W czasach przed zlodowaceniem Akilian uchodził za jedną z najpiękniejszych planet w galaktyce, przede wszystkim dzięki swemu łagodnemu klimatowi, który pozwalał na wegetację tysięcy rzadko spotykanych roślin oraz niespotykanym na intergalaktyczną skalę jaskiń lodowych w najcieplejszym regionie planety. Mimo rozwoju nauki do tej pory nie udało się stwierdzić jasno, w jaki sposób zdołały one w niezmienionej formie dotrwać do czasów obecnych. Nieliczni podejrzewali, że zjawisko to mogło być związane z fluxem planety, Oddechem, nieoficjalnie uznawanym za najczystszy flux we wszechświecie, jednak ciężko było potwierdzić tę teorię, zważywszy na fakt, iż wiele tekstów źródłowych zostało podczas eksplozji Metafluxa uszkodzonych lub bezpowrotnie utraconych, jako że dygitalizacja znajdowała się wówczas w fazie początkowej.
Teraz, gdy zlodowacenie powoli zaczęło ustępować, topniejący śnieg odkrył kilka nieznanych wcześniej kompleksów jaskiń, choć z nieznanej przyczyny nikt nie chciał ich badać, krążyły nawet plotki, że śmiałkowie, którzy odważyli się tam pójść, trafiali na bariery i zwyczajnie nie mogli iść dalej. Jaskinie pozostawały więc niezbadane, jednak nie zawracano sobie tym faktem głowy - były sprawy wymagające znacznie większej uwagi.
W takich właśnie okolicznościach przez wciąż zaśnieżone wzgórza przemierzało trzech młodzieńców. Najmniejszy z nich brunet z entuzjazmem poganiał swoich towarzyszy, nie zważając na pokaźnych rozmiarów plecak, który miał ze sobą. Drugi, również brunet, kręcił co chwilę głową, jak gdyby ktoś zmusił go do marszu, ale nie wyglądał na zbyt niezadowolonego, nawet zdawał się uśmiechać pod nosem, natomiast trzeci, ze sterczącą, czerwoną czupryną, usiłował złapać drobniejszego kolegę za wrzucenie mu za kołnierz garści śniegu. Udali się na wyprawę dzień wcześniej, głównie po to, aby, tak jak wtedy, przenocować w trudnych (już nie tak trudnych), warunkach i poczuć dreszcz emocji.
Wreszcie dotarli do celu ich wyprawy - przed nimi rozpościerało się jedno z większych wejść do kompleksu jaskiń Aracelis. Micro Ice bez cienia strachu przekroczył łukowatą bramę, zdając sobie sprawę, że wejście do jaskiń w istocie przypominało portal w ruinach starożytnej świątyni na dalekiej północy planety, której rysunek sprzed dwudziestu lat był jedynym dowodem na jej przetrwanie. Natychmiast porównał rysunek z pożyczonej od Ahito książki z tym, co miał przed własnymi oczyma.
-Widzicie to samo, co ja? One są prawie identyczne.
-Ten tutaj jest znacznie bogatszy... Aż dziwię się, że nikt się tym nie zainteresował do tej pory!
-Może dlatego, że to obszar rezerwatu, na który niewiele osób ma prawo wstępu?- wtrącił Sinedd, czując się nieswojo mimo wcześniejszych zapewnień kolegów z drużyny.
-Wyluzuj, Sinedd- parsknął Micro Ice, ciągnąc go do przodu. -Wydaje mi się, że ma to związek z tak zwaną pamięcią planety. Z tego, co zrozumiałem z wyjaśnień Ahito, osoby, które obudziły fluksa, mogą bezpiecznie tu przebywać. Może to dlatego wtedy spłynęła na nas ta lawina...?
-Chłopaki, nie czas na pogaduchy, obgadamy wszystko później. Na razie - szukamy twojej latarenki, M'Ice!
Nie przeciągając dłużej swych rozważań, trójka piłkarzy ruszyła przez kamienno-lodowe korytarze, w których wciąż jeszcze zalegał śnieg. Magia tego miejsca sprawiała jednak, że panował przyjemny chłód, nie ten ostry, kąsający, znany im z dzieciństwa. Badali dokładnie każdą szczelinę, każdy kąt, popuszczając jednocześnie sznurka z kłębka znajdującego się w kurtce D'Joka, aby móc bez większych przeszkód wrócić, choć Micro Ice zarzekał się, że nie było to potrzebne, gdyż uważał, że kiedy już znajdą obiekt ich poszukiwań, bez trudu odnajdzie drogę powrotną.
