Niewiarygodne.

Po prostu, do licha, niewiarygodne, że on, Anakin Skywalker zrobił dokładnie to, czego oczekiwał po nim przebrzydły kumpel Obi-Wana! Jak mógł zapomnieć o tamtej przeklętej rozmowie… jak mógł nie pomyśleć… ugh!

Hm… to ile czasu Vos dawał Anakinowi, gdy przewidywał nadchodzącą bójkę? Miesiąc? Tydzień? No cóż, prawie trafił w dziesiątkę, bo Anakin wyrobił się w niecałą, CHOLERA, godzinę! Szlag!

Noo, to się Obi-Wan zdziwi, gdy dowie się, co zaszło! Ale będzie miał niespodziankę, gdy przekona się, że chłopiec, którego dopiero co bronił, postanowił obić gębę innemu Adeptowi. Zapewne spojrzy na Skywalkera z takim samym rozczarowaniem co Mistrzyni Billaba… Och, i jak nic odwoła swoje wcześniejsze stwierdzenie, że w Świątyni Jedi „nie ma kar" i oddeleguje Anakina do jakiegoś obrzydliwego zadania.

Zakładając, oczywiście, że będzie miał okazję. Sytuacja była tak poważna, że Skywalker mógł równie dobrze wylecieć z Zakonu na zbity pisk, zanim jego Mistrz o czymkolwiek się dowie.

A co, jeśli rzeczywiście pokażą mu drzwi? Jak on to wytłumaczy mamie? Już nigdy nie zdoła przejść ulicami Mos Espa, nie słysząc zewsząd złośliwych chichotów.

Niepewnie zerknął w stronę Mistrzyni Billaby. Ona, Zeno i Rajal właśnie relacjonowali zdarzenie Mistrzowi Yodzie. Mówili tak cicho, że Anakin ich nie słyszał, ale i tak trząsł się ze strachu. Już sam fakt, że zaprowadzono go do kwatery Głowy Zakonu, a nie do Opiekunki Klanu, zapowiadał bardzo poważne kłopoty!

Zresztą, Skywalker nie był jedynym przerażonym, bo Yaren, Taz i Dina trzęśli się nie mniej od niego. Nie ulegało wątpliwości, że żadne z nich nie znalazło się nigdy w takiej sytuacji. W końcu, w przeciwieństwie do Anakina byli grzecznymi dziećmi, od małego wychowanymi w Świątyni, cieszącymi się nienaganną reputacją! Pewnie nawet w snach nie spodziewali się, że przyjdzie dzień, gdy zostaną posadzeni na kanapie w gabinecie samego Yody i będą czekać na karę za udział w bójce.

Anakin spojrzał na Taza i Dinę, w milczeniu podsumował zgromadzone przez obydwojga siniaki, i zdecydował, że nie odczuwa w związku z tym ani odrobiny żalu. Mają za swoje, głupki jedne!

Wciąż był na nich tak niemiłosiernie wściekły…

Na nich i na siebie.

Ale nie za walnięcie Yarena, o nie! Wściekał się na swoją decyzję, by zaproponować Tazowi i Dinie wspólny trening. Gdyby nie poszedł z tą parą dwulicowych gnojków do sali, nie natknąłby się na Yarena i nie zostałby zmuszony do spuszczenia mu zasłużonego łomotu. Bo właśnie tym było obicie Twi'lekowi gęby – ZASŁUŻONYM łomotem! To nie tak, że Anakin miał jakiś wybór… to nie tak, że stanął przed dylematem i mógł sięgnąć po jedno z wielu rozwiązań. Bronienie honoru Qui-Gona było jego OBOWIĄZKIEM! Zwyczajnie nie było takiej możliwości, by Anakin usłyszał o Jinnie wszystkie te okropności i tak po prostu odpuścił kanalii, która je rozpowiadała.

Cóż… Może gdyby Taz i Dina jednak go poparli…

Ale go, kurde, NIE POPARLI, bo to zdradzieckie szuje i to wszystko ich wina! Ich, i oczywiście tego przebrzydłego padalca, Yarena. Aaach, no i oczywiście Quinlana Vosa, no bo ZAWSZE, gdy Anakina spotykało coś złego, ten śmierdziel miał w tym swój udział. Jak nic swoją paplaniną o bójce przyniósł Skywalkerowi pecha! Kto wie? Może nawet uknuł misterny plan, by doprowadzić do całego zajścia i pokazać „swojemu najlepszemu ziomkowi, Obi-Wanowi", że jednak miał rację? Nie należało tego pochopnie wykluczyć, o nie!

Czując, że jego wyrzuty sumienia zaczynają coraz bardziej maleć, Anakin powoli wypuścił powietrze.

Ta, jeśli rzeczywiście wyleci z Zakonu, przynajmniej nie będzie miał wątpliwości, kogo winić: Vosa, Yarena, Taza, Dinę i tylko troszeczkę siebie. Dokładnie w takiej kolejności! Przynajmniej będzie wiedział, czyje nazwiska poda łowcy nagród, jeśli kiedykolwiek będzie go stać, by jakiegoś wynająć. Chociaż nie, chyba jednak lepiej będzie samemu wszystkich dopaść… to da mu większą satysfakcję!

Yarenowi i dzieciakom ze swojego Klanu już w sumie wystarczająco dowalił, więc zostawał mu Vos. Ugh… gdyby tylko się tutaj pokazał…!

Dokładnie w tym momencie skrzypnęły drzwi i Anakin gwałtownie wciągnął powietrze. Po namyśle, chyba jednak NIE chciałby teraz oglądać Vosa! Tego mu tylko brakowało – by ten Śmierdziel zjawił się tutaj i zaczął odstawiać jakiś porąbany taniec radości na widok Mistrza Yody i pozostałych, podśpiewując pod nosem „miałem rację, miałem rację!"

Ale nie. Na szczęście do pomieszczenia weszło dwóch Jedi i żaden z nich nie był porąbanym kumplem Kenobiego. Była natomiast osoba, na widok której Anakin zadrżał i skulił się w sobie. Mistrzyni Kentarra zachowała się dokładnie tak, jak przewidział, ale to wcale nie oznaczało, że mniej przeżył jej reakcję. Splotła dłonie na wysokości ud, uchwyciła wzrokiem Anakina, a potem zamknęła oczy i ze zmarszczonym czołem pokręciła głową.

Towarzyszył jej sędziwy Jedi, którego Skywalker widział jak dotąd tylko z widzenia – Opiekun Klanu Yarena, Tera Sinube. Wyglądał jak osobliwa krzyżówka lwa i jaszczurki – spod szat wystawał mu długi ogon z białym włosiem, a na gadziej, pokrytej zmarszczkami twarzy tkwił dobrotliwy wyraz. Pomagając sobie laską, pokuśtykał w stronę Yarena.

- No… ja tam się wcale nie dziwię, że brałeś w tym udział, gagatku!

Pieszczotliwie pociągnął Twi'leka za policzek, na co tamten posłał mu pełne wyrzutu spojrzenie i zajęczał: „Mistrzu, no weź, to boli!"

Zdaniem Anakina, ten cały Sinube był dziwnym staruszkiem. Zachowywał się tak, jakby sprawa bójki w ogóle go nie obeszła i była po prostu rutynowym incydentem, który co jakiś czas wydarzał się w Świątyni. Razem z Kentarrą podszedł do Yody i Billaby, zaś Rajal i Zeno zostali oddelegowani do pokoi.

Czwórka Mistrzów jeszcze przez chwilę dyskutowała o sprawie, nie podnosząc głosów ponad szepty. Aż wreszcie odwrócili się do dzieci. Mistrz Yoda wystąpił przed szereg.

- Które z was bójkę rozpoczęło? – zapytał łagodnie.

Anakin zacisnął palce na materiale spodni.

- Ja, Mistrzu.

Wymigiwanie się od odpowiedzialności nie miało sensu. Yoda pewnie już znał szczegóły zajścia i po prostu chciał sprawdzić, czy winowajca się przyzna. Zresztą… nawet gdyby naoczni świadkowie niczego mu nie powiedzieli, stan siedzących na kanapie dzieci mówił sam za siebie. Nagle Skywalker zdał sobie sprawę, jak przyzwoicie wygląda w porównaniu do pozostałej trójki i poczuł ukłucie wstydu. Gdyby nie wata w nosie i drobny siniak na policzku, można by wysnuć wniosek, że wcale nie brał udziału w żadnej bójce. Natomiast pozostali… Nie, chyba jednak wolał na nich nie patrzeć.

