Tholothiańska Mistrzyni niosła pod pachą dwie miękkie poduszki. Niedbale rzuciła je na podłogę.

- Usiądź – nakazała zmęczonym tonem.

Przełknął ślinę.

- A… a czy nie mógłbym stać? – szepnął odruchowo.

Rozsiadła się na swojej poduszce i posłała mu chłodne spojrzenie.

- Oczywiście, że możesz stać. Możesz stanąć przed całą Radą Jedi, jeśli tego właśnie chcesz. Chyba, że wolisz wykonać moje polecenie i mimo wszystko usiąść?

Opadł do siadu skrzyżnego, jeszcze zanim skończyła to zdanie.

Przez chwilę oboje milczeli. Anakin nie miał pewności, czy wolno mu się odezwać. Gdy cisza przeciągnęła się do kilku minut zaryzykował pytanie:

- Czy z Tazem wszystko w porządku?

- Wyliże się – padła zwięzła odpowiedź. – Nie musi zostawać w punkcie medycznym. Jeszcze dzisiaj wróci do siebie do pokoju.

- Ja…

Miał zamiar powiedzieć: „Pójdę później do niego, by sprawdzić, jak się miewa", jednak słowa nie chciały przejść mu przez gardło. Fakt, czuł się winny, ale nie do tego stopnia, by jakoś szczególnie troszczyć się o rywala.

Dłonie Adi Galli tkwiły oparte na kolanach. Nawet w chwili takiej jak ta, Anakin nie mógł wyjść z podziwu dla opanowania tej kobiety. Choć ewidentnie była zła, dawała mu to do zrozumienia wyłącznie wyrazem twarzy. Cała reszta jej ciała pozostawała całkowicie nieruchoma.

- Nawet nie wiem, od czego zacząć – wzdychając, Mistrzyni pokręciła głową. – Od brutalności, z jaką dzisiaj walczyłeś? Od tego, jak regularnie ignorowałeś moje polecenia? Od tego, jak przez cały czas upierałeś się przy swoim… jak znajdywałeś usprawiedliwienie dla każdej z zasad, którą łamałeś? Od tego, jak zatraciłeś się w swoich emocjach do tego stopnia, że nic do ciebie nie docierało? Zrobiłeś dzisiaj coś, czego Jedi NIGDY nie mogą robić. A ZWŁASZCZA osoby o tak wielkim potencjale jak ty. Wiesz, zapewne, że żaden z twoich rówieśników nie byłby w stanie zrobić tego, co ty zrobiłeś? Żaden nie potrafiłby cisnąć kolegą o ścianę bez żadnego wysiłku.

No jasne, że o tym wiem – zaciskając palce na nogawkach spodni, z goryczą pomyślał Anakin. – Ale co mi po tym, skoro i tak nikt nie pochwali mnie za to ile potrafię?

- Jesteś dumny ze swojego talentu, Skywalkerze – powiedziała Adi Gallia.

To nie było pytanie, ani nawet oskarżenie. To było zwykłe stwierdzenie faktu.

- Jesteś dumny ze swojego talentu – powtórzyła nieco wolniej i dokładniej, jakby próbowała mu coś wytłumaczyć – ale czy możesz wziąć za niego odpowiedzialność? Czy w ogóle zdajesz sobie sprawę, z jak wielką odpowiedzialnością wiąże się posiadanie tak wielkiego potencjału? Dzisiaj zobaczyłeś, co się dzieje, gdy całkowicie pozbawisz samego siebie hamulców. I jedynym pocieszeniem jest dla mnie to, że przynajmniej odczuwasz skruchę w związku z tym, co się stało… Że instynktownie rozumiesz, że krzywdzenie innych… nawet przez zupełny przypadek… jest niewłaściwe. Masz serce po właściwej stronie, ale to NIE wystarczy, Skywalkerze. NIE w przypadku kogoś o takich pokładach Mocy jak ty. NIE wolno ci postępować w taki sposób, jak dzisiaj! Nigdy więcej, rozumiesz?

Poruszyła Anakina tym, że ostatnie kilka zdań wypowiedziała niemal z troską. Przez moment miała w oczach ten sam błysk co Shmi Skywalker, gdy karciła syna za wpakowanie się w kłopoty. Może wcale nie była przeciwko niemu?

Mimo to chłopiec nie potrafił pozbyć się uczucia goryczy.

- Więc byłoby lepiej, gdybym był taki sam jak wszyscy przeciętniacy? – mruknął pod nosem. – Wolno mi robić postępy, ale nie mogę być lepszy od innych?

- Nie wkładaj mi do ust słów, których NIE wypowiedziałam, Skywalkerze – przeszywając go wzrokiem, podkreśliła Adi Gallia. – I nie mam na myśli tylko TYCH słów. Musisz skończyć z zakładaniem, że każda krytyka ze strony nauczyciela to atak na twoją osobę.

Zrobiła przerwę na wzięcie oddechu, po czym dokończyła:

- Nikt nie oczekuje od ciebie, byś był taki, jak inni Adepci. Oni też mają problemy, ale nie zauważasz ich, bo są zupełnie różne od twoich. Większość dzieci skupia się na otwieraniu się na Moc… Ty JUŻ jesteś przerażająco otwarty na Moc, ale kompletnie nie umiesz się kontrolować. I jest tylko jeden sposób, by sobie z tym poradzić. Na wszystkie twoje problemy istnieje jedna prosta odpowiedź.

Anakin wybałuszył oczy. Serio? Istniało jedno magiczne rozwiązanie dla wszystkich jego problemów.

Adi Gallia nieco pochyliła się do przodu.

- Musisz. Słuchać. Swoich. Nauczycieli! – oznajmiła, dobitnie podkreślając każde słowo.

Chłopiec wydał cichy jęk zawodu. No kurde, seeeriooo? On tu liczył na jakąś wspaniałą radę, a dostał zwykły ochrzan!

- Nie patrz tak na mnie – Członkini Rady Jedi wydała zrezygnowane westchnienie. – To naprawdę JEST takie proste, Skywalker. Nie przystosujesz się do życia w Świątyni, jeśli nie będziesz słuchał nauczycieli. Wszystkich nauczycieli! Słuchaj uważnie tego, co mówi ci Opiekunka Klanu, Mistrz Yoda, Mistrzyni Jocasta, Mistrzyni…

- Kiedy ja słucham! – zaprotestował zrozpaczony Anakin. – Naprawdę! Mistrzyni, ja nie próbuję być nieposłuszny! Nie chcę być niegrzeczny ani… nie staram się być łobuzem, albo coś w tym stylu… Ja tylko…

- Ty tylko starasz się zadowolić swoich Mistrzów – dobitnie podkreśliła Tholothianka. – I właśnie w tym cały problem. Próba zadowolenia kogoś to NIE jest to samo co słuchanie tej osoby, Skywalker. Twój pobyt tutaj to ciągła walka o aprobatę innych. Rywalizujesz z kolegami, za wszelką cenę chcesz zaimponować nauczycielom… ale to w niczym ci NIE pomoże. Mistrzowie nie potrzebują, byś im coś udowadniał. Oni tylko chcą, byś słuchał. Dzisiejszy trening mógł zakończyć się dla ciebie zupełnie pozytywnie, gdybyś mnie słuchał. I NIE chcę kolejny raz słyszeć tego absurdalnego stwierdzenia „gdyby posłuchał, to bym przegrał"!

Kiedy to prawda – szepnął zbuntowany głosik w głowie chłopca.

- Wydaje mi się, że rozumiem, skąd bierze się twoja desperacja, Skywalker – Mistrzyni Gallia wydała ciężkie westchnienie. – Rada miała swoje wątpliwości przyjmując cię do Zakonu. Wiem, że takie coś ciężko wyrzucić z pamięci, ale dla własnego dobra, musisz starać się o tym nie myśleć.