W pewnym momencie, nawet nie zauważyli kiedy, rozdzielili się. Micro Ice rozglądał się dookoła, patrzył uważnie pod nogi, czując, że znajduje się u celu swojej wędrówki, że przedmiot z jego snów jest tuż-tuż. Kiedy więc dostrzegł coś błyszczącego między zaspami, momentalnie zaczął biec w tym kierunku. Poślizgnął się jednak i bez krztyny wrodzonego wdzięku przejechał kilka metrów na swoich pośladkach, ostatecznie lądując twarzą w śniegu. Mamrocząc pod nosem o pechu i zwrocie butów, które ponoć miały być stuprocentowo antypoślizgowe, podniósł powoli głowę, z której zsypały się drobiny śniegu. I wtedy jego spojrzenie zatrzymało się na srebrzystym okuciu, stykającym się z jego nosem.
-Miałem rację! Miałem rację!- krzyknął, rzucając się do kopania.
-Czego się drzesz, knyp- o cię panie, miałeś!- Sinedd, który wyskoczył niespodziewanie z bocznego korytarza, doskoczył do niego w kilku susach.
Latarnia zdawała się być piękniejsza niż w jego snach. Całość wykonano, jak podejrzewał ich bramkarz, z mithrilu, metalu znanego ze swej wytrzymałości i wysokiego przewodnictwa energii (pierwsze świadectwa o istnieniu Oddechu pochodziły z relacji górników, którym Oddech nie tylko ocalił życie przed wybuchem metanu, ale także naprowadził na pierwsze rudy tego metalu). Dwanaście wąskich szyb o holograficznym połysku zostało wyciętych i oszlifowanych w kształt prostokątów zawierających w sobie ośmioramienne gwiazdy, mogące uchodzić za płatki śniegu, przy czym nie były one identyczne. Na ten moment nie potrafił jedynie wymacać drzwiczek - wyglądało, jakby wcale ich nie było, co jednak nie przeszkodziło Micro Ice'owi w jej dalszych oględzinach.
Jego badania przerwał Sinedd, który odezwał się po nie tak długim czasie.
-Dobra, wszystko fajnie... ale zgubiliśmy D'Joka. Co teraz?
-Wiesz co...?- Micro Ice uśmiechnął się, jego srebrne oczy zalśniły równocześnie z błękitnym płomieniem w latarni. -Pora wypróbować to maleństwo na żywo.
Tymczasem D'Jok z coraz większym niepokojem przemierzał kolejne korytarze, wołając kolegów. Pętla strachu zaciskała się coraz bardziej na jego szyi, bo ze wszystkich rzeczy, których się obawiał, musiała przydarzyć się właśnie ta konkretna, czyli rozdzielenie się, zupełnie jak przy ich pierwszej wyprawie w to miejsce. Chociaż na początku (trochę niechętnie) zgodził się na odtworzenie tamtej wyprawy, nawet pomógł przekonać Sinedda, by do nich dołączył i aktywnie zaangażował się w poszukiwania latarni, teraz, gdy się rozdzielili, zaczęły go nachodzić obawy o bezpieczeństwo przyjaciół. Zmówił więc w duchu krótką modlitwę, prosząc przodków, by wsparli go w odnalezieniu drogi do wyjścia. Praktyka ta nie należała do niecodziennych, jednak dopiero po porwaniu przyjaciół zaczął przekonywać się do spraw bardziej "uduchowionych", jak nazywali to bliźniacy, a zwłaszcza Ahito. Nie podejrzewał jednak, że jego prośba spełni się tak szybko i to w dość nieoczekiwany sposób.
Oddech łączył serca wszystkich, żywych i umarłych, splatał ze sobą ich losy, choćby dzieliły ich czas i przestrzeń.
