W całej rejestrowanej historii Strefy 17 tylko kilka razy odnotowano burze piaskowe, pędzące z prędkością prawie stu kilometrów na godzinę i sięgające dużo ponad tysiąc metrów nad ziemię. Żadna jednak nie przypominała tej, która właśnie przemierzała pozbawioną początku i końca pustynię położoną na północnej półkuli planety. Potężna chmura piasku mknęła przez niezamieszkałe obszary z siłą rozkruszającą skały i porywającą suche drzewa.

Stojący przy ujściu wentylacyjnym Stevens i Tia wpatrywali się w pędzącą masę pyłu. Pozostali członkowie misji wskoczyli już do szybu i czekali na nich.

-Cholera, to idzie prosto na nas!

-Im szybciej się uwiniemy, tym lepiej. Kiedy burza tu dotrze, Manta straci całą widoczność- powiedziała dziewczyna, prześlizgując się przez wąski otwór.

Gdy wszyscy znaleźli się już w szybie wentylacyjnym, kapitan Piratsów jeszcze raz wyświetlił mapę całego kompleksu. Na podziemną fortecę, gdyż nie można było o niej inaczej powiedzieć, składało się wiele poziomów korytarzy wykutych w litej skale. Choć część z nich kończyła się ślepymi zaułkami, barakami lub nawet prowadziła dziesiątki kilometrów poza obszar bazy, wszystkie łączyła jedna rzecz - wspólny system wentylacji, zapewniający im zarówno powietrze jak i bezpieczeństwo. Wiedzieli bowiem, że bez niego stacjonujący na miejscu bandyci (nie wiedzieli, jak powinni ich nazywać) nie przeżyją na pustynnej planecie - każda usterka mogła zakończyć się śmiercią znajdujących się pod powierzchnią osób. Dlatego też piraci zdecydowali się obrać najbezpieczniejszą ze wszystkich możliwych tras do celi, w której znajdowali się porwani zawodnicy. I chociaż podejrzewali, że porywacze wiedzą o ich planie włamania się, czuli, że nikt nie spodziewa się użycia przez nich tak banalnej i znanej wielu możliwości.

Upewniwszy się ostatni raz co do drogi, ekipa ratunkowa ruszyła przed siebie. Prosty odcinek szybu wentylacyjnego, którym powietrze dostawało się do środka, był najszerszą częścią systemu napowietrzenia twierdzy, toteż wejście w tym miejscu wydawało się łatwe dla większości należącej do osób wysokich i dobrze zbudowanych. Jednakże w miarę pokonywania kolejnych metrów korytarz zwężał się i zaczął skręcać, stawiając wszystkich przed ogromnym wyzwaniem. Jedyną rzeczą, której Thran nie mógł obliczyć, była szerokość szybu w najciaśniejszych miejscach. Bez tej wiedzy pozostało im jedynie modlić się, by nie zaklinować się.

Czołgający się na metalowych płytach pochód otwierał Stevens, posiadający największy staż w tego typu akcjach. Za nim pełzli mający nieść porwanych graczy Sinedd i D'Jok, których nie obciążał żaden dodatkowy sprzęt. Orszak zamykali Wilkinson, Davison i Tia, uzbrojeni w karabiny, na czas czołgania przewieszone przez plecy. Przy ustalaniu kolejności przemieszczania się kapitan Piratsów kierował się wielkością poszczególnych osób. Trafnie przewidział, że w wypadku gdyby ktoś został unieruchomiony w tunelu, najmniejsza spośród nich Tia byłaby w stanie wcisnąć się między zaklinowanego i ścianę, przemieścić się dalej, po czym pociągnąć nieszczęśnika, uwalniając go.

Tymczasem na zewnątrz burza piaskowa z całą siłą uderzyła w górę. Płuca zawodników momentalnie wypełniło suche, gryzące powietrze, a ich oczy spostrzegły maleńkie drobiny piasku, których nie zatrzymały nowoczesne filtry, zainstalowane między piętrami położonymi najbliżej powierzchni. Natychmiast zrobiło im się też gorąco. Chociaż taką możliwość rozpatrywano, nie spodziewali się, że rzeczywiście będą musieli czołgać się w temperaturze bliskiej pięćdziesięciu stopni Celsjusza! Co więcej, mieli świadomość, że gdy zajdzie słońce, temperatura powietrza gwałtownie spadnie, utrudniając poruszanie się.

