Artegor Nexus nie spodziewał się, że kiedykolwiek dojdzie do tego miejsca w swym życiu.

Dawno temu, gdy Akilianie dopiero debiutowali na arenie świata piłkarskiego, był stanowczy i uparty, a jego kreatywność nie znała granic. Strategie na mecze opracowywał on i Aarch, zresztą właśnie ta praca i ich pozycja w ataku sprawiły, że zaprzyjaźnili się do grobowej deski. Miał w sobie także coś ze złośliwego chochlika, bo jako jedyny przygryzał członkom drużyny, gdy ci przeżywali rozterki miłosne, co nie zmieniało faktu, że udzielał najlepszych rad w tych kwestiach i wszyscy, z najstarszym z nich Noratą i obowiązkową ponad zasadę Adim włącznie, zwracali się do niego o pomoc. Ach, jakże piękne były tamte czasy! Gdy był z przyjaciółmi czuł, że nikt ani nic go nie zatrzyma przed osiągnięciem celu.

Wybuch na Akilianie oraz późniejsze odejście przyjaciela złamały coś w nim. Zdradzony, opuszczony i, jak się później okazało, okaleczony pragnął tylko jednego - zemsty na tych, którzy sprawili mu ten ból. Przepełniony nienawiścią i żalem zapomniał, co było dla niego najważniejsze. Wciąż wykorzystywał swój wielki talent do szukania nietypowych rozwiązań, lecz korzystał z niego w gniewie, co sprawiało, że choć odnosił równie wielkie sukcesy, nie czuł satysfakcji, a jedyne, co mogła go zaspokoić, to klęska niegdysiejszego najlepszego przyjaciela. Odwracał jednak wzrok przy próbie nawiązania kontaktu, nie tylko dlatego, że nie chciał na niego patrzeć. Chciał go widzieć wyraźnie własnymi oczami, co okazało się jakiś czas po chorobie Aarcha i jego odejściu z drużyny Shadows niemożliwe. Okulary stały się nieodłączną częścią jego wizerunku, a choć ich noszenie nie należało do rzeczy niecodziennych w galaktyce, czuł się przez to słaby.

Odkrył jednak, że okulary nie zawsze były złe. Poza tym, że szkła chroniły go przed ślepotą śnieżną na Akilianie, na który wrócił mimo wielkich przeciwności, gdy wreszcie po wielu latach pogodził się z Aarchem, ciemne okulary sprawiły, że nikt, nawet ten przyjaciel marnotrawny, jak go nazywał, ani zabójcza uzdrowicielka nie mogli zobaczyć jego wzruszenia. W końcu nie znosił uzewnętrzniać swoich uczuć, lubił, gdy patrzono na niego z pewną dozą niepewności i strachliwego respektu - któż bowiem igrałby z nim?

A teraz...

-Oczywiście, że się zgadzam. To będzie dla mnie... dla nas zaszczytem- powiedział, spoglądając na Dame Simbai, która pokiwała aprobująco głową.

Trzymał właśnie, ku (nie tylko swoim) początkowym obawom, syna Aarcha i Adim, dwójki ludzi, którzy po latach odnaleźli siebie i wreszcie, wreszcie zostali parą na stałe - jak on nie znosił, gdy przez te wszystkie lata skakali wokół siebie! Była to chyba najdelikatniejsza czynność, jaką wykonał przez wszystkie lata jako piłkarz, trener i komentator. Wcześniej zajmował się tylko starszymi dziećmi, swoimi młodszymi kuzynami. Mimo że początkowo sceptycznie podchodził do trzymania dziecka, to w momencie, w którym chłopiec złapał go za palec stwierdził, że nie ma słodszej istoty w galaktyce i nie wypuści go nigdy. Spotkało się to ze śmiechem wszystkich.

A dlaczego w ogóle znalazł się w tym szpitalu? Przyczyna była prosta - małżeństwo poprosiło ich, jego i Simbai (ciekawe, czemu poprosili ich dwoje...), by zostali rodzicami chrzestnymi ich dziecka. Nigdy nie spodziewał się takiego obrotu spraw, ale nie czuł się z tym źle. Wręcz przeciwnie.

