Coco jak zwykle przywitała Adeptów Klanu Nexu serią obelg. Stwierdziła, że byli „niedbającymi o zdrowie gówniarzami", którym brakowało całej masy witamin, i „gdyby nie ona, nie mieliby siły w ogóle wstawać rano z łóżka, a co dopiero szkolić się na Jedi". Najdłużej rozwodziła się nad Skywalkerem.
Ku zgrozie Anakina, blaszana megiera zaczęła krzyczeć o kiepskim stanie jego organizmu na całą stołówkę, głośno i natarczywie wypytując, skąd z dnia na dzień wzięły się u niego te niebotyczne ilości kortyzolu („To hormon stresu" – Dina wyszeptała do ucha zdezorientowanemu chłopcu), gdy jeszcze wczoraj był od stóp do głów napompowany endorfinami.
I już pomińmy fakt, że dostał z tego powodu „zdrowotną" owsiankę, która wyglądała jeszcze gorzej niż zupa Obi-Wana. Nie dość, że koledzy z Klanu zaczęli podejrzliwie na jego patrzeć, to Anakin mógłby przysiąc, że gdyby spojrzał za siebie, napotkałby zaintrygowany wzrok swojego Mistrza.
Na szczęście zdołał jakoś wybrnąć z kłopotliwej sytuacji, fukając do CO-3, by się od niego odwaliła, że nic mu nie jest, on po prostu „jak każdy Adept" stresuje się nadchodzącym egzaminem. Co prawda nie miał bladego pojęcia, o jaki egzamin chodziło, ale ponieważ pamiętał wczorajsze stwierdzenie Yarena, miał przynajmniej pewność, że nie rzucił upierdliwej droidce wymówką z kosmosu.
Ciężko stwierdzić, czy jego tłumaczenie przekonało Obi-Wana, ale podziałało na Kokoszkę. I na kolegów.
- Dobrze jej powiedziałeś, Anakin! – Cooper stwierdził, gdy usiedli przy stoliku.
- Co ona myśli, że my przez cały dzień leżymy brzuchami do góry? – prychnęła Bethany. – Ciężko trenujemy. Mamy prawo od czasu do czasu się stresować! Jak chce, byśmy mieli więcej endorfin, to niech da nam kilka pączków.
- Może sami je zwędzimy? – z nadzieją zaproponował Anakin.
Nie mógł wyrzucić z pamięci tego, co Vos powiedział mu o „Adepciątkach". Że jak się mieszka w Świątyni tyle czasu, to podkradanie słodkości powinno być czymś opanowanym do perfekcji. Czy jakoś tak.
- Zwariowałeś? – pisnęła Shanti. – Tego tylko brakuje, byśmy podpadli CO-3!
- Lepiej trzymać się z dala od kłopotów – potwierdził Chao-Zi.
Skywalker wyczekująco spojrzał na Coopera i Taza. Dla kolesi, którzy wciągali nosami ostre papryczki, coś tak trywialnego jak podkradanie pączków nie powinno się chyba wydawać jakimś strasznym przewinieniem? Mimo to ci dwaj milczeli. Anakin poczuł ukłucie rozczarowania.
Wygląda na to, że Klan Sztywniaków powrócił! – pomyślał, niechętnie zanurzając łyżkę w owsiance.
- Swoją drogą, to dziwne, że wiesz o egzaminie – odezwała się Dina. – W końcu nic ci nie mówiliśmy.
- J-ja… usłyszałem o tym, gdy szedłem na śniadanie! – Skywalker zmajstrował szybkie kłamstwo. – Kilka dzieciaków z naszego rocznika o tym gadało i… Tego… Wystraszyłem się, co będzie, jeśli nie zdam.
- W ogóle się tym nie martw! – Shanti natychmiast pośpieszyła, by go uspokajać. – Gdy ktoś obleje, to nic złego. To taki egzamin, do którego można podchodzić niezliczoną ilość razy.
- Noo, ale wyniki jednak mają znaczenie – grzebiąc widelcem w sałatce, stwierdziła Bethany. – Ponoć zależy od tego rekomendacja do Prób Adepta.
To natychmiast przykuło uwagę Anakina.
- Dzięki temu egzaminowi można wcześniej podejść do Prób?
Robił wszystko, by udawać nonszalancję, jednak ledwo mógł usiedzieć na miejscu. Gdyby zdał te przeklęte Próby, już nie musiałby się martwić udawaniem, że nie jest przywiązany do swojego Mistrza. Zostałby Padawanem w pełni tego słowa znaczeniu i zacząłby jeździć z Obi-Wanem na misje.
Niestety nie ukrył swojego entuzjazmu dość dobrze. Przy stoliku zapanowała ponura atmosfera.
- Oł – mruknął Cooper, bawiąc się ziemniakiem. – Tobie wciąż bardzo zależy, by wcześniej zdać Próby
- Pewnie masz już dosyć siedzenia w Świątyni – Chao-Zi powiedział z nieszczęśliwą miną. – I w ogóle siedzenia z nami.
- To nieprawda! – gorliwie przysiągł Anakin.
Cóż… właściwie to BYŁA prawda, ale nie ubrałby jej w takie słowa. Rzeczywiście miał dosyć siedzenia w Świątyni. Tęsknił za kosmosem. A co do kontaktu z rówieśnikami… faktem było, że nadal się do tego zmuszał, ale nie dlatego że nie lubił kolegów. Właściwie to zaczął trochę się do nich przekonywać (po tym, jak bronili go przed Yarenem i zaprosili go na zabawę papryczkami, myślał o nich zdecydowanie lepiej). Po prostu… wciąż nie potrafił zaufać im tak, jak Obi-Wanowi i Aayli.
