-Ile. Jeszcze. Mam. Czekać?- wycedził Mark, opierając czołem o chłodne drzwi windy.

Zniecierpliwiony zastanawiał się, jak długo przyjdzie mu jeszcze czekać na dojazd na najwyższe piętro budynku, dlatego stracił rachubę czasu. Jego cierpliwość została jednakże już na samym wejściu do wieżowca wystawiona na ciężką próbę. Tuż po wejściu przez ogromne, szklane drzwi, został poddany kontroli osobistej. Gdyby nastąpiłoby to tylko jeden raz, jeszcze by zrozumiał. Ale przy każdych drzwiach?!

Z drugiej strony nie mógł się dziwić, w końcu udawał się na audiencję do jednego z najważniejszych ludzi w całej galaktyce Zaelion. Książę Maddox uprzedził go, że w związku z jego wizytą zostaną podjęte nadzwyczajne środki bezpieczeństwa. Nie poinformował go jedynie, jak bardzo ochrona zostanie wzmocniona. Nie spodziewał się, że raz po raz będzie zmuszony do poddawania się rewizji. Gdy jednak zastanowił się, stwierdził, że sam fakt bycia zaproszonym na prywatne spotkanie przez Maddoxa był wyróżnieniem i był w stanie poczekać kilka chwil więcej.

Nagle kabiną szarpnęło, jak gdyby zmieniła kierunek jazdy. Młody mężczyzna chwycił kurczowo dłońmi za barierki przyczepione do matowych ścian windy i popatrzył w górę. Lampy zatrzeszczały złowieszczo, po czym zamrugały kilka razy, jakby nie były pewne, czy powinny zgasnąć w tej sytuacji. Czując coraz silniejsze drżenie kabiny, Mark zaczął modlić się, by gwałtownie nie runęła w dół i nie przypieczętowała jego coraz bardziej niepewnej przyszłości.

Gdy winda zatrzymała się, a drzwi wciąż pozostawały zamknięte, Marka ogarnął gniew, jego cierpliwość wyczerpała się. Nie po to opuścił swoich przyjaciół i nie uczestniczył w próbie odnalezienia zaginionych zawodników, by spędzić pół dnia na kontrolach i staniu w niestabilnie kołyszącej się kabinie. Uderzył pięścią w ścianę tak mocno, że winda zatrzęsła się, zaś wokół rozniósł się przyjemny dla ucha dźwięk brzęczącej stali. Uaktywniło to relaksującą melodię w głośnikach, która jednak sprawiła, że wokół głowy gracza Snow Kids zdawały się kłębić czarne chmury strzelające miniaturowymi błyskawicami.

Kiedy zaczął zastanawiać się, czy nie powinien wydostać się z kabiny na zewnątrz i spróbować opuścić budynek szybem wentylacyjnym, drzwi rozsunęły się łagodnie. Z daleka mógł rozpoznać masywną sylwetkę Maddoxa, stojącego przy stoliku do kawy. W dłoni trzymał filiżankę, od której czuć było aromatyczną woń świeżo palonej kawy, a choć stał do niego odwrócony plecami, nie przerywając kontemplacji rozciągającego się poza horyzont widoku na zaśnieżoną planetę, przemówił.

-Witaj Marku, jesteś punktualnie.

Młodzieniec pokręcił głową z niedowierzaniem, ale zaraz potem rozpędził się i ruszył w kierunku księcia. Miał zamiar wyrazić swoje niezadowolenie w mało profesjonalny sposób, ale nim zdążył przebiec połowę odległości dzielącą go od mężczyzny, ze zwróconego w stronę okna fotela dobiegł go głos, słodki i pełen niepewności. Głos, który tak bardzo pragnął usłyszeć.

-Mark?

-To... to ty, Nino?- zapytał, nie dowierzając.