Zielony Mistrz oparł dłonie o laskę.

- Kogo ze zgromadzonych tutaj uderzyłeś, Anakinie?

- Wszystkich.

- Wszystkich, hm?

- Jednych mniej, innych bardziej – odwracając wzrok, wymamrotał Skywalker.

Był pewien, że zaraz zaczną się pytania o szczegóły i zdziwił się, widząc, że Yoda zwraca się do Twi'leka.

- A ty, młody Yarenie? – wciąż przemawiał tym samym, niewiarygodnie cierpliwym tonem. – Kogo uderzyłeś?

- Adepta Skywalkera – odparł wyraźnie zawstydzony chłopiec.

- Po tym, jak on uderzył ciebie, tak?

- Tak.

- Hm… A powiedz: kiedy uderzyłeś jego, to w samoobronie to zrobiłeś? Czy w odwecie?

Anakin zaryzykował szybki rzut oka na Yarena. Spodziewał się zawodowego grania ofiary. Płaczliwych tłumaczeń, jak to przeciwnik rzucił się do ataku, tak zupełnie nagle i bez powodu, a wszelka agresja zwrotna była jedynie formą obrony. Tak rozegrałby to każdy w miarę ogarnięty dzieciak na Tatooine.

O dziwo jednak, Yaren zwiesił głowę i z miną, jakby właśnie dostał zero punktów na arcyważnym sprawdzianie, wymamrotał:

- W odwecie.

Yoda po prostu przytaknął i stanął przed Diną.

- Ciebie pierwszy raz w podobnej sytuacji widzę.

Powiedział to żartobliwym tonem, najpewniej po to, by dodać dziewczynie otuchy, ale uzyskał wprost przeciwny efekt. Dina zerknęła na stojącą z tyłu Mistrzynię Kentarrę i z cichutkim jękiem skuliła się w sobie.

- Kogo uderzyłaś? – Przywódca Zakonu kontynuował wywiad.

- Anakina.

- W samoobronie uderzyłaś go, czy w odwecie?

- Ja… - Dina rozmasowała ramię. - W odwecie. – wykrztusiła te słowa z wyraźnym trudem. – U-uderzył mnie, gdy go przytrzymywałam i wściekłam się i…

Yoda uciszył ją uniesieniem dłoni, po czym ustawił się przed ostatnim z dzieci.

- Młody Taz. A ty kogo uderzyłeś?

- Anakina.

- W samoobronie czy w odwecie?

- W odwecie.

Zielony Mistrz skinął głową. Wyglądało na to, że nic więcej go już nie interesowało.

Anakin poczuł się lekko zbity z tropu. W jego wyobraźni ta scena rozegrała się zupełnie inaczej - było znacznie więcej wrzasków, gróźb i obietnic strasznej kary, zupełnie jak za starych „dobrych" czasów, gdy pracował w sklepie Watto.

Dlaczego Mistrz Yoda rozmasowywał teraz podbródek, wyglądając, jakby intensywnie nad czymś rozmyślał. Nad czym tu myśleć? A w ogóle, to co miał znaczyć ten dziwaczny zestaw pytań? I dlaczego Yaren i pozostali wyglądali na tak strasznie załamanych? Wpatrywali się w podłogę z takimi minami, jakby co najmniej kogoś zamordowali! A przecież nawet nie zaczęli tej bójki… wielkie rzeczy, po prostu udało im się kilka razy „poklepać" Anakina po twarzy. W porównaniu do tego, co on zrobił IM, niespecjalnie się wykazali. Czemu fakt, że walnęli go „w odwecie" był aż taką tragedią?

Yoda wreszcie skończył rozmyślać.

- Bójka, drodzy Adepci, rzadko kiedy winą jednej osoby jest. I tak jest również w tym przypadku.

Serce Anakina wypełniło się nadzieją. Zielony Mistrz mówił dalej:

- Jedna osoba bójkę zaczęła, ale pozostali również bez winy nie są. Kiedy pięści w ruch poszły, to nie w celach obronnych, lecz z bardzo złych pobudek… Każdego z was to się tyczy! Każdy z was szansę miał – więcej niż jedną! – by bójkę zakończyć, ale zdobyć się na to nie potrafił. Złym emocjom daliście się wciągnąć, Adepci Jedi… Wszyscy co do jednego! Wyraźnie czuję… I wy również uświadomić sobie musicie, że nie dzisiejszego dnia ta bójka się rozpoczęła. O nie! Ona trwała już od jakiegoś czasu. I poniekąd końca nadal nie doczekała. Ostateczne zakończenie jej… i zrozumienie, jak się rozpoczęła, częścią waszego treningu Jedi od dzisiaj stanie się.

Z tej filozoficznej tyrady Skywalker zrozumiał tylko dwie rzeczy – bójka nie była wyłącznie jego winą i NIE zostanie wyrzucony z Zakonu. Uff, co za ulga!

Trójka pozostałych dzieci nie podzielała jego radości. Wciąż wyglądali jak skazańcy, wyczekujący w celi śmierci na wykonanie wyroku.

- No już, już, rozchmurzcie się! – Yoda zaczepnie trzepnął Dinę w ramię. - Sam fakt, że się pobiliście, niezbyt mnie niepokoi. Nie ma w tym pomieszczeniu osoby, która przynajmniej raz koledze czy koleżance z Klanu w nos by nie przywaliła.

Adepci Jedi, jak jeden mąż, poderwali głowy do góry i wytrzeszczyli oczy na Mistrzów. Anakin aż uchylił usta ze zdumienia.

Niemożliwe… po prostu niemożliwe!

Skakał wzrokiem od jednego dorosłego do drugiego, powtarzając sobie, że przecież MUSI być jakiś wyjątek… Mała Kentarra, niziuteńki Sinube, a do tego drobny, pyzaty Yoda?! to niemożliwe, by oni wszyscy…!

Spróbował to sobie wyobrazić.

Nie wyszło.

Zaczął nawet brać pod uwagę możliwość, że Yoda zwyczajnie się zgrywał, ale kiedy zobaczył reakcje pozostałych Mistrzów, musiał pogodzić się ze świadomością, że to wcale nie był żart.

Wyraźnie zmieszana Mistrzyni Kentarra rozmasowała kark, Mistrz Sinube lekko się zarumienił, Mistrzyni Billaba spojrzała w drugą stronę i zaczęła wymownie gwizdać, a Mistrz Yoda… cóż… Mistrz Yoda był ubawiony, jak nigdy.

- Tak, tak, moi mili! – zwrócił się do Adeptów. - Mistrzami w waszych oczach jesteśmy, ale nie zawsze tak było. Kiedyś korytarzami tej Świątyni kroczyliśmy jako dzieci, i wagę dziecięcych problemów rozumiemy. Nie pierwszy… i zapewne nie ostatni raz ktoś tutaj bokkeny w kolegę cisnął.

To się nazywa dar do rozluźniania atmosfery! Yaren, Taz i Dina nareszcie przestali być sztywni jak droidy bojowe. Anakin usłyszał, że zaczęli lekko się wiercić, rozprostowując napięte do granic możliwości kończyny.

Sam Yoda jeszcze przez chwilę chichotał, ale potem spoważniał, pokiwał głową i westchnął:

- Tak więc, jak rzekłem… W bójce samej dużego problemu nie widzę. Ale powód bójki waszej… ech… zaiste poważny jest.

Machnął ręką, nakazując Adeptom, by wstali.

- Jak problem rozwiązać, razem z Mistrzami zastanowię się. Na razie ręce sobie na zgodę podajcie, a tych, których uderzyliście – przeproście!

Wstając z kanapy, Yaren, Taz i Dino cicho zastękali. Anakin natomiast skrzywił się z niesmakiem, i to wcale nie dlatego że podobnie jak pozostali usłyszał protest obolałych mięśni. Perspektywa ściskania dłoni i przepraszania tych trzech padalców wydawała mu się obrzydliwa!

Dasz rację! – powtarzał sobie. – Masz szczęście, że nie wywalili cię z Zakonu! W porównaniu do tego, czego się obawiałeś, takie coś to nic!

