Wyprostowana, z kamienną twarzą i wzrokiem ostrym niczym stal Dame Simbai wkroczyła do Kwatery Głównej Stowarzyszenia Flux, gdzie została wezwana jeszcze tego samego dnia, w którym zakończyła się misja Snow Kids i Piratów w Strefie 17. Spodziewała się takiego obrotu wydarzeń, ale ponieważ musiała zająć się porwanymi zawodnikami, zdołała przesunąć audiencję o tydzień, do dnia, w którym była całkowicie pewna, że nic już nie zagraża żadnemu z jej podopiecznych.

-Przepraszamy, jeżeli masz przez nas kłopoty- powiedziała Tia na kilka chwil przed jej odlotem, z miną nietęgą i pełną wątpliwości. Choć próbowała ją zapewnić, że to nie z powodu ich nielegalnego użycia fluxa otrzymała pilne wezwanie, sama nie potrafiła siebie przekonać co do tego. Nie ważne, jak wielką pewnością siebie i stanowczością emanowała - pod tą maską kryła się obawa przed jakimikolwiek konsekwencjami, które mogły zostać podjęte wobec młodych piłkarzy. Uważała, że korzystanie z fluxa w słusznej sprawie nie powinno być obarczane karą - na litość boską, planeta dawała fluxa tylko tym, którzy na to zasługiwali! To dlatego nie każdy był nim obdarowany...

Wreszcie wrota sali obrad rozwarły się. Kobieta porzuciła wszelkie obawy (choć miała ich sporo) i przekroczyła prób pomieszczenia, bacznie obserwując sondujących ją członków Stowarzyszenia. Nie miała wątpliwości, że z każdej strony musiała spodziewać się zagrożenia.

-Wzywałeś mnie, mistrzu- pokłoniła się przed przewodniczącym.

-Owszem, Dame Simbai. Chciałbym zapytać się o wydarzenia na Akilianie.

Nie okazała ani krztyny zdumienia, mimo że po głowie krążyła jej jedna myśl - oni wiedzą. Nie bez powodu przecież została przyjęta do rady głównej, nie bez przyczyny uważano ją za osobę posiadającą największą wiedzę oraz kontrolę nad fluxem. Perfekcyjne opanowanie fluxa umożliwiało również całkowite zapanowanie nad emocjami, dlatego też doceniano ją, i chociaż próbowano sondować, wiedziano, że na nic to się nie zda.

-Chodzi mi o to trzęsienie ziemi sprzed kilku dni. Zdaje się, że Akilian wciąż odzyskuje równowagę po przywróceniu Oddechu...

-Mieszkańcy planety nie ucierpieli w żaden sposób, mistrzu, i podejrzewam, że to była ostatnia taka sytuacja. Przez ostatnie miesiące w różnych miejscach na planecie zdarzały się drobne wstrząsy.

-Co chcesz przez to powiedzieć?

-Uważam, że planeta poprzez wstrząsy rozprowadzała nadmiar fluxa z jednego miejsca. W końcowym rozrachunku wstrząsy powróciły tam, gdzie Oddech został przywrócony, czyli w pobliże Akademii Aarcha. Wszystko wskazuje na to, że mimo przesunięcia osi planety w czasie wybuchu Metafluxa Akilian powrócił do równowagi.

-Miło mi słyszeć tak dobre wieści- Brim Balarius po raz pierwszy od dłuższego czasu uśmiechnął się. -Mimo to proszę cię, abyś informowała mnie o sytuacji na Akilianie.

-Oczywiście. Czy to wszystko? Muszę pilnie wracać do drużyny- przypomniała. Jedynie do przewodniczącego miała na tyle dużo zaufania, by zdradzić powód przełożenia spotkania. Nie pytał o nic więcej, choć kusiło go to niezmiernie.

-Pozdrów ode mnie Snow Kids i Aarcha!


