Gdy dwanaście lat temu czternastoletni wówczas Stevens opuszczał wraz ze swoją rodziną księżyc Obia, by powrócić na archipelag Shiloe i dołączyć do piratów, Tia nie przypuszczała, że kiedykolwiek go zobaczy. Piratów tropiono w całej galaktyce, a sama "praca", jak się o niej pieszczotliwie wyrażali, była niezwykle niebezpieczna. To jednak nie odstraszało wyrzutków społeczeństwa oraz tych, którzy mieli odmienne poglądy. Życie pirata dawało wielu z nich drugą szansę i umożliwiało walkę o swoje przekonania na swoich rodzinnych planetach.
Poznali się pewnego wiosennego popołudnia, kiedy w dniu swoich ósmych urodzin Tia wracała ze szkoły. Bardzo ciężko nawiązywała kontakty z innymi dziećmi, a bycie dzieckiem dyplomatów wcale jej nie pomagało. Ponieważ w tamtym czasie nie podlegała tak ścisłej kontroli, postanowiła przejść się obok boiska, wzdłuż którego ogrodzenia rosły krzaki pachnącej mięty. Zaczęła zrywać pojedyncze pędy, by później wraz ze swoją opiekunką, Stellą, przygotować herbatę dla siebie i rodziców. Lubiła tę roślinę, nie tylko dlatego, że przypominały barwą jej tęczówki, lecz także za słodki, orzeźwiający w gorące dni zapach. Gdy miała już wystarczająco dużo liści, podniosła się z ziemi i skierowała ku drodze. W tej samej chwili usłyszała nadlatującą w jej kierunku piłkę, która wyleciała ponad siatkę. Bez wahania położyła nazbieraną miętę na plecaku, po czym doskoczyła do piłki. Kopiąc ją przed siebie, nie pozwoliła sobie jej odebrać i wkrótce znalazła się przed bramką drużyny szkolnej, za którą nie przepadała. Nagle tuż przed nią pojawił się jeden z jej członków, który z dużą siłą wpadł na nią i wykopał piłkę daleko w tył. Nim jednak zdążyła ona dolecieć do połowy boiska, inny, starszy od Tii chłopiec przejął ją i pobiegł ku bramce. Drużyna przeciwna zwróciła się w jego stronę, a wtedy blondyn z uśmiechem podał białowłosej dziewczynce piłkę. Chociaż się nie znali, rozumieli się bez słów. Zaraz po skończeniu meczu postanowili porozmawiać, a gdy okazało się, że mieszkają niedaleko siebie, wrócili razem.
Mimo dużej, bo aż czteroletniej różnicy wieku, oraz dzielącej ich przepaści społecznej, zostali najlepszymi przyjaciółmi. Spotykali się zawsze po szkole, by pograć w piłkę nożną, porozmawiać o minionych wydarzeniach lub zjeść upieczone przez Tię ciasteczka (z kawałkami czekolady, zazwyczaj udekorowane miętą, od której wzięło się jej przezwisko). To właśnie Stevens był pierwszym świadkiem powrotu Oddechu, w czasie jednego z ich treningów. Techniczna strona gry również stanowiła zasługę blondyna, który wolne chwile spędzał z nosem wetkniętym w książki poświęcone temu sportowi. Jedynie Stella wiedziała o ich przyjaźni - gdyby rodzice Tii się o tym dowiedzieli, już nigdy nie pozwoliliby jej wracać samej do domu.
Ich pożegnanie było krótkie, zbyt krótkie. Tia zdążyła jedynie wręczyć mu plecioną z kolorowych nitek bransoletkę i lniany worek, do którego włożyła suszone liście mięty. Pamiętała, że ostatnie słowa usłyszane z jego ust brzmiały Kogoś szukasz, Miętówko?, w chwilę później już go nie było. Nie widziała go potem przez kilka lat, nie wiedziała, co się z nim działo. Podejrzewała, kim może być czołowy zawodnik drużyny Piratsów, lecz nie miała na to żadnych dowodów. Jego głos zawsze był zniekształcony, a twarz skrywały gogle i ciemna tkanina.
Zmieniło się to, gdy podczas ostatniego Pucharu spod czarnego rękawa wyłonił się barwny splot.