Zachęcanie się podobnymi słowami w jakimś stopniu pomogło. A przynajmniej wtedy, gdy stawał przed Tazem i Diną - jakoś udało mu się przełknąć rosnącą odrazę i podał każdemu z nich dłoń, mamrocząc pod nosem wymuszone „przepraszam". Ale kiedy przyszła pora na Yarena…

- Przepraszam – nieśmiało oznajmił Twi'lek.

Skywalker spojrzał na wyciągniętą rękę i poczuł, że nie jest w stanie jej uścisnąć. Mięśnie odmówiły mu posłuszeństwa, zupełnie jakby zostały sparaliżowane przez niewidzialną siłę. Jakaś część Anakina chciała złapać tę nieszczęsną zieloną dłoń i mieć to za sobą, ale inna część… bardziej zawzięta i mroczna… powtarzała, że to nie w porządku.

To krótkie nieszczere „przepraszam" wydawało się tak nędzną rekompensatą za wszystko, co zostało powiedziane na temat Qui-Gona! Zresztą, Yaren wcale nie sprecyzował, za co dokładnie przeprasza. Tak naprawdę nikt nie kazał mu przeprosić za znieważenie Mistrza Jinna. Po prostu przepraszał za uderzenie kolegi, tak jak mu kazał Yoda. To takie niesprawiedliwe!

- Anakin!

Ponaglające syknięcie Mistrzyni Kentarry przywołało Skywalkera do rzeczywistości. Zrozumiawszy, że nie zdoła opuścić pomieszczenia bez zrobienia tego, o co go poproszono, Anakin uścisnął Yarenowi rękę, burknął ciche „przepraszam" i błyskawicznie cofnął dłoń, jakby go parzyła.

Yoda głęboko westchnął.

- Na razie to wystarczyć nam musi. Usiądźcie!

Adepci opadli na kanapę, wydając cichy odgłos ulgi. Biorąc pod uwagę obrażenia po bójce, siedzenie było o wiele przyjemniejsze od stania! Anakin wyczuł, że pozostali odczuwają też ulgę w związku z przeprosinami i uściskami dłoni, ale sam ani trochę tego nie podzielał.

Gniewnie skrzyżował ramiona. Sekundę później uchwycił wzrok Mistrzyni Kentarry, która zmierzyła go zatroskanym spojrzeniem, zamknęła oczy i pokręciła głową. Zrobiło mu się przez to trochę wstyd. Ale tylko trochę. Wciąż żałował, że nie złamał Yarenowi przynajmniej jednej nogi!

- Odpocznijcie, a my, co zrobić z tą sprawą, wspólnie omówimy – powiedział Yoda. – Jeszcze tylko… O! Doskonałe wyczucie masz ty!

Skrzypnęły drzwi i nastąpił moment, którego Anakin obawiał się najbardziej – do pomieszczenia wszedł jego Mistrz, Obi-Wan Kenobi.

- Chciałeś mnie widzieć, Mi… Strzu?

Dostrzegłszy stan swojego Padawana i pozostałych dzieci, zastygł z szeroko otwartymi ustami. Sparaliżowało go, zupełnie jak podczas pamiętnego incydentu z Windu w hangarze! Z tą różnicą, że wtedy jego stan był ciut niepokojący, a teraz wyglądał po prostu komicznie i gdyby okoliczności były inne, Anakin żałowałby, że nie ma przy sobie holohamery.

- Tak, tak, dobrze, że jesteś! – Zielony Mistrz odwrócił się do Obi-Wana. – Do omówienia trudnej sytuacji cię potrzebujemy.

Kenobi w dalszym ciągu ani drgnął. Wciąż wyglądał na postać z zapauzowanego holofilmu, którą uchwycono akurat w momencie, gdy wytrzeszczyła oczy i otworzyła usta. Anakin niczego tak nie pragnął, jak podbiec do Mistrza i powiedzieć mu, że to tylko dziwny sen, albo Prima Aprilis, „haha, ale się nabrałeś, no naprawdę, Mistrzu, ty na serio myślisz, że byłbym tak durny, by wdawać się w bójkę niecałą godzinę po tym, gdy głupi Vos obiecał ci, że kogoś pobiję?"

Wielka szkoda, że nie mógł tak powiedzieć.

Nagle Yoda wyciągnął rękę i użył Mocy, by przyciągnąć coś, czego Anakin nie był w stanie dostrzec.

- Nieuważny robisz się! – zwrócił Kenobiemu uwagę. – Mało brakowało, a mucha by ci do gardła wleciała!

Zastanowił się chwilę, wzruszył ramionami i przy akompaniamencie zadowolonego
„mniam" wpakował sobie owada do ust. Kentarra i Billaba skrzywiły się z niesmakiem, a Sinube wymamrotał z wyrzutem: „Mogłeś się podzielić, sknero!"

Anakin był zbyt zestresowany stanem Obi-Wana, by się roześmiać.

Kenobi wciąż tkwił w tej samej pozycji. Dopiero gdy Depa uszczypnęła go w ramię, otrząsnął się z otępienia.

- Tak, tak… przepraszam! – lekko potrząsnął głową. – Zatem… eee… dowiem się, co tu się stało?

- Długa to opowieść… - westchnął Yoda.

Na lewo od Anakina rozległ się nagle wystraszony jęk. Zaciekawiony, Skywalker obrócił głowę i uświadomił sobie, że zielona skóra Yarena stała się o co najmniej trzy odcienie bledsza, a sam Twi'lek trząsł się ze strachu i wyglądał, jakby miał zaraz zwymiotować. O co mu, kurde, chodzi? Czym on się tak ma…

Ach.

I wtedy do Anakina dotarło.

Przecież Yaren obraził Qui-Gona, który był Mistrzem Obi-Wana! Obi-Wana, który chciał wiedzieć, o co chodzi. A to oznacza, że jeśli Yoda poprosi dzieciaki o streszczenie minionych zdarzeń, to Yaren będzie musiał się przyznać do znieważenia Mistrza Obi-Wana PRZY Obi-Wanie, a to… aach, cóż to byłby za rozkoszny widok!

Anakin nie potrafił zapanować nad rosnącym podnieceniem. To było tak, jakby wpaść do dziury z bancim łajnem i niespodziewanie znaleźć na dnie skrzynkę kredytek.

Och, tak, proszę, niech Yaren zostanie poproszony o wyjaśnienie! – błagał w myślach. – Niech publicznie przyzna, za co obiłem mu ten durny zielony ryj!

W sumie, nawet jeśli zrobi to Mistrz Yoda albo ktokolwiek inny, też będzie dobrze. Najważniejsze, by ten dwuogonowy palant musiał patrzeć, jak Obi-Wan dowiaduje się, co zaszło. Właśnie tak! Powinien zobaczyć wyraz twarzy Obi-Wana i ze strachu narobić w portki. Należało mu się jak nic!

Aczkolwiek wszystko wskazywało na to, że Yoda nie zamierzał publicznie niczego wyjaśniać.

- Przejdźmy do drugiego pokoju. – Skinął na pozostałych Mistrzów i podpierając się na lasce, podreptał w stronę drzwi. – Dość już wrażeń dzieci miały. Niech odetchną trochę. A w między czasie, my na osobności naradę odbędziemy…

Wszyscy dorośli ruszyli w ślad za przywódcą Zakonu.

Wszyscy poza Obi-Wanem, który energicznym krokiem podszedł do Anakina.

- Nie ruszaj się – mruknął.

Nie mając bladego pojęcia, co jego Mistrz zamierza zrobić, Skywalker odruchowo jęknął i wbił plecy w oparcie kanapy. Usztywnione dłonie Kenobiego bez ostrzeżenia chwyciły jego nos i mocno skręciły.

- AŁA!

Mimo bólu, Anakin poczuł, że dużo łatwiej mu się oddycha. Obi-Wan sięgnął do sakwy, wyjął zimny kompres i ostrożnie ułożył go między oczami protegowanego.

- Powinieneś poprosić uzdrowicielkę, by ci go nastawiła – mruknął. – Przy tych wszystkich siniakach, nic dziwnego, że coś pominęła.

I nie mówiąc nic więcej poszedł dołączyć do pozostałych Mistrzów.

Kompres zaczął zsuwać się niżej, więc dłonie Anakina szybciutko go przytrzymały. Skywalker poczuł na sobie wzrok innych dzieci i przekręcił głowę, by ukryć rumieniec.