Mimo to ciągle przesuwali się naprzód. Przez pierwsze pół godziny mozolnego czołgania się żaden z członków wyprawy ratunkowej nie zaklinował się, co zostało uznane za duży sukces - fragment trasy, którą wówczas pokonywali, należał do wyjątkowo wąskich i krętych. Po przepełznięciu pozornie najtrudniejszej części trasy nadeszła pora na przedostanie się na niższe poziomy twierdzy. Skręciwszy w lewo, piłkarze dostrzegli wyraźny spadek, przypominający zjeżdżalnię. Prowadzący grupę kapitan Piratsów ześlizgnął się powoli, a gdy zjechał znów na płaską powierzchnię, dał znać towarzyszom, by podążyli za nim. Przez dłuższy czas bezproblemowo przesuwali się w dół.

Jednakże, gdy zaczęli pokonywać ostatnią różnicę poziomów, w pierwszej chwili nie poczuli, jak stromy był zjazd. W momencie, w którym ich prędkość znacznie zwiększyła się, zrozumieli, jak w duże wpadli kłopoty. Starając się nie wydać żadnego dźwięku, pędzili z góry na dół, próbując jednocześnie nie odbijać się zbyt głośno od stalowych ścian.

-Sinedd, złap Stevensa nogami!- zawołała Tia do oddalonego o kilkanaście metrów kolegi z drużyny.

-Po co?!

-Zrób to! Niech wszyscy spróbują utworzyć łańcuch!

-O-okej!

Pozostali członkowie ekspedycji posłusznie wykonali rozkaz, przyspieszając i chwytając niczym małpy znajdujących się poniżej towarzyszy. Jedynie Stevens, który nie słyszał rozmowy przyjaciółki z dzieciństwa z byłym zawodnikiem Shadows, nie wiedział, co się dzieje. Poczuwszy oplatające go wokół klatki piersiowej łydki zdziwił się, ale to nie to sprawiło, że z jego gardła wyrwało się głośne przekleństwo. Spojrzawszy w dół spostrzegł, że pionowy tunel kończy się, zaś płyta poziomego jest od niego oddalona o mniej więcej dwa metry, co przy ich prędkości sprawi, że uderzą w nią z dużą siłą, poobijają się i, co najgorsze, zaalarmują stacjonujących na miejscu porywaczy. Już przygotowywał się na upadek, gdy nagle-

Zatrzymali się.

Stopy Stevensa od zetknięcia z metalem dzieliły centymetry, ale, ku wielkiej radości drużyny, nie usłyszeli żadnego głośnego dźwięku ani szmerów dochodzących z znajdującego się pod nimi korytarza. Blondyn poczuł, jak pozostali członkowie wyprawy ratunkowej delikatnie opuszczają go na twardą powierzchnię. Zerknąwszy ponad głowę zrozumiał, że pozostali liczą na jego pomoc. Wyciągnął więc ręce i po kolei łapał wszystkich zawodników i stawiał ich z boku.

-D'Jok, dobrze, że zahamowałeś. Masz mocne ramiona- zauważył Sinedd szeptem, poklepując go po barku.

-Nie tylko ja! Gdyby nie wy, w życiu nie zatrzymalibyśmy się.

Czołowy zawodnik Piratsów odchrząknął, skupiając uwagę wszystkich stojących w szerokim korytarzu. Trzymane przezeń pudełko wyświetliło hologramową mapę poziomu, nad którym się znajdowali.

-Nie chciałbym wam przeszkadzać w umacnianiu więzi przyjaźni i tak dalej, ale... nasz cel znajduje się dziesięć metrów w prawo.

Momentalnie zapadła cisza, a zrozumiawszy, jak niewiele dzieli ich od zobaczenia i uratowania zaginionych od miesięcy przyjaciół, zawodnicy Snow Kids najszybciej spośród ekipy poszukiwawczej dotarli ponad pomieszczenie. Wilkinson i Tia wyciągnęli z niewielkich kieszeni śrubokręty i zaczęli odkręcać solidnie przymocowane śruby i wkręty. Co rusz musieli zmieniać rodzaje gwintów, gdyż każda ze śrub miała inną główkę. Zajęło im trochę czasu nim udało im się pozbyć wszystkich mocowań. Wreszcie, gdy skończyli pracę, stojący obok Davison i Stevens unieśli płytę, powstrzymując się od jęku.