To dlatego w oddali, pomiędzy szczelinami, najpierw wyczuł, a potem dostrzegł biało-błękitne światło. Natychmiast zaczął biec jego kierunku, przeciskając się w miejscach, gdzie normalnie nie byłby w stanie przez wzgląd na swoją budowę ciała. Poczucie bezpieczeństwa ogarnęło go w chwili, w której wykrył obecność Oddechu, a w jego sercu, w miarę jak posuwał się naprzód, zagościł spokój, niezwykły w swojej naturalności. Nawet w czasie meczów nie czuł czegoś takiego!
Wreszcie zatrzymał się, odnalazłszy źródło światła. Była nim, dlaczego wcześniej tego nie pojął?, ręczna latarnia trzymana w prawej dłoni Micro Ice'a, który na jego widok uśmiechnął się promiennie, oznajmiając mu jednocześnie, że jego obawy się nie spełniły, po prostu z jakiejś przyczyny się rozdzielili. Kamień spadł czerwonowłosemu napastnikowi z serca, widząc obydwu brunetów całych i zdrowych. Jednocześnie coś innego przykuło jego uwagę, a dokładnie płomień, który rozświetlał korytarz magicznym światłem. Jego oczy zauważyły coś, czego normalnie nikt nie zauważyłby, patrząc na skalny korytarz.
-M'Ice, poświeć tu bliżej!
-Jasne, już się robi- chłopak zbliżył się z latarnią, która rozbłysła jeszcze mocniejszym światłem, jak gdyby reagując na jego prośbę.
Latarnia rozświetliła korytarz, ukazując niezwykle zdobione wrota, a dokładniej ich coraz mocniejszy kształt. Przedstawiały one jakąś historię, nie wiedzieli jednak, jaką, dlatego zrobili wyciągnęli aparat i sfotografowali niektóre z nich, by móc pokazać je Dame Simbai, co do której mieli pewność, że ze swoją wiedzą na temat planety będzie wiedziała, o co chodzi. Zaczęli również rozglądać się za możliwością otwarcia lodowych drzwi.
-Patrzcie, tu jest zarys klamki i dziurka od klucza!- wskazał po chwili szukania Sinedd.
Znany ze swoich umiejętności wydostawania i dostawania się w każde miejsce D'Jok rozpoczął oględziny. Dotykał, opukiwał niewielkim młotkiem, oglądał pod szkłem powiększającym, wreszcie umieścił w dziurce najmniejszy z posiadanych wytrychów, by przebadać zamek od środka. Zaraz jednak odskoczył, wytrych w ręku, jak gdyby jakaś siła odepchnęła go za próbę rozwikłania tej tajemnicy. Potrząsnął głową.
-Wytrychem tego nie otworzymy- stwierdził jasno. -Nawet mój zestaw temu nie podoła, za dużo niewidocznych i magicznych zabezpieczeń. Potrzebny będzie prawdziwy klucz... i coś jeszcze, widzicie? Klamka jak gdyby chciała się wyłonić w całości, reaguje na nas, ale brakuje nam jakiegoś dodatkowego elementu.
-To co, wracamy? Mamy wszystko, czego szukaliśmy, a nawet więcej!- Micro Ice wyprostował się i odwrócił w przeciwną stronę.
-Ta... prowadź, knypku, ty jeden wiesz, jak obsługiwać tę latarnię!
-Się robi, szefie!
Poprowadził ich do wyjścia z jaskiń, skąd udali się do Akademii, by jak najszybciej opowiedzieć o swoich odkryciach. A wrota, które znaleźli, ukryły się z powrotem w lodzie, czekając na dzień, w którym zostaną otwarte po wielu wiekach.
Obiecane dwadzieścia procent zysków z wyprawy do Strefy 17, wpłacone anonimowo na konto naukowców zajmujących się badaniami nad fluxem archipelagu Shiloe, w nieco ponad miesiąc zaprocentowały w niespodziewany wręcz sposób, jednak chwilę zajęło, nim do Stevensa dotarło, co napisane było na dostarczonych dokumentach.
Kilka minut wcześniej siedział w swoim gabinecie (jemu jednemu przysługiwał, pozostali członkowie drużyny musieli pogodzić się ze swoją obecnością - co nie przeszkadzało im w częstym okupowaniu tego pomieszczenia), przygotowując strategię na następne mecze, głównie towarzyskie. W pewnym momencie, między animowaniem konkretnych zagrywek a podjadaniem suszonych jabłek, Hans przyniósł mu teczkę z nieznaną zawartością. Jedyną wskazówkę stanowiła przyklejona na wierzch kartka zapisana wielkimi, neonowymi literami "PILNE - STEVENS RUSZ DUPĘ I TO PRZECZYTAJ", co zaintrygowało zarówno kapitana Piratsów jak i pancernego obrońcę-pilota.
