D'Jok rozglądał się na lewo i prawo, nie wiedząc, co właściwie się stało. Wydawało mu się, że po powrocie na statek zasnął na stojąco w mesie... W jego głowie zaczęło pojawiać się coraz więcej pytań, na które nie potrafił udzielić odpowiedzi. Zrobił kilka kroków do przodu w nadziei, że czegoś się dowie. Nie widząc żadnych zmian, maszerował wolnym, ostrożnym krokiem przed siebie. Cholera, dlaczego było tutaj tak ciemno?! Za żadne skarby świata nie chciał ponownie przechodzić przez problemy ze wzrokiem, które spotkały go wcześniej!

-D'Jok!

Odwrócił się gwałtownie, by zobaczyć biegnące w jego kierunku dwie osoby, tak samo nieobdarzone wysokim wzrostem. Pierwsza z nich miała delikatnie połyskujące w ciemności białe włosy, druga zaś trzymała w dłoni coś na kształt latarni, w której tlił się błękitny płomień, oświetlający ich drogę. D'Jok nie mógł ich nie rozpoznać - zrobiłby to nawet wtedy, gdyby pozbawili go wszystkich zmysłów.

-Tia! Micro Ice! Ale jak...?

-Błądziła tutaj, tak samo jak ty- stwierdził czarnowłosy chłopak, przechylając na prawo głowę. -Na szczęście była na tyle mądra, by iść sama w jakimś kierunku i wołać.

-Nie zauważyłeś mnie, dopóki nie podeszłam bliżej!

-Oj, oj, drobny szczegół!

Nie wiedział, co powinien zrobić. Jego najlepszy przyjaciel stał tuż obok niego, cały, przytomny, bez żadnego szwanku! Jakim cudem? Gdy tak wpatrywał się w niego, kapitan drużyny położyła mu dłoń na ramieniu, co sprawiło, że momentalnie przestał błądzić myślami gdzieś daleko. Uśmiechnęła się do niego, podobnie jak Micro Ice, który machnął wolną ręką na otaczające ich ciemności. Naraz uwaga D'Joka skupiła się na latarence trzymanej w drugiej dłoni.

M'Ice odgadł, do czego dążył jego przyjaciel.

-Śniła mi się przez cały czas, kiedy byliśmy w tym 'ośrodku'- zatrząsł się na samą myśl. -Któregoś razu, chyba na noc przed próbą ucieczki stwierdziłem, że muszę ją wreszcie znaleźć. I znalazłem! Miałem z tym dużo trudności, bo tutaj co chwilę wszystko wygląda inaczej.

-Dlaczego płomień jest błękitny?- na to pytanie dwójka jego towarzyszy roześmiała się. Nie rozumiał, dlaczego, choć czuł, że powinien wiedzieć.

-To Oddech... albo coś w tym rodzaju. Kiedy ją odkopałem ze śniegu i zacząłem przecierać, moja dłoń sama zapłonęła i rozpaliła w środku! Nie powiem, przestraszyłem się trochę. Wiesz, że dzięki temu płomyczkowi mogłem was znaleźć? Jak gdyby Oddech, przy pomocy tej latarni, prowadził mnie do was...

-Micro Ice, wiesz może, jak stąd wyjść? Obawiam się, że cała banda na statku chyba się martwi... Nie wiem dlaczego, ale czuję na sobie czyjeś spojrzenia!

-Mam nadzieję, że nie rozbierają cię wzrokiem!

-Nie, tego na pewno nikt nie robi.

Drobny chłopak przymknął na moment powieki, próbując przypomnieć sobie coś. Wodził palcem w te i z powrotem, myśląc intensywnie. Wreszcie przestał i zaczął tłumaczyć.

-Musicie iść cały czas przed siebie, nie zbaczając. Po jakimś czasie powinniście zobaczyć coś na kształt drzwi. Odprowadzę was kawałek!