A poza tym, nie czuł się na tyle swobodnie, by szczerze z nimi porozmawiać. Już raz przekonał się, czym to grozi. Nie zamierzał powtarzać błędów, które popełnił w swój pierwszy dzień.
- Jestem po prostu ciekawy, od czego zależy rekomendacja do Prób – powiedział, modląc się, by pozostali mu uwierzyli. – No bo… Ja wciąż jestem tu nowy i niewiele wiem. Niektóre rzeczy nie są dla mnie oczywiste, tak jak dla was.
Dina i Taz uważnie mu się przyglądali, ale pozostali wyglądali na udobruchanych.
- Rzeczywiście – zaśmiała się Shanti. – Wciąż musimy wszystko ci tłumaczyć.
- Nie powinniśmy się ciebie czepiać o to, że nas wypytujesz – zgodził się Chao-Zi. – Zresztą i tak chcieliśmy z tobą obgadać ten egzamin. Bo widzisz… eee…
- Jego nie zdaje się indywidualnie – Bethany wypowiedziała te słowa, patrząc na Anakina z powagą. – Tylko drużynowo.
"Drużynowo!"
To jedno słówko zmieniało absolutnie wszystko! Skywalkero zrzedła mina. Chytry plan uzyskania fantastycznych wyników z Egzaminu i wcześniejszego zarekomendowania do Prób zaczął się powoli rozpadać.
- Strasznie zbladłeś – zauważyła Dina. – A prawie nie tknąłeś swojej owsianki. Czym się tak stresujesz?
- N-nie stresuję się!
- Nie musisz udawać, Anakin. – Ku zdumieniu Skywalkera, Taz ponuro się uśmiechnął. – Ja też wolałbym podejść do egzaminu samemu. Wszyscy wiedzą, że ty i ja kompletnie sobie nie radzimy w konkurencjach drużynowych.
- No, i właśnie dlatego będziemy ćwiczyć! – Cooper skrzywił się. – Nie chciałbym zrobić z siebie pośmiewiska. Zwłaszcza, jeśli wyląduję w jednej drużynie z Yarenem…
Anakin omal nie udławił się sokiem. Dobre chociaż to, że nie zapluł całego stołu, a jedynie swoją tunikę.
- Z Yarenem?! – wykrztusił, wytrzeszczając oczy na kolegów. – Ale jak to?! Przecież on jest w innym Klanie!
- To część egzaminu – ponuro wyjaśniła Bethany. – Dodatkowe utrudnienie.
- Adepci z różnych Klanów są łączeni w drużyny – tłumaczyła Dina. – I razem pokonują Tor Przeszkód. Chodzi o to, by współpracować z osobami, które słabiej się zna. Dowiadujesz się, kto będzie z tobą w drużynie dwa tygodnie przed egzaminem, więc masz szansę, by się przygotować. Na przykład rozdzielić zadania.
- To będzie nasz pierwszy Egzamin, więc nie znamy zbyt wielu szczegółów. – Chao-Zi nerwowo przełknął ślinę. – Ale słyszałem od starszaków, że nawet faza przygotowań jest ciężka. Wszyscy robią się strasznie nerwowi.
- Niby każdy jest oceniany z osobna. – Wzdychając, Bethany pokręciła głową. – Mistrzowie sprawdzają nasze zdolności przywódcze, umiejętność improwizacji i takie tam. Po wszystkim każdy członek drużyny dostaje inną ocenę, ale…
- Ale jeśli jedna osoba coś zawali, pozostali też oblewają. – Cooper gniewnie skrzyżował ramiona. – To strasznie niesprawiedliwe!
- Wcale nie. – Emanując typową dla siebie dojrzałością, Dina zadarła nos. – Wy naprawdę nie rozumiecie? To jest symulacja prawdziwej misji! Dlatego zdajemy ten Egzamin z osobami z innych Klanów, dlatego błąd jednej osoby rzutuje na całej drużynie i… ech… dlatego wyniki mają tak duży wpływ na rekomendację do Prób. Na Moc, czy ja naprawdę jestem jedyną osobą, która uważnie słucha Mistrzyni Kentarry?
Taz i Cooper zerknęli na siebie i wymamrotali dyskretne „tak".
- Czyli… - zagaił Anakin. - Jak się zda, to jest już się gotowym, by wyjść poza teren Świątyni?
- Cóż… tak. Teoretycznie.
- Ale to nie znaczy, że to koniec treningów! – zaznaczył Chao-Zi. – Potem trzeba jeszcze długo szlifować umiejętności przed Próbami.
- A co się dzieje, gdy niektóre osoby z Klanu zdadzą egzamin, a inne nie? – dopytywał Anakin. – Co wtedy?
Wszystkie dzieci przy stoliku obróciły głowy w stronę „jedynej osoby, która uważnie słuchała Mistrzyni Kentarry".
- Do egzaminu można ponownie podejść po upływie miesiąca – z miną pod tytułem „z kim ja się zadaję?" powiedziała Dina. – Więc raczej nic się nie dzieje. Klan tak czy siak ma wspólne treningi. Pod tym względem nic się nie zmienia. Po prostu Adepci, którzy nie zdali, nie są dopuszczani do ćwiczeń na bardziej zaawansowanych Torach Przeszkód. Są też bardzo rzadkie sytuacje, gdy drużyna notorycznie oblewa egzamin przez jedną osobę. Wówczas Opiekunowie Klanów mogą się zgodzić na zmiany w składzie drużyn, by ci, którzy już potrafią, mogli pójść dalej. Ale to są bardzo rzadkie sytuacje!
- To niesprawiedliwe! – Cooper powtórzył swoje wcześniejsze stwierdzenie. – Nie chciałbym ciągle oblewać, tylko dlatego że trafiłem do drużyny z niewłaściwą osobą!
- A ja nie chciałbym być w drużynie z Yarenem – mruknął Anakin.