Gdyby kilka lat temu zapytać Sinedda, czy marzenia się spełniają, najprawdopodobniej wyrzuciłby on taką osobę przez okno, twierdząc, że to tylko głupi mit.

Teraz wierzył w to całym sercem.

Jego najdawniejsze marzenie, to, o którym myślał, że nigdy się nie spełni, gdyż zdawało się niemożliwym, spełniło się. On, który myślał, że nigdy nie będzie mieć rodziny, o której zawsze marzył, odzyskał swoją własną. Zyskał nie tylko kochających rodziców, ale i wpatrzoną weń z podziwem siostrę. Dla niej właśnie zdecydował się wrócić do Snow Kids i postanowił, że będzie najlepszym starszym bratem, jakiego widziała galaktyka. W dzieciństwie nie spisywał się nawet jako przyjaciel - pojawienie się rodziny sprawiło, że chciał im pokazać, że mogą być dumni nie tylko z jego sukcesów na boisku.

Drugim marzeniem, kiełkującym w nim od dziecka, było zostanie galaktycznej klasy zawodnikiem piłki nożnej, zagranie w Pucharze Galactik Football i zdobycie upragnionego trofeum. Już w szkole podstawowej wykazywał zainteresowanie tym sportem... Zresztą nie tylko on. Jego ówcześni przyjaciele, D'Jok i Micro Ice również. Planował wraz z nimi wyruszyć w świat i wejść na szczyt piłkarskiego świata - niestety wskutek pewnego wydarzenia zostali największymi rywalami, szczególnie on i czerwonowłosy chłopak (Micro Ice nie pamiętał szczegółów, dlatego raczył go tylko podszytymi ironią tekstami), a ich przyjaźń rozpadła się. Teraz, po wielu przejściach, po zdobyciu szczytu, niezdobytego przez nikogo wcześniej, Sinedd i D'Jok pojednali się, i choć nie pałali do siebie uczuciem tak gorącym jak wcześniejsza nienawiść, rozumieli się. W ten oto sposób spełniło się jeszcze jedno marzenie Akiliańczyka - zdobył przyjaciół, którzy mimo wielu różnic gotowi byli skoczyć za nim w ogień, tak jak on za nimi.

Chwila, w której zobaczył Mei po tygodniach rozłąki, stanowiła spełnienie jego kolejnego marzenia. Jego siostra wróciła już, z czego cieszył się niezmiernie, jednak do pełni szczęścia brakowało mu obecności całej rodziny, do której zaliczał swoją dziewczynę. Kiedy razem z drużyną wreszcie dostał pozwolenie na wejście do gabinetu Dame Simbai, chodził tak krzywo, że z daleka mogło to wyglądać, jakby wypił zbyt dużą ilość napojów procentowych. Owszem, był pijany - ale ze szczęścia. Jednakże od dnia, w którym zwrócono mu siostrę, a już szczególnie po odzyskaniu ukochanej, w jego oczach czaił się niepokój. Za każdym razem, gdy spoglądał na dwie najbardziej kochane dziewczyny, wiedział, że coś się zmieniło. Nie wiedział, jak mógłby to zmienić.

Teraz, gdy ponoć miał już wszystko, pragnął jeszcze jednej rzeczy.

By te, które kochał, powitały go uśmiechem niepodszytym smutkiem.


-Czy potrzebuje pan jeszcze czegoś?

-Nie, dziękuję, to wszystko. W razie czego zawołam.

-Oczywiście- kamerdyner skłonił się lekko, po czym opuścił gabinet.

Ambasador księżyca Obia Argyros westchnął głęboko, opierając głowę o wezgłowie fotela. Od kilku miesięcy niemalże każdy dzień przepełniony był intensywną pracą, nie żeby wcześniej tak nie było. Teraz coraz mocniej odczuwał zmęczenie przychodzące po każdym dniu pracy, a obowiązków mu nie ubywało - wręcz przeciwnie, sam nakładał sobie ich więcej, by zdążyć z ich wykonaniem.