-Kto cię tak kocha poza nami, żeby wysłać ci taką wiadomość?
-Mam pewne podejrzenia... poczekasz, aż skończę czytać? Możesz wziąć, co chcesz z szuflady, ostatnio miałem dostawę- dodał, na co pilot zareagował śmiechem.
W czasie gdy Hans zajadał się ulubionym dżemem malinowym, Stevens z zaciekawieniem zaczął przeglądać zawartość przesłanych dokumentów od, jak się okazało, przyjaciela z centrum badawczego. Na pierwszej stronie znajdował się list, w którym Arnald wyjaśniał, dlaczego nie mógł mu przesłać pliku papierów w inny sposób jak tylko przez tradycyjnego posłańca - obawiał się bowiem, że zostaną one przechwycone przez osoby niepożądane, a tego bardzo chciał uniknąć. Naukowiec podziękował jednocześnie za fundusze, które przekazano na ich badania, załączając wykaz wszystkich wydatków - włączając w to nietypowe posiłki dla badaczy oraz remont "pokoju zabaw", w którym mogli wyszaleć się - jako dowód zaufania. Mając to na uwadze, Stevens przeszedł do dalszej lektury otrzymanych materiałów. Pierwsze dwadzieścia stron stanowiły wykresy i diagramy prezentujące wyniki, z których Stevens niewiele potrafił wyczytać, jako że, jak chwilę później zauważył, powinny one znajdować się na końcu. Jego uwagę zwróciły jednak różnorakie uwagi i wykrzykniki do każdej jednej tabelki, sugerując coś bardzo ważnego, jednak wciąż nie wiedział, co to takiego było. Szukał dalej.
Kiedy przeczytał raport, z początku sądził, że chyba coś źle zrozumiał. Przeczytał go po raz wtóry, potem jeszcze jeden raz, kręcąc głową z wyraźnym brakiem zrozumienia, choć wszystko zostało napisane jasnym, nadzwyczaj zrozumiałym dla nie-naukowców językiem. Wreszcie, chcąc naprawdę zrozumieć, o czym pisał jego przyjaciel, przystawił ostatni z wykresów do pierwszej strony konkluzji raportu. Wówczas wszystko poukładało się w spójną, logiczną, niewiarygodną całość. Przesunął oczyma wzdłuż linijek tekstu raz jeszcze, by niczego tym razem nie przeczytać bezrozumnie.
-Matko przenajświętsza...!
Nie komentując więcej, sięgnął po komunikator i wybrał numer do kwatery głównej Piratów znajdującej się kilka sektorów dalej. To, co przeczytał, nie mogło czekać, musiało zostać natychmiast przekazane dalej, do dowództwa. Połączenie odebrał nie kto inny jak Corso, prawa ręka Sonny'ego, co nie zdziwiło kapitana Piratsów. Spróbował przekonać go, by bez zbędnej zwłoki przekazał połączenie przywódcy Piratów. Tymczasem, ku swemu nie aż tak wielkiemu zdziwieniu, Corso odmówił... jednak tym razem Stevens nie zamierzał złożyć broni.
-...jakie "Sonny teraz nie może"?! PRĘDZEJ CMOKNĘ CIĘ W PISTOLET NIŻ POCZEKAM Z TYM!
Hans, jak gdyby pogrążony w transie, powoli odłożył słoik z dżemem na biurko i w łyżką w ustach wpatrywał się w chodzącego w te i z powrotem Stevensa, który najwyraźniej miał już dosyć tłumaczeń drugiego najwyższego rangą pirata.
-Przekaż mu, że jeśli się nie zgodzi na rozmowę w ciągu piętnastu minut, rozkażę rozpocząć bunt... i nigdy więcej nie wypijecie dobrej kawy, dopilnuję tego.
Ustawiwszy odliczanie na piętnaście minut, rozłączył się, ignorując pełne niedowierzania spojrzenie drugiego pirata w galaktyce. Przeciągnął się, wrócił na swoje miejsce i usadowił się z powrotem wygodnie w fotelu, nie spuszczając wzroku z komunikatora. Hans przełknął ostatnią łyżkę dżemu i popatrzył poważnie na kapitana Piratsów.