Łatwo powiedzieć! Przy tych wszystkich cholernych plotkach…

- Podjęliśmy decyzję, że wyszkolimy cię na Rycerza Jedi i NIE zamierzamy się z tego wycofywać. Mistrz Yoda wyraził zgodę na twój trening, wiedząc, że zarówno ty, jak i twoi nauczyciele staną przed trudnym zadaniem. Ale to nie zmienia faktu, że zrobimy wszystko, by wyszkolić cię najlepiej, jak umiemy. W sumie, niektóre twoje wybryki nie są dla nas aż taką nowością. Pod pewnymi względami jesteś dokładnie taki jak…

Mistrzyni w ostatniej chwili ugryzła się w język i wydała dźwięk sugerujący, że nieznacznie zirytowała samą siebie. Anakin zamrugał.

Hę? – zastanowił się, czując nagły przypływ zainteresowania. – Jestem dokładnie jak… kto?

- Już mniejsza o to – kobieta przycisnęła dłoń do skroni i pokręciła głową. – Problem z wykonywaniem poleceń to nie jedyna kwestia, którą chciałam z tobą poruszyć. Wracając z punktu medycznego analizowałam to, co wydarzyło się podczas dzisiejszej lekcji i pewna rzecz nie daje mi spokoju, Skywalkerze. To, co dzisiaj zrobiłeś… twój sposób walki… nie tak opisał cię Ki Adi Mundi.

- Mistrz Mundi?

Anakin gwałtownie poczerwieniał. Dotarło do niego, że Mistrzyni Gallia najprawdopodobniej doniesie o dzisiejszym incydencie sympatycznemu Cereaninowi i zawstydził się na myśl o tym, co ten mężczyzna sobie o nim pomyśli.

- Dokładnie pamiętam, co zarówno Ki Adi Mundu, jak i Mistrzowie Sicario i Sobal mówili na twój temat, Skywalkerze – uważnie wpatrując się w chłopca, mówiła Adi Gallia. – Powiedzieli, że twój styl jest „nieco niezdarny, ale dynamiczny, ze śladami dobrego refleksu i niosący fantastyczne rokowania na przyszłość". Dodali też, że walczysz głównie defensywnie, co bardzo ucieszyło Radę. Wszyscy Adepci są namawiani do tego, by szlifować obronę, bo to ona przydaje się najbardziej podczas pierwszych misji. Jednak to, co dzisiaj pokazałeś, nie było ani trochę defensywne. Wytłumacz mi, dlaczego, na Moc, postanowiłeś użyć Djem So?

W pierwszym odruchu Anakin poczuł się kompletnie zbity z tropu.

- Djem So – powtórzył niepewnie. – W sensie, że… eee… Forma Piąta?

Mistrzyni Gallia skinęła głową.

- I w sensie, że… - chłopiec przełknął ślinę. – Ja jej użyłem, tak?

Tym razem to on, dla odmiany, wprawił kobietę w osłupienie.

- Nie zauważyłeś tego? – wydukała z niedowierzaniem. – Chcesz powiedzieć, że użyłeś tej formy… nieświadomie? Odruchowo?

Mogło mu się tylko wydawać, ale miał wrażenie, że przez ułamek sekundy zobaczył w jej oczach podziw.

- T-tak – potwierdził niepewnie. – Z-znaczy…nie! Właściwie to nie wiem. Nie myślałem nad tym, co robię. Ale to nie tak, że wcześniej nie widziałem tej formy. Djem So to ulubiony styl Aayli Secury i ona…

- Padawan Secura pokazała ci kata Formy Piątej?!

Zabrzmiało to jak oskarżenie. Adeptom wolno było uczyć się jedynie pierwszych trzech form. Przerażony, że wpędzi przyjaciółkę w kłopoty, Anakin rzucił się do wyjaśnień:

- NIE! T-to nie tak! Aayla nie pokazała mi żadnych kata! Mistrzyni, proszę, nie gniewaj się na nią, to nie jej wina! O-ona… ona tylko pomagała mi w treningu. Kilka razy robiliśmy sobie sparingi, ale to wszystko, przysięgam!

- Nie zamierzam karać Padawan Secury – Mistrzyni Gallia zmarszczyła brwi. Wydawała się urażona tym, że chłopiec podejrzewał ją o coś takiego. – Każdy Jedi, niezależnie od rangi, ma prawo… a wręcz jest zachęcany, by pomagać młodszym kolegom w treningu. Wyjątkiem jest uczenie Adeptów niedozwolonych rzeczy. Skoro, jak twierdzisz, Padawan Secura nie pokazała ci kata, nie widzę problemu.

Anakin odetchnął z ulgą.

- Ja tylko starałem się ją naśladować. Patrzyłem, jak walczy z Mistrzem Kitem Fisto i jej styl tak strasznie mi się spodobał. Pomyślałem, że ja też bym tak chciał. Aayla wyjaśniła mi potem, że to Djem So i że jeszcze za wcześnie, bym się tego uczył, i to nie tak, że jej nie posłuchałem, tylko… Ja… Ja sam nie wiem, jak to się stało. Wcześniej trochę naśladowałem Aaylę, bo uznałem, że samo naśladowanie to nic złego. A potem, kiedy walczyłem z Tazem to… no… Przypomniały mi się ruchy, których używałem najczęściej i zacząłem tak walczyć sam z siebie. Nie zrobiłem tego specjalnie! Przecież nawet nie znam kata. Chyba nic takiego się nie stało, że mój styl trochę przypominał Djem So?

- To nie było „trochę", Skywalker – ze zbolałym wyrazem twarzy, Mistrzyni Jedi ścisnęła nasadę nosa. – Tak się składa, że ja również preferuję Formę Piątą, więc bez trudu mogę ją rozpoznać. Nie skopiowałeś jakiś nieistotnych szczegółów, ale całą kwintesencję Djem So. Stopy przy ziemi, odwrotny chwyt, dążenie do zmniejszania dystansu, ofensywa po każdym bloku… mogłabym wymieniać w nieskończoność, ale to nie ma sensu. Nie wiem, jak to zrobiłeś, ale jakimś sposobem opanowałeś podstawy Djem So, w ogóle się ich nie ucząc. I, prawdę mówiąc, postawiłeś mnie w trudnej sytuacji, bo zarówno skarcenie cię, jak i pochwalenie, będzie niewłaściwe.

Nie ma problemu – Anakin miał ochotę powiedzieć. – Pochwała w zupełności wystarczy!

- Jedi powinni być świadomi tego, co robią – wyjaśniła Adi Gallia. – Rozpoznanie stylu, którym walczymy, jest kluczowe, gdyż daje nam kontrolę. Dzięki temu można wybrać odpowiednią taktykę, podjąć przemyślaną decyzję. Ale z drugiej strony… ech. Najbardziej podstawowe założenie sztuk walki mówi, że nie należy walczyć z naturalnymi odruchami. Mistrz Yoda wciąż powtarza, że najlepsza forma to taka, która jest nam wskazywana przez Moc. Skoro twoje napompowane Mocą ciało wybrało Djem So bez udziału twojej woli, to wychodzi na to, że rzeczywiście powinieneś go używać.

Chłopiec poczuł nieśmiały napływ nadziei.

- Ale jeszcze nie teraz – Mistrzyni dodała po chwili.

Co? Cooo? Jak to „nie teraz"?

- Tak jak mówiłam, Adepci powinni przede wszystkim szlifować defensywne formy walki. To znaczy stricte defensywne Soresu, oparte na precyzyjnych atakach, ale wciąż dość bezpieczne Makashi, oraz wszechstronne i zakorzenione w podstawach Shii-Cho. Od tej reguły NIE może być wyjątków!

- Ale dlaczego? – nie mogąc się powstrzymać, jęknął Anakin. – Wiem, że jestem jeszcze Adeptem, ale jednocześnie jestem też Padawanem i…

- Jesteś Adeptem – dobitnie podkreśliła kobieta – i będziesz używał tylko tych form, na które pozwalamy Adeptom. Gdybyśmy pozwolili, żebyś skupił się na agresywnym Djem So, w twoim nauczaniu powstałaby ogromna luka. Zgodnie z pacyfistyczną filozofią Jedi, uczymy się najpierw obrony, dopiero potem ataku.