Rumieniec oraz pełen ulgi uśmiech.

Pakunek był lodowaty, a nos pulsował od bólu, jednak Anakin czuł się zaskakująco komfortowo. Serce wypełniło mu przyjemne ciepło.

To miłe, że chociaż był oczywistym winowajcą, Obi-Wan nie zawahał się, by nastawić mu nos. I by okazać mu troskę! A w ogóle to… wcale nie wyglądał, jakby był jakoś szczególnie zły. Może Anakin niepotrzebnie martwił się jego reakcją?

Im dłużej nad tym rozmyślał, tym większego nabierał przekonania.

Ach, ale z niego głuptas! To oczywiste, że nie powinien drżeć ze strachu o reakcję swojego Mistrza. Przecież Obi-Wan go zna! Jasne, może w pierwszym odruchu zareagował trochę… ekstremalnie… ten jego wytrzeszcz oczu i otwarte usta i mucha zjedzona przez Yodę… to wszystko było mocne, ale jak już pierwszy szok minął, Obi-Wan wcale nie wyglądał na wściekłego. Wie, że jego Padawan nie jest jakimś niezrównoważonym bandytą, bez powodu wszczynającym burdy. Na pewno nie będzie robił Anakinowi jakichś wielkich problemów. A jak jeszcze usłyszy, od czego to się wszystko ZACZĘŁO…

Tak, Obi-Wan na pewno zrozumie, że Anakin musiał dać Yarenowi po gębie! Co tam, że Śmierdziel mówił to i tamto, a po tym wszystkim będzie się nabijał z najlepszego kumpla przez długie tygodnie. Ty przecież chodziło o Qui-Gona!

A skoro chodziło o Qui-Gona, to Obi-Wana będzie musiał wziąć stronę Anakina. Po prostu nie było innej opcji!

A jak już wszystko sobie ładnie wyjaśnią, Skywalker ładnie przeprosi za to, że unikał Mistrza przez ostatnie tygodnie, umówią się na wspólny trening i zakończą ten porąbany dzień radosnym happy endem!

Anakin nie miał wątpliwości, że właśnie tak będzie. Wiercił się na kanapie, z niecierpliwością wyczekując, aż Mistrzowie naradzą się co do kary, strategii wychowawczej, czy o czym oni tam dyskutowali. Miał wrażenie, że trwa to całą wieczność!

Aż wreszcie drzwi do drugiego pokoju otworzyły się. Mistrzyni Kentarra skinęła na Taza i Dinę, a Mistrz Sinube na Yarena. Trzej mali Jedi powlekli się za Opiekunami Klanów z opuszczonymi nisko głowami. Anakin czekał, kiedy i on zostanie zawołany przez Mistrza, ale ku jego zdziwieniu Obi-Wan stał w miejscu.

Yoda poklepał Kenobiego po przedramieniu, rzucił coś „długim spacerze i medytacji", po czym opuścił własne kwatery, zamykając za sobą drzwi. To miłe, że pozwolił im porozmawiać tutaj. Ciekawe, czy Obi-Wan go o to poprosił? Może nie chciał zabierać Anakina do własnego mieszkania, a jednocześnie nie miał ochoty gnieździć się w kanciapie na bokkeny?

Skywalker przypomniał sobie poprzednią „poważną rozmowę" i głośno przełknął ślinę. Teraz, gdy już zostali sami, poczuł gwałtowny spadek pewności siebie. Nawet jeśli Mistrz stanie po jego stronie, bez solidnego ochrzanu raczej się nie obejdzie!

Obi-Wan wziął jedną z okrągłych puf, przestawił ją, tak że stała naprzeciwko kanapy, usiadł, splótł palce dłoni i wbił w Anakina wyczekujący wzrok.

- Więc? – zapytał, unosząc brew.

Starając się wyglądać możliwie najpokorniej, Skywalker bąknął:

- Przepraszam.

Jego Mistrz nic na to nie odpowiedział. Chyba spodziewał się jakiegoś ciągu dalszego. Ale jakiego?

Anakin wrócił pamięcią do Tatooine… do momentów, gdy coś przeskrobał, a mama była na niego strasznie zła. Co wtedy mówił?

„Przepraszam. Rozumiem, że to, co zrobiłem, było niewłaściwe, bla bla bla. Więcej już się tak nie zachowam, bla bla bla."

Tak. Te słowa brzmiały właściwie. Jednak chłopiec postanowił na razie ich nie wypowiadać. Najpierw chciał wyjaśnić pewną istotną kwestię…

- Uderzyłem kolegę – zaczął tłumaczyć. - Wiem, że nie powinienem, ale po prostu nie mogłem się powstrzymać! On powiedział, że…

- Nie interesuje mnie, co powiedział – bezbarwnym tonem Obi-Wan wszedł mu w słowo.

Anakin zamrugał.

- Ale…

- Powiedziałem: NIE interesuje mnie to! – głos Kenobiego stał się odrobinę bardziej stanowczy.

- Kiedy ja…

- „Zostałem sprowokowany". To próbujesz powiedzieć? Sądzisz, że sam do tego nie doszedłem? Wiem, że nie jesteś rozwydrzonym małym bandytą, który dla zabawy rzuca się na innych chłopców. Nie trzeba być geniuszem, by domyślić się, że… jak mu tam było? A, Yaren. Nie trzeba geniusza, by domyślić się, że Yaren powiedział ci coś paskudnego. Ale to nie ma znaczenia.

- Nie ma znaczenia?!

Anakin wytrzeszczył oczy, jakby nagle zdzielono go czymś ciężkim w głowie. Ta rozmowa przebiegała zupełnie inaczej, niż się spodziewał. Co to miało znaczyć?

"Sądzisz, że sam do tego nie doszedłem?"

„Nie doszedłem."

Zaraz, zaraz… czyli Mistrz Yoda i pozostali nie powiedzieli Obi-Wanowi, za co Anakin walnął Yarena? Dlaczego mu nie powiedzieli?!

I, co ważniejsze… skoro Obi-Wan NIE wiedział – a tylko się domyślał, jak sam przed chwilą wyznał – to dlaczego nie chciał usłyszeć wyjaśnień Anakina?!

Kiedy Skywalker pobił Greedo po wyścigu Bunta, Qui-Gon najpierw zapytał go o powód, a dopiero potem zaczął go strofować. Shmi zawsze chciała wiedzieć, dlaczego jej syn zachowywał się tak, a nie inaczej. Mało tego… nawet w galaktycznym sądzie – o czym Anakin dowiedział się podczas ostatniej lekcji w Senacie – najpierw wypytywano winowajcę o POWÓD, a dopiero potem wydawano wyrok!

Jak to możliwe, że Wysoki Sąd dawał każdemu obywatelowi prawo do wytłumaczenia się, a Obi-Wan nie chciał dać własnemu Padawanowi podobnej możliwości?

Kenobi najwyraźniej wychwycił tę myśl.

- Szkolisz się na Jedi, Anakinie, więc nie obowiązują cię te same zasady, co zwykłego obywatela – wyjaśnił zmęczonym głosem. – Kiedy już będziesz gotowy, by wyjść poza teren Świątyni, przekonasz się, że w Galaktyce jest całe mnóstwo osób, które zechcą wyprowadzić cię z równowagi. Że twoja mama jest szmatą i dziwką, a ty sam jesteś słabym, pochodzącym z prowincji zerem… to typowe przykłady obelg, którymi obrzucą cię napotkane na misji szumowiny. Będą ci mówić różne paskudne rzeczy… Nie dlatego że naprawdę tak myślą, ale po to, by cię sprowokować. By zmusić cię do popełnienia błędu, który najprawdopodobniej skończy się tragicznie dla ciebie i twoich towarzyszy, o zawalonej misji już nie wspominając. Właśnie dlatego tak ważne jest, byś nauczył się panowania nad emocjami i patrzenia na sytuację w trzeźwy sposób. Rzucając się na kogoś z pięściami możesz go przestraszyć i… okazjonalnie nakłonić do przeprosin, ale na pewno nie zmusić go do zmiany zdania.

Coś podobnego powiedział Anakinowi Qui-Gon. On też przekonywał, że „pobicie kogoś nie nakłoni go do zmiany opinii".