-Steve, co takiego jest w tych dokumentach, że tak zareagowałeś?
-Pamiętasz naszą teorię, że trzeba wytworzyć połączenie z jądrem planety, aby przebudzić jej fluxa?
-Oczywiście, na tym opierały się wszystkie badania w galaktyce...- szatyn nie był pewien, jak ma dalej odpowiedzieć, oczekiwał więc na dalsze słowa kapitana.
-Myliliśmy się. Przez cały czas biegliśmy ślepo niczym dzieci we mgle!
-Trochę jaśniej może?
Spojrzenie Stevensa zhardziało.
-Połączenie istniało od zawsze... Jednak wszystkie fluxy, co do jednego, zostały kilkaset lat temu uśpione i wiele z nich wciąż pozostaje w tym stanie.
Niespotykany od wielu lat ciepły wiatr porwał ze sobą kwiaty wisterii, które zakwitły wzdłuż całej siedziby rządu planety Akilian. Charakterystycznie połyskujące dla tego regionu planety fioletowe, różowe i niebieskie płatki zdawały się tańczyć w powietrzu, spotykając się i oddalając od siebie przy najlżejszej zmianie kierunku. Nasycony zapachem tych kwiatów i światłem słońca powiew swobodnie przemieszczał się, aż wreszcie, po pięknym spektaklu, zakończył swoją trasę, przynajmniej na kilka minut, w uchylonym oknie gabinetu najmłodszego w historii prezesa rady ministrów.
Gdy zauważył na biurku delikatne płatki, Naruhito podniósł powoli głowę i uśmiechnął się lekko, po raz pierwszy od dwudziestu dwóch lat czując lśniący wiatr, "kaze hikaru", jak mówili jego przodkowie. Uznawszy to za znak na przerwę, wstał i, z godnością odpowiadającą jego rodowi i statusowi, zbliżył się do olbrzymiego okna, z którego rozpościerała się panorama stolicy. Mężczyzna wdychał powoli przesiąknięte kwiatami powietrze, obserwując z wolna wracające do życia ulice, przemieszczających się na nich ludzi, po raz pierwszy od lat bez grubych kurtek, czapek i rękawic. Podejrzewał, że minie kilka lat, nim wszystko się ostatecznie unormuje, jednak był jednocześnie przekonany, że lud Akiliana poradzi sobie, jak zawsze zresztą. Na razie wszyscy cieszyli się z najmocniej świecącego w strefie okołorównikowej słońca i próbowali przypomnieć sobie (albo dowiedzieć się, w przypadku młodszego pokolenia), jak to jest przechadzać się po nieośnieżonych ulicach, słuchając śpiewu dawno niesłyszanych ptaków.
W przeciwieństwie do młodszej Yuki i swoich kuzynów, Thrana i Ahito, Naruhito urodził się sześć lat przed wybuchem Metafluxa - dlatego było mu dane widzieć Akilian przed zlodowaceniem takim, jakim był. Pamiętał nie aż tak śnieżne zimy, ciepłe, słoneczne lata, pełne kwiatów wiosny i złote jesienne dni, tak różne od tego, z czym zetknęli się młodsi członkowie rodziny. Wspomnienia tamtych dni przechowywał głęboko w sercu, licząc, że któregoś dnia znów obudzi się na pełnej zieleni, nie lodu, planecie. I wreszcie, po latach budzenia się z monotonnym widokiem za oknem, jego marzenie spełniło się. A wszystko za sprawą jego kochanej siostry, kuzynów i ich przyjaciół parających się zawodem piłkarzy.