- Ale przecież nie da się zrobić sparingu w taki sposób, żeby nikt nie atakował! Jak byśmy się nie starali, jeden z nas musi zaatakować i…

- I powinien atakować tylko wtedy, gdy nadarza się ku temu okazja! Właśnie takiego sposobu myślenia Adepci uczą się przez te wszystkie lata spędzone w Świątyni: tego, że NIE jesteśmy jak łowcy nagród, gangsterzy i inne potężne istoty, które pragną stać się silne dla własnych celów. Ranimy tylko, kiedy musimy, Skywalker. Agresywniejsze formy walki są dla Jedi, którzy są już na tyle dojrzali, by poznać, kiedy muszą… naprawdę MUSZĄ sięgnąć po przemoc. Ty nie radzisz sobie nawet z własnymi emocjami! Pozwolenie ci na Djem So byłoby tym samym co pozwolenie ci na walkę treningowym mieczem świetlnym. Na tym etapie to zbyt ryzykowne. A poza tym, pogłębilibyśmy tylko problem, który JUŻ istnieje.

- Więc, co mam zrobić? – jęknął Anakin. – Mam… mam zapomnieć tego, czego się nauczyłem? Mam specjalnie przegrywać? Specjalnie walczyć stylem, który wychodzi mi gorzej?

Nie planował powiedzieć tego tak zbulwersowanym tonem, ale zwyczajnie nie mógł się powstrzymać. Już sama sugestia, że miałby iść do przodu wolniej, była wystarczająco okropna. A teraz jeszcze chcieli, by zaczął się COFAĆ?! Co to za porąbany system nauczania…

Oczy Mistrzyni Galli zwęziły się.

- Wiesz, jak zginął Qui-Gon Jinn? – spytała niespodziewanie.

ŻE CO?!

Żyjąca w brzuchu Anakina bestia, drzemiąca sobie spokojnie od czasu zakończenia pojedynku z Tazem, w jednej chwili zbudziła się i wytrzeszczyła gniewne ślepia.

Jak ta kobieta śmie mówić o Qui-Gonie? Co Qui-Gon miał z tym wszystkim wspólnego? Jaki był sens rozgrzebywania pozostawionej przez niego rany w takiej chwili?!

- Powiem ci, jak zginął – Adi Gallia zaanonsowała pozbawionym emocji głosem. – Nie chciałam powoływać się na ten przykład, ale ponieważ normalne tłumaczenia nie robią na tobie wrażenia, nie mam innego wyjścia, niż tobą wstrząsnąć. Qui-Gon zrobił dokładnie TO, przed czym cię teraz ostrzegam. Uparcie obstawał przy swoim agresywnym Ataru, chociaż był zmęczony walką, rozdzielono go z Obi-Wanem i wszystkie znaki na niebie i ziemi nakazywały iść w defensywę. Dał się ponieść emocjom i nie dostrzegł tego, co oczywiste. Ta głupia decyzja zabiła go i tylko cudem nie pozbawiła życia również jego Pada…

- NIE WAŻ SIĘ MÓWIĆ O NIM W TEN SPOSÓB! – wrzasnął Anakin. – Może dla ciebie nic nie znaczył, ale dla mnie…

- Był moją RODZINĄ, Skywalker! – Mistrzyni powiedziała to tylko odrobinę głośniej niż wcześniej, ale z taką siłą, że chłopiec natychmiast się uciszył. – Był moim równolatkiem, wspaniałym Jedi i najlepszym człowiekiem, jakiego znałam. Traktowałam go jak brata i walczyłam u jego boku wiele lat przed twoimi narodzinami. Ale to nie zmienia faktu, że popełnił BŁĄD! Błąd, który mógł się zdarzyć każdemu. Być może jutro zdarzy się mnie i to ja zginę? Może pewnego dnia przydarzy się Mistrzowi Windu? A może tobie? Nie możemy tego wiedzieć, ale możemy się przygotować. Poprzez wyciąganie wniosków z cudzych błędów. Tu chodzi tylko i wyłącznie o to. NIE o krytykowanie Qui-Gona Jinna. Teraz rozumiesz, Skywalkerze?

Nie odpowiedział. Był zbyt zajęty usypianiem potwora, który jeszcze chwilę temu chciał wyskoczyć z jego piersi i rozszarpać Adi Gallię na strzępy.

Jedyną dobrą stroną tej sytuacji było to, że kobieta wydawała się w tej chwili rozmyślać nad czymś innym niż jego utrata kontroli. Na jej twarz powrócił wyraz troski.

- Twoje emocje… – odezwała się, marszcząc brwi. – To, co od ciebie wyczułam, jest bardzo podobne do tego, co wyczuwałam na początku lekcji. Podejrzewałam to już wcześniej, ale… Powiedz, czy coś się dzisiaj wydarzyło, Skywalkerze? Miałeś jakiś powód, by być bardziej pobudzonym niż zwykle?

Owszem, miał. I kusiło go, by odpowiedzieć zgodnie z prawdą. Być może Mistrzyni spojrzałaby na jego wcześniejsze wybuchy złości z większą pobłażliwością. Ale, z drugiej strony, była Najświętsza z Zasad…

„Wmieszanie dorosłego w konflikt z rówieśnikami oznaczało towarzyskie samobójstwo."

Jeżeli Anakin powtórzy słowa Taza i Diny, to nie tylko zostanie skarżypytą, ale też poczuje się jak gnida bez honoru. Nie! Niezależnie od tego, ile by go to nie miało kosztować, nie może wmieszać Mistrzyni Galli w swoje utarczki z Klanem.

Powoli pokręcił głową.

Szkoda, że to i tak nic nie dało. Zupełnie zapomniał, że wszyscy członkowie Rady mieli w oczach cholerne radary do wykrywania prawdy. Anakin zerknął na Tholothiankę tylko raz i od razu zrozumiał, że mu nie uwierzyła.

Wzdychając, pokręciła głową.

- No cóż… roztrząsanie tego w nieskończoność nie ma sensu. Zamiast rozmawiać o problemie, weźmiemy się za rozwiązanie go. Naszym zadaniem jest wspieranie cię i to właśnie zrobimy, Skywalkerze. Od dzisiaj Rada Jedi zacznie poświęcać twojemu treningowi więcej uwagi.

Wspaniale! – Anakin pomyślał sarkastycznie.

Fantastyczna nagroda za wygranie trzech sparingów i doskonała kara za stracenie nad sobą panowania przez magiczne kilkanaście minut – jeszcze większa kontrola ze strony Ważniaków! Cudownie. Po prostu za-rą-bi-ście!

O tak, taaaak, to NA PEWNO pomoże mu w odbudowaniu relacji z kolegami po dzisiejszym incydencie. Właśnie tego teraz potrzebował – jeszcze częstszych wizyt ze strony władz Zakonu! Już widział w wyobraźni nagłówek jutrzejszej gazety: „Rada Jedi tłumnie odwiedza zajęcia Klanu Nexu, bo musi mieć oko na Tego Furiata Skywalkera". No dobra, Jedi może i nie mieli lokalnej gazety, ale gdyby takową posiadali, Anakin na bank miałby własny kącik. Osobną rubrykę dla Niezrównoważonego Emocjonalnie Wybrańca. Po dzisiejszym dniu jak nic wpłynęłoby trylion wzburzonych listów od Diny i pozostałych…

Jak on, u licha, zakoleguje się z nimi po tym, co dzisiaj odwalił?! Miał wrażenie, że nawet kradzież wszystkich pączków ze stołówki i zastrzelenie CO-3 z bazooki nie wymazałoby minionego incydentu.

No, naprawdę, pogratulować! Niezłe bagno sobie zgotował. Czy mogło być gorzej?

XXX

Mogło.