Ku swemu zdumieniu usłyszał, jak całe pomieszczenie wstrzymuje oddech.

-ARTEGOR SIĘ WZRUSZYŁ!- palnął Micro Ice, który pojawił się nie wiadomo skąd, podobnie jak reszta Snow Kids.

Dopiero wówczas zorientował się, że Simbai wraz z nim trzymała chłopca, a okulary, gdy się pochylił, spadły z nosa na poduszkę, sprawiając, że zaszklenie jego oczu mogło zostać zinterpretowane właśnie jako wzruszenie. A choć rzeczywiście był wzruszony, zastanowił się, czy nie sprostować zawodników, aby nie pomyśleli sobie za dużo, ale po chwili stwierdził, że odpuści.

Chyba mógł pokazać im raz na (wieczność) jakiś czas siebie z innej strony.


Nie mógł wpaść na żaden, nawet najgłupszy pomysł. Po prostu nie potrafił.

Od chwili, w której dowiedział się, że jego ukochana to w rzeczywistości niezwykle prawdziwa sztuczna inteligencja, większość wolnego czasu poświęcał na znalezienie sposobu, by uczynić ją człowiekiem. Podejrzewał, że jego chęci zdawały się daremne, że poniesie klęskę, ale mimo to próbował to zmienić. Nie mógł i nie chciał pogodzić się z faktem, że nigdy, choćby i po śmierci, nie będzie mógł być ze Niną. Nie należał do ludzi, którzy łatwo się poddawali... a jednak był tego bardzo bliski. Rozwiązania szukał wszędzie, niezależnie od tego, jak absurdalne lub nielegalne były. Niestety wszystko zdawało się na nic.

Gdy kolejny trening na stadionie skończył się (zaczęli prowadzić je naprzemiennie na zewnątrz i w holotrenerze, skoro śnieg na dobre przestał padać), zamiast udać się do szatni Mark przysiadł na trybunach. Kolejna nieudana próba sprawiła, że chciało mu porzucić projekt i z wielkim bólem złamać swoją obietnicę względem Niny. Z frustracją tupał stopą, coraz szybciej i szybciej, aż wreszcie podskoczył z miejsca i krzyknął w niebo, dlaczego pokarano go zadaniem niemożliwym do wykonania. Czy ich przeznaczeniem naprawdę była wieczna rozłąka?

W tym momencie poczuł na sobie czyjeś spojrzenie. Nieco speszony odwrócił się, by ujrzeć stojącą kilka kroków dalej Mei, przyglądającą mu się uważnym, badawczym spojrzeniem. Nie dziwił się jej, w końcu któż nie patrzyłby dziwnie na kogoś, kto bez uprzedzenia i bez wyraźnego powodu wrzeszczy wniebogłosy w obcym języku. Nie zdziwiłby się również, gdyby ktoś chciał go umieścić w zakładzie psychiatrycznym.

-Coś ci pomóc?- zapytał, choć tak naprawdę to on jej potrzebował.

-Od długiego czasu jesteś nie swój, cały czas czegoś szukasz. Co to jest?

Jej spostrzegawczość zaskoczyła go tak mocno, że przysiadł z powrotem na ławce. Uznając to poniekąd za zaproszenie, Mei ostrożnie podeszła i przycupnęła obok niego, przyciągając kolana do siebie. Zawodniczka czekała, aż jej kolega zechce się przed nią otworzyć, ale nie chciała go do niczego zmuszać, nie miała przecież do tego prawa. Mark źle się czuł, widząc jej zakłopotaną minę związaną wciąż z przeżyciami w Strefie 17, jednak wysłowienie się przychodziło mu bardzo ciężko. Mimo to spróbował się wyrazić, na początek w najprostszy możliwy sposób - na migi. Jego cechą charakterystyczną była bardzo bogata gestykulacja, którą potrafił przekazać właściwie wszystko (zwłaszcza, gdy znajdował się pod wpływem alkoholu, ale na to akurat teraz nie patrzył). I chociaż tłumaczył i tłumaczył, a jego dłonie poruszały się w każdym możliwym kierunku, z jego gardła wciąż nie wydobył się żaden dźwięk.