Jednak wszystko przewidziane na dziś zostało zrobione, dlatego mógł spokojnie poluzować krawat na szyi i rozciągnąć się w siedzisku. Rzadko zdarzało mu się to robić, zazwyczaj wtedy, gdy naprawdę uważał, iż porządnie wypełnił obowiązki. I rzeczywiście tak było - udało mu się dowiedzieć, iż jego żona, Ellinor, pozostanie na stanowisku równoważnym z ambasadorskim. Ucieszyło go to bardzo, gdyż wiedział, iż stosunki dyplomatyczne między Obią, Akilianem a resztą galaktyki pozostaną w dobrych rękach. Niewielu ludzi nadawało się w tak dużym stopniu do objęcia tego stanowiska - przyglądał się zachowaniom innych dyplomatów i stwierdził, że on i jego żona nigdy, na szczęście, nie spuścili się w takie niziny wykorzystywania pełnionego urzędu.

Jego spojrzenie padło na zdjęcie stojące na biurku, liczące sobie prawie ćwierć wieku (to zabawne, jak szybko płynął czas). Na oblicze wstąpił szeroki uśmiech, gdy przypomniał sobie dzień, w którym wykonano fotografię. Pochodziła ona ze spotkania rodzinnego, podczas którego po raz pierwszy on i Ellinor zaprezentowali światu swoją córkę. Starsi rodziny zgodnie przyznali, że dziecko w pełni zasługiwało na swoje imię, gdyż łączyła dwa potężne rody i była urzeczywistnieniem marzeń wielu pokoleń Akiliańczyków o powrocie dawnych ścieżek, choć właśnie zaczęła się epoka lodowcowa, populacja planety zmniejszyła się o prawie czterdzieści procent, a Oddech został utracony. Księżniczka... Pamiętał, jak Ellinor, wciąż zmęczona po porodzie, popatrzyła na niego ze zdziwieniem, gdy je zaproponował, bo choć wcześniej rozmawiali na te tematy, to nigdy tego imienia nie wspomniał. Mimo to zgodziła się, jej samej się spodobało.

Spoważniał jednak, wybiegając myślą w przyszłość. Dzień, w którym przekaże dary przodków...

Chyba będzie jego ostatnim.


Zaczął się powolny powrót do normalności.

Dame Simbai robiła wszystko, by Mei i Micro Ice jak najszybciej powrócili do pełni zdrowia fizycznego, dlatego też po trzech tygodniach od ich sprowadzenia wprowadziła dla nich pierwsze ćwiczenia niebędące rehabilitacją. Dzięki użyciu zaawansowanych metod leczenia (oraz wspomaganiu Oddechem, ale kto by się już tym przejmował), zdecydowana większość ich ran zagoiła się już, jedynie złamania pozostawały jeszcze tkliwe. Coraz rzadziej zmieniała im opatrunki, choć nie widziała, żeby ich to w jakimś stopniu obchodziło... I to ją martwiło.

Choć na początku wszystko zdawało się być po staremu, cała drużyna wiedziała, że to, co przeżyli w Strefie 17, na zawsze ich odmieniło, zupełnie tak, jak zmienił się Rocket po grze w Netherball. Mei niezwykle nerwowo reagowała na niezapowiedziane wejścia kogokolwiek, a gdy ktoś pytał się jej o zdanie, choćby o to, czy wygodnie jej, natychmiast zamykała się w sobie i siedziała w milczeniu przez następne godziny. Micro Ice zaś błagał, by nie gaszono światła, nieważne, ile prądu to zżerało, powiedział, że zapłaci sam, ale że światło być musi, by drzwi zawsze, zawsze były otwarte, a także mamrotał co jakiś czas o jakiejś zagubionej latarni, gdy myślał, że nikt na niego nie patrzy... Snow Kids bardzo szybko dostosowali się do tych zmian, mimo że na początku należało to do rzeczy prostych.