ZAWSZE mogło być gorzej, a ktokolwiek twierdził inaczej, był skończonym idiotą!

Dzień po incydencie w obecności Adi Galli, na poranne zajęcia z podnoszenia przedmiotów zjawił się Mace Windu. Anakin omal nie zemdlał, gdy go zobaczył.

O nie, o nie, o nie! – myślał, wpatrując się w parę surowych czarnych oczu. – Tylko nie on! Za co? ZA CO?!

Pfft! Głupie pytanie. To było oczywiste, za co – Mistrzyni Gallia uprzedziła, że wybryk Anakina poskutkuje dokładniejszą obserwacją ze strony Rady Jedi. Jak widać, dotrzymała słowa.

Ale czy musiała dotrzymywać aż tak?!

Nie… to niemożliwe, by Anakin został skazany na towarzystwo tego czarnoskórego sztywniaka za samo pobicie kolegi bokkenem. Musiało chodzić o coś, co zrobił w poprzednim życiu! Może kogoś zabił? Albo zrobił komuś dziecko? Watto zawsze mówił, że za zrobienie komuś dziecka powinna grozić najgorsza możliwa kara. Watto szczerze nie znosił dzieci.

Podobnie jak Windu – a przynajmniej według Anakina. Bo pozostałe dzieci z Klanu Nexu w żadnym wypadku nie postrzegały czarnoskórego Mistrza jako kogoś, kto miałby coś przeciwko nim. Wszystkie, jak jeden mąż, wpatrywały się w surowego mężczyznę jak w Boga, który właśnie zstąpił z Niebios. A gdy dotarło do nich, że będą miały z nim zajęcia, omal nie poszczały się ze szczęścia.

I to był, w zasadzie, jedyny plus tej strasznej niespodzianki. Wszyscy tak bardzo podniecili się obecnością Windu, że nikt nie miał ochoty wspominać wczorajszego wybryku Anakina. Nikt też nie przejmował się faktem, że to najpewniej Skywalker był powodem wizyty (czy raczej: wizytacji) czarnoskórego Mistrza.

Że nie przyszedł tu dla nas, ale dla Wybrańca? – wisiało w powietrzu. – A kogo to obchodzi! Liczy się to, że Windu, och Wielki Windu, ze swoim fioletowym mieczem świetlnym, przyszedł na nasze zajęcia i stoi tak blisko nas, i o raju, możemy zobaczyć zadrapania na jego pasku, o kurde, o raju, jakie to ekscytujące, Windu, Windu, Windu!

Anakin zerknął najpierw na poprawiającą tunikę Bethany, potem na Coopera nerwowo przygładzającego blond włosy i pomyślał, że może… MOŻE nie będzie aż tak źle?

Może panujący wokół fangirling pod adresem Windu wymiecie na zewnątrz wszystkie negatywne emocje? Może ten czarnoskóry złośliwiec nie zrobi Anakinowi nic, poza łypaniem na niego tymi swoimi chłodnymi ślepiami? Znaczy… podczas wszystkich wcześniejszych spotkań patrzył na Anakina w taki sposób, jakby chciał go skarcić za samo oddychanie, ale może teraz nie będzie aż tak wredny?

Może ta nieszczęsna lekcja przebiegnie boleśnie, ale szybko, tak jak zastrzyk w tyłek? Zakuje, zapiecze, sprawi, że Anakin poczuje się upokorzony, ale potem wszystko się skończy i wszyscy o tym zapomną? Zaś Windu powtórzy Skywalkerowi te same uwagi co Mistrzyni Gallia i Mistrzyni Kentarra, a potem po prostu sobie pójdzie?

Dobra, spokojnie, trzeba myśleć pozytywnie – powtarzał sobie Anakin.

Jedno jest pewne – nie ma szans, by odwalił dzisiaj coś gorszego niż wczoraj! W takiej sytuacji nie musiał się niczym martwić. No nie?

Windu splótł palce dłoni.

- Dzisiaj będziecie się uczyć poszerzania granic Mocy – zaanonsował.

Stał na środku niewielkiego pomieszczenia, a u jego stóp spoczywała sporych rozmiarów drewniana skrzynia. Siedzący na rozłożonych po okręgu poduszkach Adepci wpatrywali się w nią zaintrygowanym wzrokiem.

Czarnoskóry Mistrz od niechcenia machnął ręką, a wieko otworzyło się, ukazując mnóstwo maleńkich czarnych kulek. Anakin uważnie im się przyjrzał, zastanawiając się, z jakiego są materiału. Żałował, że nie może podejść bliżej. Każda kulka była wielkości nasiona, więc z tej odległości nie widział zbyt dobrze.

- Wszyscy jesteśmy jak tunel – powiedział Windu. – Jak korytarz, przez który przepływa Moc. Kiedy jesteśmy młodzi, zwykle jest dość wąski. Pozwala nam sięgnąć tylko do tych zapasów energii, które się zmieszczą. I objąć Mocą bardzo ograniczoną przestrzeń.

Kilkoro dzieci westchnęło z zachwytu, gdy siedem czarnych przedmiotów uniosło się do góry i zaczęło leniwie krążyć nad dłonią Mistrza. Rozległ się cichy szczęk i kulki ułożyły się w kształt prostokąta. Nie był to jakiś szczególny wyczyn, ale łatwość, z jaką Windu posługiwał się Mocą, niewątpliwie robiła wrażenie.

Nawet Anakin otworzył usta ze zdumienia. Owszem, potrafił już unieść większość przedmiotów, ale dopiero wtedy, gdy mocno się skoncentrował.

Może od początku miał złe podejście? Może to, mimo wszystko, będzie fajna lekcja?

- Ale, jak dobrze wiecie, trening nie polega na pozostawaniu w miejscu – mówił Windu. – Trening polega na rozwijaniu się. Z czasem, gdy jesteśmy coraz starsi, nasz tunel się rozszerza. Im więcej mamy lat, im więcej zdobędziemy doświadczenia, tym więcej Mocy możemy w sobie pomieścić.

Ze skrzyni poderwało się jeszcze kilka kulek.

- I więcej…

Prostokąt, który powstał na początku lekcji, dwukrotnie zwiększył swoją powierzchnię.

- I więcej…

Na dnie skrzyni nie ostała się już ani jedna kulka.

- I więcej!

Podekscytowane dzieci zaczęły głośno klaskać. Windu uciszył je uniesieniem dłoni. Stworzony przez niego obiekt był niemal takiej samej wielkości, jak on sam – leniwie obracał się wokół własnej osi, sprawiając wrażenie solidnego przedmiotu, a nie kruchej konstrukcji skomponowanej z wielu małych elementów.

Czarnoskóry Mistrz dał Adeptom jeszcze moment, by nacieszyli się widokiem, po czym rozłożył ręce i posłał kulki w różnych kierunkach. Przed każdym z młodych Jedi wylądowała mniej więcej taka sama ilość drobnych przedmiotów.

- Wyciągnijcie ręce i sprawdźcie, jak wiele potraficie unieść – nakazał cierpliwym tonem. – Ale nie starajcie się zbyt mocno koncentrować, tak jak podczas normalnych zajęć. To dopiero pierwszy etap ćwiczenia. Chcę, by każdy z was ocenił swoje możliwość. Zobaczył, jak duży jest jego tunel.

Polecenie zostało wykonane bez chwili wahania. Anakin ani trochę nie zdziwił się, widząc, że to ON ze wszystkich dzieci w grupie jest w stanie unieść jak najwięcej. Bez trudu poderwał do góry przynajmniej jedną piątą swoich kulek. Może i nie potrafił ułożyć ich w ładny kształt, tak jak Mistrz Windu, ale przynajmniej utrzymywał je bez żadnego wysiłku – nie chybotały się, tak jak kulki jego kolegów i koleżanek. Poczuł, jak jego pierś wypełnia się nieśmiałą dumą.