Dlatego też siedzieli teraz w jednej z kawiarni na obrzeżach miasta, popijając kawę. Choć mieli sobie wiele do powiedzenia po latach rozłąki, wiedzieli, że będą musieli ograniczyć czas rozmowy do absolutnego minimum. Tia wprowadziła więc Stevensa w porwanie graczy Snow Kids, jednocześnie przyglądając się niewidzianej od lat twarzy, która, choć wydoroślała, wciąż była twarzą jej starego przyjaciela. W przypominających barwą czekoladę oczach wciąż migotały iskry poczucia humoru.
-Chcesz, żebyśmy w, przypuśćmy, dwadzieścia cztery godziny zorganizowali transport i zaopatrzenie, a następnie pomogli wam dostać się do Strefy 17, odbić waszych przyjaciół i wrócić tutaj BEZ WIEDZY Sonny'ego?- brzmiało to bardziej jak stwierdzenie niż pytanie.
-Dokładnie. Cała wyprawa pozostanie tajemnicą również wśród nas.
Młody mężczyzna upił łyk gorącego, pachnącego wanilią napoju, po czym wyprostował się w fotelu.
-Na Shiloe znajduje się ukryty, dodatkowy arsenał, używany tylko w wyjątkowych sytuacjach. Nie sądzę, by ktoś zorientował się, że z niego skorzystaliśmy, jeśli uzupełnimy wszystkie zapasy. Odnośnie strefy logistycznej... najwygodniej byłoby, gdyby Thranowi udało się korzystać z systemu Clampa, bo stanowiłoby to bardzo duże ułatwienie dla obydwu stron, mógłby połączyć się bezpośrednio z naszymi dwoma informatykami i wymieniać się danymi. Natomiast to, co dotyczy już samej akcji - do środka nie będziemy mogli zabrać więcej niż sześć osób.
-Proponuję, aby wziąć D'Jok'a i Sinedda. Obydwaj są silni i zwinni, o czym mogłeś się przekonać, lecz chodzi mi także o to, by nie robili niepotrzebnego zamieszania. W ten sposób będę mieć pewność, że nic złego się nie stanie.
-Widzę, że wciąż mamy podobne poglądy na wiele tematów! Zgadzam się. Oprócz nich ja, Davison, Wilkinson i...- Tia przerwała mu.
-I ja- zanim Stevens zdążył zareagować, kontynuowała. -Umiem obsługiwać broń, uczestniczyłam już w wyprawie pirackiej, a skoro ty, również jako kapitan drużyny, będziesz brał w tym aktywny udział, nie ma nic na przeciwko, bym nie mogła dołączyć. Ktoś musi was pilnować.
-Dobrze, niech ci będzie. Spodziewałem się, że to powiesz! Pozostaje już tylko kwestia finansów...
-Zapłacę każdą cenę, jakiej zażądasz ty i twoi piraci.
-Gdybym mógłbym ci pomóc w pojedynkę, z chęcią bym to zrobił, ale taka akcja wymaga większego zaangażowania i zasobów niż przeciętna, również dlatego, że musimy to zrobić w tajemnicy, oraz...- policzki Stevensa przybrały kolor dojrzałych truskawek -odkładam na ślub z Kate.
Kapitan drużyny Snow Kids uśmiechnęła się, wspominając blondwłosą zawodniczkę Piratsów. Nie dziwiła się, że ta odważna i honorowa kobieta wpadła w oko piratowi. W magazynach plotkarskich, które czytała przez ramię Mei, próbując zrozumieć, dlaczego ludzie się interesują ich prywatnym życiem, zauważyła artykuł dotyczący właśnie graczy z archipelagu Shiloe. Zastanawiano się w nim, dlaczego Kate zapuściła włosy, a także analizowano wspólną taktykę gry dwójki zawodników, która ponoć wyraźnie wskazywała na ich zażyłość.
-Gratuluję ci, Stevens. Mam nadzieję, że zaprosisz mnie na uroczystość!- powiedziała, ściskając go serdecznie.
-Gdzieżbym śmiał cię pominąć, Miętówko! Teraz, gdy wreszcie się spotkaliśmy, nie mógłbym tego zrobić- zaśmiał się, ale pamiętając, że mieli niewiele czasu, znów spoważniał. -Na razie ty zaproponuj kwotę.
-Czy sto tysięcy dla każdego z uczestników oraz kolejne czterysta na organizację i zaopatrzenie wystarczy?