Zawodnicy starali się jak mogli, by sprawić, by ich przyjaciele rozluźnili się trochę lub chociaż sami powiedzieli im o swoich potrzebach i obawach, choćby jednym słowem. Jakiekolwiek jednak próby kończyły się fiaskiem, szczególnie Mei źle reagowała, o czym przekonali się prawie na samym początku. Sinedd zapytał, czy nie poprawić jej może poduszek, co sprawiło, że dziewczyna popatrzyła na niego z przerażeniem (a przecież on nic złego nie zapytał, przepraszał później za to) i nie odezwała się przez następne pół dnia. Zmartwieni przyjaciele zapytali trochę rozmowniejszego Micro Ice'a o przyczynę, na co odpowiedział, że to niestety coś, z czym sama będzie musiała sobie poradzić, że on nie miał na to wpływu i nie mógł temu przeciwdziałać. Przez chwilę można było ujrzeć w jego oczach poczucie winy - wieczorem tego samego dnia na szafce przy swoim łóżku znalazł wszystkie zdarzenia, błahe i poważne, w czasie których tylko dzięki niemu coś się udało albo poprawił humor. Płakał ze wzruszenia przez kilka godzin.

Wreszcie, mimo wszystkich trudności, nadszedł dzień pierwszego treningu z drużyną. Sprowadzeni piłkarze cieszyli się na niego nie mniej niż cała reszta, szczególnie im na nim zależało, gdyż przez porwanie nie mieli możliwości ćwiczenia się w tym, co kochali. Po dokładnym przebadaniu przez Simbai oraz wielu zapewnieniach, że są gotowi, udali się na zbiórkę, na której już czekała drużyna.

Zaraz jednak chęci ich przygasły.

-Nie będziemy ćwiczyć w holotrenerze, prawda? Błagam, powiedzcie, że nie!- widać było, że Micro Ice zaraz straci nad sobą panowanie.

-Nie wejdę do niego... a co, jeśli oni znowu się pojawią? A jeśli coś się zepsuje i będziemy zamknięci w ciasnej przestrzeni?- Mei brzmiała coraz ciszej, jakby głos uwiązł jej w gardle.

Drużyna nie wiedziała, jak powinna odpowiedzieć na te pytania. I kiedy wydawało się, że trening wcale się nie odbędzie albo przynajmniej bez odnalezionych przyjaciół...

Do akcji wkroczył Aarch.

-Jeśli chcecie, wyjątkowo możemy zrobić trening na samym stadionie, ale może być tam wam za zimno.

-Przecież już jest cieplej niż kiedykolwiek- odpalił atakujący, co wytrąciło go z ataku paniki.

-Dobrze, postanowione! Ćwiczycie dzisiaj na zewnątrz - ale sami musicie sobie odśnieżyć, Clamp ostatnio nie miał czasu.

-To tylko lekka warstwa!

-Więc nie powinno zająć wam to dużo czasu. Do roboty!

Gdy większość drużyny poszła odśnieżać, Aarch zatrzymał Mei i Micro Ice'a.

-Macie jakieś pytania odnośnie holotrenera?- jego głos był nadzwyczaj spokojny.

-Czy... wszystko jest zabezpieczone?

-Tak, na podstawie danych z tamtego dnia Clamp poprawił swój system. Nikt się już nie włamie.

-Nie będziemy ćwiczyć celności w tym białych salach?

-Nie, nie będziecie. Zrezygnowaliśmy z tego, bo za bardzo przypominało jaskinie śnieżne...

-Będziemy mogli wyjść w każdej chwili?

-Oczywiście, nie ma z tym problemu.

Trening na stadionie zaczął się z pewnym opóźnieniem, ale nikogo to nie obchodziło - następna sesja odbyła się w holotrenerze bez większych problemów, pomijając nerwowe rozglądanie się dwójki zawodników, gdy wchodzili w przestrzeń holotrenera.