Każde z nich w inny sposób wypełniało swoje przeznaczenie - Thran, Ahito i Yuki na boisku, on zaś w parlamencie. Swoją inteligencją i wyczuciem sytuacji zjednał sobie studencką społeczność planety, a wraz z przyjaciółmi, równie wykształconymi co sprytnymi, zadebiutował na akiliańskiej (a tym samym intergalaktycznej) scenie politycznej, zdobywając wystarczającą ilość mandatów do utworzenia samodzielnego rządu. Pamiętał doskonale dzień ogłoszenia wyników wyborów sprzed dwóch lat, tuż przed drugim zwycięskim pucharem Snow Kids. Jako przywódcy to jemu właśnie przypadło wygłoszenie orędzia z okazji zwycięstwa, w którym wychwalał zarówno osiągnięcia jego bardzo młodej partii pełnej młodych i niezwykle wykształconych ludzi, jak i mądrość starszego pokolenia, które zapraszał do współpracy w nowo tworzonym rządzie. Skończyło się oczywiście na tym, że on i jego przyjaciele, każdy przejmujący takie ministerstwo, które odpowiadało jego studiom i zainteresowaniom, uczyli się na każdym jednym błędzie popełnionym przez poprzedników i korzystali z ich wiedzy i wpływów. Wytrawni politycy, którzy przyłączyli się do nich, z zaciekawieniem obserwowali ich poczynania i nie wtrącali się zbytnio w ich działania, uznawszy, że wystarczająco stresu im przysporzyło zajmowanie się utrzymaniem planety przez pierwsze lata zlodowacenia. Teraz chcieli korzystać z niemałych fortun, których się dorobili, i oglądać spektakl zwany czterdziestą drugą kadencją parlamentu planety Akilian.
Z zamyślenia wyrwał go głos minister ds. emigracji i repatriacji, a prywatnie jego narzeczona, Gintare, której splecione w warkocze i okręcone wokół głowy rudawe włosy imitowały w słońcu bursztynowy diadem, tak bardzo pasując do noszonej przez nią biżuterii.
-Naru, do jasnej cholery!
-Ostatnio nie mieliśmy epidemii, coś się zmieniło?- zażartował, zwracając się w jej stronę.
-Nie, nie tym razem- mruknęła, zatrzymawszy się w drzwiach. -Chodź ze mną, panie premierze, jest coś, co musisz zobaczyć...
-Czym jest to 'coś'?
Nie odpowiedziała, jedynie przewróciła oczami, puściła do niego oko i wyszła z pomieszczenia. Pospiesznie dołączył do niej, przemierzając korytarze na czwartym piętrze. Tu i ówdzie rozbrzmiewały dzwonki telefonów i przyciszone rozmowy poszczególnych urzędników, pogrążonych w swojej pracy. Mijali kolejne gabinety i sale konferencyjne, ale do żadnej nie zajrzeli ani nie zatrzymali się, a że Gintare nie powiedziała już ani słowa, Naruhito nie miał zielonego pojęcia o tym, dokąd go prowadziła. Próbował zorientować się, gdzie szli, ale minister EmigRepa, jak pieszczotliwie nazywali to ministerstwo Kaoru i Henry, celowo zmieniała kierunki i używała wszystkich możliwych schodów, aby zmęczyć go. Czyżby była to zemsta za poprzestawianie jej papeterii na biurku w ubiegłym tygodniu?
Wreszcie, chyba usatysfakcjonowana jego wolniejszym krokiem (nie znosił wchodzenia po schodach, uznawał to za zbyt monotonne zajęcie), otworzyła drzwi na dziesiątym piętrze, prowadzące do "rządowego pokoju wspólnego", w którym zawsze zajmowali się wspólnymi projektami lub pomagali sobie przy największych zadaniach. Zatrzymała się przed drzwiami samego gabinetu, dziwiąc go.
-Chcesz mi coś powiedzieć, zanim tam wejdę?
-Tak- powiedziała, wręczając mu długopis. -Twój podpis będzie wyglądał o wiele lepiej na tych papierach!
Po tych słowach przepchnęła go przez drzwi, które natychmiast zamknęły się za jego plecami. I wtedy ujrzał coś, co, zdawałoby się, występowało w filmach dla dodania dramatyzmu w scenach toczących się w urzędach albo typowych biurowcach. Na ich wspólnym stole spoczywały sterty dokumentów (większość formalności mimo wszystko preferowali załatwiać w wersji papierowej, nie elektronicznej)... ale nie tylko tam! Jeden, silny podmuch wiatru przez częściowo otwarte okno sprawił, że dziesiątki spiętych arkuszy papieru latało po całym pomieszczeniu, a ci, którzy akurat nie przytrzymywali płachty na stole, usiłowali złapać i posortować latające papiery, choć niezbyt im to póki co wychodziło.