Oczy blondyna przybrały wielkość spodków do filiżanek.
-Widzę, że sprawdzałaś ceny, ale tyle jest za dużo. Wystarczy po sześćdziesiąt i dwieście.
-To wynagrodzenie za zlecenie, lecz jeśli naprawdę twierdzisz, że proponuję zbyt wiele, dwadzieścia procent z proponowanej kwoty przeznaczycie na wsparcie badań nad obudzeniem fluxa archipelagu, zgoda?
-Ciężka z ciebie zawodniczka, ale przyjmijmy, że zaakceptuję twoją aktualną propozycję. Powiedz mi, w takim razie, jak zamierzasz dać nam te pieniądze? W gotówce będzie trudno, a przelew jest niemożliwy.
-Dyplomaci są objęci immunitetem, dlatego nie musisz martwić się o sposób.
-Czyli co, w przyszłości obejmiesz tę funkcję?- mrugnął porozumiewawczo.
-Być może, na razie jestem główną kandydatką.
Zostawiwszy pieniądze za kawę na stoliku, opuścili lokal. Na zewnątrz jeden z ostatnich, starych zegarów w mieście wybił godzinę osiemnastą, zapowiadając rychły zachód słońca. Oznaczało to również czas pożegnania przyjaciół, którzy podeszli do niego z ogromną niechęcią. Jedynie przez kilka chwil udało im się przeprowadzić rozmowę choć odrobinę zbliżoną do tych sprzed lat. Wiedzieli jednak, że muszą się rozejść, aby ich plan mógł się powieść. Stevens skrył twarz pod czarną kominiarką, i nim ktokolwiek zdążył zauważyć, użył jednego z pirackich urządzeń, by stać się niewidzialnym.
Straciwszy z oczu starego przyjaciela, Tia pobiegła do Akademii.
Rocket odstawił kubek z herbatą na biurko, po czym oklapł bezwładnie na swoje łóżko. Z kieszeni charakterystycznej kurtki wypadło niewielkie pudełko. Natychmiast wziął je w dłoń i otworzył, by po raz kolejny spojrzeć na wykonany z białego złota pierścionek, w którym umieszczono jasny szmaragd.
Prawdę mówiąc, obecny trener Snow Kids planował oświadczyć się białowłosej zawodniczce o wiele wcześniej. Wielokrotnie rozmawiał z jej rodzicami, ambasadorami księżyca Obia. Z początku to właśnie ich reakcji obawiał się najbardziej, jednakże gdy okazało się, nie wnoszą żadnych obiekcji, a wręcz są szczęśliwi z tego powodu, postanowił nie zwlekać dłużej. Niestety właśnie wtedy porwano cały Klub Galactik oraz ich przyjaciół, co uniemożliwiło mu zrealizowanie swego celu. Choć zastanawiał się wiele razy, czy powinien to zrobić, w ostatecznym rozrachunku zawsze dochodził do wniosku, iż nie była to najlepsza pora na poproszenie ukochanej o rękę.
Miał świadomość, że wielu będzie przeciwnych jego decyzji. Że są zbyt młodzi na małżeństwo, że być może zakocha się jeszcze w kimś innym, że pierwsza miłość zwykle nie jest trwała... powodów istniało mnóstwo. Bratanek Aarcha nie zamierzał jednak poddawać się, lecz walczyć o to, co uważał za słuszne. Każdy nowy dzień utwierdzał go jeszcze bardziej o sile uczucia, które narodziło się siedem lat wcześniej.
Po pewnym czasie stwierdził, że nadeszła pora, by skończył swoją krótką przerwę. Reszta drużyny pracowała w pocie czoła nad organizacją akcji ratunkowej ich przyjaciół, obecnie próbując znaleźć sposób na udostępnienie sprzętu Clampa do dyspozycji Thrana, który, jako mózg ich części operacji, potrzebował bezpośredniego łącza z piratami. Wciąż nie było pewne, kto uda się tę akcję, lecz na pewno Ahito zostawał w Akademii, by kryć towarzyszy. Wpadł nawet na pomysł, jak to zrobić - postanowił nagrać liczne dialogi wypowiadane przez innych członków drużyny, by móc później odtwarzać je i pozorować obecność nieobecnych osób. Rocket przyznał, że ten pomysł, chociaż prosty i być może banalny, okazał się strzałem w dziesiątkę. Młodszy z bliźniaków wypróbował swoją ideę wcześniej, kiedy jeszcze o niej nie wiedział. Gdyby bramkarz nie pokazał mu dyktafonu, do końca byłby przekonany, że naprawdę słyszy innych zawodników.