Dwadzieścia cztery godziny temu wydałby pomruk niezadowolenia, że nie usłyszał na temat swojego wyczynu żadnej pochwały, jednak teraz miał podobne rzeczy w poważaniu.

Jego priorytety na czas trwania tych zajęć były zwięzłe i proste:

Przetrwać do końca. Trzymać gębę na kłódkę. NIE podpaść Windu! Robić wszystko, co mu każą, byle tylko nie podpaść Windu.

Ten facet wrzucił go na Czarną Listę zaledwie kilka sekund po tym, gdy się poznali. Anakin NIE mógł sobie pozwolić na luksus wkurzania go. A już na pewno nie po tym, jak wczoraj zdenerwował Adi Gallię. Mogła mówić, co chciała o tym, że „Rada tak czy siak go wyszkoli", ale on swoje wiedział.

Założyłby się o wszystko, co posiadał, że przynajmniej raz w tygodniu Windu fantazjował o wykopaniu go ze Świątyni na zbity ryj.

Anakin nie pozwoli się oszukać temu opanowanemu (a nawet przyjaznemu!) wyrazowi twarzy. Niech ten czarnoskóry cwaniak nie myśli sobie, że będzie przed nim udawał „Mistrza takiego jak wszyscy"!

Choć, póki co, wszedł w tę rolę całkiem nieźle. W oczach kolegów Skywalkera właśnie awansował z „niedostępnego Boga" na „superbohatera o ludzkim obliczu, potrafiącego zachować się przyjaźnie pomimo całej swojej zajebistości".

Jak dziewięcioletnie bachory mogą być aż tak ślepe?

- No dobrze – Windu skinął głową. – Widzę, że wszyscy radzicie sobie całkiem nieźle. I nie mam wątpliwości, że z biegiem lat będziecie radzić sobie jeszcze lepiej. Jednak chciałbym, żebyście wiedzieli, że wasz progres nie musi być zależny od talentu. Będąc w waszym wieku, miałem większy potencjał niż inni, jednak nie osiągnąłem obecnego poziomu, pozwalając, by moje umiejętności „tak po prostu" dorastały razem ze mną. Dzisiaj nauczę was, jak poszerzać granice. Jak pracować nad „tunelem", zamiast czekać, aż sam urośnie. Będzie to od was wymagało cierpliwości i wytrwałości, ale wierzę, że dacie sobie radę. Jesteście w końcu Adeptami Jedi. Zaczniemy od najbardziej podstawowej rzeczy: policzcie ilość kulek, jaką jesteście w stanie unieść, a potem unieście jeszcze jedną więcej. Pracujcie w ciszy i nie śpieszcie się. Nie zwracajcie uwagi na innych. Chcę, żebyście skupili się wyłącznie na sobie.

Po tych słowach zaczął krążyć po pomieszczeniu, by sprawdzić, jak radzą sobie poszczególni Adepci. Nikogo nie poprawiał, ani nie udzielał nikomu rad – po prostu obserwował ćwiczące dzieci w kompletnej ciszy. Pewnie nie miał pojęcia, jak wielką sprawił tym Anakinowi ulgę.

A więc O TO chodzi – Skywalker pomyślał, powoli wypuszczając powietrze.

Po to była ta cała lekcja – by udowodnić, że „talent to nie wszystko" i „ciężka praca też ma znaczenie". Trzeba być durnym, by nie zorientować się, do kogo miała to być aluzja. Windu nie przylazł tutaj, by zrobić zajęcia wyrównawcze dla bandy przeciętniaków. Przylazł, by pokazać niepokornemu Wybrańcowi, że nie może spoczywać na laurach… że ma się przykładać!

Cóż, jeśli liczył na to, że znajdzie tutaj śmierdzącego lenia z niewyobrażalnym talentem, to zostanie mile zaskoczony.

Anakin pokaże mu, jak bardzo jest pracowity! I że potrafi słuchać.

Pilnując, by ani razu… ale, dosłownie, ANI RAZU nie zerknąć w kierunku pozostałych dzieci, skupił się na zadaniu. Kusiło go, by zobaczyć, jak radzą sobie inni, ale powiedział sobie, że ten jeden jedyny raz NIE może popełnić błędu. Musi wypełnić każde polecenie Windu, dokładnie w taki sposób, jak zostało sformułowane.

Co prawda nie zgadzał się ze stwierdzeniem, że szybciej się czegoś nauczy, jeśli nie będzie patrzył na innych – uważał rywalizację na najlepszą motywację na świecie – jednak dzisiaj postanowił ustąpić.

Będzie sobie robił po swojemu na zajęciach z innymi Mistrzami. Z kim jak z kim, ale z tym Łysym Dyktatorem wolał nie ryzykować. Dobrze wiedział, że Czarnoskóry Cichociemny tylko szuka pretekstu, by się do niego przyczepić! Anakin nie da mu okazji do zjebki – jeśli tylko wytrzyma… jeśli wytrwa do końca tych nieszczęsnych zajęć, może zdoła jakoś poprawić sobie reputację w oczach Rady Jedi?

Może jakimś cudem Windu polezie na spotkanie Ważniaków zszokowany, olśniony i pod absolutnym wrażeniem niezniszczalnego opanowania Skywalkera, niosąc Mistrzyni Galli wiadomość, że gdzie tam, problem wcale nie jest aż tak poważny, no co ty, Adi, wczoraj to był tylko zły sen, jednorazowy incydent, głupoty, przecież ten chłopiec to najgrzeczniejsze dziecko na świecie!

To byłoby piękne. I prawdopodobnie mogło mieć miejsce jedynie w wyobraźni Anakina.

ALE sama perspektywa dotrwania do końca zajęć bez żadnych dramatów zaczynała być całkiem realną opcją.

Stojący w kącie zegar już prawie obwieścił Triumf Skywalkera. Zostało pięć minut… magiczne pięć minut do zakończenia strasznych zajęć z Windu! Co mogło się wydarzyć przez ostatnie pięć minut? Chyba nic, prawda?

Ostatnim ćwiczeniem zarządzonym przez czarnoskórego Mistrza miała być demonstracja.

- Jeden po drugim pokażecie mi, ile kulek jesteście w stanie podnieść. Zobaczę, jak bardzo rozwinęliście się od początku zajęć i udzielę każdemu z was indywidualnych wskazówek. Duro, zaczynasz!

Taz wziął głęboki oddech i skupił całą uwagę na ułożonym na środku pokoju skupisku kulek. Kiedy próbował wygodniej ułożyć się w siadzie skrzyżnym, nieznacznie się wzdrygnął. Wczorajsze obrażenia nadal dawały mu w kość.

Anakin przebiegł zaniepokojonym wzrokiem po twarzach kolegów, szukając na nich śladów potępienia dla swojej osoby. Na szczęście, niczego podobnego nie znalazł. Unosząca się w powietrzu radość z obecności Windu wciąż hulała w najlepsze i nic nie wskazywało na to, by miała szybko opaść. Skywalker odetchnął z ulgą. W życiu nie wpadłby, że akurat ten czarnoskóry zrzęda przysłuży się jego relacjom z kolegami.

Gdy tak o tym rozmyślał, na moment uchwycił wzrok Windu i przeraził się, bo wydawało mu się, że surowy Mistrz odgadł jego myśli.

Ale nie, jednak nic z tego nie wyniknęło. Nawet jeśli Windu rzeczywiście wyłapał jakieś negatywne wibracje pod swoim adresem, to nie dał tego po sobie poznać. Skoncentrował się na doradzaniu Tazowi.

- Zrobiłeś ogromny progres, ale brakuje ci pewności siebie. Pozbądź się wątpliwości! Jeśli uwierzysz, że potrafisz, bez trudu uniesiesz jeszcze jedną.

Anakin z trudem powstrzymał cisnące się na usta parsknięcie.

Cztery kulki… pfft! Cztery kulki więcej niż na początku lekcji. To ma być ten „ogromny progres"?