To musi być sen, pomyślał. Sen, z którego nie chcę się zbudzić. A jednak nie śnił, to właśnie była rzeczywistość. Najdroższa jego sercu kobieta znajdowała się na wyciągnięcie ręki, wystarczyło tylko, by to uczynił. Nina była prawdziwa, tak samo prawdziwa była miękkość jej skóry, zapach kwiatowych perfum, spojrzenie jasnoniebieskich oczu. Zrobił krok do przodu, potem kolejny, aż wreszcie dosięgnął swojej ukochanej i objął ją ramionami. W tym momencie cały świat zatrzymał się, liczyła się tylko ta chwila. Stali w milczeniu, próbując nacieszyć się sobą.

-Mam nadzieję, że wybaczysz te wszystkie kontrole i tajemnice. Ninie bardzo zależało, aby nikt nie dowiedział się o tym spotkaniu, szczególnie jej siostra- usłyszał głos Maddoxa. Mężczyzna gestem pozwolił dwójce zakochanych usiąść.

-Tak bardzo się cieszę, że wreszcie cię widzę... Ale skąd się tu wzięłaś?

-Nie mogłam wytrzymać izolacji, której poddawała nas Nikki. Książę Maddox był tak dobry, że osobiście wszystkim się zajął. Siostra niczego nie podejrzewała i myśli, że jestem teraz na zakupach.

-Tęskniłem za tobą, każdej nocy marzyłem o dniu, w którym cię znów zobaczę- wyszeptał z uczuciem.

Niespodziewanie spostrzegł, że Nina spuściła głowę. Niebieskie oczy, zazwyczaj błyszczące z radości, patrzyły na świat ze smutkiem i zrezygnowaniem. Chcąc dowiedzieć się, co jest tego przyczyną, zwrócił głowę stronę księcia. Sądził, że otrzyma od niego odpowiedź na dręczącą go kwestię.

-Już nic nas nie rozdzieli, prawda? Teraz, gdy umożliwiłeś nam spotkanie, będziemy mogli się częściej widywać.

-Jest jedna rzecz, o której powinieneś wiedzieć, Marku. Tylko proszę... nie odrzuć mnie- usłyszał znów głos Niny.

-Cokolwiek to jest, nie boję się.

-Nie jestem człowiekiem, lecz robotem- wyrzuciła z siebie jednym tchem.

Robot.

Mark podniósł się powoli z krzesła, oszołomiony. Nie potrafił uwierzyć, że kobieta, którą kochał, której szukał tyle miesięcy była sztuczną inteligencją, istotą będącą jedynie imitacją prawdziwego człowieka. Serce i umysł zaczęły toczyć ze sobą brutalną walkę, które z nich powinno zostać wysłuchane. Przecież jego ukochana, łagodna i kochająca świat osoba nie mogła być sztucznym tworem. Już od dziecka uczył się, że roboty nie są zdolne do odczuwania tak silnych emocji jak miłość, gniew czy nienawiść, jedynie ich reakcje na poszczególne zdarzenia mogły zostać zaprogramowane. Stopniowo jednak zaczął rozumieć, że nie cała sytuacja nie była fikcją, że wszędzie widział sygnały o tym świadczące. Niemożność przyjścia do jej mieszkania, ciągła kontrola pozostałych członkiń drużyny, mnogość elektroniki, którą miała przy sobie, to, że nigdy nic nie jadła w czasie spotkań... Gdyby wcześniej połączył fakty, wcześniej by zrozumiał.

W pewnej chwili usłyszał, jak młoda kobieta prosi księcia Maddoxa o zakończenie spotkania. Dokładnie w tym samym momencie podjął decyzję, i choć nie wiedział, czy nie będzie jej później żałował, czuł, że była ona słuszna.

-Nie obchodzi mnie, kim lub czym jesteś. Moje uczucia względem ciebie się nie zmienią, dlatego... Dlatego znajdę sposób, abyś stała się człowiekiem!- ostatnie zdanie niemalże wykrzyczał.