Kiedy dołączył do zgromadzonych w salonie przyjaciół, zauważył, że kapitan drużyny wciąż nie wróciła. Nie był przekonany, kiedy usłyszał, że zorganizuje im wsparcie piratów. Sądził, że było to zadanie przeznaczone bardziej dla D'Jok'a, będącego mimo wszystko synem przywódcy tej grupy. Dziewczyna powiedziała, że ma dobre przeczucie, i chociaż ufał jej jak nikomu innemu, zaczynał się martwić. Jeśli ktoś mógł podjąć się porwania zawodników z treningu, zagrożenie poza terenem Akademii stawało się o wiele większe.
Mark jako pierwszy zauważył jego ponowne pojawienie się.
-Mamy już pomysł, jak odwrócić uwagę Aarcha, Clampa i Artegora.
-No dawaj.
-Zorganizujemy im męską dobę poza Akademią. Jestem pewien, że może to się im spodobać, bo wszyscy są zestresowani. Aarch tym bardziej, że jego żona ma niedługo urodzić. Przyda się im wolny czas.
-To może się udać! Pozostaje jeszcze miejsce, bo do baru matki Micro Ice'a raczej ich nie wyślemy...
-Nad tym jeszcze myślimy. Wymyślenie tego nie jest jednak tak trudne, jak wpadnięcie na sposób na Dame Simbai- wtrącił D'Jok. -Bardzo ją szanuję za to, jak o nas dba, ale nie może dowiedzieć się o naszym planie.
-Dame Simbai opuści Akademię tylko, jeśli dostanie wezwanie od Stowarzyszenia- usłyszeli nagle głos Tii.
Weszła do pomieszczenia tak cicho, że żadne z nich nie zwróciło na nią uwagi. Ściągnęła z siebie mokrą, ciemnozieloną kurtkę i powiesiła ją na jednym z wolnych krzeseł. Skupiwszy całą uwagę na sobie, zaczęła mówić o podjętych pertraktacjach.
-W ciągu najbliższych dwudziestu czterech godzin powinniśmy otrzymać sygnał od piratów o ich gotowości do działania. Wtedy Thran prześle wszystkie dane, jako udało mu się wykraść, w tym plan bazy, do Hawkinsa, który będzie łącznikiem między nami a piratami. W nocy Sinedd i D'Jok opuszczą Akilian i udadzą się bezpośrednio do Strefy 17, albo raczej w jej okolice, i razem z piratami wejdą do środka.
-Tia, możesz mi wytłumaczyć jedną rzecz? Z kim do licha się spotkałaś, że ci się udało?- uśmiech zagościł na twarzy młodej kobiety.
-Ze starym przyjacielem z dzieciństwa, Stevensem.
D'Jok popatrzył na nią z zaciekawieniem.
-Nie sądziłem, że jako córka dyplomatów będziesz miała kontakty wśród tak wysoko postawionych piratów.
-Też o tym nie wiedziałam, dopóki się nie rozpoznaliśmy. Ale to jest historia na inny raz, teraz wróćmy do naszego planu. Rocket, Mark, tutaj macie wybór - możecie zostać tutaj, aby pomóc Ahito zabezpieczać naszą misję, lub też wyruszyć razem z pozostałymi i tam pomagać na statkach.
-Idę z chłopakami- powiedział Mark, wyraźnie dając do zrozumienia, że chce zobaczyć wszystko na własne oczy.
-Mnie również w to włączcie- dodał Rocket. Już miał wrócić do kwestii fizjoterapeutki drużyny, gdy przypomniał sobie, że jego dziewczyna jako jedyna wciąż nie ma przydzielonego zadania. Zwrócił się więc do niej.
-A ty?
-Ja wchodzę do środka po M'Ice'a i Mei- udała, że nie widzi wytrzeszczonych oczu trenera Snow Kids. -Musimy jeszcze ustalić, co z Dame Simbai. Zgodnie z tym, o czym wcześniej wspominałam, opuści naszą drużynę tylko pod warunkiem, że otrzyma wezwanie. Prawdopodobieństwo jest wręcz znikome, dlatego trzeba znaleźć inny sposób.