Nim zamocowali linę i zjechali po niej, sześcioro piłkarzy popatrzyło w dół. Fakt, że widzieli cokolwiek w ciemnościach, zawdzięczali jedynie goglom na podczerwień. Surowa cela nie posiadała żadnych okien, ściany były pozbawione rys, a pancerne drzwi wyglądały, jak gdyby nie istniał do nich zamek. Na szczęście każdy pirat uczył się, jak omijać wszelkie zabezpieczenia, dlatego piraci bez słowa skargi zabrali się do otwarcia wrót. W tym samym czasie D'Jok, Sinedd i Tia rozejrzeli się za przyjaciółmi. Z początku wyglądało na to, że pomylili się i włamali się do złego pomieszczenia, gdyż nie było śladu ich obecności. Kiedy jednak rozejrzeli się jeszcze raz, dostrzegli zwinięte w kącie... coś. Podeszli bliżej, by rozpoznać swoich przyjaciół, dziwnie ułożonych i zwiniętych. Chociaż bardzo chcieli zobaczyć, w jakim są stanie, wiedzieli, że nie mogą się rozproszyć. Podeszli więc do nich i, nie patrząc na to, jak poważne są ich obrażenia, Sinedd ostrożnie przewiesił nieprzytomną Mei przez ramię, zaś D'Jok przy pomocy Tii nałożył Micro Ice'a na plecy niczym plecak, zupełnie jak za dawnych, dziecięcych lat.

Zamek szczęknął cicho, a drzwi stanęły otworem. Gotowi do (jakby nie było) spektakularnej ucieczki, piraci oraz córka ambasadora chwycili broń w dłonie, otoczyli grających w ataku zawodników Snow Kids i ruszyli korytarzem ku wolności.

#

-Ciekawe... zaszli daleko! Nie spodziewałem się po nich, że dostaną się tutaj w taki sposób, sądziłem, że będą negocjować. No proszę...

Drzwi otworzyły się z hukiem.

-Komandorze, rozkazy.

-Schwytać ich, póki tutaj są. Niepotrzebnych zlikwidować. Interesują nas jedynie Akiliańczycy- przerwał na moment. -Ale może najpierw zapewnimy naszym trochę rozrywki!

-Czyli...- zamaskowany człowiek uśmiechnął się pod nosem -wszystkie chwyty dozwolone?

-Co tylko dusza zapragnie.

Zasalutowawszy, starszy mężczyzna oddalił się, zostawiając go znów sam na sam ze swoimi myślami.

#

Obszar, po którym się przemieszczali, był ogromny, toteż nie istniała żadna, nawet najmniejsza możliwość, by pozostali niezauważeni. Ponieważ jednak zachowywali się cicho i spokojnie, przez długi czas nikt nie zwracał na wyglądającą niemalże identycznie do stacjonujących tam osób grupę. Wyróżniali się wyłącznie tym, że dwie osoby niosły owinięte ciemnymi kocami niezidentyfikowane rzeczy, ale w podziemnej twierdzy nieraz zdarzały się dziwniejsze sytuacje, a jeśli ktoś przywoził coś z innych planet, to zazwyczaj nie chciał tego pokazywać. Twój towar, twoja sprawa - ta niepisana zasada obowiązywała w całej pustynnej bazie.

Najkrótsza trasa na powierzchnię prowadziła przez magazyn amunicji oraz lądowisko statków, połączone ze sobą wieloma ruchomymi mostkami. Pokonanie tak dobrze strzeżonego terenu przez coraz bardziej rzucającą się w oczy grupę stanowiło przeszkodę niemalże... nie. Nie do pokonania. Oczywiście każdy, kto znał piratów oraz Snow Kids wiedział, że nic nie powstrzyma ich przed podjęciem ryzyka. Toteż w czasie gdy piłkarze przemykali korytarzami na "terenie wroga", ich przyjaciołom pozostało jedynie modlić się, by nie popełnili jeszcze większych głupstw.

Kiedy dotarli do magazynu, zawodnicy zrozumieli, że zniknięcie z celi ich przyjaciół zostało zauważone. Za nimi biegła powiększająca się z każdą chwilą grupa uzbrojonych od stóp do głów ludzi, do których co rusz dołączali kolejni. Stevens spodziewał się takiego obrotu spraw, toteż wcześniej poprosił swoją kadrę piratów oraz Thrana, by zablokowali wszystkie drzwi, które znajdowały na ich trasie ku powierzchni od składu broni do końca. Przewidywał, że jeśli tak uczynią, będą musieli martwić się jedynie o możliwość ewentualnego rozstrzelania, wysadzenia lub upadku wgłąb hangaru. Planował po drodze zniszczyć mosty łączące poszczególne części magazynu, gdyż wtedy pościg pozostanie za nimi, a oni swobodnie uciekną. Wciąż jednak musieli przedrzeć się przez labirynt trapów i trzeszczącej przy każdym kroku stali.