-A dlaczego nie pójdziesz z nami?- zapytał w marszu, chociaż wydawało mu się, że zna już odpowiedź.

-Bo widzisz, D'Jok...- jego twarz zachmurzyła się. -Ja jeszcze nie mogę wrócić. Po prostu to wiem.

Jednakże zaraz potem poklepał ich po ramionach, uśmiechnął się i zawołał:

-Idźcie! Tam daleko stoi Ahito, wystraszcie go w moim imieniu!

Zanim zdążyli zareagować, Micro Ice pobiegł w przeciwną stronę i w chwilę później rozpłynął się, a wraz z nim magiczna latarnia. Jedynym źródłem światła były więc włosy Tii, które mimo tego, że nie nie użyła Oddechu, wciąż się świeciły. Nie widząc innego wyjścia, jak posłuchać rady przyjaciela (który znów go zostawił - a niech go...!) obydwoje ruszyli we wskazanym kierunku, z początku wolno, później przyspieszając kroku. Po jakimś czasie, zupełnie tak, jak to przewidział M'Ice, zobaczyli błękitne drzwi unoszące się w przestrzeni. Podeszli bliżej by spostrzec, że są one uchylone.

Kiedy mieli już przez nie przejść, obejrzeli się za siebie. Stojący kilka metrów dalej bramkarz Snow Kids patrzył na nich z niedowierzaniem.

-Bez jaj...


Powoli otworzyli oczy, ziewając. Przy ich łóżkach (jak się na nich znaleźli?) siedzieli Stevens, Kate, Sinedd, Mark i Rocket, świdrując ich wzrokiem. Gdy tylko zobaczyli, że ich towarzysze ocknęli się, natychmiast poderwali się z siedzeń. Gdy zawodnicy zasypywali ich pytaniami, atakujący i pomocniczka popatrzyli po sobie, jak gdyby starając się upewnić, że śniło im się dokładnie to samo. Trener Snow Kids, który odczuł niesamowitą ulgę na widok swojej ukochanej, całej i zdrowej, zapytał ją o jej samopoczucie.

-Muszę przyznać, że nigdy dobrze tak nie spałam!- wyznała, przeciągając się.

-Ja również! Serio, nie jestem ani trochę zmęczony... Powiedzcie mi, ile spaliśmy?

-Siedem godzin. A teraz pozwól, droga Miętówko, że zabiorę cię stąd, abyś mogła wykonać swój obowiązek.

-Jaki?

Twarz Stevensa w dużym stopniu przypominała zmarszczoną śliwkę.

-Kontrolerzy już po raz dziesiąty chcą nas przeszukać! Uczyń mi ten zaszczyt i wytłumacz im, że nie jesteśmy piratami.

#

Po kilku minutach stresu, dwóch rozmowach z kontrolerami oraz skanem podpisu córki ambasadora udało się pokonać ostatnią przeszkodę w drodze powrotnej na Akilian. Gdy usiadła z powrotem w mesie (pozostali członkowie wyprawy mogli się teraz wyspać), Tia całą siłą woli próbowała powstrzymać się od śmiechu. Wciąż nie mogła uwierzyć, że udało im się uwolnić przyjaciół, wrócić na statek i oszukać wszystkie kontrole... wolałaby, by to ostatnie pozostało tajemnicą. Mimo starań roześmiała się cicho, wypuszczając z siebie cały nadmiar negatywnych emocji.

Dawno już nie czuła takiej ulgi! Gdyby mogła, pewnie unosiłaby się teraz w powietrzu niczym piórko z radości! Zaraz... Rzeczywiście się unosiła! Rozejrzawszy się wokoło stwierdziła, że wszyscy byli zbyt zmęczeni, by zauważyć, że lewitowała kilka centymetrów nad fotelem. Ku swemu zdumieniu czuła Oddech, chociaż nie widziała jego fizycznej manifestacji. Nie miała pojęcia, jak powinna zareagować - nigdy dotąd nie straciła pełnej kontroli nad fluxem. Czyżby jawny bunt przeciwko zasadom sprawił, że coś się zmieniło w niej samej? Podczas tego krótkiego błądzenia myśli opadła z powrotem na fotel. Oznaczało to, że nie panowała nad zdolnością, jednakże intuicja podpowiadała jej, że wkrótce się tego nauczy.