Niespodziewanie ciszę przerwał śmiech, cichy, trochę przytłumiony, ale jednak śmiech. To był pierwszy raz od wielu tygodni, gdy Mark widział szczerze śmiejącą się Mei. W tamtej chwili uznał się za szczęściarza, gdyż nikomu innemu z drużyny nie było dane ten śmiech słyszeć. Trzeba jeszcze tylko sprawić, by była taka częściej.

-Aż tak cię to bawi?- spróbował się droczyć.

-Nie, nie...!- jej mina mówiła zupełnie coś innego. -Ale nareszcie coś powiedziałeś! Wyglądało to tak, jakbyś chciał coś powiedzieć, a to był jedyny sposób. Tylko że nic nie zrozumiałam.

-Nic a nic?

-Jakbyś mógł więc od początku... Co cię dręczy?

Więc wyjaśnił jej. Opowiedział jej wszystko, od swojego zakochania w Ninie, o którym wiedzieli wszyscy w drużynie, przez dziwną prośbę o pomoc, bolesne rozstanie, tajemne spotkania z ukochaną w obecności księcia Maddoxa, aż po poznanie prawdy o zawodniczkach Drużyny Paradisii i Ninie oraz ciągłe próby znalezienia sposobu na danie jej człowieczeństwa lub choćby szansę na bycie razem. Mei słuchała tego z wielką uwagą, ani razu nie przerywając mu. Nim skończył swoją opowieść, zdążyła minąć pora drugiego śniadania, jednak obydwoje zapomnieli o tym.

-Zatem rozumiesz, w jak beznadziejnym położeniu jestem. Aaaaa!- zamachał nogami na ławce. -Chyba trochę mi ulżyło... Dzięki, że mnie wysłuchałaś.

-Może miałabym pewien pomysł... ale może wydawać się on głupi i dziecinny.

-PRZYJMĘ WSZYSTKO.

-Czy czytałeś może kiedyś baśnie Andersena?

-Nie.

Zdziwiło go to pytanie. Mieszkając poza Akilianem przez większość życia nie miał styczności z literaturą planety, a będąc dzieckiem wolał bardziej czytać powieści przygodowe.

Mei jednak nie zraziła się jego odpowiedzią.

-W tym zbiorze znajduje się pewna baśń, "Mała syrenka". Dawno temu żyła sobie syrena, która w czasie burzy uratowała księcia z tonącego statku i zakochała się w nim, jednak ponieważ należała do innego świata i nie miała prawdziwej duszy, nie mogła z nim być. Dlatego też poprosiła wiedźmę, aby zamieniła ją w człowieka. Ta, za cenę jej pięknego głosu, dała jej parę nóg, jednak samo chodzenie sprawiało syrenie ogromny ból. Mimo to zgodziła się. Jednakże w umowie był pewien haczyk! Książę musiał odwzajemnić jej miłość, inaczej rozpłynęłaby się w morską pianę o świcie, ponieważ procesu przemiany nie dało się od tak odwrócić, a w ciele ludzkim mógł być tylko ktoś z pełną duszą!

-I co dalej?- słuchał jej jak urzeczony.

-Syrenka mieszkała z księciem i zaprzyjaźniła się z nim. Okazało się jednak, że książę pokochał dziewczynę, która odnalazła go na plaży i sprowadziła pomoc. Syrenka była bardzo smutna, ale nie mogła zmienić jego uczuć. W dniu ślubu księcia i jego ukochanej do syrenki przybyły jej siostry, które za cenę swoich włosów przyniosły jej rytualny nóż, dzięki któremu mogłaby zabić księcia i z jego krwią przywrócić sobie ogon. Syrenka nie chciała jednak tego uczynić. Nocą udała się do komnaty ukochanego, pobłogosławiła go oraz jego żonę, po czym udała się na klif, z którego rzuciła się tuż przed świtem.

-Szkoda mi jej... dlaczego nie miała szczęśliwego zakończenia?- było mu strasznie żal syrenki, która bezwarunkowo obdarzyła kogoś miłością, a którą czekała za to jedynie otchłań.