Nie mógł zdobyć się na odwagę, by otworzyć oczy i odwrócić się. Stał więc wyprostowany i czekał na jakąkolwiek reakcję ze strony Niny. Po kilku sekundach wyczuł, że młoda kobieta wstała z siedzenia i ostrożnie wyciągnęła w jego stronę dłoń. Cofnęła ją jednak, niepewna, czy to, co usłyszała, było prawdą. W odpowiedzi zacisnął mocniej powieki, okręcił się na jednej nodze i wziął w objęcia, nie zważając już, co stanie się później.

-Chciałam ci to wcześniej powiedzieć- powiedziała, łkając cicho.

-Nic się nie stało. Obiecuję, że uczynię cię człowiekiem, tak byśmy mogli już zawsze być razem.

Porozmawiali jeszcze jakiś czas, wyjawiając ściszonym głosem swoje najskrytsze tajemnice. Aby nie przeszkadzać zakochanym, przywódca Technoidu wyszedł z pomieszczenia, dodając tylko, że niebawem on i Nina będą musieli wrócić do siebie, żeby nie wzbudzić niczyich podejrzeń. Pożegnali się krótko, jednakże nie postrzegali tej rozłąki jako kolejnej możliwości oddalenia się od siebie, wręcz przeciwnie. Tym razem ich uczucia powrócą silniejsze, gdy odnajdą sposób na to, by być ze sobą.

Skupiony wyłącznie na oddalającym się ku niebu statku, dopiero po kilku chwilach do Marka dotarło, że telefon w kieszeni kurtki wibruje. Wyciągnął go i zobaczył, że jego przyjaciele próbowali się do niego dodzwonić już po raz dziesiąty. Przeczuwając, że chodzi o ich eksperyment, natychmiast odebrał. Naraz usłyszał głośne szmery, dlatego nie mógł zrozumieć słów, które do niego docierały.

-Zaraz, czekaj, powtórz!- zapadła głucha cisza, w czasie której ciemnoskóry zawodnik zaczął poważnie zastanawiać, czy przypadkiem ktoś nie stracił głosu.

-Dzieci wróciły.


Siódemka graczy oczekiwała z niecierpliwością przed gabinetem na wyjście Dame Simbai. Gdy tylko zrozumieli, co się wydarzyło, natychmiast skontaktowali się z rodzicami dzieci należących do Klubu Galactik, którzy w niespełna pięć minut spakowali się i wyruszyli w podróż. Mieli świadomość, że pobudzeni nadzieją i radością dorośli jak na skrzydłach dotrą na miejsce, a gdy już nacieszą się odnalezionymi pociechami, zbiorą się, by wykrzyczeć tygodnie strachu i niepewności o życie dzieci. Cała ich złość skupi się na nich, choć niczemu nie byli winni.

Prędzej wyczuli niż usłyszeli kroki nadchodzącej kobiety. Nim choćby zdążyła sięgnąć do klamki, oni już stali pod drzwiami.

-I co z nimi? Co z Sonyą?- pytał chyba najbardziej zdenerwowany Sinedd.

-Dzieci mają się całkiem dobrze, nie martwcie się. Są wystraszone, głodne i zmęczone, ale nic im nie będzie. Wkrótce dojdą do siebie.

-Możemy je zobaczyć?- wtrącił Rocket poważnym tonem, który cała drużyna znała z treningów pod jego okiem. Dame Simbai westchnęła, ale cofnęła się o kilka kroków, odsłaniając wejście.

-Ten jeden raz wam pozwalam. Ale pamiętajcie, nie męczcie ich.