-Obecnia nie możemy zrobić nic innego poza odciąganiem jej uwagi. Chyba, że... spróbujemy zrobić coś w rodzaju prywatnej potańcówki. Jeśli będziemy głośno, a nagram nasze rozmowy, jakbyśmy mieli kaca, to może się uda.
-Jesteś genialny, Ahito. Musimy ci o tym mówić częściej. Myślę, że to wszystko na tę chwilę. Odpocznijcie i starajcie się nie zachowywać nietypowo, aby nikt nie zaczął podejrzewać, że coś jest na rzeczy.
Gdy większość osób już wyszła, Rocket zatrzymał białowłosą kapitan.
-Uważam, że nie powinnaś tam iść. Jesteś o wiele silniejsza, zwinniejsza i inteligentniejsza od przeciętnych ludzi i wiem, że poradziłabyś sobie, ale martwię się. Nie chcę, by coś ci się stało.
-Rozumiem twoje obawy i dziękuję za troskę- pocałowała go w policzek, szorstki od jednodniowego zarostu. -Mam jednak przeczucie, że muszę być tam w środku. Poza tym ktoś musi pilnować Sinedda i D'Jok'a.
Z korytarza dobiegły ich niezadowolone głosy wspomnianych wcześniej osób. Para roześmiała się, słysząc ich narzekanie na nich. Wtedy również trener reprezentacji Akilianu stwierdził, że skoro mógł to być ich ostatni, spokojny wieczór, powinni spędzić go w wyjątkowy sposób, nie wiedział jeszcze jaki. I mimo, że jego ukochana była tak blisko, zdecydował się odłożyć kwestię zaręczyn.
Przygotowując kolację dla dwojga, poczuł zwiększający się z każdym dniem ciężar pudełka.
Następny dzień minął drużynie na zabawie podczas treningu, mającej ukoić ich nerwy i odciągnąć umysły od czekającego ich zadania. Chcąc wykorzystać pozostały im czas, ćwiczyli, czytali na głos książki, komentowali grę Warrena podczas ostatniego spotkania drużyn Lightnings i Xenons, robili krótkie drzemki i pod okiem Tii uczyli się piec ciastka. Około godziny szesnastej Akademię opuścili Aarch, Artegor i Clamp, którzy za namową swoich podopiecznych postanowili spróbować się trochę rozluźnić. Widząc, że nawet oni potrzebują chwili dla siebie, Dame Simbai poinformowała ich, że przyjmie zaproszenie Mayi i spędzi u niej wieczór. Pozwoliła im również na zrobienie imprezy; wymagała jedynie, by w razie, gdyby planowali się upić, zostawili w jej gabinecie kartkę, aby mogła przygotować im elektrolity i coś do jedzenia. Kiedy skończyli piec, postanowili zapobiegawczo przespać się kilka godzin.
Mniej więcej koło godziny dziewiętnastej, gdy zaszło już słońce, cała siódemka postanowiła włączyć telewizję, aby obejrzeć najgłupszy z możliwych seriali, jaki kiedykolwiek polecił im Micro Ice. Gdy tylko połączyli się z satelitą, ekran niespodziewanie zgasł, a gdy znów się włączył, ich oczom ukazała się twarz Stevensa.
-Tia, jesteś tam?
-Tak, ja i wszyscy z drużyny.
-To dobrze. Thran, prosiłbym cię, abyś spróbował połączyć się z Hawkinsem i przesłał mu dane, potem stale utrzymuj łącze. Nie wiadomo, kiedy kontakt będzie znów potrzebny, a z doświadczenia wiem, że będziecie chcieli wiedzieć, na jakim etapie planu się znajdujemy. Natomiast wszyscy ci, którzy lecą z nami, niech czekają za godzinę na dachu Akademii. Wszystko, co potrzebne, dostaniecie już na statku, dlatego jedyne, co powinniście ze sobą zabrać, to zapasowa para majtek... Mówię oczywiście do tych, którzy jeszcze nie uczestniczyli w żadnej z naszych misji. Czegoś zapomniałem?- krzyknął za siebie, do swoich ludzi. Usłyszał przeczącą odpowiedź.