Niepokoił się, ale nie był to strach związany z samym egzaminem. Owszem, współpraca z innymi wciąż szła mu kiepsko, lecz nie do tego stopnia, by obawiał się zawalenia toru przeszkód. Ale gdyby miał wylądować w jednej drużynie z osobą, której nie lubił… to mogłoby nieźle skomplikować sprawy.
Jeszcze tydzień temu uznałby Taza za partnera nie do zniesienia, ale teraz ze zdumieniem odkrył, że nie miałby nic przeciwko, gdyby musieli ze sobą współpracować. Natomiast Yaren…
Zacisnął zęby. Na samą myśl o wylądowaniu w jednej drużynie z tym dupkiem, miał ochotę coś rozwalić.
- Możesz się nie martwić – westchnęła Dina. – Szanse na to, że ty i Yaren wylądujecie razem w grupie są raczej nikłe.
- Serio? – Anakin nie zdołał powstrzymać westchnienia ulgi. – Dlaczego?
- Mistrzowie raczej unikają umieszczania w jednej drużynie osób o podobnych temperamentach. I umiejętnościach. Zarówno ty jak i Yaren jesteście pewni siebie, lubicie dominować, a na zajęciach macie prawie te same wyniki. Gdybyście wylądowali w jednej drużynie, byłabym bardzo zdziwiona.
- Ja tam nie miałbym nic przeciwko, by być w drużynie z Yarenem – Cooper podrapał się po blond czuprynie. – To palant, ale przynajmniej zrobi wszystko, by zdać.
- Ja nie chciałabym z nim być! – Shanti wzdrygnęła się. – Za nic!
- Ja też nie. – Chao-Zi nerwowo bawił się jedną z macek. – Wyobraźcie sobie sytuację, w której jesteście z nim w drużynie i oblewacie! Gdyby coś takiego mi się przytrafiło, Yaren na pewno zwaliłby wszystko na mnie! Rozpowiedziałby wszystkim, że jestem słabeuszem i wytykaliby mnie palcami. Nie wiem, jak wy, ale zamierzam poświęcić najbliższe tygodnie na trening.
- Grunt to nie dać się zwariować. – Dina poklepała podenerwowanego kolegę po ramieniu. – Egzamin nie jest aż tak trudny. Jeżeli będziemy trzymać się ustalonego planu, nie popełnimy błędów.
- Nie ma czegoś takiego jak „egzamin bez błędów" – z boku rozległ się damski głos.
Zdumieni Adepci jednocześnie przekręcili głowy. Obok ich stolika przechodziła kobieta w czarnej sukni. Była Mirialanką – Anakin rozpoznał to po czarnym nakryciu głowy, zielonej skórze, zdobiących podbródek tatuażach w kształcie rombów… a także po zestawie ze stołówki, który nie był tak obrzydliwy jak pozostałe.
- Na egzaminie, podobnie jak na misji, nic nie idzie zgodnie z planem – z powagą oznajmiła nieznajoma. – Nie jesteście oceniani na podstawie tego, ile błędów popełnicie… ale na podstawie tego, na ile sprawnie jesteście w stanie wyjść z kłopotów, gdy popełnicie błąd. A nie ulega wątpliwości, że go popełnicie. Więcej niż raz. Możecie być tego pewni.
Nie czekając na odpowiedź, odeszła. Anakin miał wrażenie, że gdzieś już ją widział, choć nie mógł sobie przypomnieć, gdzie. Naszła go dziwaczna myśl, że dokładnie tak wyobrażał sobie Dinę za kilkanaście lat.
- To Mistrzyni Unduli! – podekscytowanym szeptem wyrzuciła z siebie Shanti.
- Nie wiedziałam, że już wróciła z Ryloth – powiedziała Bethany, wychylając się na krześle, by popatrzeć na kobietę. – Słyszałam, że jest bardzo dobra we współpracy, więc Rada nie ma problemów, by znaleźć jej partnera na misję. Mówią, że „Mistrzyni Unduli umie dogadać się z absolutnie każdym".
- To pewnie dlatego, że strasznie się mądrzy – wymamrotał Taz, kątem oka zerkając na Dinę. – I nikt nie ma odwagi jej się sprzeciwić.
Nieoficjalna liderka Klanu wpatrywała się w Mirialankę jak w swojego guru.
- Szkoda, że już odeszła – westchnęła z żalem.
- Powinniśmy zawołać ją i poprosić, by dała nam więcej wskazówek! – zaproponował Cooper.
Anakin wreszcie przypomniał sobie, gdzie widział tę kobietę i CZYJĄ była przyjaciółką. Zanim Adepci Klanu Nexu zdążyli wprowadzić w życie plan poproszenia Mistrzyni o radę, po stołówce rozniósł się głos Vosa:
- ŁUUMINARŁA!
Nieokrzesany Mistrz Jedi zawołał imię przyjaciółka energicznie machając ręką i mając w ustach spory kawał pączka.
- Nie wołaj jej, gdy jesz – pouczył kumpla Obi-Wan. – Chcesz dać jej jeszcze jeden powód, by udawała, że nas nie zna?
Luminara Unduli przez chwilę wpatrywała się w parę mężczyzn ze zniesmaczoną miną, ale ostatecznie uśmiechnęła się i podeszła do ich stolika.
- Nie każcie mi tego żałować – mruknęła.
Wówczas wydarzyło się coś, co z punktu widzenia Anakina było prawdziwą sensacją. Obi-Wan, który NIGDY nie inicjował kontaktu fizycznego, jeśli absolutnie nie musiał, wstał, by objąć przyjaciółkę. W jednej dłoni kobieta trzymała tackę, więc był to raczej szybki pół-uścisk, a nie przytulas pełną gębą, ale… ALE i tak była to szokująca scena!