-To jeszcze nie koniec historii!- skarciła go lekko za przerwanie. -Gdy rzuciła się w morską toń, stało się coś nadzwyczajnego! Nie rozpłynęła się całkowicie - jej duch wzniósł się ku niebu, gdzie były inne osoby takie jak ona, wolne duchy, które wyjaśniły jej, że chociaż nie była człowiekiem, to pokochała go tak bardzo, iż zbliżyła się do otrzymania duszy. Po latach czynienia dobrych uczynków zyskała ludzką duszę.

Siedzieli w milczeniu przez jakiś czas - przez te długie minuty Mark pogrążony był w głębokich przemyśleniach. Co jego koleżanka z drużyny chciała mu przekazać, opowiadając mu tę historię...?

Olśnienie spływało na niego powoli, w mozole, ale trwale. Pierwsze zareagowało jego ciało - plecy wyprostowały się, czoło przestało marszczyć, mięśnie rozluźniły, potem stopniowo jego oczy rozjaśniły się, aż wreszcie zrozumiał. Tak gwałtownie, że aż wyskoczył w powietrze z radości, po czym wziął Mei w ramiona i zaczął z nią tańczyć. Więc był sposób, by Nina mogła z nim być! Chociaż nie należała do ludzi, nie zmieniało to faktu, że kochała jak oni! Wystarczyło zatem, że się nie zmieni, że wciąż będzie się starać, a któregoś dnia, dawno po tym, jak jej oprogramowanie wygaśnie, tak samo jak jego życie, dołączy do niego w zaświatach. To wszystko sprawiło, że uśmiech nie zszedł z jego twarzy jeszcze długo po zaśnięciu.

Może był dziecinny, może pogrążył się już w takiej desperacji, że niczym osoba tonąca trzymał się brzytwy, którą była ta baśń. Nie zamierzał jednak się jej puścić, nie ważne, ile bólu miało go z tego powodu czekać w przyszłości. Doprowadzi do spełnienia tego marzenia za wszelką cenę.


Patrząc w przeszłość, wielu powiedziałoby, że plan Harrisa na podbicie galaktyki był perfekcyjnie dopracowany.

On jednak myślał inaczej. Harris pomyślał praktycznie o wszystkim - zapewnił swoim zawodniczkom multifluxa, który mógł unieszkodliwić innych użytkowników fluxów, znalazł sobie niebezpiecznych sprzymierzeńców, zabezpieczył pojemniki ze sztucznym fluxem, przygotowywał się w ukryciu od lat tak, że jedynie prawdziwa katastrofa mogła sprawić, że plan się nie powiedzie. I rzeczywiście, czysty przypadek (właściwie dwa) spowodowały całkowitą klęskę oraz śmierć. Jego zapadły trup wciąż może jeszcze dryfował po galaktyce, jeśli oczywiście śmieciarka go nie sprzątnęła.

Nie czuł się w żaden sposób naśladowcą Harrisa. Rzeczywiście, przeanalizował wszystkie przyczyny jego klęski oraz oparł taktykę na rzeczach sprawdzonych i skutecznych, ale był sobą... Nie był w końcu takim idiotą jak ten mężczyzna, który myślał, że skoro jego drużynie nie udało się wygrać ze Snow Kids, wystarczyło dokonać byle jakiej kradzieży pucharu i dokonać masowego rezonansu. Fluxy były siłą, której żadne z nich, z nim włącznie, nie zamierzało osłabiać w taki sposób. Miał świadomość, że choć groźba rezonansu wielce przeraziła Stowarzyszenie, to jest jedna rzecz, która sprawi, że wszechświat zadrży w posadach.

Po co dokonywać rezonansu, skoro wystarczy zagrozić zniszczeniem samego pucharu?


Myśli Ahito były, jak zawsze po przebudzeniu, bardzo gęste i powolne. Nie sprawiało mu to jednak problemu - zawsze miał czas, by je zebrać, a dzięki temu również świetnie obserwował otoczenie.

Nauczenie się Oddechu otworzyło nowy rozdział w jego życiu. Owszem, wciąż zasypiał w dowolnych momentach, w końcu to magazynowanie fluxa obciążało jego system nerwowy, jednak używanie go rozbudzało go i rozjaśniało umysł. Jeżeli na siłę próbował nie zasnąć, skutki nie należały do najlepszych, wiedzieli o tym wszyscy, on także. Dlatego nie szprycował się energetykami (zrobił to tylko raz, na Prima Aprilis, kiedy podszył się pod swojego brata i robił wszystkim psikusy), nie próbował siłą utrzymać się w przytomności, tylko spał, a w swych snach zwiedzał inne światy.