Podziękowali fizjoterapeutce i powoli weszli do pomieszczenia. Prawie wszystkie łóżka były zajęte przez pochodzących z różnych części galaktyki młodych zawodników, w większości już przytomnych. Szeptali między sobą, nerwowo rozglądając się wokoło, jak gdyby bali się, że ktoś ukarze ich za rozmowę. Dwie dziewczynki siedziały na jednym łóżku, trzymając za ręce. W jednej z nich Sinedd rozpoznał swoją siostrę, i choć przez kilka sekund wahał się, czy powinien podejść, stwierdził, że nie mógł dłużej czekać i musiał dotknąć Sonyi, by mieć pewność, że nic jej się nie stało. Poruszył nieznacznie ustami, próbując wymówić jej imię, jednakże nie potrafił wydusić z siebie żadnego słowa. Na dźwięk jego kroków dziewczynka odwróciła się - w tamtej chwili nic nie mogło przeszkodzić im w doskoczeniu do siebie i przytuleniu po tygodniach odizolowania.

Pozostałe dzieciaki również się ożywiły. Choć ich strach nie minął, został on w znacznej części wyparty przez zaskoczenie, że zobaczyli znajome twarze swoich instruktorów, opiekunów i wzorów do naśladowania.

-Co się z wami działo przez cały ten czas?- zapytała Tia. Wiedziała, że Dame Simbai nie będzie tego pochwalała, lecz musieli poznać prawdę. W niewoli wciąż pozostawało dwoje zawodników.

-Chcieli wyciągnąć z nas fluxy- odpowiedziała nagle cichym, bezbarwnym głosem Sonya, tak bardzo różnym od tego, który zwykli słyszeć z jej ust. -Kazali nam trenować bez wytchnienia, zmuszali do używania fluxów, zadawali dotyczące ich pytania. Zwrócili nas jednak, ponieważ uznali, że jesteśmy zbyt słabi, nie mamy w sobie mocy, jak to ujął jeden z nich.

-W jaki sposób tu wróciliście?

-Nie jestem w stanie tego wyjaśnić. Wrzucili nas do zamkniętego pomieszczenia, zgasło światło, a wtedy mieliśmy wrażenie, że się rozpadamy na miliony kawałków. Gdy to uczucie minęło, byliśmy już w holotrenerze.

Wszyscy członkowie Snow Kids popatrzyli po sobie porozumiewawczo. Musieli zadać im jeszcze jedno pytanie.

-A wiecie, co się stało z Mei i Micro Ice'm?- dzieci zgodnie pokręciły głowami.

-Ostatnio wcale ich nie widzieliśmy- dodał pochodzący z Xenon chłopiec. -Wiemy tylko, że dalej tam są, i nie zamierzają ich wypuścić.

Dorośli zawodnicy po kolei uścisnęli dłonie każdego z młodych graczy, dziękując im za wytrwałość i odwagę, a także udzielenie odpowiedzi na ich pytania. Poproszone o zachowanie tego w tajemnicy przed wszystkimi, dzieci obiecały, że nie pisną słowem nawet swoim rodzicom. Zmartwiony o stan młodszej siostry Sinedd nie od razu dał się przekonać, że pora wyjść, lecz gdy sama Sonya go o to poprosiła, wysłuchał jej. Całą siódemkę zastanowił jednak fakt, że barwa głosu dziewczynki znów uległa znacznej zmianie.

Zostawiwszy krótką notatkę informującą trenerów o ich wyjściu do baru należącego do matki Micro Ice'a, opuścili pomieszczenie i natychmiast skierowali się ku wyjściu z Akademii. Nieważne, jak bezpiecznie się w niej czuli, chcieli mieć całkowitą pewność, że nikt ich nie podsłucha. Dlatego też gdy potężny budynek zniknął z ich pola widzenia, skręcili w odmiennym kierunku i zaczęli zmierzać ku starej kryjówce Rocketa. Oddalona o kilka kilometrów od miasta jaskinia zmieniła się w niewielkim stopniu, mimo że śniegi w znacznej ilości miejsc już ustąpiły. Lodowe ściany wciąż biły chłodem. Dla pewności pozostawienia tego miejsca w tajemnicy, w czasie drogi co jakiś czas zatrzymywali się, by zatrzeć ślady.