Zaraz po Kenobim przyszła kolej na Vosa…
- Moje plecy są tam, gdzie zawsze! – Luminara zmierzyła uśmiechniętego mężczyznę groźnym spojrzeniem i wycelowała w niego palec wskazujący. – Tylko spróbuj nie trafić!
- Czuję się urażony! – Dzikus wydał dramatyczne westchnienie, lecz grzecznie poklepał kobietę sporo powyżej tyłka. – Znamy się już tyle lat i kompletny brak zaufania!
Aayla przewróciła oczami.
- Ty akurat jesteś jedną z osób, do których z każdym rokiem ma się mniejsze zaufanie – mruknęła. – A przynajmniej w kwestii przytulania. Miło cię widzieć, Mistrzyni Luminaro!
Mirialanka zajęła miejsce obok Obi-Wana.
- Widzę, że oprócz Aayli, która rośnie jak na drożdżach, niewiele się tutaj zmieniło. – Kątem oka zerknęła na mentora dziewczyny. – Quinlan wciąż ma pięć lat.
- A ty nadal masz pięćdziesiąt! – chórkiem odparowali mężczyźni.
I zaraz po tym wybuchli śmiechem. Wyglądając na lekko naburmuszoną, Luminara skrzyżowała ramiona.
- Moglibyście sobie darować. Ten żart przestał być śmieszny dziesięć lat temu!
- Ale to nie jest ten sam dowcip – Vos zaczepnie mrugnął. – Udoskonaliliśmy go!
- Myśleliśmy, że jesteś czujna i bardziej zwracasz uwagę na szczegóły – dodał Obi-Wan, szczerząc zęby. – Dziesięć lat temu żartowaliśmy, że masz trzydziestkę.
Znowu się zaśmiali. Luminara trzepnęła Kenobiego w ramię.
- Łudziłam się, że chociaż TY wydoroślałeś!
Głos miała pełen pretensji, ale w jej oczach nie było urazy. Wpatrywała się w rudego mężczyznę, jak siostra w dawno niewidzianego brata. Choć starała się tego nie pokazać, było jasne, że w jakimś stopniu tęskniła za docinkami towarzyszy.
- A tak na poważnie, broda dodaje ci kilka lat – ponownie zwróciła się do Obi-Wana, lecz tym razem o wiele łagodniej. – Ledwo cię poznałam i… Och! – ze smutkiem spuściła wzrok. – Słyszałam, co się wydarzyło. Przykro mi z powodu…
- Stop! – Vos stanowczo wszedł kobiecie w słowo. – Wybacz, Luminaro, ale termin ważności kondolencji upłynął wczoraj.
- Mówi tak, bo sam zapomniał je złożyć – wtrąciła Aayla. – Musiałam mu przypomnieć.
- O niczym nie zapomniałem, tylko grałem na zwłokę, by wymyślić odpowiednią strategię pocieszenia kumpla. Poważnie, Luminara, daj biedakowi spokój! Każde kolejne kondolencje to dla niego jak wbijanie kijka w dupę…
- PRZYPOMINAM CI, ŻE JEMY! – warknęła Twi'lekanka.
Luminara spojrzała na Obi-Wana, w milczeniu pytając go, czy zgadza się ze stwierdzeniem przyjaciela.
- On ma rację - westchnął Kenobi. – Choć ja nazwałbym to wbijaniem igły w serce, a nie… kijka w wiadome miejsce.
- Gdybyś kiedykolwiek zmienił zdanie…
Mirialanka położyła mężczyźnie dłoń na przedramieniu, lecz Anakin nie usłyszał reszty wypowiedzi. Ktoś pstryknął mu palcami przed nosem.
- C-co? – zdezorientowany, zerknął na osoby przy swoim stoliku.
Wyglądało na to, że Adepci Klanu Nexu zapomnieli o Luminarze o wiele szybciej od niego. I już od jakiegoś czasu dyskutowali na zupełnie nowy temat.
- Pytaliśmy cię o coś. – Bethany popatrzyła na niego z wyrzutem. – Czemu nie słuchasz?
Zaczerwienił się.
- Ja… tego… Chciałem skupić się na przeżuciu owsianki. Wyobrażałem sobie, że smakuje lepiej niż w rzeczywistości.
Nie chciał, by koledzy pomyśleli, że nudził się w ich towarzystwie.
- To… eee… o co pytaliście?
- Mówiliśmy o wypracowaniu na zajęcia w bibliotece – powiedziała Dina. – Tym o korupcji. Napisałeś je?
- No jasne! – skłamał.
Miał to zrobić wczoraj, ale tak się przejął tym, co usłyszał o swoim „przywiązaniu", że zupełnie wyleciało mu to z głowy.
- Pamiętaj, że pojutrze mamy kolejną lekcję w Senacie! – upomniała go nieoficjalna liderka Klanu. – To bardzo ważne, byśmy wyrobili się z tymi pracami na czas.
Cóż, Anakin nie martwił się dotrzymywaniem terminów. Powód był prosty – nie pisał wypracowań samodzielnie. Polityka niemiłosiernie go nudziła, a wielogodzinne ślęczenie nad datapadem wydawało się marnotrawieniem cennego czasu. Po co męczyć się z wypracowaniem, gdy zamiast tego można pomachać bokkenem? Albo popracować nad mieczem świetlnym Obi-Wana?
Gdy setny raz porównano jego niechlujne wypociny do solidnych prac kolegów, Skywalker postanowił, że miarka się przebrała. Buchnął zepsutego droida analitycznego ze schowka Mistrzyni Jocasty, naprawił go, a potem przeprogramował, by ten pisał wypracowania za niego. Dla pewności, wydał mu polecenie robienia błędów ortograficznych co drugie zdanie i zakazał poprawnego stawiania przecinków, żeby nikt się nie zorientował. Tym sposobem wcisnął już nauczycielom aż cztery wypracowania! Szkoda, że nie mógł się nikomu pochwalić tym wyczynem… Gdyby pozostali Adepci wiedzieli, zapewne rozszarpaliby go na strzępy!