ALE Qui-Gon powiedział to, wysłuchawszy wcześniej Anakina. Obi-Wan powiedział, że wyjaśnienia go nie interesują, więc zamiast uspokoić się – tak jak miało to miejsce po upomnieniu Mistrza Jinna – Skywalker poczuł, że wzbiera w nim gniew.

Niezrażony rozzłoszczoną miną ucznia, Kenobi mówił dalej:

- To pierwsza sprawa, Padawanie. I niestety jest jeszcze druga, znacznie poważniejsza. Sam fakt, że kogoś uderzyłeś, jeszcze nie jest dla mnie aż tak niepokojący… W końcu Jedi są tylko ludźmi i nawet najlepszym z nas zdarzają się utraty kontroli. Skłamałbym, gdybym powiedział, że ja sam zawsze idealnie nad sobą panowałem i nigdy nie zdarzyło mi się złamać komuś nosa. Ale co innego uderzyć kolegę, który ukradł ci pączka, a co innego rzucać się na kogoś bez opamiętania. Mistrzyni Billaba opowiedziała mi o złości, z jaką okładałeś Yarena… To nie była zwykła dziecięca sprzeczka, Anakin. Ponoć biłeś tamtego chłopca w taki sposób, jakby był twoim śmiertelnym wrogiem… jakbyś już nigdy nie zamierzał się z nim pogodzić.

Bo NIE zamierzam! – Anakin wściekle szarpnął głową w bok.

Wiedział, że im bardziej da się ponieść emocjom, tym większe prawdopodobieństwo, że Mistrz odczyta jego myśli, ale na tym etapie miał to kompletnie w poważaniu. Obi-Wan sam jest sobie winny, bo nie dał mu się wytłumaczyć! A proszę bardzo, niech sobie włazi do głowy Anakina! Niech dowie się o jego niezadowoleniu!

A wstrętny Yaren niech się wypcha. Anakin nie miałby nic przeciwko, by pobić go po raz drugi.

- I właśnie TO jest sedno problemu – ciągnął Kenobi, dla podkreślenia wagi tych słów kładąc protegowanemu dłoń na ramieniu. - Cokolwiek dzieje się między tobą i innymi Adeptami, nie możesz zapominać o tym, że to twoi sojusznicy. Tak jak ty, należą do Zakonu i dążą dokładnie do tego samego co ty: by pewnego dnia nieść pomoc wszystkim istotom w potrzebie. Możesz się z nimi nie zgadzać, możesz się z nimi kłócić, okazjonalnie nawet możesz się z nimi poszarpać, ale nie wolno ci traktować ich jak wrogów! Rozumiesz, Anakinie?

- Rozumiem, że zrobiłem źle, ale wciąż uważam, że to niesprawiedliwe! – Skywalker wyzywająco spojrzał mentorowi w oczy. - Dlaczego nie pozwalasz mi wyjaśnić?! – krzyknął rozpaczliwie. - Zrozumiałbyś, dlaczego go walnąłem, gdybyś wiedział, co powiedział!

- Nic nie usprawiedliwia faktu, że zaatakowałeś swojego brata.

- Kiedy on…

Do Anakina dotarł pełen sens słów Obi-Wana.

- Brata? – wykrztusił z niedowierzaniem.

Może jego Mistrz po prostu się przejęzyczył? Albo była to ta cała… zaraz, jakiego słowa Dina użyła na ostatniej lekcji w bibliotece? Aha, metafora.

Najwyraźniej jednak nie. Obi-Wan patrzył Padawanowi w oczy i był poważny, jak nigdy.

- Tak, brata – potwierdził, ponuro się uśmiechając. - Wszyscy Jedi są dla siebie rodziną. Ty i Yaren jesteście w tym samym wieku, a to czyni was braćmi.

Anakin poczuł, że coś zimnego spada mu na kolana - lodowaty kompres, który przez cały ten czas trzymał na nosie, a teraz z wrażenia upuścił. Od emocji zakręciło mu się w głowie. I nie chodziło nawet o to, że Yaren - ten zapluty parszywiec, Yaren! – został nazwany jego bratem. Bratem!

Nie to było w tym wszystkim najgorsze.

Kiedy Anakin podsłuchał wcześniej rozmowę swojego Mistrza i Vosa, ucieszył się, że Obi-Wan nazwał ich „rodziną". Wywnioskował, że stał się dla Kenobiego kimś wyjątkowym. Że jakimś cudem – pomimo tych wszystkich wybryków i pyskatego usposobienia – zdobył szczególne miejsce w sercu tego dziwnego, trudnego do rozszyfrowania rudego mężczyzny.

Teraz jednak pojął, że od początku był w błędzie.

Mówiąc „rodzina", Obi-Wan nie miał na myśli czegoś niezwykłego, co łączyło tylko jego i Anakina, lecz WSZYSTKICH CHOLERNYCH JEDI!

Och, a więc to nie tak, że Skywalker był dla niego szczególnie ważny? Tak naprawdę Anakin liczył się dla Obi-Wana, bo WSZYSCY Jedi się dla niego liczyli? I tyle?

A niech idzie do diabła! Niech zjeżdża z całą tą swoją udawaną troskę, niech zabiera od Anakina głupie zimne kompresy, niech się wypcha durnym mieczem świetlnym, który Anakin z taką pieczołowitością dla niego naprawiał, i w ogóle niech sobie idzie i nigdy nie wraca!

Och, i najważniejsze, niech nie próbuje więcej nazywać przebrzydłego Yarena bratem Anakina. Niech tylko, kurka, spróbuje!

Skywalker gniewnie strącił dłoń Mistrza ze swojego ramienia. W odpowiedzi Obi-Wan zmarszczył brwi. Wyglądał na zatroskanego.

- Cóż… - Wziął głęboki oddech. – Jeśli chodzi o Yarena… Może na razie nie jest to dla ciebie tak oczywiste, jak dla pozostałych, bo mieszkasz w Świątyni od niedawna, ale z czasem przekonasz się, że…

- On NIE jest moim bratem! – Anakin wysyczał przez zęby.

- Wiem, że teraz jesteś na niego wściekły, ale gdy trochę ochłoniesz, zobaczysz że…

- Nie JEST moim bratem i nigdy nim nie będzie! Nie mam ochoty kumplować się z kolesiem, który gadał takie okropne rzeczy!

- Nikt nie każe ci się z nim kumplować. Choć na twoim miejscu nie przekreślałbym z góry możliwości, że kiedyś go polubisz.

- Założysz się?

- Cóż, nawet gdybyście mieli zawsze patrzeć na siebie bykiem, musicie się pogodzić z faktem, że łączy was szczególna więź. Więź, która łączy wszystkich Jedi, czyni z nich rodzinę. W każdej rodzinie zdarzają spięcia, ale to nie sprawia, że…

- PRZESTAŃ powtarzać, że on jest moją rodziną! – Anakin zerwał się na nogi i wydarł się na cały gabinet: - Jedyną rodziną, jaką mam, jest moja mama!

Gdy tak stał, dysząc jak po przebiegnięciu maratonu i łypiąc z góry na Obi-Wana, uświadomił sobie, jak smutna była twarz jego Mistrza. Wyglądało na to, że ostatnie słowa mocno zraniły Kenobiego.

Z jednej strony Anakinowi zrobiło się a przykro, ale z drugiej czuł mściwą satysfakcję. Wcześniej to Obi-Wan go zranił, odmawiając wysłuchania wyjaśnień i nazywając cały Zakon rodziną. Zasługiwał na to, by zostać zranionym w odwecie!

Po pewnym czasie pamiątki po bójce dały o sobie znać i Skywalker opadł z powrotem na kanapie.

- Anakinie… - ostrożnie zagaił jego Mistrz. - Jeżeli naprawdę pragniesz być Jedi, nie będziesz mógł zobaczyć mamy aż do przejścia Prób.

- Trudno! – prychnął Anakin. - Poczekam.

- Nawet wtedy nie będziesz mógł widywać jej zbyt często. Naraziłbyś ją i siebie na…

- Lepiej czekać dziesięć lat na spotkanie z PRAWDZIWĄ rodziną, niż robić z siebie głupka, udając, że… Wmawiając sobie, że…

Nie chcąc wypowiedzieć na głos tego, co tak strasznie go bolało, Anakin zagryzł dolną wargę. Jego oczy zaczęły robić się niebezpiecznie szkliste. Po chwili zdecydował, że z dwojga złego już chyba lepiej wyrzucić z serca wszystkie żale, niż rozpłakać się przed Mistrzem.