Dotarłszy na miejsce, cała siódemka zasiadła przy przywiezionym stosunkowo niedawno stole, mogącym pomieścić zarówno obecnych, jak i dawnych członków Snow Kids. Wiedzieli, że sprawa jest poważna, i że nie mogą się nad nią długo zastanawiać.

Pierwszy zabrał głos Ahito.

-Kiedy dzieci wróciły, sprawdziłem jeszcze raz ślad ich fluxów. Miejsce, do którego ich zabrano, położone jest w pobliżu Strefy 17, lecz tutaj mogę się mylić, bo choć ślad jest wyraźny, występują drobne zakłócenia, z którymi nie jestem sobie na ten moment w stanie poradzić.

-Wiemy, że potrzebują naszych fluxów, oraz gdzie przetrzymują naszych przyjaciół. Pytanie brzmi następująco: w jakim celu?

-Nie możemy się teraz nad tym zastanawiać, musimy skupić się na uratowaniu M'Ice'a i Mei!- wtrącił D'Jok, gwałtownie podnosząc się z krzesła.

W jednej chwili rozgorzała się bitwa na słowa. Każdy z zawodników miał inne zdanie na temat ich dalszego działania. Nie wiedzieli, co powinni zrobić: poprosić o pomoc Stowarzyszenie, Technoid, wziąć wszystko we własne ręce, czekać na rozwój zdarzeń? Możliwości było wiele, czasu na podjęcie decyzji- wręcz przeciwnie, coraz mniej. Wszyscy chcieli dobrze, nie mieli jednak pojęcia, jak przeprowadzić całą akcję na swoją i ich przyjaciół korzyść.

Gdy wydawałoby się, że nic nie uciszy zdenerwowanych Akiliańczyków, kapitan drużyny z niespodziewaną u tak drobnej osoby siłą uderzyła otwartą dłonią w stół. Sześć głosów równocześnie uwięzło w gardłach. Rocket podziękował niemo swej ukochanej, że potrafiła ich ogarnąć.

-Wszyscy jesteśmy wstrząśnięci tym, co się wydarzyło, ale chłopaki, opanujcie się choć raz! Skupcie się.

-Co więc proponujesz?

Młoda kobieta wzięła głęboki wdech.

-Z relacji dzieci wynika, że Mei i Micro Ice nie mają wiele czasu, dlatego musimy ich odbić, i to jak najszybciej. W ciągu maksymalnie trzech dni musimy zorganizować całą akcję, dotrzeć na miejsce i ich wydostać, nie dając się przy tym zabić. Jesteśmy na pewno zgodni co do tego, że Aarch, Artegor, Clamp i Dame Simbai nie powinni się o tym dowiedzieć, podobnie przywódcy Piratów. Nie możemy tracić ani chwili dłużej, należy rozpocząć przygotowania.

-Zgłaszam się do obsługi technicznej tego szaleństwa!- natychmiast zgłosił się Thran. -Na podstawie zebranych danych uda mi się ustalić najszybszą trasę, zorganizować zasoby, a może nawet włamię się do planów tej "placówki".

-Ja i Sinedd udamy się na miejsce i odbijemy ich- dodał D'Jok, wymieniwszy kilka słów z sąsiadem.

-Ktoś będzie musiał nas kryć i odwrócić uwagę całej obsługi technicznej, ale tym zajmiemy się później.

Nagle Mark podniósł do góry rękę, udzielając sobie tym samym prawa do głosu.

-Dobra, ustaliliśmy już wszystko, ale wciąż pozostaje jeden problem... Jak mamy dokonać niemożliwego bez pomocy Sonny'ego Blackbonesa i jego piratów?

Ku zdziwieniu wszystkich, Tia uśmiechnęła się.

-A kto powiedział, że zrobimy to sami?


W półmroku zalśniła para szarych oczu. Ich właściciel powoli uniósł głowę w stronę swojej towarzyszki.

-Jak myślisz, uda nam się?