Choć powiedział sobie, że od teraz skupi całą uwagę na kolegach, ciągle przyłapywał się na uciekaniu wzrokiem w kierunku stolika Obi-Wana. Dina i pozostali wciąż chcieli gadać o przeklętych wypracowaniach! Kenobi i jego przyjaciele dyskutowali na zdecydowanie ciekawsze tematy.
- Jak było na Ryloth, Mistrzyni Luminaro? – Aayla zagadała do Mirialanki. – Czy straty w ludziach były… duże?
- Nie obawiaj się, twoi rodacy nie ucierpieli – Luminara posłała dziewczynie kojący uśmiech. – Niewiele osób się zatruło, a ci, którzy wypili skażoną wodę, powoli dochodzą do siebie. Mimo to jestem trochę zirytowana. Śledztwo nie powinno trwać tyle czasu. Znalazłabym nielegalną fabrykę broni szybciej, gdyby radni Syndulla i Taa przestali skakać sobie nawzajem do gardeł.
- Są politycznymi rywalami, prawda? – spytał Obi-Wan znad szklanki. – Zaczynam dostrzegać pewien schemat w twoim życiu, Luminaro – zaśmiał się pod nosem. – Gdzie byś nie poszła, jesteś rozsądną kobietą pomiędzy dwoma wkurzającymi bałwanami.
- Już bym chyba wolała ciebie i Quinlana – Krzywiąc się, Mirialanka rozmasowała skronie. - Przez cały mój pobyt na Ryloth, tamci dwaj sprzeczali się ze sobą jak małe dzieci. Na Moc, czy politycy ze wszystkiego muszą robić akcje propagandowe? Nawet kiedy było już po wszystkim, kłócili się, który z nich bardziej mi pomógł.
- Słyszałam o nich – Aayla wzdrygnęła się. – Pewnie chcieli przypisać sobie całą zasługę?
- Już widzę te nagłówki w holowiadomościach na Ryloth – Kenobi kpiąco się uśmiechnął. – „Cham Syndulla w bohaterski sposób niszczy nielegalną fabrykę, która zatruła większość źródeł na planecie. Jedi Luminara Unduli TROCHĘ mu pomogła". A w sąsiedni miasteczku to samo, tyle że o Ornie Fee Taa.
- Wybaczcie, ale czy my nie mamy ciekawszych tematów? – zajęczał Vos. – Kompletnie nie umiem rozmawiać o polityce na trzeźwo!
- Ty nie umiesz rozmawiać na trzeźwo na jakikolwiek inteligentny temat! – prychnęła Aayla.
- Umiałem rozmawiać na podobne tematu bez alkoholu, gdy byłem Adepciątkiem – odparował, wzruszając ramionami. - Mój mózg wciąż się po tym nie pozbierał! Ostatnio miałem nocny koszmar, w którym Mistrzyni Jocasta pytała mnie, ile trwa kadencja Kanclerza.
Tym stwierdzeniem sprawił, że pozostałe osoby przy stoliku wytrzeszczyły na niego oczy.
- Poważnie? – wykrztusił Kenobi.
- Nie wiesz tego? – Luminara uniosła brew. Wyglądała na zbulwersowaną.
- A po co mam to wiedzieć? – Vos ponownie wzruszył ramionami. – Przecież i tak nie mam żadnego wpływu na to, ile ci kolesie siedzą na stanowiskach. W przypadku obecnego, to nawet NIE chcę wiedzieć, ile będzie urzędował. Po co mam sobie psuć humor? Gdy nie będę tego wiedział, jego kadencja szybciej mi zleci.
Tym razem tylko Mistrzyni Unduli i Aayla okazały zdziwienie. Obi-Wan ponuro wpatrywał się we wnętrze kubka, jakby w pełni zgadzał się z opinią kumpla.
Anakin miał mieszane uczucia. Dopiero co gratulował Vosowi lekceważenia polityki i przyznawał mu punkty za zajebistość, ale teraz poczuł się rozczarowany. Jaki ten koleś mógł mieć problem z tak miłym człowiekiem jak Palpatine? Ugh! I jeszcze śmiał zarazić swoimi dziwnymi poglądami Obi-Wana…
- Zawsze miałeś do Kanclerzy dość neutralne podejście – uważnie przypatrując się kompanowi, stwierdziła Luminara. – Dziwię się, że nie lubisz Palpatine'a. Czym ci podpadł?
- Niczym. – Vos wyszczerzył zęby. – Po prostu nie ufam ludziom, którzy widzą mnie po raz pierwszy i nie zatykają nosa.
- To się chyba fachowo nazywa „uprzejmość". – Aayla uniosła brew.
- Nie. To się fachowo nazywa „podejrzane zachowanie". Udowodnić ci? Gdybym, na przykład, pokazał wam moją niewygoloną pachę…
Uniósł umięśnione ramię, na co Aayla, Obi-Wan, Luminara i kilka osób z pobliskich stolików krzyknęło „NIE chcemy tego oglądać"!
- ON! – Vos pokazał jedynego Jedi w promieniu pięciu metrów, który nie zareagował na jego gest oburzeniem. – On się nie wzdrygnął! No dalej, Padawaniątko! Pokaż, co masz w kieszeni!
Zawstydzony brunet z padawańskim warkoczykiem niechętnie wyciągnął zawiniętego w folię pączka.
- Widzicie? – triumfalnie zawołał Quinlan. – Kolesie, którzy mają coś do ukrycia, przymkną oko nawet na największą ohydę! A wy się dziwicie, że jestem podejrzliwy wobec osób, których nie obrzydzam!