Wyjątkowe wizje, których doświadczał poprzez Oddech, gdy zasypiał, stanowiły jego sposób na poznawanie rzeczywistości w niecodzienny sposób. Wędrówki po drugim planie astralnym, jak nazywała to Dame Simbai, umożliwiały mu nie tylko naukę kontroli nad fluxem, lecz także wycieczki w przeszłość planety, odkrywanie odległych miejsc czy nawet rozmowy z osobami żyjącymi wieki wcześniej. Jednak szczególnie upodobał sobie oryginalną przestrzeń planu, pogrążoną w tajemniczym półmroku, w którym można było znaleźć wszystko, czego się potrzebowało w danej chwili. Zanim udawał się gdziekolwiek, zawsze starał się przynajmniej część czasu poświęcić na spacer.

Ostatnimi czasy przestał jednak być jedynym stałym bywalcem innego planu astralnego, bowiem zaczęli się tam pojawiać również inni zawodnicy. Od rytuału, który umożliwił drużynie odnalezienie przyjaciół, Ahito zauważył coraz częstszą, mniej lub bardziej świadomą, obecność jego przyjaciół. Zwłaszcza pojawienie się D'Joka zaskoczyło go - choć przyjaźnili się od wielu lat, zarówno on jak i Thran nie sądzili, że jest na tyle "uduchowiony", żeby ten plan odkryć. Jak się później okazało, Micro Ice też tam był i chodził z pewnym niezidentyfikowanym przedmiotem w dłoni. Będzie musiał się go zapytać, co to było...

Na razie jednak podniósł się z kanapy, poprawił swoje charakterystyczne rękawiczki bez palców na dłoniach i ruszył na śniadanie. Niedziela stanowiła dla nich dzień rozluźnienia, gdyż po bardzo krótkiej sesji treningowej, będącej w rzeczywistości zwykłą rozgrzewką, pozostała część dnia była wolna i każdy mógł robić co mu się żywnie podobało. Część drużyny spędzała czas z rodziną, inni udawali się na wycieczki po okolicy lub organizowali konkursy we wszystkim, co dało się dało. Ponieważ drużyna nareszcie była w komplecie, wreszcie można było przeprowadzić tradycyjny konkurs na drink miesiąca. Kreatywność zawodników nie znała granic, jednak prawie zawsze zawody wygrywał Thran. Czyżby dlatego, że wszystko aromatyzował własnej produkcji sake?

Z jadalni wyszli już prawie wszyscy, zostali tylko żywo dyskutujący ze sobą znad talerzy D'Jok i Micro Ice. Intuicja mówiła mu jednak, że coś jest na rzeczy, dlatego gdy tylko przygotował sobie kanapki, usiadł obok ich i zapytał, o czym rozmawiali.

Czerwonowłosy napastnik wywrócił oczami.

-M'Ice chce pójść do jaskiń lodowych poszukać jakiejś latarni. Owszem, widziałem ją we śnie, jednak nie mogę uwierzyć, że istnieje w realu i znajduje się tam, gdzie on nieomal zginął!

-Ale teraz jesteśmy starsi! Nic nam się nie stanie, jeśli tam pójdziemy, jesteśmy wyszkoleni. A ja MUSZĘ ją znaleźć!

-Jaką jaskinię masz na myśli?- miał niejasne przeczucie, że z tą informacją związane jest coś ważnego dla wszystkich.

-Kompleks jaskiń Aracelis. D'Jok, nawet nie próbuj mnie zatrzymać!- Micro Ice zręcznie ominął ramiona większego zawodnika i doskoczył do zlewu, by umyć naczynia.

-Aracelis...? Coś mi mówi ta nazwa...

Leniwie płynące myśli Ahito momentalnie przyspieszyły na tę nazwę. Niemalże natychmiast połączył ze sobą fakty i, z kanapką w ustach, pobiegł do swojego pokoju, by odszukać odpowiednią książkę nim znów zrobi się senny. Znalazłszy ją, popędził z powrotem do jadalni, gdzie dwaj przyjaciele wciąż nie potrafili się porozumieć. Odnalazłszy odpowiednią stronę, pokazał ją chłopakom.