-Nie wiem. Ale jeśli nie spróbujemy, to być może już nigdy nie opuścimy tego miejsca- Mei przygryzła wargę, opierając się zaciemniającemu jej umysł zmęczeniu.

-No, chyba, że jako wesołe trupy- ułamek sekundy później Micro Ice jęknął, kiedy dziewczyna trzepnęła go, choć z niewielką siłą, w ramię. -Za co to?!

-Wiesz, że przestałam lubić tego typu żarty już dawno temu.

-Dawno temu, czyli kiedy?

-Tak ze dwie minuty temu?

Nikt nie musiał im przypominać o ich sytuacji - była ona całkowicie beznadziejna. Bezustanne wykorzystywanie ich do wszelkiego rodzaju eksperymentów wyniszczało ich organizmy, natomiast ciągłe terroryzowanie oraz używanie Smogu osłabiało ich hart ducha i wolę przetrwania. To, co teraz przeżywali, coraz trudniej było nazwać życiem, jeśli wciąż je przypominało. Za wszelką cenę musieli spróbować wydostać się z miejsca, które z każdym dniem coraz bardziej przypominało piekło na ziemi. Czuli, że jeśli będą zwlekać, już nigdy nie wrócą do domu.

Usłyszawszy kroki zbliżających się strażników, oczyścili umysły z wszelkich zbędnych myśli. Nic nie mogło im przeszkodzić w spełnieniu swojego zamiaru, dlatego skupili się tylko i wyłącznie na następnych kilku minutach. Gdy drzwi się otworzyły, z rezygnacją w oczach podnieśli się na nogi i posłusznie wyszli z pomieszczenia. Otaczający ich mężczyźni z początku nie mówili ani słowa, lecz wkrótce zaczęli dyskutować na temat tego, jak długo jeszcze wytrzymają mordercze treningi, i kiedy ich przywódcy sprowadzą następne "króliki doświadczalne". Nie dbali o to, że dwójka przyjaciół ich słyszy, najwyraźniej ich celem było dobicie ich jeszcze bardziej, aby całkowicie załamali się i zamknęli w sobie.

Nie spodziewali się jednak tego, co miało się następnie wydarzyć. Przez cały okres spędzony w zamknięciu Mei zdołała poznać i zapamiętać wszystkie trasy prowadzące przez budynek, nie tylko na podstawie każdej z "przechadzek", lecz także słyszanych na korytarzach rozmów. Ona i Micro Ice postanowili wykorzystać fakt, iż wszyscy wokół ignorowali ich, twierdząc, że nigdy się nie wydostaną, a sami dali im wszystkie potrzebne informacje.

Gdy znaleźli się na najlepiej znanym im korytarzu, przyjaciele zebrali wszystkie siły i wyrwali się trzymającym ich dryblasom. Nie odwracając się ani razu, pobiegli przed siebie. Ostatni czas spędzony w niewoli poświęcili na opracowanie trasy do hangaru, skąd mogliby opuścić więzienie. Z tyłu usłyszeli groźne głosy bijące na alarm, lecz nie zważali na nie. Liczyło się tylko to, aby dobiec do celu, uciec i wrócić do domu. Młoda kobieta zerknęła ukradkiem na swojego towarzysza, który gestem przypomniał jej o najbliższym skręcie. Choć marzyła, by wrócić do drużyny, gdzie czekali na nią jej chłopak i przyjaciele, oraz rodziny (kolejność nie była przypadkowa), wydawało się, że Micro Ice'owi zależało na powrocie jeszcze bardziej. Po ich ostatniej poważnej rozmowie postanowił, że gdy wróci, spróbuje zawalczyć o uczucia Yuki oraz wzmocnić swe więzi z przyjaciółmi. W pewnej chwili zorientowała się, że zazdrości mu jego determinacji, która za każdym razem nakazywała mu nie poddawać się i walczyć dalej. Jej tego brakowało, a najlepiej świadczyła o tym ciągła kontrola jej matki. Nie ważne, jak bardzo się starała i opierała, kobieta wciąż wykorzystywała ją do osiągnięcia swych zamiarów.