Podeszła bliżej do szyby, by spróbować bez mapy zorientować się, w którym miejscu galaktyki obecnie się znajdowali. Okazało się, że właśnie mijali księżyc Obia, na którym jej rodzina posiadała rezydencję. Odwróciła się, by pobiec do kabiny pilota i zapytać, za ile dolecą na miejsce, jednakże nie było to konieczne. Do pomieszczenia wpadli Rocket i D'Jok.

-Za pół godziny będziemy nad Akademią! Czekaj, wydawało mi się, że już się nie świecą, może coś pominąłem?

-Co macie na myśli?

-Długa historia, wytłumaczę ci, gdy dotrzemy na Akilian... i przetrwamy spotkanie z Aarchem. Coś mi mówi, że nie wszystko poszło zgodnie z planem.

Całą trójką ruszyli do luku awaryjnego, gdzie już czekali na nich pozostali członkowie Snow Kids oraz piraci. Na specjalnych uprzężach zawieszono nieprzytomnych Mei i Micro Ice'a, tak by móc bezpiecznie spuścić ich na dach Akademii. Chociaż statek w wyniku wejścia w atmosferę planety zaczął się trząść, ranni zawodnicy najwyraźniej nie odczuwali turbulencji, przez które mniej odporni musieli usiąść na posadzce (pozostali złapali się uchwytów). Do koców, którymi owinięto porwanych Akiliańczyków, doczepiono notkę na temat odniesionych przez nich obrażeń oraz wykonanych na pokładzie badań wraz z wynikami, aby jak najbardziej ułatwić Dame Simbai podjęcie leczenia podopiecznych.

Kolejny wstrząs posadził wszystkich na ziemi. Odkąd Snow Kids po raz pierwszy opuścili Akilian bardzo rzadko zdarzało im się napotkać tak silne turbulencje. Najwyraźniej statek wleciał prosto w burzę, której pilot Manty nie mógł w żaden sposób ominąć. Uczestnicy misji ratunkowej siedzieli więc na podłodze, uczepieni pasów, stalowych uchwytów oraz samych siebie, cicho rozmawiając między sobą. Stevens przez komunikator próbował porozumieć się z pilotującym Hansem, który wyjaśnił z niesmakiem, że wstrząsy czekają ich niemalże do samej Akademii.

Jęcząc na temat niesprawiedliwości we wszechświecie zawodnicy skulili się zgodnie z poleceniem. Dla zabicia czasu oraz rozluźnienia się - część narzekała, że mogli jeszcze nie schodzić do luku, gdzie trzęsło najbardziej - piraci zaczęli uczyć swoich akiliańskich kolegów przeróżnych piosenek. Ponieważ większość z nich miała charakter weselny, Stevens i Kate zarumienili się. Aby zawstydzić ich jeszcze bardziej, towarzysze zaczęli układać potencjalną playlistę na ich wesele. Nim jednak skończyli, rozległ się głośny, bardzo głośny komunikat.

-Panie i panowie, za trzy minuty dotrzemy nad Akademię Aarcha. Wysiadających proszę o zabranie wiszących kolegów. Życzę państwu przyjemnej rozmowy z trenerem oraz zdrowia. Rejsem w te i z powrotem kierował najlepszy pilot pod słońcem (w końcu dolecieliśmy w jednym kawałku), Hans Grüber.

Kiedy zamocowany na klapie włazu radioodbiornik zamilkł, Stevens wytłumaczył Snow Kidsom procedurę opuszczenia statku oraz spuszczenia Mei i Micro Ice'a wraz z ich odpięciem. Następnie Piratsi pożegnali się ze swoimi świeżo upieczonymi towarzyszami broni i cofnęli się do ładowni. Mogli z tego miejsca bezpiecznie przyglądać się końcówce akcji.