Gdy po raz kolejny laserowy pocisk o centymetry minął jego głowę, obróciwszy się błyskawicznie wokół własnej osi kucnął i strzelił w jedną z lamp, która, straciwszy połączenie z zasilaniem, zgasła i uderzyła w posadzkę. Widząc, na jaki pomysł wpadł kapitan Piratsów, pozostali wyposażeni w karabiny członkowie wyprawy w biegu i przy pokonywaniu kolejnych pięter zestrzeliwali wszystkie źródła światła, dopóki wokół nie zapanował półmrok, znacznie utrudniający zlokalizowanie ich między wieżami skrzyń i pudeł. Sam Stevens, gdy tylko nadarzała się okazja, doczepiał do barierek maleńkie bomby, mające wybuchnąć w ciągu trzech minut od ich podłożenia.

Do pokonania pozostał im już tylko ostatni, mierzący prawie trzydzieści metrów most. Ponieważ był on węższy od pozostałych, zawodnicy musieli pokonać go gęsiego. Najszybciej ze wszystkich biegł chyba Sinedd, uważając, by jego dziewczyna nie poobijała się jeszcze bardziej, za nim zaś podążali piraci (Stevens podłożył w połowie mostu ostatnią, mającą szybszy czas zapłonu bombę) oraz pozbawiona przez lasery kaptura Tia. Ostatni w rzędzie był D'Jok, z którego pleców powoli zsuwał się, choć przywiązany kocem, jego najlepszy przyjaciel. Zwolnił na trzy kroki, by móc poprawić mniejszego kolegę.

Nikt nie przewidział, że ich przeciwnicy obiorą inną strategię, niż zakładano.

Czerwonowłosy chłopak właśnie miał dogonić kapitan drużyny, kiedy kątem oka dostrzegł nadlatujący z prawej strony niewielki przedmiot. W momencie, w którym wyciągnął do Tii rękę, niezidentyfikowana rzecz wpadła między nich. Rozległ się huk, a białe światło zalało całą halę. Okulary, które nosił, nie uchroniły go ani trochę przed oślepnięciem, a sam wybuch sprawił, że dźwięki dookoła stały się przytłumione. D'Jok wiedział, że kiedy zachwiał się i cofnął kilka kroków, z jego gardła wydostał się krzyk. Stevens odwrócił się, i spróbował przyciągnąć do siebie.

I wtedy wszystkie podłożone bomby eksplodowały.

#

Tylko dzięki niesamowitym umiejętnościom pilotowania Hansa Srebrna Manta utrzymywała się na swojej pozycji. Kate czuła jednak, że wkrótce i tak na nic się to nie przyda - intuicja podpowiadała jej, że załoga powinna przygotować się na nadchodzące zagrożenie. Ale skąd i kiedy miało ono nadejść... tego niestety już nie wiedziała. Mogła jedynie powiedzieć towarzyszom, aby odbezpieczyli broń i trwali w ciągłej gotowości.

Spośród wszystkich osób, które udały się do środka podziemnej twierdzy, najbardziej martwiła się o swojego narzeczonego. Kiedy blondyn opowiedział jej plan akcji, w której mieli wziąć udział, w pierwszej chwili chciała odmówić. Choć od dołączenia do piratów uczestniczyli w wielu misjach, nierzadko przez siebie zainicjowanych, przerażała ją myśl o powrocie do znienawidzonej Strefy 17. Gdy będąc dzieckiem wraz z rodziną została sprzedana handlarzom niewolników, trafiła właśnie na najmniej gościnną ze wszystkich planet. Nie chciała po raz drugi przechodzić przez koszmar, od którego uwolnił ją jej rówieśnik, wówczas piętnastoletni Stevens, będący najmłodszym członkiem wyprawy. To dzięki niemu wydostała się z niewoli oraz dostała szansę na spełnienie marzeń. Szybko zostali przyjaciółmi, a potem... Jak się okazało, pozostali Piratsi zakładali się w szatni, ile czasu zajmie im zaręczenie się.

-Nie musisz tego robić, jeśli nie chcesz. Wystarczy, że będziesz na mnie czekać.

Mimo wszystkich złych uczuć, które żywiła wobec pustynnej planety, zdecydowała, że nie będzie stać bezczynnie ze świadomością, że jej ukochany udał się na misję, a ona została, ponieważ nie potrafiła zmierzyć się z przeszłością. Postanowiła czuwać nad niedoświadczonymi zawodnikami oraz obserwować wyjście z bazy. Z wejściem na pokład pierwszego statku należącego tylko do ich drużyny, wszelkie emocje opuściły ją, pozostawiając jedynie zdecydowanie oraz niechęć do ociągających się ludzi. Na szczęście Rocket i Mark szybko uczyli się i nie musiała tłumaczyć im wszystkiego bardzo długo.