Podskoczył, by chwycić jeden z latających plików. To, co zobaczył, zaskoczyło go, dlatego zbliżył się do swojego buszującego w wieżach z papieru sekretarza z wyboru i najlepszego przyjaciela, Laurisa, by zapytać go, czy to, co widzi, jest jak najbardziej prawdziwe.
-Oczywiście!- Lauris przysunął krzesło w jego stronę. -Zdecydowaną większość stanowią wnioski o repatriację tylko z ostatniego tygodnia, przy czym do części z nich załączono nawet prośbę o przyznanie miejsca zamieszkania na konkretnym obszarze. Jak mogłeś zauważyć, połowę z nich udało mi się już posortować według dystryktów, resztę trzeba najpierw zebrać.
-Jesteś pewien, że nie chciałbyś zostać wicepremierem albo coś? Marnujesz się jako mój sekretarz- stwierdził żartobliwie.
-Pamiętaj, parasol władzy składa się z dwóch elementów - rączki i płachty wodoodpornej. Ty trzymasz rączkę ze swoją godnością, utrzymując mnie w pionie, a ja pilnuję, żeby twój dopasowany garnitur nie zmókł. Poza tym mógłbym być wicepremierem I twoim sekretarzem!
-Miałbyś za dużo władzy!
-Ginta, Naru nie spełnia swoich obietnic wyborczych!- Lauris poskarżył się szefowej EmigRepa, która poklepała go, jak zwykle zresztą, po ramieniu w odpowiedzi.
-Ty gnido...- mruknął pod nosem, choć nie potrafił nie zachichotać na tę uwagę.
-Panie i panowie, mamy robotę do wykonania, nie obijamy się!
Z taką zachętą Naruhito ze śmiechem dołączył do przyjaciół, którzy, usadowiwszy się w się w kolejności czytań i podpisów, zaczęli rozpatrywać wnioski w kolejności ich złożenia. Tak było zawsze, gdy jeden resort mógłby nie podołać zadaniu w krótkim czasie, a to, co cechowało ich rządy, były niezwykle nowoczesne, przynajmniej w oczach starych politycznych wyg, rozwiązania problemów, które oni wykorzystywali na porządku dziennym w czasie studiów. Nim premier złożył pierwszy podpis, kątem oka uchwycił jeszcze lśniące drobinki słońca i kwiaty oddalające się wraz z kolejnym podmuchem wiatru.
Kaze hikaru zawsze zwiastuje nowy początek po ciężkiej zimie.
W torbie wylądowała bielizna na zmianę, szczoteczka i pasta do zębów, chaotycznie zapakowane do jednego worka. Mei jednak zdawała się tego nie zauważać, skupiona była tylko i wyłącznie na tym, żeby jak najszybciej zniknąć z Akademii.
Wizyty u psychiatry, załatwione przez zaniepokojoną Dame Simbai, pomagały jej w znacznym stopniu, jednak obrończyni czuła, że zbliżyła się do muru, który tylko ona mogła pokonać i nikt, nawet jej chłopak ani przyjaciele, nie mógł jej w tym pomóc. Musiała uporać się z tym sama, jeśli chciała kiedykolwiek wrócić do normalności... ale czy pamiętała, czym jest normalność? Wspomnienia sprzed porwania zdawały się należeć do zupełnie innej osoby, które mogła jedynie obserwować, a choć bardzo chciała, praktycznie nie potrafiła się z nimi utożsamić. Sprawiało jej to ból nie mniejszy niż doświadczenia z celi, tym bardziej, że tak jak wtedy zbytnio się bała coś zrobić.
Może to, co zamierzała zrobić, było radykalne, jednak w tamtym momencie nie widziała innej możliwości. Chciała, by było jak dawniej, pragnęła podejmować decyzje, nie wahać się, by nikt nie cierpiał z powodu jej niemożności zdecydowania się na ruch. Nie wiedziała, ile jej zajmie odnalezienie siebie, ale była pewna, że jeśli czegoś teraz nie zrobi, już nigdy nie spróbuje i nie odniesie sukcesu.
Przełożywszy torbę przez ramię, Mei ostatni raz obejrzała się za siebie. Akademia Aarcha wyglądała tak spokojnie o poranku... Podejmując pierwszą od wielu tygodni poważną decyzję, dziewczyna poprawiła kucyk i ruszyła do astroportu.