W momencie, w którym właz stanął otworem, pierwsi zawodnicy zjechali po linie na ziemię. Chroniące ich rękawice rozgrzały się niebezpiecznie od siły tarcia. Widząc, że mogą już spuszczać przyjaciół, Tia i Rocket rozluźnili łańcuchy, pozwalając by siła grawitacji wykonała za nich pozostałą robotę. Kiedy Mark, Sinedd i D'Jok zamachali im, że złapali nieprzytomnych kolegów, para pomachała po raz ostatni i zsunęła się w dół. Chwilę później pięcioro przyjaciół patrzyło w ciężkie, burzowe chmury, z których wkrótce miał spaść deszcz. Moduł niewidzialności działał bez zarzutu.


Zazwyczaj Aarch był spokojnym człowiekiem. Zazwyczaj.

Przez te wszystkie lata zdążył nauczyć się, że jego podopieczni należeli do ludzi dzikich, trochę szalonych i nieobliczalnych. Znosił ich wybryki i pouczał ich, gdy przegrywali lub robili coś bez jego wiedzy. Rozmawiał z każdym z osobna, starając się jak najlepiej ich zrozumieć. Darował im nawet indywidualne wyprawy pirackie! Tymczasem oni...! Nie mógł i nie chciał nawet myśleć, co mogło się im przytrafić. Do cholery, martwił się o nich jak o własne dzieci!

Po nietypowym dla bliźniaków wybuchu złości obiecał wstrzymać się z tyradą dla Snow Kids dopóki nie zjawi się cała drużyna. Gdy więc po kilkunastu godzinach od ujawnienia się całej sprawy przez wejście na dach wyszło pięcioro... nie, siedmioro! zawodników, całą siłą woli powstrzymywał się przed rozwrzeszczeniem się. Zaczekał, aż Dame Simbai przejmie Mei i Micro Ice'a, po czym wpuścił całą drużynę oraz Yuki do salonu. Nie chciał, aby ktokolwiek mu przeszkadzał, mimo to w pomieszczeniu znaleźli się również Clamp (niezadowolony z powodu okupacji jego sprzętu) oraz Artegor, który przyglądał się temu wszystkiemu z wyraźnym rozbawieniem. Z nim też porozmawia.

-Czy wyście do reszty zgłupieli?! Chyba jeszcze NIGDY, podkreślam NIGDY nie zrobiliście czegoś tak niebezpiecznego! Nie mogliście nikogo poinformować?!

-Nie puścilibyście nas...- zaczął D'Jok łagodnym tonem, płynnie wcinając się pomiędzy wykrzykiwane zdania.

-Ufałem wam pomimo wszystkich waszych numerów... Co wyście myśleli?! Po tym już nigdy nie uda mi się wam zaufać! I nie, Thran, to, że mój status trenerski został przywrócony parę miesięcy wcześniej nic nie zmienia! Kto raz jest trenerem, na zawsze nim pozostaje!

Przerwał na chwilę, by zaczerpnąć oddech.

-Może byśmy was puścili, gdybyście nas poinformowali! Koniec końców zawsze wracaliście z wypraw - tak, domyśliłem się, że polecieliście z piratami. Ale ani razu jeszcze nie próbowaliście tak otwarcie się nas pozbyć!- prychnął głośno na samą myśl.

-Trenerze, wiem, że to, co zrobiliśmy, było nieuczciwe i złe, ale naprawdę nie mieliśmy innego wyjścia! Jeszcze chwila, a Micro Ice i Mei nie wróciliby wcale!

-Ugh... dlaczego ja się w ogóle tak wami denerwuję?! Mam żonę, wkrótce urodzi mi się dziecko, to nimi powinienem się martwić!