Przyłożyła dłoń do szyi, na której spoczywał łańcuszek ze srebrnym kluczykiem. Drugi, z kłódką, nosił Stevens - był to prezent od całej drużyny, która słysząc, że ich kapitan nie ma pomysłu na oświadczenie się, uznała, że powinni zainterweniować. Zorganizowali wszystko, od dwuczęściowego wisiorka dla narzeczonych po kolację przygotowaną przez Alexandra i jego babcię, z wykształcenia kucharkę. Wspomnienie tamtego wieczoru sprawiło, że kąciki jej ust uniosły się nieznacznie.

Nagle rozległ się alarm, ostrzegający przed ostrzałem. Z niedowierzaniem w oczach Kate pobiegła do kabiny pilotów, by przedyskutować sytuację, w której się znaleźli. Piratsi doskonale rozumieli, w jak ciężkich warunkach przyszło im walczyć. Po całej minucie rozmów oraz kilku niebezpiecznych manewrach pilota, polegającego tylko na tym, co słyszał, kobieta zeszła na dolny pokład, gdzie przebywali członkowie załogi obsługujący broń. Zwróciła się do Snow Kidsów, oczekujących na rozkaz (oraz jakąkolwiek informację na temat tego, co się działo w środku).

-Mam nadzieję, że posłuchaliście Stevensa i wzięliście zapasowe gacie. Przydadzą wam się.

#

Zarówno duszące od prochu i siarki powietrze jak i ograniczona widoczność nie powstrzymały mieszkańców podziemnej fortecy od natychmiastowej reorganizacji układu bazy. Fakt włamania się na teren ich kryjówki zmobilizował wszystkich do schwytania intruzów, a uszkodzenie konstrukcji tylko podsyciło płonący w ich sercach gniew. Ponieważ część z nich zobaczyła, że dwoje włamywaczy spadło z ostatniego mostu, rozpoczęli ich poszukiwania.

Drużyna rozproszyła się - większość pobiegła już ku wyjściu, tylko Tia i Stevens pozostali w tyle, starając się dogonić towarzyszy. Myśli dziewczyny pędziły jak oszalałe, rozpaczliwie chwytając się wszelkiej nadziei na powrót po przyjaciół. Przerwanie misji wydawało się w tym momencie jedyną możliwą opcją, nie ważne, jak okrutną dla drużyny. Blondyn popatrzył na nią ze zrezygnowaniem, przypominając tym samym jeden z warunków, pod którymi Piratsi zgodzili się podjąć próbę uwolnienia porwanych zawodników. Jego obowiązkiem jako dowódcy było zapewnienie bezpieczeństwa swoim ludziom, dlatego choć bardzo polubił D'Joka, nie mógł ryzykować życiem i zdrowiem pozostałych. Tia zacisnęła pięści, nie godząc się z faktem porzucenia przyjaciół, niestety nie mieli jak. Wyczerpali wszystkie pomysły, stracili element zaskoczenia... nie pozostało im nic innego jak wycofać się.

I wtedy uświadomiła sobie.

Pozostał jeszcze flux.

Podjęcie tego ryzyka mogło pociągnąć za sobą wiele konsekwencji, jednakże w chwili, w której sobie uświadomiła o istnieniu tej drogi, przestała się bać. Chrzanić Stowarzyszenie! Jeżeli użycie Oddechu ocali D'Joka i Micro Ice'a, zrobi to. Tak samo jak Rocket, gdy uratował ją na Genesis, nie zawaha się. Zatrzymała się gwałtownie, odwróciła i, choć nie była pewna, czy blondyn ją usłyszy, powiedziała:

-Jeżeli nie pojawimy się w ciągu pięciu minut, odlećcie.

-Zwariowałaś?! Zabiją was!- Stevens przytrzymał ją za ramię, zatrzymując w pół kroku.

-Jeżeli nic nie zrobię, nigdy sobie nie wybaczę!- odwróciła się i spojrzała mu w oczy.

Determinacja i żar, które w nich zobaczył, sprawiły, że wypuścił ją. Wiedział, że nie powstrzyma jej, że poszłaby nawet wtedy, gdyby musiała pokonać całą drogę jeszcze raz samodzielnie. Ostatni porozumiał się z nią za pomocą znaków; zapytał, czy jeśli nie wrócą na czas, ma coś komuś przekazać. Dwie wiadomości, jedną dla wszystkich, drugą dla Rocketa. Dziękuję Wam. Kocham Cię. Życzył jej szczęścia, po czym, powstrzymując mimowolnie wzbierający się gniew i smutek, ruszył sprintem w stronę bramy na zewnątrz.