-Ile mamy czasu na wejście na statek?
-Damy wam sześćdziesiąt sekund, nie więcej. Jesteście zwinni, więc powinniście poradzić sobie z wiszącą drabinką.
-Rozumiemy, czekamy na was.
W momencie, w którym połączenie zostało przerwane, zrezygnowali z oglądania serii i rozpoczęli przygotowania. Upewniwszy się, że na pewno nikt mu nie przerwie, Thran uruchomił komputer Clampa i natychmiast odpowiedział na wezwanie pirata. Podłączywszy swój sprzęt, rozpoczął masowe przesyłanie rozmaitych planów i obliczeń oraz włączył czat głosowy. Niski głos bramkarza Piratsów stale informował go o postępach, a kiedy wszystko zostało wysłane, postanowił porozmawiać o nowinkach technologicznych. Na obydwu z nich spoczywała ogromna odpowiedzialność, dlatego ucieszyli się, że przy każdym następnym połączeniu będą mogli odstresowywać się, rozmawiając na lubiane tematy.
Tymczasem pozostali kończyli nagrywać dialogi do odtworzenia następnego dnia. Starali się być przygotowani na wszystkie możliwości, również na ewentualne pytania ze strony opiekunów, dlatego rejestrowali nawet najdziwniejsze odpowiedzi, tak, aby brzmieli jakby rzeczywiście byli na kacu lub wciąż pod wpływem alkoholu. Ahito zamontował później mikrofony i głośniki przy drzwiach i, zsynchronizowawszy je, sprawdzał, czy system działa poprawnie. Postanowił, że będzie siedział z bratem w "biurze" należącym do technika drużyny, stamtąd monitorując całą Akademię. Dzięki rozbudowanej sieci kamer mógł przewidywać następne ruchy Dame Simbai, Aarcha i Clampa, dostosowując wypowiedzi do zadanego pytania.
Skończywszy przygotowywać materiały dywersyjne, napastnicy i pomocnicy Snow Kids pobiegli do swoich pokojów, przebrać się w wygodniejsze ubrania. Gdy cała piątka była już gotowa, sprawdzili zegar. Zostało im niecałe piętnaście minut, toteż spokojnym, choć zdradzającym ich zdenerwowanie krokiem ruszyli ku schodom na dach, na który towarzyszyli im bracia. Gdy z trudem udało im się otworzyć nieużywane od lat przejście, ich oczom ukazało się wieczorne niebo. Od południa nadciągały zlewające się z szarością zmierzchu burzowe chmury, jakże dokładnie odzwierciedlające ich sytuację.
Gdy usłyszeli w powietrzu szum nadlatującego statku, wiedzieli, że czas się pożegnać. Ci, którzy wyruszali, uściskali tych, którzy zostawali; każdy z nich miał stoczyć bój o przyjaciół, choć na różnych polach bitewnych. Tuż przed tym, jak z niewidzialnego gołym okiem statku spadła drabina, kapitan postanowiła przypomnieć drużynie ich starą, zapomnianą już przez świat dewizę. Wyciągnęła przed siebie dłoń, a pozostałym nie trzeba było nic tłumaczyć. Kiedy czuli ciepło swych rąk, zakrzyknęła:
-Go, Snow, go!
Odpowiedzieli jej tym samym.
Thran i Ahito wrócili do środka, by koordynować akcję, zaś pozostała piątka zawodników niczym pająki zaczęła wspinać się po spuszczonej przez piratów drabinie. Ostatnia osoba weszła na pokład w chwili, w której pancerne drzwi zamknęły się. Odwrócili się i podążyli za Wilkinsonem (a może Davisonem?), mającym zaprowadzić ich do magazynu, aby mogli nałożyć przygotowane dla nich kombinezony i zaopatrzyć się w broń.
Nagle D'Jok zmarszczył brwi i rozejrzał się.
-Tylko mi nie mówcie, że zwinęliście Czarną Mantę!
-Nie zwinęliśmy- odparł stojący przy drzwiach Stevens. -To jest nasz prywatny, nowiutki statek, Srebrna Manta. Sonny nie wie, że go zbudowaliśmy za własne fundusze, i całe szczęście. Nasza kawiarka byłaby pod okupacją!
Roześmiali się. Nie wiedzieli tylko, że długo nie będą mieli ku temu okazji.