Luminara i Aayla aż otworzyły usta ze zdumienia. Miały miny, jakby nie mogły się zdecydować, czy ogłosić Vosa geniuszem, czy też oświadczyć mu, że „po prostu miał farta".
- Zupełnie pomijając kwestię niewygolonych pach Quinlana – wtrącił Obi-Wan – ja też nie jestem przekonany do nowego Kanclerza.
- Dopiero zaczął kadencję – zauważyła Mirialanka. – Trochę za wcześnie, by go nie lubić.
- Jak na ciebie, dość szybko go oceniłeś – marszcząc brwi, zgodziła się Aayla. - Z tego, co słyszałam, rozmawiałeś z nim ledwie kilka razy?
- Tak, i wszystkie informacje, które zdążyły paść w tych naszych „kilku rozmowach" dziwnym trafem fruwają po Świątyni. – Kenobi nieznacznie się wzdrygnął. – Ludzie zadają mi pytania, których nie spodziewałem się usłyszeć wcześniej niż za pół roku. Wiedzą o sprawach, od których mogliby się dowiedzieć albo od Rady, albo od Kanclerza. Od nikogo więcej.
A ty z góry założyłeś, że Ważniacy niczego nie wypaplali! – pomyślał lekko zirytowany Anakin.
Pomimo wczorajszej rozmowy, nadal nie potrafił się zmusić, by polubić Radę Jedi. Zupełnie nie rozumiał, jak jego Mistrz mógł obdarzać tę bandę sztywniaków tak wielkim zaufaniem.
- Nie masz żadnej pewności, że to Kanclerz przyczynił się do rozpowszechnienia informacji – powiedziała Luminara. – Gadułą równie dobrze mógł być któryś z jego doradców.
Właśnie! – Skywalker w duchu zgodził się z Mistrzynią.
- Rzeczywiście mogło tak być – wzdychając, przyznał Kenobi. – Mimo to… sam nie wiem. Ciężko mi przekonać się do Kanclerza.
- No cóż, to jednak polityk. Nigdy za nimi nie przepadałeś. Właściwie, to którymi plotkami tak bardzo się martwisz? Chodzi o coś, co wydarzyło się na Naboo?
Anakin był niezmiernie ciekawy odpowiedzi swojego Mistrza, ale nie dane mu było jej usłyszeć. Vos wybrał akurat ten moment, by trącić swoje trzy grosze:
- To kolejny temat, o którym nie mam ochoty gadać na trzeźwo. A zwłaszcza w stołówce pełnej dzieciaków, które i tak wiedzą więcej, niż trzeba! Może wyjdziemy wieczorem na miasto? Dawno nie piliśmy we trójkę.
- Wybaczcie, ale ja spasuję. – Obi-Wan przepraszająco uniósł rękę. – Ładowanie w siebie niebotycznych ilości alkoholu dwa wieczory z rzędu to dla mnie odrobinę za dużo.
- Wczoraj piliście? – zdziwiła się Luminara. – W ogóle tego po was nie widać.
- To dlatego, że mamy niezawodny sposób na kaca – z szatańskim uśmieszkiem oznajmił Quinlan. – Dziesięć minut męczarni, a następnego dnia jestem rześki jak skowronek!
- Dobrze, że już skończyłem moją zupę. – Kenobi z zadowoleniem spojrzał na pustą miskę. – Gdybyś o tym wspomniał, kiedy ją jadłem, nie darowałbym ci!
- Eee… przypominam, że ja nadal jem – wskazując talerz pełen warzyw, chłodno oznajmiła Luminara.
Aayla w rekordowym tempie wepchnęła sobie do ust resztę ryżu i połknęła wszystko ze jednym zamachem. Samo obserwowanie tej sceny sprawiło, że Anakina rozbolało gardło. Naszła go dziwna myśl, że może on też powinien jak najszybciej zjeść swoją porcję. Albo chociaż przestać przysłuchiwać się dyskusji przy stoliku swojego Mistrza? Kto wie, co ekscentryczny śmierdziel miał zamiar powiedzieć?
Cokolwiek to było, Obi-Wan ewidentnie nie mógł się doczekać reakcji Luminary. Wpatrywał się w przyjaciółkę, wiercąc się na ławce jak podekscytowany dzieciak.
- Cała tajemnica polega na tym, by jak najszybciej pozbyć się alkoholu z organizmu – mówił Vos. – Potrzebujesz do tego czterech rzeczy: sztangi, Mocy, toalety i chalactańskiej papryczki. Zaczynasz od…
Ku rozczarowaniu Anakina, resztę instrukcji została przekazana szeptem. Po zniesmaczonych minach Luminary i Aayli można było wywnioskować, że chodziło o coś o wiele bardziej nieprzyjemnego niż wciąganie papryczki nosem…
A swoją drogą, to podejrzane, że Vos wymienił ten sam składnik, który Taz i Cooper wykorzystali w swoich wygłupach. Czy patent „leczenia bólu głowy" za pomocą chalactańskich papryczek rzeczywiście został wymyślony przez kolegów Anakina?
- Jesteście niedojrzali i obrzydliwi! – gniewnie odsuwając od siebie talerz, fuknęła Luminara. – Nie wiem, czemu wciąż się z wami zadaję!
Użyła dokładnie tych samych słów, jakie Dina rzuciła przed śniadaniem do Taza i Coopera. Skywalker dyskretnie rzucił okiem na kolegów. Jak na ironię, dwaj małoletni amatorzy papryczki akurat dostawali ochrzan od nieoficjalnej liderki Klanu za bawienie się jedzeniem. Zachowywali się zupełnie jak… oł.