Po raz kolejny skręcili, tym razem w lewo, i przyspieszyli. Nie mieli dużo siły, wręcz padali ze zmęczenia, ale wiedzieli, że musieli wykorzystać każdą, najmniejszą krztynę energii, jaka im pozostała, aby dokonać niemożliwego. Choćby ich serca miały się zatrzymać z wysiłku, nie mogli przerwać biegu, lecz kontynuować. Zbliżali się już do celu, czuli to. Nagle z bocznego korytarza wybiegło około dziesięciu uzbrojonych mężczyzn. Przerażenie niemalże odebrało Mei oddech, przez myśl przemknęło jej, że to już koniec. Jej uszy rejestrowały coraz więcej złowróżebnych okrzyków, zaraz potem z tyłu pojawiło się jeszcze więcej osób, gotowych powstrzymać ich.

-Uciekaj!- usłyszała. Kątem oka zobaczyła, jak Micro Ice zatrzymuje się, zagradzając drogę przeciwnikom. Z zaciśniętymi pięściami rzucił się na pierwszego z nich, wykorzystując do ataku swą zwinność, czym wyprowadził przeciwnika z równowagi. Zadany cios ze stosunkowo niewielką siłą w brzuch sprawił, że ten wpadł na swojego towarzysza. Zdało jej się, że powiedział Przekaż Yuki, że ją kocham, ale nie mogła go zostawić samego. Z drugiej strony, jeśli uda jej się uciec, natychmiast wróci z przyjaciółmi, by go uratować. Przez ułamek sekundy dwie strony ścierały się ze sobą, nie wiedziała, której z nich posłuchać.

Zawahała się.

Przegrałaś.

Tuż przed nią pojawiło się dwóch mężczyzn, którzy zarzucili na nią stalowy łańcuch. Być może udałoby się jej jeszcze go uniknąć, gdyby nie krzyk, który przeszył powietrze. Micro Ice rozpaczliwie spróbował zaczerpnąć oddech, kiedy jeden ze strażników uderzył go w splot słoneczny. Nie będąc w stanie bronić się, nieznajomi przeciwnicy rzucili się na niego gromadą, uderzając ze wszystkich stron. Młodego mężczyznę bito otwartymi dłońmi i kopano, nawet wtedy, gdy upadł na zimną podłogę i wyłącznie osłaniał się przed spadającymi na niego razami.

Krzyczała, płakała, by go zostawili. Nie mogła pozwolić, aby tak raniono jej przyjaciela, nie dlatego, że stanął w jej obronie i chciał umożliwić jej wydostanie się z niewoli. Kiedy zrozumiała, że nic ich nie powstrzyma, zacisnęła powieki, próbując odciąć się od świata. Niestety, zamiast tego przytrzymali ją jeszcze mocniej i brutalnie odwrócili jej twarz, zmuszając do patrzenia na cierpienie Micro Ice'a. Z każdą chwilą walczył coraz mniej, przestawał się opierać. Wreszcie, po wielu minutach kaźni, jego poturbowane, zakrwawione ciało znieruchomiało.

Modliła się, by to wszystko było tylko złym snem. Że M'Ice zaraz podniesie się z ziemi, że obudzą się w swoich łóżkach, a potem pójdą razem z przyjaciółmi do parku, aby oglądać drzewa wiśniowe, ukochane przez bliźniaków, Yuki i Tię, pomogą Rocketowi w układaniu bukietów, tak jak zaplanowali zrobić, gdy tylko pojawią się oficjalne komunikaty o początku wiosny. Rzeczywistość malowała się jednak zupełnie inaczej.

-Nie doceniłem was- powiedział zamaskowany mężczyzna, przez którego to wszystko zostało zaplanowane.