- Jedi nigdy nie będą moją rodziną! – krzyknął.

Zrobił krótką pauzę i wziął kilka uspokajających oddechów. Gdy upewnił się, że jego oczy są zupełnie suche, cichutko dokończył:

- Nikomu tutaj na mnie nie zależy.

- MNIE zależy, Anakinie! – łapiąc go za ramiona, błagalnym tonem wyrzucił z siebie Obi-Wan.

Chłopiec niepewnie podniósł wzrok na Mistrza.

Naprawdę? Naprawdę ci na mnie zależy? I to nie tylko dlatego, że jestem częścią „rodziny Jedi"?

Skoro tak, niech to powie. Niech zajrzy do myśli Anakina i powie Anakinowi to, co Anakin chciał usłyszeć! Dlaczego nie chciał czytać Anakinowi w myślach ten jeden raz, gdy Anakin tego chciał? Ten jeden raz, gdy było to takie ważne.

Widząc, że uczeń nieznacznie się uspokoił, Obi-Wan rozluźnił uścisk.

- Mnie zależy – powtórzył łagodnie. - I wcale nie jestem w tym odosobniony. Uważasz, że cała troską, którą obdarza cię Tora, nic nie znaczy? A Aayla i Kit Fisto? Sądzisz, że nie zasługujemy na to, byś dał nam szansę? Byś przynajmniej pozwolił nam spróbować być twoją rodziną? A co z Mistrzem Qui-Gonem?

Anakin wydał cichutki jęk. To był zdecydowanie chwyt poniżej pasa!

- Znałeś go zaledwie kilka dni – ciągnął Kenobi. - Spójrz mi prosto w oczy i powiedz, że nie chciałeś, by był twoją rodziną.

Skywalker mógł odpowiedzieć na to tylko w jeden sposób.

- N-no dobra! – wyjąkał z policzkami koloru truskawek. - Qui-Gon, Mistrzyni Kentarra, Aayla, Kit i… T-ty… - Obi-Wana wymienił niechętnie, bo wciąż miał do niego żal. – Wy możecie być moją rodziną. Ale Yaren nigdy nie będzie moim bratem! On i te głupki z mojego Klanu mogą się wypchać!

- Z twojego Klanu? Sądziłem, że zacząłeś się z nimi dogadywać? Tak bardzo się upierałeś, by spędzać z nimi czas…

- Bo chciałem, by mnie polubili! A poza tym, próbowałem…

Pokazać im, że Yaren się myli. Udowodnić wszystkim, że nie jestem do ciebie przywiązany!

Może byłoby lepiej, gdyby powiedział to na głos? Gdyby przyznał, dlaczego przez te wszystkie tygodnie unikał ukochanego Mistrza?

Nie, po namyśle, chyba jednak nie miał odwagi. Rozdrażniony, potrząsnął głową.

- Nieważne. Zresztą, niepotrzebnie się starałem, bo te głupki potrafią tylko wymądrzać się i obgadywać innych za plecami. A Taz i Dina to już w ogóle są najgorsi! Słyszeli, co mówił Yaren, a wcale nie stanęli po mojej stronie! Gdy tylko zdam egzaminy, nie zamierzam już nigdy się do nich odzywać!

- Nie powinieneś tak szybko ich przekreślać, Anakinie – westchnął Obi-Wan. - Zobaczysz, że jeszcze się dogadacie…

- Tobie to łatwo mówić! Ty od zawsze kumplowałeś z kolegami i koleżankami z Klanu.

- Od zawsze? – Kenobi wytrzeszczył oczy. - Anakin, ty zupełnie nie masz pojęcia, o czym mówisz!

- Nie kłam! Widziałem was, gdy gadaliście przy stoliku… Świetnie się bawiliście! Ja nigdy nie będę się tak dobrze czuł z moim Klanem.

Ostatnie zdanie wypowiedział z goryczą. Nagle dotarło do niego, że w głębi siebie naprawdę żałuje tego, co zrobił Tazowi i Dinie. Żałował tego, co zaprzepaścił kilkoma nieplanowanymi uderzeniami. Wbrew temu, co powiedział, naprawdę chciał mieć tutaj przyjaciół.

Przez zasłonę żalu przebił się głos Obi-Wana:

- Ja, Luminara i Quinlan świetnie się ze sobą czujemy, bo jesteśmy dorośli! Kiedy będziesz starszy, Anakinie, przekonasz się, jak zmieni się twój sposób postrzegania innych. Zaczniesz widzieć ich takimi, jakimi są w głębi siebie, i ile są w stanie dla ciebie zrobić… A to zmieni absolutnie wszystko! Zresztą, nie mówię tutaj wyłącznie o tobie. Również twoich kolegów i koleżanek zaczną obchodzić zupełnie inne rzeczy. Bardziej niż twoje wybryki i twoje pochodzenie, będzie się dla nich liczyć to, czego wspólnie dokonaliście. I czego jeszcze dokonacie…

- No, Yaren i ja to dopiero mamy niezłe wspólne dokonanie! – burknął Anakin. - Tak się pobiliśmy, że zdemolowaliśmy całą salę!

- Również złe wspomnienia tworzą więź – Kenobi lekko się uśmiechnął. - A jedna kłótnia nie przekreśla szansy na przyjaźń. Sądzisz, że wszystkie moje przyjaźnie miały kolorowe początki? Kiedyś tak wkurzyłem Luminarę, że nie odzywała się do mnie rok! Umiesz to sobie wyobrazić? Przez cały rok udawała, że nie istnieję, a byliśmy w jednym Klanie. Kiedy przechodziła obok mnie, wachlowała się, jakby wyczuła w pobliżu najgorszy odpad. Wtedy, oczywiście, bardzo się na nią gniewałem, ale teraz oboje uważamy to wspomnienie za zabawne.

Anakin sceptycznie uniósł brew. Od niechcenia zastanowił się, czy przyjdzie kiedyś moment, gdy on uzna bójkę z Yarenem za zabawną.

- Nigdy nie mów „nigdy" – z namaszczeniem oznajmił Obi-Wan. – Ja mówiłem wiele razy i teraz muszę wszystko odszczekiwać. Gdy byłem w twoim wieku, sądziłem, że nigdy nie dogadam się z Luminarą. Mistrzowie wiedzieli, że mamy ze sobą na pieńku, więc zaaranżowali egzamin tak, byśmy zdawali go wspólnie… zupełnie tak jak ty i tamci troje! Kiedy musieliśmy ze sobą współpracować, zrozumiałem, że Luminara jest całkiem w porządku i…

- Zaraz, zaraz! – Anakin przerwał nostalgiczną opowieść Mistrza, bo wyłapał w niej bardzo niepokojącą informację. – Co ma znaczyć „jak ja i tamci troje"?

To chyba nie oznacza tego, co MYŚLĘ, że znaczy? Prawda? Powiedz, że nie!

Obi-Wan zdjął dłonie z ramion ucznia. Skywalker w mig rozpoznał jego minę. To była mina kogoś, kto szykuje się do przekazania niezbyt dobrych wieści i zastanawia się, jak się do tego zabrać. Och nie, nie!

- Ja i pozostali Mistrzowie dyskutowaliśmy o tym, co można zrobić, by pomóc wam… eee… ogarnąć sprawy między wami. Ostatecznie postanowiliśmy, że będziecie zdawać najbliższy egzamin jako drużyna. To wam da doskonałą okazję, by…

- Nie! – Anakin wydał głośny jęk protestu. – Nie zgadzam się!

Mistrz spojrzał na niego z powagą.

- Nie spodziewałem się, że będziesz skakał z radości, ale podobny wybuch histerii to gruba przesada. Spójrz na to z tej strony: i tak nie miałeś pojęcia, z kim będziesz zdawał egzamin. Nawet gdybyś nie pobił Yarena, tak czy siak moglibyście trafić do tej samej drużyny. A poza tym, to całe „nie zgadzam się" jest bardzo nie na miejscu. To Mistrzowie decydują, kto będzie z kim w grupie. Adepci nie mają w tej sprawie nic do powiedzenia.

Do Anakina cały ten wykład ledwo dotarł. Chłopiec wciąż wchłaniał nową informację, a im dłużej nad tym rozmyślał, tym większą czuł panikę.