Windu zupełnie niepotrzebnie chwalił tych wszystkich przeciętniaków za ich śmieszne osiągnięcia. Serio, Anakin nie chciał źle myśleć o kolegach i koleżankach, ale gdyby ktoś go zapytał, to… no… nie postarali się.

Ze wszystkich osób najlepiej poradziła sobie Dina. Kiedy przyszła jej kolej, zdołała unieść aż o dwadzieścia kulek więcej. Choć Skywalker i tak uważał to za dość żałosny wynik. ON, w przeciwieństwie do tych leniwców, rozumiał, co to znaczy być pod ciągłą obserwacją Rady Jedi… wciąż i wciąż musiał udowadniać, że zasługuje na miejsce w Zakonie! Nie mógł sobie pozwolić na obijanie się podczas zajęć.

- Skywalker.

Podekscytowany, zaczął wiercić się na poduszce.

No dobrze, teraz jego kolej! Nie mógł w to uwierzyć, ale być może uda mu się nie tylko dotrwać do końca zajęć bez afery, ale i wręcz zaimponować Windu. Gdyby to zrobił, bezzwłocznie ogłosiłby dzisiejszy dzień swoim prywatnym Świętem Narodowym!

Spokojnie, da radę! Wystarczy, że się skupi. Wiedział, że jeśli zechce, zdoła podnieść wszystkie te cholerne kulki. Nic go przed tym nie powstrzyma! Nikt nie stanie na drodze do jego…

- Poczekaj.

Anakin zdążył już wyciągnąć rękę, gdy usłyszał cichy i zasadniczy głos Mistrza. Posłał czarnoskóremu mężczyźnie zdezorientowane spojrzenie. O co mogło chodzić?

- Dla ciebie, Skywalker, mam trochę inne ćwiczenie. Na zakończenie lekcji, chciałbym żebyś podniósł dla mnie jedną kulkę. Tylko jedną!

Przez pierwsze dziesięć sekund Anakin po prostu siedział i gapił się na Windu z ustami otwartymi ze zdumienia.

Co? Jedną? To jakaś kpina!

Ale zaraz, zaraz. Może po prostu się przesłyszał?

- Jedną? – spytał niepewnie.

- Jedną.

Windu wydawał się nieznacznie poirytowany faktem, że musiał powtórzyć polecenie. O co mu, kurka, chodzi?!

Czy to jakaś zemsta? Osobista niechęć do Anakina? Złośliwość? Jaki był sens w podnoszeniu jednej kulki, gdy przez całe zajęcia starali się podnieść ich jak najwięcej? Dlaczego Windu nie pozwalał Anakinowi pokazać, czego się nauczył? Czyżby dlatego, że za nic w świecie nie chciał pochwalić Anakina? A może nie podobało mu się, że Skywalker popisuje się przed kolegami? Może decyzja została podjęta przez wzgląd na inne dzieci? A może…

Anakin w porę zorientował się, że jego myśli podążają w dość niebezpiecznym kierunku i nakazał samemu sobie spokój.

Pamiętaj, co postanowiłeś – pomyślał, zaciskając zęby. – Przetrwać do końca zajęć bez żadnej afery! Po prostu zrób, co kazał. Nie wnikaj w jego durnowate powody! Będziesz miał czas, by się nad tym zastanawiać, gdy on wreszcie sobie pójdzie. Pamiętaj, że NIE możesz mu podpaść! Co z tego, że cię nie lubi? No dalej, to tylko jedna kulka. Podniesiesz ją i będziesz miał święty spokój!

Powinni przyznać mu jakiś medal za to, że tak świetnie zapanował nad swoim temperamentem.

Wziął głęboki oddech i wyciągnął rękę. No dobrze. Teraz tylko…

- Eee?

Nie potrafił powstrzymać głupkowatego jęku, który wyszedł z jego własnych ust. Dlaczego nad kupką unosiło się aż dziesięć kulek? Przecież chciał unieść tylko jedną! Co się, do przeklętych Huttów, stało?

Anakin pozwolił maleńkim przedmiotom opaść na podłogę. Zdezorientowany, wbił wzrok w swoją prawą dłoń. Lekko nią potrząsnął, jakby chciał upewnić się, że nie jest popsuta. Po chwili przypomniał sobie, że nie jest w pokoju sam i niepewnie spojrzał w stronę Windu. Wyraz twarzy czarnoskórego mężczyzny był niemożliwy do rozszyfrowania.

- Spróbuj jeszcze raz – opanowanym tonem rozkazał Mistrz.

Skywalker ani drgnął. Wciąż wpatrywał się w parę surowych czarnych oczu, starając się znaleźć w nich jakąś wskazówkę. Po chwili doszedł do jednego wniosku:

Windu nie był zaskoczony tym, co zobaczył.

A teraz zaczął wyglądać na zniecierpliwionego.

- Powiedziałem: spróbuj jeszcze raz – powiedział nieco ostrzejszym głosem, niż wcześniej.

Anakin potrząsnął głową. Ponownie wyciągnął dłoń, ale tym razem zabrał się do wykonywania zadania nieco wolniej, ostrożniej. Dziwnie się czuł, próbując podnieść tę jedną kulkę. Jakby trzymał w dłoni dźwignię regulującą prędkość ukochanego ścigacza i próbował poruszyć ją tylko troszeczkę, żeby pojazd przesunął się o parę centymetrów, zamiast wystrzelić do przodu jak pocisk. Ale za wszystkie diabły nie chciało mu to wyjść!

Podobnie jak poprzednim razem, z kupki poderwało się dziesięć kulek.

W sumie, nic dziwnego. Silniki ścigaczy nie były przystosowane do posuwania się do przodu w żółwim tempie. Powstały w celu pokonywania granic prędkości… do osiągania tak wysokich temperatur, że znajdywały się na krawędzi eksplozji!

Ze spływającym po czole potem, Anakin podniósł wzrok na Mistrza.

- Jeszcze raz.

Sfrustrowany chłopiec nie umiał zapanować nad drżeniem ciała.

Dlaczego nie poproszono go o podniesienie jak największej ilości kulek? Przecież do tego został stworzony, do tego się urodził! Do przenoszenia całych wielkich stacji kosmicznych, a nie jakiegoś, za przeproszeniem… gówienka wielkości paznokcia! Coś tu jest nie tak. Coś się nie zgadza!

- Jeszcze raz.

Anakin wreszcie nie wytrzymał i postanowił zakwestionować polecenie.

- Podniesienie jednej kulki jest trudniejsze niż podniesienie kilku! – oznajmił, oskarżycielsko patrząc na Mistrza.

Windu uniósł brew.

- Ceres – zwrócił się do Diny. – Podnieś jedną kulkę.

Czerwieniąc się, dziewczyna posłała Anakinowi przepraszające spojrzenie i bez najmniejszych problemów wykonała zadanie. Podniosła tę przeklętą kulkę, specjalnie się nie starając. Skywalkerowi opadła kopara.

No nieee! Chyba sobie żartujecie?!

Co to za sztuczka? O co tu, u licha, chodzi? Dlaczego ONA mogła podnieść jedną kulkę, zaś Anakin za każdym razem podnosił dziesięć?! Jak to możliwe?

Gdy tak o tym rozmyślał, w jego głowie pojawiło się wspomnienie. Dotyczyło wydarzeń jeszcze przed śmiercią Qui-Gona. Wówczas zignorowany przez wszystkich Skywalker szwendał się po lesie i na własną rękę trenował podnoszenie przedmiotów za pomocą Mocy. Pamiętał swoje zdziwienie, gdy bez problemu oderwał od ziemi spróchniały pieniek, a potem nie potrafił poradzić sobie ze zwykłą gałązką.

Wszystko wskazywało na to, że teraz miał dokładnie ten sam problem.

Zbladł. Kierunek, w jakim to wszystko zmierzało, ani trochę mu się nie podobał.

- Spróbuj jeszcze raz, Skywalker – wzdychając, rozkazał Windu. – Ale tym razem najpierw się uspokój!