A więc PO TO spędza się czas z rówieśnikami… - pomyślał Anakin, ponownie kierując wzrok na Obi-Wana, Quinlana i Luminarę. – Oto Taz, Cooper i Dina za kilkanaście lat!
Jako pojedyncze jednostki, ci troje nie byli aż tak podobni do Kenobiego i jego przyjaciół, ale jako grupa wydawali się mieć niemal identyczną relację. Tę, która została wcześniej opatrzona nazwą:
„Rozsądna kobieta między dwoma wkurzającymi gamoniami".
Skywalker zaczął się nad tym zastanawiać i uświadomił sobie, że nie pierwszy raz dostrzega u dorosłych Jedi te same schematy, co u swoich rówieśników.
Pomyślał o Shanti i Chao-Zi, siedzących naprzeciwko siebie w bibliotece, cieszących się ciszą, co jakiś czas szepczących sobie różne rzeczy z uśmiechami na twarzach. W niemal taki sam sposób zachowywali się Plo Koon i Kit Fisto, gdy omawiali wspólną misję.
Potem Anakin pomyślał o Bethany i Dinie, które tak strasznie się od siebie różniły, ale miewały momenty, gdy bardzo lubiły swoje towarzystwo. Czasem nieco oddalały się od reszty Klanu i wspólnie medytowały nad rozwiązaniem jakiegoś problemu. Zupełnie jak Adi Gallia i Depa Billaba.
Na sam koniec, chłopiec z Tatooine pomyślał o… sobie. Brodził łyżką w owsiance, zastanawiając się, jak będzie wyglądała jego przyszłość w Zakonie. Nie chciał już zawsze być odmieńcem, którego kojarzono z robieniem afer na lekcjach. Wcześniej zazdrościł innym Jedi długiej znajomości z Obi-Wanem… teraz z kolei zazdrościł swojemu Obi-Wanowi głębokiej więzi z członkami Zakonu. Co mógł zrobić, by na dobre stać się częścią grupy?
Kilkoro Adeptów z innych Klanów właśnie skończyło jeść i kierowało się w stronę w wyjścia. Był wśród nich Yaren. Skywalkerowi przypomniały się wczorajsze słowa Twi'leka:
„Będziecie mieli okazję pokazać, że nie jesteście takimi łajzami, jak o was mówią."
Anakin zacisnął zęby. Kiedy przyjdzie pora egzaminu, pokaże wszystkim, na co go stać.
- Och, a kogóż to ja widzę? – z okolic stolika Obi-Wana dobiegł znajomy głos. – Dobrze, że wreszcie wróciliście do Świątyni. Bez was było tu trochę… hm… nudno.
To Kit Fisto właśnie zatrzymał się obok grupy Kenobiego. Jak zwykle niósł tacę wyładowaną morskimi pysznościami.
- Usiądź z nami, Mistrzu Kit! – Twarz Aayli pojaśniała radością. – Pomożesz nam zawyżyć średnią dojrzałości emocjonalnej.
- A kto ją niby obniża? – udając urażony ton, dramatycznie westchnął Vos.
Nautolanin wziął ławkę z pustego stolika i skorzystał z zaproszenia Twi'lekanki.
- Nie było was tutaj całe wieki – skomentował, racząc towarzystwo swoim typowym, życzliwym uśmiechem. – Obi-Wana w ogóle bym nie poznał, gdyby nie obecność Quinlana i Luminary. – Na moment kompletnie spoważniał i zwrócił się do Kenobiego ostrożnym tonem. – Aayla wspominała, że masz dosyć kondolencji, więc nie jestem pewien, czy powinienem coś mówić.
- Możesz mówić, co chcesz, byle nie o zmarłych – Mistrz Anakina uniósł szklankę, jakby wznosił toast. – Wczoraj usłyszałem aż zbyt wiele słów pocieszenia. Pogadajmy o żywych, którzy są nam bliscy!
- Racja! – Kit również chwycił swój napitek. – Wypijmy za ciebie, Luminarę i Quinlana! I za wasz szczęśliwy powrót z wyczerpujących misji! Miło widzieć dawny Klan Sarlacca znowu razem… Zdrowie i niech Moc będzie z nami!
Piątka Jedi stuknęła się kubkami, lecz nie wszyscy zrobili to z entuzjazmem. Luminara wpatrywała się w pustą szklankę z ponurą miną.
- Powiedziałeś „znowu razem", jednak nasz Klan wcale nie jest w komplecie – stwierdziła, z troską marszcząc czoło. – Brakuje Aresa. Była zdziwiona, że jeszcze nie wrócił ze swojej misji. Nie wiecie, co się z nim dzieje?
- Jakiś czas temu przestał kontaktować się ze Świątynią – Obi-Wan odparł ponuro. – Od ostatniej holo-transmisji minął tydzień.
- Tak długo? To zupełnie nie w jego stylu.
- Prawda? – westchnął Vos.
Nagle stał się bardzo poważny. Miał tak samo skupioną minę, jak wczoraj, gdy wypytywał Mistrzynię Tiplee o swojego przyjaciela.
- Niby poleciał do układu z ograniczoną komunikacją, ale ja i Obi-Wan tego nie kupujemy.
- Pogadaliśmy wczoraj z paroma osobami – powiedział Kenobi. – Wypytaliśmy wszystkich, którym Ares zdawał raporty. Dowiedzieliśmy się, że… Luminaro, co ci się stało w rękę?
Anakin udał, że strzepuje okruszki ze spodni, lecz w rzeczywistości przechylił się na bok, by lepiej widzieć. Spod czarnego rękawa Mirialanki wystawało coś białego. Kobieta podwinęła materiał, by zaprezentować bandaż.