Yaren. Będzie musiał go widywać. Często. Regularnie! Będzie musiał umawiać się z nim na wspólne ćwiczenia i patrzeć na tę jego wstrętną, zieloną gębę podczas pokonywania każdej przeszkody! Kto wie, może nawet przyjdzie mu usłyszeć więcej niepochlebnych opinii na temat Qui-Gona?

A do tego jeszcze Dina. Ona jak nic będzie próbowała się rządzić, a po tym, jak oznajmiła, że „ma dość niańczenia go", nie zamierzał już nigdy wykonywać jej nadętych poleceń. Jak, u licha, ma być głuchy na jej komentarze i zaliczyć ten przeklęty egzamin?

No i Taz. Ten gamoń już wiedział, że Anakin poznał jego sekret… Ciężko przewidzieć, jak będzie się zachowywał, ale na bank będzie baaardzo niezręcznie.

Nie, nie, NIE! To się NIE uda! Za nic!

- Nie dam rady! – Skywalker błagalnie popatrzył Kenobiemu w oczy. – Nie wytrzymam z nimi w jednej drużynie! Mistrzu, ja… ja ich nie cierpię!

- Przykro mi, ale to niewiele zmienia. Zdacie ten egzamin razem. Im szybciej się z tym pogodzisz, tym lepiej.

- Ale dlaczego w ogóle muszę się z tym godzić? – Panika w głosie Anakina stopniowo ustępowała miejsca irytacji. – Dlaczego mam spędzać dodatkowy czas z głupkami, których nie znoszę?! Dina i Taz to jeszcze… ale Yaren?! Ugh! To najgorsza kara z możliwych!

- To nie…

- Jak powiesz, że „to nie jest kara", to chyba coś rozwalę!

- Nie tym tonem. – Obi-Wan pogroził protegowanemu palcem. – I nie będziesz mi się tutaj odgrażał niszczeniem własności Mistrza Yoda! – Wziął głęboki oddech i nieco spokojniej dodał: - Jak już ci kiedyś tłumaczyłem, Anakin, w Zakonie nie robimy nikomu na złość, ale szukamy najlepszego rozwiązania problemu. Znasz takie powiedzenie, że jak banthy nie umieją się dogadać, to trzeba je przywiązać do jednego wozu? Właśnie o to w tym chodzi. Ty i tamte dzieciaki będziecie musieli współpracować i dzięki temu przekonacie się, że…

- Jasne, suuuper, że będziemy musieli współpracować! – prychnął Anakin. – A jak przy okazji się pozabijamy, to co z tego, nie? Kto by się przejmował?

- Bo dowalę ci godzinę medytacji za każde zdanie, w którym jest sarkazm – groźnie ostrzegł Kenobi.

- Przepraszam, ale… - chłopiec błyskawicznie zmienił ton na płaczliwy. – Jak mam się nie przejmować, gdy każą mi zdawać egzamin z takimi sleemo?! Już nawet nie chodzi o to, że ich nie lubię… Jeśli będziemy zdawać w takim składzie, jak nic oblejemy!

- Cóż… w tym przypadku naprawienie waszych relacji jest większym priorytetem niż egzamin – Obi-Wan jedynie wzruszył ramionami. - Zresztą, za którymś razem na pewno zdacie.

- Nie chcę zdać „za którymś razem"! Chcę zdać przy pierwszym podejściu, tak jak ty.

- I właśnie DLATEGO Quinlan nie powinien był ci o tym mówić! – Kenobi gniewnie mlasnął językiem. - Anakin, posłuchaj… To, ile razy ktoś podchodzi do egzaminu nie ma ŻADNEGO znaczenia i w ŻADNYM wypadku nie przekłada się na to, jakim ktoś jest Jedi. Znam wielu świetnych Mistrzów, którzy oblewali egzaminy raz za razem.

- Aha. – Anakin skrzyżował ramiona i uniósł brew. - Jakieś przykłady?

Jego Mistrz otworzył usta i natychmiast je zamknął. Wyraźnie zmieszany, rozmasował kark.

- Gdybyś dał mi chwilę na zastanowienie się…

- Jasne. Daruj sobie!

- Anakin, to naprawdę nie jest takie…

- Mistrzu, zrozum, ja MUSZĘ zdać ten egzamin za pierwszym razem! – Chłopiec spojrzał nauczycielowi w oczy, rozpaczliwie starając się wyjaśnić problem bez robienia z siebie ofiary. - Muszę się wykazać i pokazać wszystkim, że… że nadaję się Jedi. Że zasługuję na to, żeby tu mieszkać.

- Nikomu nie musisz niczego udowadniać.

- Właśnie, że muszę!

- Anakin, proszę… - Obi-Wan rozmasował skroń. Wyglądał na coraz bardziej wyczerpanego. - Po prostu rób swoje i skup się na pozytywach, dobrze? Zobaczysz, że gdy trochę sobie odpuścisz… Gdy przestaniesz dążyć do aprobaty tak za wszelką cenę, twoje relacje z Klanem od razu…

- NIE chcę mieć z durnym Klanem żadnych relacji! Mistrzu, proszę… Czy nie mógłbym zdawać tego egzaminu sam? Nie potrzebuję innych Jedi!

- Nie gadaj głupot, Anakin. Oczywiście, że ich potrzebujesz!

- Niby po co?

Kenobi wbił wzrok w sufit, jakby modlił się o cierpliwość. Szybko jednak ogarnął się i łagodnym tonem zaczął tłumaczyć:

- Pomijając oczywistą przyjemność z posiadania kogoś, z kim możesz miło spędzać czas… Przyjaciele z Klanu wyrastają na nieprawdopodobnie lojalnych sojuszników. Jak myślisz, kto przyjdzie ci z pomocą, gdy utkniesz w więzieniu na planecie Huttów? Albo będziesz dryfował w przestrzeni kosmicznej, nie będąc w stanie naprawić popsutego statku? Albo wpadniesz do gniazda gundarków? Albo znajdziesz się w innej, beznadziejnej sytuacji? Kto, twoim zdaniem, zignoruje polecenia Rady i będzie gnał na złamanie karku przez pół Galaktyki, by ocalić ci skórę? Twój Mistrz albo twój Padawan, to oczywiste… A jak nie oni, to naturalnie twój Klan. Albo inni Jedi, z którymi się zaprzyjaźnisz. Właśnie dlatego tak ważne, by od najmłodszych lata zacząć tworzyć więzi.

No jasne! Że to jeszcze było takie proste…

Nie każdy był tak fajny jak Kit i Ayla.

- Nie muszę przyjaźnić się ze wszystkimi Jedi – wymamrotał Anakin. - Wolałbym zdawać egzamin z kimkolwiek, byle nie tamtymi trzema kretynami. Mistrzu, a nie mógłbyś… No nie wiem… Porozmawiać z pozostałymi Mistrzami i przekonać ich, by zmienili zdanie?

- Nie, Anakin, NIE mógłby porozmawiać z innymi Mistrzami! – Obi-Wan ewidentnie miał dosyć tego tematu. - Ani tym bardziej przekonywać ich do rezygnacji z takiego rozwiązania. Zwłaszcza, że sam je zaproponowałem.

Ostatnie zdanie wypowiedział o wiele ciszej. Jakby wcale nie miał ochoty dzielić się tą informacją, ale wiedział, że nie ma wyjścia.

W sumie nic dziwnego, że nie chciał nic mówić. Zapewne przewidział reakcję ucznia…

- Co?! – Anakin spojrzał na Mistrza jak na zdrajcę. - Że niby… To, że mam zdawać egzamin z Tazem, Diną i Yarenem… T-to… To był TWÓJ pomysł?!

Kenobi nie odpowiedział, ale jego milczenie było bardzo wymowne.

- Po prostu NIE WIERZĘ! – chłopiec pochylił się, przez co praktycznie wydarł się nauczycielowi do ucha. - Jak mogłeś?!

- „Jak mogłem"? – powtórzył zszokowany Obi-Wan. - Anakin… jestem twoim Mistrzem! Staram się podejmować decyzję, mając na uwadze twoje dobro! Troszczę się o ciebie, dlatego chciałem dać ci możliwość, byś pogodził się z…

- Akurat! Wcale się o mnie nie troszczysz! Po prostu Śmierdziel nagadał ci głupoty o tym całym testosteronie i ubzdurałeś sobie, że teraz musisz być dla mnie bardziej surowy i…

- Chwila moment… Podsłuchiwałeś mnie i Quinlana?!