Białowłosa dziewczyna skupiła się w sobie, przypominając całą swoją wiedzę na temat Oddechu. Poza tym, że korzystnie wpływał na ogólną motorykę ciała, pozwalał także na latanie. To właśnie z tej właściwości zdecydowała się skorzystać, biegnąc po przyjaciół. Gdy odbiła się od krawędzi korytarza, uwolniła Oddech - ogromna siła wypełniła ją od środka, a jej ciało stało się lekkie niczym piórko. Ukrywając się między szczątkami mostu i kolejnymi piętrami, zaczęła opadać w dół, uważnie badając jasnozielonymi oczyma otoczenie. Krzątający się wokół ludzie zdawali się być zbyt zajęci reorganizacją bazy i poszukiwaniami włamywaczy, by zauważyć migoczącą między cieniami a światłem latarek latającą postać.

#

Dawniej narzekał, gdy Dame Simbai zapisała całą drużynę na zajęcia z aeroakrobatyki.

Teraz dziękował niebiosom, że ich nie opuszczał.

Choć oślepł, wciąż czuł i słyszał, co się dzieje dookoła. Przez pęd powietrza dużo lżejszy Micro Ice prawie odczepił się od jego pleców, ale przytrzymał go mocno. Gdy wydawało mu się już, że spada z przyjacielem na pewną śmierć, niespodziewanie zstąpiło na niego wrażenie zwolnionego czasu. Jego umysł i myśli stały się nadzwyczaj jasne przejrzyste, co pozwoliło mu na rozważenie kilku przypadkowych pomysłów. Mimo iż nie widział, w co celować, zdecydował się na próbę wylądowania na jednym z pięter. Zgodnie z tym, czego nauczył się na lekcjach, wykorzystał swoją prędkość i skręcił w bok. Okazało się, że idealnie wybrał moment na manewr.

Z dodatkowym obciążeniem upadł na brzuch pomiędzy pudła, a uderzenie było tak silne, że przez pierwsze kilka sekund nie mógł złapać tchu. Gogle zsunęły się z jego twarzy, a kaptur zahaczył o metalową listę, rozrywając go, jednakże nie zwrócił na to większej uwagi. Dopiero po tym, jak wreszcie udało mu się wciągnąć powietrze do płuc sprawdził, czy M'Ice lub on sam nie doznał obrażeń. Gdy tylko dotknął przyjaciela, ten jęknął, w dodatku dosyć głośno, co oznaczało, że prawdopodobnie zaczął odzyskiwać świadomość. Wyczuwszy ponad sobą kroki wielu osób chłopak zaklął, modląc się jednocześnie, by Micro Ice pogrążył się w bezbolesnym śnie. Wiedział, że jeśli zostaną znalezieni, już nie uda im się wrócić do domu, a nawet jeżeli, to zapewne w trumnach. Sytuację pogarszała dodatkowo jego (miał nadzieję że tymczasowa) utrata wzroku.

Nagle jak przez mgłę dostrzegł zarys postaci, otoczonej biało-błękitną poświatą. Nie będąc pewnym, kim ona jest, spiął wszystkie mięśnie i przygotował się do ataku. Dopiero, kiedy osoba się zbliżyła, D'Jok zauważył, że unosiła się w powietrzu, a jej włosy lśniły bielą, co sprawiło, że rozpoznał kapitan Snow Kids. Nie spodziewał się jednak, że po niego wróci. Zamrugał szybko, ale jego oczy wciąż odmawiały posłuszeństwa.

-Musimy stąd znikać- powiedziała, lądując łagodnie na stalowej podłodze, zupełnie inaczej niż on.

-Niby jak chcesz to zrobić?- syknął, rozumiejąc, w jaki sposób wróciła. -A nawet, jeżeli wrócimy, to Stowarzyszenie zabroni ci grać!

-Mam to gdzieś!- chwyciła go za ramię i cofnęła kilka kroków, jak gdyby szukając miejsca na rozpędzenie się. -Nie obchodzi mnie, czy będę mogła kontynuować grę w piłkę, czy Stowarzyszenie coś mi zrobi, nic mnie nie obchodzi! Nie stchórzę jak oni.