-Właśnie, jak się ma Adium?

-Bardzo dobrze, na szczęście... Nie zmieniajcie tematu! Tyle dobrego, że przynajmniej nie użyliście Oddechu...

-Nie zgodzę się.

Aarch, podobnie jak wszyscy znajdujący się w pomieszczeniu, zamarli. Poza D'Jokiem i Stevensem nikt, nawet pozostali członkowie drużyny, nie wiedział, że w czasie akcji został użyty Oddech. Tia czuła jednak, że skoro grali w otwarte karty, to nie powinni zatajać tak kluczowych szczegółów ich misji (choć w dalszym ciągu nikt, ona również, nie miał zamiaru mówić na temat piratów).

-Nie... nie chcesz mi powiedzieć chyba, że...?!

-Tak, trenerze. Aby ocalić życie swoje i przyjaciół, użyłam Oddechu- zawodniczka w bardzo dyplomatyczny sposób zaczęła prezentować sytuację, zręcznie pomijając fakt, że były kapitan drużyny również przyzwał fluxa.

Były członek reprezentacji piłki nożnej Akiliana wyglądał przez chwilę, jakby ktoś uderzył go obuchem w głowę. Następnie ruszył ku jednej z szafek przy ekranie telewizora, odsunął ją i pogrzebał chwilę z tyłu. Oczom wszystkich ukazały się dwie butelki wódki, pochodzące z jednej z najlepiej ukrytych skrytek Micro Ice'a. Ku ogólnemu zdumieniu Aarch odkręcił jedną z nich i wychylił jej połowę jednym haustem.

-Na trzeźwo tego nie zniosę...- powiedział, kręcąc głową.

I wyszedł.

#

-Powiedz mi... gdzie ja popełniłem błąd? Przecież tak... tak bardzo starałem się, abyście wyszli na ludzi...

-Nigdzie, wujku. Byłeś i jesteś dla nas wzorem do naśladowania.

-To dlaczego...?

Chociaż bardzo mu na tym zależało, wypracowana przez lata odporność na alkohol oraz wcześniej zjedzony obiad nie pozwoliły Aarchowi osiągnąć upragnionego stanu upojenia. Siedział zatem w barze, od którego wszystko się zaczęło; tam, gdzie po raz pierwszy zetknął się z przyszłymi zawodnikami Snow Kids, popijając piąte z rzędu piwo goryczkowe i zagryzając czym popadnie. Obok niego siedział próbujący go udobruchać Rocket, gdzieś z tyłu czaili się Mark, Thran, Sinedd, Yuki i Ahito. Brakowało jedynie D'Joka i Tii, którzy w pierwszej kolejności dostali dodatkowy ochrzan od Dame Simbai, a potem mieli zostać poddani jakimś badaniom. Według fizjoterapeutki po tak dużym zużyciu fluxa coś mogło im się stać. Czerwonowłosy zawodnik nie czuł jednak nic poza swoimi stłuczonymi podczas upadku rękami.

Były trener i kapitan Snow Kids zamyślił się.

-Może po prostu tak mamy? Nie potrafimy usiedzieć w miejscu. Robimy wszystko spontanicznie. Dzięki temu wciąż się trzymamy, lepiej lub gorzej, ale zawsze. Wyruszyliśmy na tę misję ratunkową bardzo szybko, organizując wszystko na szybko. Ale na szczęście się udało i cała drużyna jest już w komplecie.

-Ale mogliście mi chociaż powiedzieć! Może bym się nie zgodził, ale gdybyście już wyruszyli, starałbym się wam pomóc! Czuję się pominięty... Czyżbyście aż tak mi nie ufali?

Do stolika podeszli wówczas wszyscy obecni w barze zawodnicy (D'Jok i Tia dotarli na miejsce) i otoczyli go.

-Trenerze, my cię uwielbiamy! Po prostu nie chcieliśmy cię martwić...