Chłopiec wydał zduszony jęk. Och nie, nie! Do czego on niechcący się przyznał?!

- Wyjaśnijmy sobie coś… - Kenobi przycisnął palce do skroni i spojrzał na protegowanego wzrokiem wyrażającym czyste potępienie. – Całe tygodnie mnie unikasz. Gdy udaje mi się wreszcie cię osaczyć, uparcie odmawiasz pomocy, nie chcesz rozmawiać o swoich problemach, oskarżasz mnie o wyłapywanie twoich niekontrolowanych myśli i zbywasz moje pytania jakimiś pokręconymi odpowiedziami. A potem, zamiast po ludzku zapytać, co na jakiś temat sądzę… zamiast pójść bezpośrednio do mnie i poznać moją opinię z bezpośredniego źródła, podsłuchujesz mnie i mojego przyjaciela? I to, najwyraźniej, podsłuchujesz niezbyt dokładnie, bo gdybyś usłyszał całą rozmowę, wiedziałbyś, dlaczego twoje wnioski są kompletnie durnowate…

- Kiedy ja cię wcale nie podsłuchiwałem! – Anakin usiłował tłumaczyć. – Po prostu… Bo Mistrz Windu i Mistrzyni Billaba wygadywali takie dziwne rzeczy i nie chciałem, by mnie zobaczyli, więc przeczołgałem się do…

- Co?! Ich też podsłuchiwałeś?

- Nie! Ja tylko…

- Anakin, naprawdę, czy ty nie mógłbyś nauczyć się otwarcie rozmawiać z ludźmi? Gromadzisz niezweryfikowane strzępki informacji, dopowiadasz sobie do tego różne poryte teorie, a potem dziwisz się, że są z tego konflikty. Gdybyś szczerze powiedział, co myślisz…

I wtedy Skywalker po prostu pękł. Stres, który gromadził się w nim od początku rozmowy, zmaterializował się w postaci wybuchu złości.

- Kiedy otwarcie mówiłem, co myślę, wszyscy się mnie czepiali! – krzyknął Anakin, zrywając się na nogi i gniewnie patrząc Mistrzowi w oczy. – A jak zacząłem się pilnować, by nikomu nie sprawiać przykrości, było jeszcze gorzej! Nic już nie rozumiem! To niesprawiedliwe! Wcale mnie nie słuchasz i wcale nie próbujesz mnie zrozumieć! Gadasz o tym tak, jakbym dla zabawy biegał po Świątyni i podsłuchiwał ludzi, a ja tylko chciałem z tobą pogadać, ale jak zobaczyłem, że jesteś z Vosem, chciałem poczekać, ale potem przylazł Windu i schowałem się, by go nie wkurzyć! To NIE była moja wina! Dlaczego nie możesz po prostu stanąć po mojej stronie? Dlaczego nie pozwalasz mi wyjaśnić?! Qui-Gon na pewno nie traktowałby mnie tak jak ty!

Były zdania, których nie powinno się mówić, niezależnie od okoliczności. To najwyraźniej było jedno z nich.

Anakin zrozumiał to, gdy ujrzał wyraz twarzy Obi-Wana. Jedno spojrzenie w smutne oczy Mistrza wystarczyło i żałował, że kiedykolwiek chciał odpłacić się za niefortunny komentarz o rodzinie.

No cóż, właśnie dopiął swego – sprawił Kenobiemu taką samą przykrość, jaką wcześniej sprawiono jemu. Albo większą. Jednak to wcale nie przyniosło Anakinowi wyczekiwanej satysfakcji. Przeciwnie. Czuł się po prostu ohydnie.

Próbował jakoś naprawić sytuację, ale zanim zdążył otworzyć usta, Obi-Wan wstał z miejsca. Gdy znajdowali się tak blisko siebie, różnica we wzroście rzucała się w oczy jeszcze bardziej niż zwykle. Anakin musiał zadrzeć głowę do góry, by spojrzeć na Mistrza. Kenobi wydawał mu się przez to strasznie niedostępny… jakby pod wpływem tego jednego zdania oddalili się od siebie o całe lata świetlne.

- Oczywiście, że Mistrz Qui-Gon nie traktowałby cię tak jak ja – bezbarwnym tonem oznajmił Obi-Wan. – Był ode mnie starszy, mądrzejszy i o wiele bardziej doświadczony. Miał też większą wprawę w odgadywaniu, co dzieje się w głowach małych, zagubionych chłopców. Nie mam wątpliwości, że traktowałby cię inaczej. A jak dokładnie by cię traktował? Tego nie wiem, ponieważ nim nie jestem i na twoje nieszczęście raczej nigdy nie będę. Mogę ci jednak zagwarantować, że nie byłby zachwycony tym, co zrobiłeś Yarenowi i z pewnością poparłby moją decyzję co do twojego egzaminu. Jedyna różnica jest taka, że prawdopodobnie przeprowadziłby tę rozmowę inaczej… Zapewne dobrałby słowa w taki sposób, że zamiast wściekać się na niego, tak jak na mnie, zrozumiałbyś coś i patrzyłbyś w przyszłość z większym optymizmem. Choć to wcale nie jest takie pewne, bo kiedy tłumaczył coś nastoletniemu mnie, też nic do mnie nie docierało…

Po tych słowach odwrócił się na pięcie, otworzył drzwi na oścież i gestem nakazał protegowanemu, żeby wyszedł.

- Jak powiedział pewien mądry Mistrz, „o wiele łatwiej tęsknić za tym, czego się nie ma, niż szanować to, co się ma". Przykro mi, że ci nie wystarczam, ale jako że Qui-Gon raczej nie wstanie z martwych, będziesz musiał jakoś ze mną wytrzymać. Idź teraz do pokoju i pomedytuj nad tym, co się dzisiaj stało. Zaczekam tutaj na Mistrza Yodę.

Kiedy Yaren obrażał wcześniej Qui-Gona, Anakin był przekonany, że nie przydarzy mu się dzisiaj nic gorszego. Co mogło boleć bardziej od ataku na zmarłego idola?

Była jedna taka rzecz. Gdy samemu zadało się ból bliskiej osobie. Nieważne, czy celowo, czy niechcący. Tak czy siak bolało.

Anakin oddałby wszystko, by cofnąć to, co powiedział. Albo by móc jakoś to odkręcić!

Gdyby tylko Obi-Wan na niego spojrzał… Gdyby popatrzył na twarz Anakina i zobaczył, jak bardzo było mu przykro.

Jednak Kenobi uparcie unikał wzroku ucznia. Oczy miał zafiksowane na jakimś nieokreślonym i nie obrócił głowy nawet wtedy, gdy chłopiec przechodził obok niego, wychodząc z gabinetu.

Nie… to nie mogło się tak zakończyć!

Będąc już jedną nogą na korytarzu, Anakin obrócił się i rozpaczliwie pociągnął Mistrza za rękaw.

- O co chodzi? – zmęczonym głosem spytał Kenobi.

Wciąż gapił się na nieszczęsne okno.

Czując, że serce zaraz wyskoczy mu z piersi, Anakin ponownie szarpnął materiał. Obi-Wan niechętnie na niego spojrzał.

- No co? – westchnął.

Skywalker zaczął gorączkowo rozmyślać nad tym, co powiedzieć. A co, jeśli palnie coś głupiego i jeszcze pogorszy sprawę? Za każdy razem, gdy próbował coś wyjaśnić, wytłumaczyć się, osiągał tylko tyle, że wszystko psuł!

Ostatecznie zdecydował się na totalnie szaloną opcję. Ścisnął zszokowanego Obi-Wana w pasie, wyrzucił z siebie głośne „Przepraszam, Mistrzu!" i puścił się biegiem do pokoju.

Pędził, nie oglądając się za siebie i ignorując dobiegające zza pleców „Poczekaj!". Sam do końca nie wiedział, za co przeprasza – czy za to, co wcześniej powiedział o Qui-Gonie, czy za inne paskudne odzywki, czy za pobicie Yarena, czy ogólnie za całokształt. Nie miał siły teraz się nad tym zastanawiać. Potrzebował ochłonąć.