Uspokoić się?! – Anakin miał ochotę odwarknąć. – Przecież, kurde, jestem spokojny!

Przez całą tę durną lekcję był spokojny! Pierwsze przebłyski irytacji pojawiły się dopiero wtedy, gdy czarnoskóry burak kazał mu podjąć jedną kulkę zamiast wszystkich.

Wyciągnął rękę. Wyobraził sobie, że bierze fioletowy pisak i rysuje nim na łysej głowie Windu obraźliwe słowa po huttecku. Ani trochę nie poprawił dzięki temu swojej koncentracji. A właściwie to jeszcze ją pogorszył.

Z ziemi poderwało się piętnaście kulek.

- Nie robisz tego, co mówię – w głosie Windu zaczęły pobrzmiewać pierwsze przebłyski gniewu. – Zamiast uspokoić umysł, dajesz się ponieść emocjom. Nie śpiesz się. Weź głęboki oddech. Wycisz się.

Sam się, kurde, wycisz!

Dwadzieścia kulek nad podłogą.

- Skywalker! – Czarnoskóremu Mistrzowi wyraźnie kończyła się cierpliwość. – Przestań robić po swojemu i zacznij słuchać tego, co mówię. Powiedziałem wyraźnie, żebyś się wy-ci-szył! Skoro nie radzisz sobie z jedną kulką, to spróbuj ograniczyć się chociaż do pięciu. Czy nawet siedmiu, albo i dziewięciu. Liczby nie mają znaczenia. Chodzi o twój wewnętrzy spokój. Nie obchodzi mnie, ile ci to zajmie. Możemy tu siedzieć nawet kilka minut, jeśli potrzebujesz aż tyle czasu, ale masz zrobić to, co mówię! Masz się uspokoić.

Zwrot „przestań robić po swojemu" przypomniał Anakinowi o niefortunnej rozmowie z Adi Gallią i przez moment chłopiec rzeczywiście zdołał się uspokoić.

Nie mogę znowu tego zrobić – pomyślał. – Nie mogę ZNOWU wpakować się w tarapaty! Przez całą lekcję tak bardzo się starałem… Nie mogę teraz się poddać!

Spokojnie. Tylko spokojnie! Windu powiedział, że da mu nawet parę minut, jeśli będzie trzeba. Kilka minut to masa czasu! Kiedy medytował, wydawało mu się, że to cała wieczność. Już dobrze, da radę! Jeżeli kiedykolwiek ma wyjść z tych przeklętych zajęć, to musi dać radę. Wystarczy, że się uspokoi. Różnica między dziesięcioma i dziewięcioma kulkami to tyle co nic. Jeśli podniesie tylko dziewięć, ten czarnoskóry upierdliwiec wreszcie zostawi go w spokoju. Tylko jak ma to zrobić, gdy chwilę temu poderwał do góry aż dwadzieścia?

Koncentracja. Przede wszystkim, koncentracja! Przecież już kiedyś udało mu się podnieść mały przedmiot, nie? Wtedy, z Obi-Wanem. Musi po prostu zrobić wszystko dokładnie tak, jak wtedy.

Po kolei. Skóra Obi-Wana… ciepła skóra jego dłoni. A potem? Jak to szło?

„Czujesz Moc we mnie? Czujesz Moc w kości? Czujesz Moc w sobie?"

Hm… w sobie czuł Moc aż ZA BARDZO, więc ograniczył się do nieistniejącego Obi-Wana oraz kości. Znaczy się, kulki!

I przez moment myślał, że rzeczywiście mu się uda. Już prawie mu się udało. Przez tę jedną magiczną chwilę był spokojny jak niemowlak po ukołysaniu do snu przez troskliwą nianię. Już widział w wyobraźni unoszącą się kulkę… jedną kulkę!

Ale wtedy popełnił błąd, bo spojrzał na Windu.

Popatrzył w te ciemne, poważne, pełne dezaprobaty oczy i zaczął się czuć strasznie głupio. Nie zastanawiając się, nad tym, co mówi, wypalił:

- Czy Mistrz nie mógłby spojrzeć w drugą stronę?

- Nie, NIE mógłbym! – Windu był wręcz purpurowy ze złości.

Miał minę, jakby jeszcze żadne dziecko nie powiedziało mu czegoś tak bezczelnego. Anakin kompletnie nie rozumiał jego wzburzenia.

- Udałoby mi się, gdyby Mistrz na mnie nie patrzył – mruknął rozżalonym tonem.

Planował powiedzieć to tak cicho, by usłyszały go jedynie korniki.

Na jego nieszczęście, Windu miał słuch jak kornik.

- Ach tak? – wycedził. – A jaki sens ma to ćwiczenie, jeśli nie będę na ciebie patrzył, Skywalker? Trening ma cię przygotować do wyjścia poza teren Świątyni. Jak zamierzasz rozwiązać ten problem podczas misji, co? Gdy ktoś cię zaatakuje, też poprosisz go, by „spojrzał w drugą stronę, bo akurat musisz coś podnieść"? A twoi towarzysze broni? Twoi koledzy i koleżanki z Klanu? Oni też mają spojrzeć w drugą stronę?

- Nie, oni mogą patrzeć. Tylko ty mnie denerwujesz.

Gdy tylko ostatnia sylaba opuściła gardło, dłonie Anakina wystrzeliły w stronę ust.

O kurde! O nie, o nie, O NIE! To NIE miało być na głos!

Mogło mu się tylko wydawać, ale przez moment miał wrażenie, że zadrżała podłoga.

- SKYWALKER, JESTEŚ NAJBARDZIEJ BEZCZELNYM GÓWNIARZEM, JAKIEGO…

- Dobrze, już dobrze, przepraszam! – Anakin uniósł ręce, rozpaczliwie próbował naprawić swój błąd. – Nie chciałem obrazić Mistrza, ani nic… to było niechcący, naprawdę! Mistrzu, ja naprawdę przepraszam. Proszę, nie złość się na mnie, Mistrzu. Jeszcze raz przepraszam! Proszę, niech Mistrz się nie denerwuje. Niech lepiej Mistrz się… eee… tego… wyciszy. Albo coś.

I znowu to samo. Zorientował się, jak wielką palnął durnotę, gdy było już za późno. O raju… Czy on właśnie powiedział do Członka Rady Jedi, żeby się wyciszył? Nic dziwnego, że Dina i pozostali wpatrywali się w niego z takim wyrazem, jakby z własnej woli wskoczył do gniazda szerszeni. Choć to i tak NIC w porównaniu do miny Windu.

Była to Mina wyrażająca coś na pograniczu „Czy jestem w ukrytej kamerze?" oraz „Ja chyba tego szczeniaka ZABIJĘ!"

- To było DO MNIE, Skywalker? Ty naprawdę DO MNIE powiedziałeś, żebym JA się wyciszył?!

No świetnie. Koleś wpadł w taki szał, jakby wszystkie złe rzeczy, które kiedykolwiek mu się przydarzyły, były robotą Anakina. Łącznie z sytuacją, w której miał biegunkę i nagle zorientował się, że zabrakło mu papieru toaletowego.

Skywalker nie miał bladego pojęcia, co robić. Nie mógł tak po prostu milczeć… musiał jakoś ratować tę okropną sytuację! Ale co mógł powiedzieć, żeby jeszcze bardziej wszystkiego nie pogorszyć?

- Mistrzu, ja naprawdę nie chciałem cię urazić – wydukał skruszonym tonem. – Wiesz, co? Mam pomysł! Zamknij na chwilę oczy, a ja podniosę tę głupią kulkę. Jak już raz mi się uda, to nie będę się wstydził i Mistrz będzie mógł sobie spokojnie patrzeć.

- NIE będziesz mi mówił, kiedy mogę, a kiedy nie mogę patrzeć, Skywalker! Jak ty w ogóle śmiesz wydawać mi polecenia?!