-Ahito, jesteś genialny! To dokładnie ta sama latarnia ręczna!

-Sądzę, że powinniście tam pójść - ona naprawdę może tam być. Te latarnie stanowią niezwykle istotny element historii i kultury planety, do naszych czasów zachowało się ich bardzo mało, tylko te, które można zobaczyć w muzeach, a i tak każda z nich to unikatowy egzemplarz nie do podrobienia.

D'Jok obejrzał starannie tom.

-Takich pozycji nie znajdziesz w normalnej bibliotece... Skąd wziąłeś tę książkę?

-Z narodowego archiwum- ziewając nie zauważył, jak jego koledzy wytrzeszczyli oczy. -Posiadanie kuzyna w rządzie planety ma swoje plusy, prawda?

-Rzeczywiście, masz rację... Kto by pomyślał, że kiedy my zastanawialiśmy się, co zrobić ze swoim życiem i pojawiliśmy się na selekcji Aarcha, Naruhito będzie torował sobie drogę do władzy!

-On i jego znajomi, pamiętaj- wtrącił Thran, który z gracją przeskoczył nad stołem. -A także nie pomijaj faktu, że jest od nas starszy, pamięta Akilian sprzed zlodowacenia i nie pasjonuje się tak piłką, jak my.

-Nie zmienia to faktu, że to dzięki niemu drużyna dostała dodatkowe fundusze na szkolenia!

Czwórka najdawniejszych towarzyszy spędziła wspólnie jeszcze kilka minut nim D'Jok zgodził się wreszcie pójść z Micro Ice'm poszukać wspominanej w kółko latarni, a Thran poszedł pracować z Clampem. Wówczas Ahito przeciągnął się, poprawił bluzę pod głową i ułożył się wygodnie na kanapie, pozwalając, by ciało powoli pogrążyło się we śnie.

Może uda mu się wymyślić drink, który będzie mógł konkurować z przepisami brata?


Wziął głęboki wdech, jak gdyby chciał dać sobie czas na sprawdzenie, czy dobrze słyszy. Micro Ice wyglądał na całkowicie poważnego, kiedy to mówił, jednak nie potrafił stwierdzić, dlaczego przyszedł właśnie do niego.

-Nie mógłbyś poprosić Rocketa? Przecież ma swój boski motor.

-Chcę, żebyś poszedł tam z nami- doprawdy, kiedy on stał się tak stanowczy?

-Przeszłość powinna pozostać przeszłością, Micro Ice. Tamto miejsce do tej pory kojarzy mi się ze wstydem.

-No właśnie! Jesteś z nami w drużynie i to jest teraźniejszość! Tamtego wydarzenia sprzed lat nie zapomnimy, nie ma nawet takiej opcji, dlatego czas tworzyć nową historię. Słuchaj- zbliżył się do niego na kilka kroków. -Może i wtedy uciekłeś, ale to, co zrobiłeś dla drużyny, zdobywając zwycięskiego gola, dla Mei, dla mnie, kiedy przybyłeś nam na ratunek do Strefy 17, poniekąd zeruje bilans.

-Powinieneś go posłuchać- wtrącił D'Jok, który znienacka pojawił się w pomieszczeniu. -Nie odpuści, dopóki się nie zgodzisz.

Indygowe oczy Sinedda napotkały opór w postaci srebrzystego spojrzenia Micro Ice'a, wspartego przez szmaragd D'Joka. Niespodziewanie poczuł się zupełnie jak przed czternastu laty, kiedy przekonywali go, by pójść do jaskiń. I, zupełnie jak wtedy, nie potrafił do nich nie dołączyć.

-Tylko żebyś znowu nie spowodował lawiny.

-Nie zamierzam. Skoro już się zgodziłeś, to tym razem to ty musisz uważać.

Uniósł brew, zdziwiony.

-Jestem większy od ciebie, knypku.

-Ale to ja lepiej się poruszam w śniegu. A zapewniam cię, że w jaskiniach wciąż jest go mnóstwo.