- Uzdrowiciel uparł się, by mi to założyć – wyznała z lekką irytacją. – Wracając na Coruscant, miałam na statku drobną awarię. Nie zamierzałam wam tego mówić, bo Quinlan pewnie pęknie ze śmiechu, ale… musiałam ugasić pożar ręką. TAK, jestem Jedi i zrobiłam coś takiego! Mówcie, co chcecie, ale to była jedyna rozsądna rzecz, jaką mogłam zrobić w tamtym momencie.
A jednak przewidywania Luminary nie sprawdziły się, bo Quinlan wcale nie wybuchł śmiechem.
- No, no… - zacmokał, lecz nie zrobił tego w typowy dla siebie, kpiący sposób. O ile to możliwe, zaczął wyglądać jeszcze poważniej.
- A więc ty też – mruknął Obi-Wan.
- Co „ja też"? - Mirialanka wodziła zaniepokojonym wzrokiem od jednego kolegi do drugiego. – Wy również musieliście gasić pożar ręką?
- Nie, ale mieliśmy problemy podczas powrotu do Świątyni. – Vos skrzyżował ramiona. – Dziwny zbieg okoliczności, nie?
Anakin słuchał tego wszystkiego z najwyższą uwagą. Zresztą, nie on jeden. Jego koledzy i koleżanki z Klanu przestali dyskutować o swoich sprawach i nadstawili uszu.
- Atak na Jedi to nic dziwnego – gładząc się po jednej z macek, zauważył Kit. – Każdy z nas ma wrogów. Ale ponieważ wszyscy jesteście z jednego Klanu, sprawa wygląda podejrzanie.
- Myślicie, że to… groźba? – Palce Mistrzyni Unduli mocniej zacisnęły się na kubku.
Ku zdumieniu Skywalkera, Obi-Wan odpowiedział praktycznie bez wahania.
- Nie, Luminaro, to z pewnością nie jest groźba.
Urwał na chwilę, splótł dłonie na blacie i z kpiącym uśmiechem dokończył:
- To zaproszenie.
Anakin przełknął ślinę. Napięcie przy stoliku jego Mistrza było wręcz wyczuwalne w powietrzu. Mógł je wyłapać nawet z tak dużej odległości.
- Zaproszenie? – zdziwiła się Aayla. – Co znaczy „zaproszenie"?
- To ładniejszy zamiennik słowa „prowokacja" – lekko odchylając się na krześle, wyjaśnił Vos. – Przekładając na język Padawaniątek, chodzi o odwalanie głupich numerów osobom z twojego najbliższego otoczenia, które ma cię zachęcić do zrobienia czegoś głupiego.
- Czego oczywiście żadne z nas nie zrobi, bo nie jesteśmy już uczniami i wszyscy przeszliśmy Próby – podkreśliła Luminara ociekającym dojrzałością tonem. – Prawda? – Wymownie spojrzała Quinlanowi w oczy.
- Ech, ale z ciebie upierdliwa kobieta… - Przewrócił na nią oczami. – Jeszcze nie wiesz, kogo podejrzewamy, a już nas pouczasz!
- Co? To wy już kogoś podejrzewacie? Ledwie dzień po tym, gdy was zaatakowano?! Dureń, który pozwolił wam ściąć padawańskie warkoczyki, zapomniał was nauczyć, że nie powinniście zbyt szybko wyciągać wniosków!
- Uwielbiam, gdy ktoś niechcący nazywa Mistrza Yodę „durniem" – z rozmarzonym uśmiechem stwierdził Kit Fisto. – To zawsze jest takie słodkie.
Aayla zachichotała, a Luminara spłonęła rumieńcem. Jednak Obi-Wan i jego kumpel nie skorzystali z okazji, by ponabijać się z przyjaciółki.
- Biorąc pod uwagę fakt, że zaatakowano nas zaraz po incydencie na Naboo, kandydat nasuwa się sam – ponurym tonem stwierdził Kenobi.
- A biorąc pod uwagę, kto uciął mu łapę, raczej chodzi mu o ciebie, nie o mnie – z żalem zgodził się Vos. – No naprawdę, powinienem czuć się urażony!
- Nie przejmuj się, na pewno o tobie nie zapomniał…
Im więcej informacji o tajemniczym dręczycielu, tym bardziej Anakin był zaintrygowany.
„Ucięta łapa"?
„Zaraz po incydencie na Naboo…"?!
O co tu, u licha, chodzi?
Skywalker wciąż wiedział zbyt mało, by dojść do jakichkolwiek wniosków. Ale wyglądało na to, że Aayla coś zrozumiała.
- Zaraz, zaraz… - Nagle wytrzeszczyła oczy. – Ale chyba nie chodzi wam o Sabre'a?!
- Ciszej, kwiatuszku! – Vos lekko trzepnął uczennicę po uchu. – Chcesz, by Adpeciątka wpadły w popłoch i pouciekały ze stołówki?
Anakin miał ochotę ukatrupić tego kolesia! Ku frustracji Klanu Nexu, wszystkie osoby ze stolika Kenobiego wzięły sobie do serca radę dzikusa i od tej chwili zaczęły mówić szeptem.
Akurat teraz! – myślał poirytowany Skywalker. – Jedyna rzecz warta podsłuchania, a oni postanawiają zachować to dla siebie!
Po minach kolegów poznał, że byli nie mniej rozczarowani od niego. Cooper zaczął przesuwać się na krześle, by lepiej słyszeć, jednak Dina złapała go za rękaw i pociągnęła go na poprzednie miejsce, sycząc, że „jak już zamierza naruszać czyjąś prywatność, to niech nie robi tego w tak ostentacyjny sposób".
Temat wydawał się wzbudzać w małych Jedi wiele emocji, więc Anakin postanowił wreszcie wyjść z pytaniem, którego nie zdołał zadać poprzedniego dnia.
- Powiedzcie… kim właściwie jest Sabre?