Z jej drżących warg nie wydostało się ani jedno słowo, choć miała ich wiele do powiedzenia. Przytłoczyły ją niedowierzanie, żal i wstyd, bo zawiodła osobę, która zaufała jej, wierzyła w nią, powierzyła swój największy sekret. Zawiodła, bo nie potrafiła sama podjąć decyzji, bo była zbyt przerażona, by to zrobić.

-Powinienem był przewidzieć wasz plan. Cóż, i tak się zdarza. Przynajmniej teraz wiem, czego mogę się spodziewać po wszystkich was- w jego głosie słyszało się wyraźną nutę rozbawienia.

Podszedł bliżej Mei, która wciąż wbijała spojrzenie w sztywne ciało przyjaciela.

-Nie obawiaj się, twój przyjaciel jeszcze żyje. To, co się właśnie stało, jest wyłącznie twoją winą, masz tego świadomość? Gdybyś się nie wahała, być może to skończyłoby się inaczej. On cierpi tylko przez ciebie. Może teraz nauczysz się podejmować decyzje, o jeszcze dostaniesz jakąś do podjęcia- w następnej chwili zwrócił się do swych podwładnych. -Niech dołączy do przyjaciela, macie wolną rękę.

Już miał odejść, gdy przypomniał sobie coś. Zatrzymał się i, zerknąwszy w jej stronę, zwrócił się do niej raz jeszcze.

-Nie mogę się doczekać, aż cała drużyna znajdzie się tutaj. Wreszcie zdobędę to, na czym mi zależy - sekret Oddechu. Wiesz, że złapali się na przynętę? Będą tu lada dzień, gotowi zrobić wszystko, o co ich poproszę, bym tylko was wypuścił.

W następnej chwili Strażnicy rzucili ją na ziemię, po czym zaczęli atakować tak, jak wcześniej Micro Ice'a. Na początku była zbyt zszokowana tym, co zrobiła przyjacielowi, by rejestrować ból. Później jednak zwinęła się, próbując osłonić najbardziej wrażliwe części ciała przed atakami. Wkrótce balansowała na skraju utraty świadomości, z bólu zaczęła majaczyć. Z jej ust wydobył się niewyraźny bełkot, błaganie, aby przestali, jednak podobnie jak za poprzednim razem jej prośby nie zostały wysłuchane.

Ostatnią jej myślą było to, aby nikt nie cierpiał z jej powodu.


Podczas gdy większość Snow Kids wróciła już do Akademii, by rozpocząć przygotowania, Tia przemierzała nadzwyczaj spokojnym krokiem ulice miasta. Teraz, gdy już wykonali pierwszy duży krok w stronę odbicia przyjaciół, poczuła się trochę lepiej. Wciąż pozostało wiele do zrobienia, jednak ten etap był już za nimi. W tym momencie jedyną rzeczą, którą mogła się martwić, to zorganizowanie potrzebnych zasobów. Mieli mało czasu i wiele do zrobienia, jednakże nie bez powodu reprezentanci planety Akilian byli uważani przez piratów za ponadprzeciętnie inteligentnych i zdolnych młodych ludzi. Wszyscy wokół przekonali się o tym już dawno temu i nikt nie śmiał temu zaprzeczyć.

Gdy mijała pomalowane niebieską farbą latarnie, zatrzymała się w pół kroku. Nie myliła się, kiedy kilka tygodni wcześniej wysłała w przestrzeń kosmiczną wiadomość - dotarła ona do odpowiedniej osoby. Przeczucie nie zawiodło jej, podpowiadając, by tego samego dnia udała się na samotny spacer. W tej samej chwili poczuła na sobie czyjeś intensywne spojrzenie, ale nie musiała się odwracać.

-Kogoś szukasz, Miętówko?- usłyszała głos, którego od bardzo dawna nie słyszała bez żadnych zniekształceń; głos, który w dzieciństwie towarzyszył jej każdego dnia.

-Podobnie jak cała galaktyka, Stevens.