Zabawne, jak jeden przedmiot może zmienić życie człowieka.

Odkąd tylko znalazł magiczną latarnię we śnie, Micro Ice nie potrafił o niej zapomnieć. To dzięki niej odnalazł przyjaciół w tamtym miejscu, to ona wskazywała mu drogę w ciemności, gdy już nic nie widział. Choć Mei nie wiedziała o tym, nawet trasa ucieczki, którą zaplanowali, powstała pod wpływem widzianych śladów błękitnego ognia na korytarzach. Rozpoznałby je z dowolnej odległości - w końcu to on wzniecił potrzebną iskrę.

Niestety, tak szybko, jak znalazł tę latarnię, wszelki ślad po niej zaginął. Próbował sobie przypomnieć, gdzie znalazł ją w pierwszej kolejności, tam, w krainie snów, a pamiętał, że z pewnością błąkał się po wciąż ośnieżonych wzgórzach, zupełnie jak w wieczór przed porwaniem. Szukał wówczas drzew wiśniowych, które wkrótce miały zakwitnąć - chciał pokazać je Yuki przy pomocy komunikatora, gdyż na Hectonii za żadne skarby nie mogła znaleźć ukochanych drzew, a gdy spróbowała zasadzić jedną wiśnię, okazało się, że na wodnej planecie nie wyrośnie... dlatego też chciał sprawić jej radość. Oddalił się wówczas dosyć mocno od Akademii, ale wciąż mógł odnaleźć drogę powrotną - nie popełniał już tych samych błędów co przed laty, kiedy z Tią i D'Jokiem poszli w śnieżycę szukać Rocketa. Wszyscy zmądrzeli od tamtej pory... co nie zmienia faktu, że pokryte śniegiem wzgórza zawsze przyciągały go w niezwykły sposób.

Pamiętał, jak będąc dzieckiem razem z D'Jokiem i Sineddem poszli pobawić się daleko poza obszar Arkadii. Oddalone o kilka kilometrów jaskinie lodowe, istniejące jeszcze przed zlodowaceniem planety, zaciekawiły go, a że bardzo lubił odkrywać, postanowił tam pójść. Zabrał tam również swoich przyjaciół, bo nie wyobrażał sobie iść sam. Kiedy dotarli na miejsce, rozdzielili się w celu lepszej eksploracji. Najżywszy był oczywiście on, biegając dookoła z zachwytem i dotykając zimnego śniegu, który zdawał się mienić innymi odcieniami bieli. To właśnie wtedy jego uwagę przykuł błyszczący się w śniegu nieznany przedmiot. Z daleka przypominał srebrne pudełko, ale gdy podszedł bliżej okazało się, że była to ręczna latarnia, przypominająca jedną z tych, które widział na obrazkach w podręczniku do historii. Jednakże gdy zbliżył się do niej prawie na odległość dłoni, znienacka spłynęła lawina i go porwała, pozbawiając przytomności. To również wtedy, jak się później dowiedział, Sinedd nie mógł już dłużej się z nimi przyjaźnić.

Chwila moment...

Olśnienie spłynęło nań tak nagle, że podskoczył w miejscu, zrzucając z siebie D'Joka, który, odkąd wrócił do ich pokoju, miał w zwyczaju siadać nad nim i przytulać, stając się prawdziwą tarczą. Czerwonowłosy napastnik syknął, gdy znalazł się na podłodze. Zaczął masować obolałe pośladki z żądzą chwilowego mordu.

-Co to miało być?!

-D'Jok, musimy tam wrócić.

-Gdzie? O czym ty mówisz?

Oczy Micro Ice'a z płynnego srebra stały się stalowymi ostrzami.

-Tam, gdzie wszystko się zaczęło. Do Jaskini Aracelis, Ołtarza Niebios.