Kiedy wznieśli się w górę, Micro Ice zacisnął dłoń na ramieniu D'Joka, jak gdyby w ten sposób chciał mu dodać otuchy. Czerwonowłosy chłopak miał zamiar coś powiedzieć, ale głos uwiązł mu w gardle. Magiczna energia białowłosej dziewczyny dodawała mu sił, nawet, jeżeli wydawała się być na niego zła. Oddech jednak jest niesamowity, pomyślał. Łączy nas wszystkich, niezależnie od sytuacji. Zdecydował, że dołoży wszelkich starań, by wrócili cali i zdrowi z tej misji - postanowił zacząć od najprostszego.

-Jak zamierzamy wylecieć z hangaru?- zapytał.

-Nie pomyślałam o tym...- wyznała szczerze, a ton jej głosu znacznie złagodniał. Przypomniawszy sobie o awaryjnych przyciskach do otwierania pasa startowego, napastnik szepnął o tym pomocniczce. Wolą ręką ściągnął z szyi gogle i zasugerował, że może je wykorzystać w roli pocisku.

-Powiedz mi, kiedy i gdzie rzucić.

-Dasz radę?

Uśmiechnął się słabo i spojrzał w oczy (przynajmniej tak sądził).

-Skoro ty nie odpuściłaś i złamałaś nawet zasady, by po nas wrócić, to ja również nie odpuszczę i ślepy trafię.

Na ustalony sygnał odrzucił okulary na podczerwień w prawo, wykorzystując w tym celu całą siłę, jaką dysponował w ramieniu. Tia przyspieszyła, widząc, jak gogle trafiają idealnie w środek przycisku. Naprawdę zaczynała wierzyć w swoje słowa wypowiedziane do D'Joka na statku! Ich przeznaczeniem nie było uwięzienie w Strefie 17, musieli jednak postarać się jeszcze bardziej, aby wrócić w jednym kawałku.

W tej samej chwili właz otworzył się - okazało się, że słońca planety skryły się już za horyzontem, dlatego wokół zapanowały ciemność i chłód. Szum wichru wskazywał, że burza piaskowa wciąż trwała, na co obydwoje jęknęli. D'Jok zamknął oczy, Tia poprawiła gogle na twarzy, po czym wyłonili się z hangaru, lądując w samym środku... bitwy? Nie, nie pomylili się. Dookoła nich śmigały pociski, kilka razy musieli gwałtownie nurkować lub skręcać, by uniknąć trafienia. Wszystko wskazywało na to, że za nimi znajduje się Srebrna Manta. Opadli na ziemi i ramię w ramię pobiegli w stronę statku, starając się utrzymać mimo silnego wiatru i co parę sekund potykając się o własne zziębnięte nogi.

Sytuacja była zła - Manta nie mogła się bronić ani uszkodzić dział przeciwnika, przez co oni nie mogli wejść na pokład, mimo że załoga dostrzegła ich i próbowała obniżyć lot. Obydwoje zrozumieli, że jeżeli czegoś nie zrobią, to albo zamarzną, albo zasypie ich masa wędrującego piachu, albo trafi ich przypadkowy pocisk. D'Jok skupił się, by mimo niesprzyjających warunków wymyślić rozwiązanie. Gdyby Stevens i jego piraci mogli chociaż zobaczyć podziemną twierdzę...! Wtedy go olśniło. Zaparł się pewnie na nogach i przyciągnął przyjaciółkę.

-Spróbuję zwiększyć widoczność!- krzyknął Tii do ucha, licząc, że go usłyszy.

-Będę cię osłaniać!

Przyzwali Oddech jednocześnie.

Ich płuca momentalnie wypełniło czyste powietrze. Oddech odpychał wszelki pył na bok, sprawiając, że nie groziło im już zasypanie jak i uduszenie. W tej samej chwili Tia uczyniła manewr łudząco podobny - a może identyczny? - do tego, który wykonał Thran podczas meczu z Rykersami, kiedy odkrył w sobie fluxa. Z początku niewielka, błękitna tarcza zaczęła rosnąć do gigantycznych rozmiarów i odbijać nieprzyjacielskie pociski, przepuszczając jednocześnie ataki ze strony Srebrnej Manty. Ku zdumieniu zarówno jej jak i D'Joka, bariera krystalizowała się, stając twarda niczym akiliański lód z czasów epoki lodowcowej.

Skupił się na usunięciu piasku. Podobnie jak większość drużyny do niedawna nie potrafił korzystać z Oddechu inaczej niż podczas gry w piłkę, dlatego proces bardzo go męczył. Czuł, jak jego mięśnie słabną, gdy posyłał falę Oddechu do oczyszczenia terenu, jednakże widoczne gołym okiem efekty dodawały mu siły. Co ciekawe, użycie fluxa sprawiło, że oczy powoli odzyskiwały swoją funkcję.