Zupełnie niespodziewanie lęk w sercu Anakina został zastąpiony przez złość. Wszystko, co przez ostatni tydzień leżało mu na wątrobie, co nie dawało mu spać, co nie pozwalało mu się skupić, teraz… TAK, ze wszystkich momentów, WŁAŚNIE TERAZ postanowiło znaleźć ujście.

Z gniewnie podskakującym na ramieniu padawańskim warkoczykiem, chłopiec zerwał się na nogi i z policzkami zaczerwienionymi ze wściekłości, wydarł się czarnoskóremu Mistrzowi w twarz:

- Przecież PRZEPROSIŁEM! Nie wiem, co jeszcze mógłbym zrobić, byś się na mnie nie złościł, Mistrzu! NIE będę czołgał się na podłodze, jak jakiś cholerny niewolnik! Zresztą, wcale NIE chce mi się przepraszać, bo to wszystko przez ciebie, Mistrzu! Po kiego kazałeś mi podnosić tyle kulek, ile się da, skoro na sam koniec miałem podnieść tylko jedną?! Było od razu powiedzieć, czego chcesz, a nie robić mi papkę z mózgu!

Po tych słowach rozpętało się piekło.

XXX

Dosyć. Anakin oficjalnie stwierdził, że ma dość. Dłużej tego nie wytrzyma! Ucieknie z tego przeklętego miejsca, wróci na Tatooine, a potem wskoczy do jamy Sarlacca, by tam umrzeć ze wstydu.

Jak pochrzanionego pecha trzeba mieć, by pójść na zajęcia z zamiarem bycia najgrzeczniejszym dzieckiem w grupie, a wyjść stamtąd jako Legenda Zakonu Jedi, jedyny człowiek w historii, który doprowadził Mace'a Windu do takiego stanu, że ryk był słyszalny w całej Świątyni, filary zadrżały i w ogóle, CO-3 pierwszy raz w karierze wypuściła tacę ze śniadaniem, Mistrz Plo Koon pierwszy raz w życiu krzywo zaparkował myśliwiec, zaś Mistrz Yoda pierwszy raz od ośmiuset lat wypowiedział długie zdanie z poprawną składnią, a brzmiało ono: „Na Moc, jeśli ktoś znowu ukradł Mace'owi skarpetki i przerobił je na poduszkę pod głowę, to ja mam alibi potwierdzone przez setkę Wookich, byłem w tamtym czasie w drugiej części Galaktyki i absolutnie nic nie wiem o żadnych skarpetkach!"

Kilkunastu Adeptów przysięgło z ręką na sercu, że Yoda coś takiego powiedział. Zaś kilka godzin później w Bibliotece pojawiła się poduszka nieznanego pochodzenia – fioletowa, w kształcie rogala. Nawet jeśli rzeczywiście została utkana ze skarpetek Windu, on sam w żaden sposób nie skomentował jej istnienia, zbyt zajęty bunkrowaniem się w pokoju i odreagowywaniem złości na Skywalkera. Ponoć przez cały dzień tkwił z tyłkiem przyklejonym do pufy i mamrotał do siebie: „Jestem z Mocą, Moc jest ze mną, ten cholerny bachor, jestem z Mocą, o tak, jestem z Mocą, już nie jestem wściekły na tego smarkacza, oddaję gniew Mocy, cholera, nie mieli kogo zrobić Wybrańcem, Moc jest ze mną, niech to, ten przeklęty Skywalker, jestem z Mocą, Moc jest ze mną!"

W pewnym momencie również Anakin posadził cztery litery na pufie i podjął próbę ogarnięcia swojego porąbanego życia: „Jestem z Mocą, Moc jest ze mną, obiecuję, że już nie będę tłukł nikogo bokkenem, jestem z Mocą, Moc jest ze mną, już nigdy nie odezwę się do Windu, Moc jest ze mną, w ogóle do nikogo się nie odezwę, jestem z Mocą, jestem z Mocą, kurde, w ogóle tego nie ogarniam, nienawidzę medytować, raju, ale niewygodna ta pufa!"

Windu to miał, kurde, niezłą wprawę, że wytrzymywał tak przez cały dzień. Anakin wytrwał marne czterdzieści minut – przy czym, aż dwa razy wstawał do kibla!

Nie dam rady – myślał sobie tydzień po incydencie z czarnoskórym Mistrzem. – Już nie mogę… Nie wytrzymam tego!

Tu nie chodziło o to, że po tamtym zdarzeniu ktoś go zaczepiał. Właściwie to nikt nie miał odwagi o tym rozmawiać – nawet najwięksi plotkarze w Świątyni milczeli jak zaklęci, zbyt przerażeni, by głośno wypowiadać imię Windu, gdy tamten krążył po korytarzach z miną, jakby chciał kogoś zamordować. Ponoć humor Mace'a miał więcej związku z najnowszą ustawą Senatu niż „z tym gówniarzem, Skywalkerem", ale wiadomo – lepiej nie ryzykować.

Również z kolegami Anakin miał zaskakująco mało problemów. Najwyraźniej współczucie, które czuli do niego, po tym, jak na własnej skórze poczuł moc imponujących strun głosowych Windu, przeważyło u nich nad wszystkim innym i postanowili, że będą dla niego mili. Nawet Taz!

Stał teraz obok Skywalkera na zajęciach w Wieży Kontroli Lotów i zachowywał się tak, jakby niemal go lubił. A Anakin był tak zestresowany tym, co się działo i ogólnie swoim życiem, że zwyczajnie nie miał siły, by wciąż chować do czarnowłosego chłopca urazę.

Dokładnie tak – był zestresowany! Wykończony. Wszystkimi i wszystkim. To nie miało związku z tym, że znowu ktoś coś na niego nagadał, że znowu ktoś rozpuścił na jego temat jakąś głupią plotkę. Nie. Był markotny, zmęczony i nieszczęśliwy, ale nie z jakiegoś konkretnego powodu, ale ogólnie – z powodu całokształtu.

Nawet z zajęć nie potrafił cieszyć się tak, jak zwykle. Słuchanie wykładu Mistrza Hu Thali o nadzorowaniu przylatujących i wylatujących statków zazwyczaj sprawiało mu wielką frajdę, ale dzisiaj modlił się o jak najszybsze zakończenie lekcji.

Mrużąc oczy, zerknął cyferki w dolnym rogu zielonego ekranu. Jedenasta piętnaście. Czyli do końca jeszcze pięć minut. Ech…

- A tutaj możecie sprawdzić wolne platformy do lądowania – przeczesując krótkie siwe włosy, cierpliwie tłumaczył Mistrz Hu. – Te numery oznaczają… A, moment. Nadchodzi przekaz.

Anakin otulił się ramionami i opuścił główkę. Zaczął myśleć, że w jego życiu nie wydarzy się już nic pozytywnego. Kątem oka obserwował, jak jego nauczyciel wciska czerwony przycisk.

- Tak?

Z głośniczka popłynął elegancki corusancki akcent. Znajomy corusancki akcent!

- Tu Obi-Wan Kenobi. Odłączam się od pierścienia hipernapędu. Za chwilę wejdę w przestrzeń powietrzną Coruscant.

Oczy Anakina wytrzeszczyły się w szoku. Czy to sen?

- Przyjąłem, Mistrzu Kenobi – Hu Thala wstukał coś do komputera. – Rozpoznaliśmy sygnał. Platforma numer cztery jest twoja. Witaj w domu!

- Dziękuję. Rozpoczynam procedurę lądowania.

Wzdychając, nauczyciel z powrotem zwrócił się do Adeptów.

- No dobrze. Tak jak mówiłem, numery…

Nie dokończył zdania, gdyż przeszkodził mu w tym głośny hałas.

Biegnąc w stronę drzwi Anakin zahaczył ramieniem o wszystkie możliwe urządzenia w pomieszczeniu, jednak niezbyt go to obchodziło. Biegł, nie oglądając się za siebie, a w jego oczach pierwszy raz od bardzo dawna lśniła radość.

Wreszcie zobaczy Obi-Wana!