdy nie przejdzie Prób Adepta.
Powiedział ostatnie zdanie w taki sposób, jakby właśnie ONO było argumentem, którego postanowił się uczepić. Anakin nie wierzył w to, co słyszy.
- Jeśli Skywalker nie zda egzaminów, przysięga nie będzie nic znaczyć – Taz wziął głęboki oddech i uniósł bokken. – Gdyby oblał, Mistrz Obi-Wan nie miałby wyboru… musiałby znaleźć sobie nowego Padawana.
Ciął powietrze drewnianym mieczem w taki sposób, jakby ucinał komuś głowę.
- Ty na serio myślisz, że coś takiego mogłoby mieć miejsce? – jęknęła Dina. – Przecież widziałeś, jak Anakin posługuje się Mocą. To oczywiste, że przejdzie Próby! Prawdopodobnie szybciej od nas… - wymamrotała przepełnionym goryczą tonem, nerwowo pocierając ramię. – Dokładnie tak, jak zapowiedział.
- Przesuwanie przedmiotów to nie wszystko – w głosie Taza zabrzmiała determinacja. – Widziałaś, jak trzyma bokken? Macha nim tak nieudolnie, jakby grzebał patykiem w piasku!
- Ze zdalniakami radzi sobie całkiem… Ej, poczułeś to?
- Co poczułem?
Dina objęła się ramionami, jakby próbowała się przed czymś osłonić.
- Zimno mi – szepnęła. – Nagle zrobiło się jakoś tak… strasznie zimno.
- Nie powinnaś zdejmować zewnętrznej tuniki do ćwiczeń – Taz stwierdził, zerkając w stronę leżącego na ławce poskładanego ubrania. – Spociłaś się, a później ostygłaś. Nic dziwnego, że ci zimno.
- Nie, to… Nie o to chodzi. To zimno… ono… jest w Mocy. Taz, serio… nie czujesz tego?
Czarnowłosy chłopiec opuścił rękę z mieczem, pozwalając, by drewniane ostrze opadło ku ziemi. Przez moment wpatrywał się w przestrzeń zmrużonymi oczami, jakby się koncentrował.
- Masz rację – przyznał po chwili, z niepokojem marszcząc brwi. – To rzeczywiście coś w Mocy. Jak myślisz, co to jest?
- Nie mam pojęcia.
- Może lepiej już skończę.
Dina skinęła głową.
- Tak, lepiej chodźmy się przebrać przed lekcją. Jeżeli rzeczywiście ma ją poprowadzić ktoś z Rady Jedi, to nie chciałabym mieć na sobie śmierdzącej tuniki.
Pozbierali swoje rzeczy i ruszyli w stronę wyjścia.
- A wracając do Anakina… - westchnęła dziewczyna. – Sądzę, że prędzej czy później nadrobi zaległości. Ze zdalniakami radzi sobie lepiej od nas.
- Walka z latającą kulką to nie to samo co sparing – prychnął Taz. – Minęły dwa miesiące, a każde z nas wciąż posyła tego tak zwanego Wybrańca na podłogę. Nawet Shanti, która ledwo zapamiętuje kata. Mówię ci: miną lata zanim Skywalker załapie, o co w tym chodzi. Zdalniak to jedno. Ale gdy walczysz z drugą osobą jeden na jeden, walka staje się nieprzewidywalna i…
Głosy powoli cichły, jednak wiszące w powietrzu zimno wcale nie zanikało. Schowany za balustradą Anakin nie musiał zgadywać, czym było.
Dobrze wiedział, że pochodziło od niego.