Po raz pierwszy odkąd pojawili się w Strefie 17 odezwał się komunikator (o którego istnieniu, swoją drogą, nie mieli pojęcia).

-Przechwytujemy was za piętnaście sekund! Gazu!

Obydwoje zachwiali się, lecz musieli dokończyć dzieła. Osiągnąwszy inny niż dotychczas poziom komunikacji, skupili się na wzniesionej lodowej barierze i siłą woli strzaskali ją na setki ostrych jak brzytwa odłamków. Zaskakując tym zarówno wrogów jak i sprzymierzeńców, posłali je wszystkie ku podziemnej fortecy, czyniąc z niej górę lodową. Wbiwszy się w większość armat i stanowisk strzeleckich, zaczęły ekspolodować.

Pierwszy otrząsnął się D'Jok, który czując nadciągającą falę uderzeniową, wyrzucił z siebie:

-Choduchoduchoduchoduchodu!

Wspólnie trzymając znów nieprzytomnego Micro Ice'a, przyjaciele z prędkością niemalże równą wiejącemu w ich plecy wiatru popędzili ku wejściu na statek.

#

Jeżeli jeszcze ktoś na pokładzie nie wierzył, że cuda się zdarzają, właśnie przestał mieć co do tego najmniejsze wątpliwości. Misja, mająca na wieki pozostać w tajemnicy wśród piratów, a której powodzenie stało pod ogromnym znakiem zapytania, zakończyła się pełnym sukcesem!

-Udało się, Kate! Udało! Haha!- Stevens chwycił swoją partnerkę w talii i obrócił w powietrzu, dając upust swej radości.

-Micro Ice jest już w rękach pokładowego medyka, tak samo jak Mei. Oczywiście Dame Simbai zajmie się nimi o wiele lepiej, pozwólcie jednak, że do tej pory zadbamy o ich zdrowie i przynajmniej zdiagnozujemy część ich urazów.

-Jak wrócimy, robimy bibę?- dopytywał się pilotujący Hans.

-Nie przyczepią się, oj nie... Nie dowiedzą się, oj nie... Wyżłopiemy litry piwa, wyżłopiemy litry piwa! Im zostanie o-li-waaaaaa- zaśpiewali głośno Hawkinson i Davison jedną z najbardziej znanych piosenek pirackich.

Z pozycji obronnych lada moment mieli wrócić Mark, Rocket i Sinedd, który jako pierwszy wrócił z Mei na statek. Tymczasem D'Jok i Tia stali w mesie oparci o ściany i patrzyli na zamieszanie, czując się wyzuci z całej energii. Popatrzyli po sobie, zastanawiając się, co powinni dalej zrobić. Nie sądzili, że będą w stanie dojść do najbliższych siedzeń, dlatego trwali w bezruchu i milczeniu, uśmiechając się do wszystkich, tym samym próbując uspokoić się i poukładać wydarzenia ostatnich kilku minut. Po paru chwilach czerwonowłosy chłopak przerwał ciszę, dręczony pewną kwestią.

-Tia... czy wiesz, że twoje włosy świecą się?

-Poważnie? Nie zauważyłam...

-Zaczęły, jak użyłaś Oddechu. Widzisz? Jeszcze błyszczą się...- wskazał dłonią na białe pasemka, lśniące podobnie do świeżego śniegu.

Zaśmiała się bardzo cicho. Potem powoli osunęła się po ścianie, a wkrótce w jej ślady poszedł D'Jok. Z daleka przypominali śpiące rodzeństwo, chociaż bardzo różne z wyglądu, to przypominające się charakterem. Nikt nie zwracał na nich uwagi, dopóki do pomieszczenia nie wszedł Stevens wraz z pozostałymi członkami Snow Kids. Rozejrzeli się w poszukiwaniu członków wyprawy do wnętrza podziemnej twierdzy.

-Chłopaki! Oczywiście, kapitanie, nie jesteś chłopakiem, ale wiesz, o co chodzi!- jak zawsze wytłumaczył się Mark, gdy spostrzegł ich.

-Nic wam się nie stało? Martwiłem się, że- Rocket urwał w połowie zdania, natychmiast zauważając, że coś jest nie tak.

Podbiegł do przyjaciela i ukochanej i potrząsnął nimi delikatnie. Ponieważ nie otrzymał żadnej reakcji, zaczął wołać ich po imieniu, jednakże i to okazało się bezskutecznie. Przerażony (choć starał się zachować kamienną twarz) poprosił kolegów z drużyny o pomoc w zabraniu nieprzytomnych z nieznanej przyczyny zawodników do innego miejsca.