-...podejmowanie tak ważnych decyzji zajmuje przecież mnóstwo czasu...

-...sądziliśmy, że nasza spontaniczność pomoże...

-...i że nikt nie będzie musiał się martwić, bo mieliśmy zdążyć...

-...ale nie wyszło i jest nam tak strasznie, strasznie głupio i wstyd...

Chociaż stali przed nim dorośli, młodzi ludzie, Aarch nie potrafił oprzeć się wrażeniu, że widzi przed sobą tych samych nastolatków, których spotkał wiele lat wcześniej. Tych samych, którymi obiecał się opiekować i wspierać ich w walce o marzenia. Zawsze robili coś wbrew jego woli, w końcu byli młodzi! Wciąż czuł buzującą w nim wściekłość za to, co zrobili, lecz wiedział, że nie potrafił wiecznie się na nich złościć. Koniec końców wszystko dobrze się skończyło, a przecież dzięki nim wreszcie odnaleziono zaginionych członków drużyny. Podejrzewał, że mieli rację i gdyby oni się nie podjęli tego zadania, najprawdopodobniej nikt by już się za to nie zabrał.

Pokręcił głową, nie wierząc sam sobie, po czym uśmiechnął się łagodnie.

-Co macie takie smutne miny? Hej, głowy do góry!- rozłożył swoje ramiona i ku zdziwieniu wszystkich objął ich, co nie było łatwe, zważywszy na to, że miał przed sobą osiem osób o różnych rozmiarach.

-Trenerze...?

-Wciąż jestem na was zły, to prawda, ale nie można was o nic winić. Wykazaliście się o wiele większą odwagą niż ktokolwiek inny. Myślę, że samo przyłapanie was wystarczy jako kara.

Nie potrafił już na nich krzyczeć. To były jego dzieci - bardzo samodzielne, dorosłe, poważne, ale jednocześnie spontaniczne, pełne zapału i wiary we własne siły i marzenia. I gdy tak patrzył na nich, zdenerwowanych, zawstydzonych i troszkę smutnych, poczuł, że dawno nie był z nich tak dumny, jak tego wiosennego wieczoru.


Następne trzy dni polegały głównie na powrocie do prawdziwych treningów i koczowaniu przed gabinetem Dame Simbai.

Fizjoterapeutka wychodziła stamtąd tylko po to, by coś zjeść, a i tak rzadko do tego dochodziło. Ośmioro zawodników oraz były trener starali się na wszelkie sposoby dostać do środka lub choćby dowiedzieć się czegoś więcej na temat stanu zdrowia odzyskanych przyjaciół. Kobieta milczała nawet bardziej niż grób i dołożyła wszelkich starań, aby nie udało im się wejść. Próbowali dosłownie wszystkiego i żadne rozwiązanie nie działało! Nie zamierzali się jednak poddawać - prawda, każda nieudana próba frustrowała ich, ale również motywowała do działania. Jednak fakt, iż wrócili do pełnych treningów sprawiał, że ich pomysły albo nie nadawały się do zrealizowania, albo byli zbyt zmęczeni, by myśleć nad czymś wykonalnym.

Gdy więc trzeciego dnia, po dwóch sesjach treningowych oraz kolejnej próbie wejścia do gabinetu zmachani zawodnicy (Yuki, chociaż formalnie nie należała do Snow Kids, wciąż z nimi trenowała) usłyszeli kliknięcie zamka, w pierwszej chwili myśleli, że im się coś wydawało. Kiedy jednak wyczuli przesuwające się drzwi oraz kroki, natychmiast zerwali się z podłogi i doskoczyli do gabinetu, otaczając Dame Simbai.

-Czy możemy wreszcie do nich wejść? Tak bardzo prosimy!

Kobieta przewróciła oczami.

-Które to było wasze podejście?

-Dokładnie pięćdziesiąte siódme- powiedział Thran, pokazując zamalowaną wieloma liniami kartkę. -Jeżeli policzymy też tę próbę, wyjdzie pięćdziesiąt osiem.

-Wy naprawdę nie poddajecie się...- zaśmiała się z ich zmęczonych twarzy, choć sama wyglądała na równie zmęczoną. -Co jeśli wam powiem, że możecie wejść?

Rzucili się na nią. Dosłownie. Ośmioro zawodników objęło ją, bardzo niezdarnie ściskając, co sprawiło, że jej zmęczone oblicze rozjaśniło się trochę. Odwzajemniła uścisk, chcąc im przekazać, jak bardzo doceniała ich próby wejścia do środka, w czasie gdy ona zajmowała się rannymi. Widziała wszystkie notki ze słowami wsparcia, które cudem przeciskali między szparami w drzwiach; nie przechodziła obojętnie koło drobnych przekąsek, które oni przygotowywali - znała ich tak dobrze, że z zamkniętymi oczami mogła wskazać, kto wykonał poszczególne rzeczy.

Odsunęła się od drzwi, wskazując dłonią na otwarty gabinet.

-Na razie wystarczy! Chyba nie chcecie kazać im czekać?- poprawiła okulary w nadziei, że nie dostrzegą jej wzruszenia.

Drużyna momentalnie przypomniała sobie o innym celu ich wizyty pod gabinetem fizjoterapeutki. Przeprosili ją za najście, po czym powoli przeszli przez drzwi, myśląc jedynie o tym, co tam zastaną. Gdy wszyscy weszli już do środka, drzwi się zamknęły, a zgaszone światła zapaliły. Ich oczom ukazały się dwa zajęte łóżka, na których leżały dwie osoby, obydwoje w piżamach, pokryci wieloma opatrunkami i drobnymi zadrapaniami. Rozmawiali cicho, drużyna słyszała ich szepty. Nie chcąc im przerywać, podeszli do nich w milczeniu, zdawałoby się, że niezauważenie. Ci jednak przestali rozmawiać i zwrócili się dokładnie w ich stronę. Przez kilka sekund patrzyli na siebie wzajemnie bez słowa, a nikt nie wiedział, jak właściwie powinien się zachować.

Kiedy jednak stojący najbliżej łóżek D'Jok, Sinedd i Tia wyciągnęli w ku nim ręce, wszyscy, włącznie z czającymi się gdzieś z tyłu Aarchem, Clampem i Simbai, rozkleili się. Nastąpiło wówczas ogólne zamieszanie, mnóstwo niezdarnych uścisków, łez, cmoknięć w policzki, a okrzykom radości nie było końca. Były zawodnik Shadows jako pierwszy powitał swoją niewidzianą od bardzo dawna dziewczynę, bramkarka Elektras nie mogła powstrzymać się od ucałowania byłego chłopaka, który wyglądał, jakby go wówczas strzelił piorun. Przytulali się wszyscy, jedni starali się nie uszkodzić drugich, ci drudzy od tak dawna nie zaznali czułości, że używali całej swojej siły.

-Wy... byliście tam po nas?- pytała z niedowierzaniem Mei, tuląc się do przyjaciółki.

-Nie mogliśmy was przecież zostawić! Przepraszam, że tak długo nam zajęło znalezienie was!

-Dzięki, chłopaki, dzięki...!- mamrotał Micro Ice, którego od samego początku nie wypuściły dwie osoby.

Do grupowego tulenia dołączyła wówczas kadra trenerska, nie potrafiąca stać dłużej z boku. Cała czwórka (Artegor przybiegł tak szybko, jak usłyszał, że coś się dzieje) wbiła się między zawodników, ostatecznie tworząc wokół łóżek koło. Nikt nie wstydził się swoich łez wzruszenia, żadne z nich nie wypuściło ręki stojącej lub siedzącej osoby.

I choć na planecie zapadła już dawno noc, dla znajdujących się wewnątrz gabinetu osób ponowne spotkanie było najpiękniejszym wschodem słońca.