-Rocket, pozwól na chwilę!
Na dobiegający z części wystawowej kwiaciarni głos ojca Rocket opuścił mniejszą szklarnię, zastanawiając się, o co mogło chodzić. Zajmował się właśnie nowo dostarczonymi sadzonkami kwiatów z Wambas, zamówionymi na specjalne życzenie pewnego stałego klienta, pragnącego niewielkimi bukiecikami pożegnać się ze swoimi pracownikami. Zazwyczaj, gdy były jakieś większe zamówienia, zabierali się za nie wspólnymi siłami. Z tonu byłego piłkarza wywnioskował jednak, że nie był to ten przypadek i że powinien przygotować się na coś, co z pewnością go zaskoczy.
Miał rację.
-Państwo chcieliby zamówić kwiaty na swój ślub. Zajmiesz się tym, prawda?
Ah, no jasne. Zamówienie związane ze ślubem. Otworzył na moment usta, nie wiedząc, co powinien odpowiedzieć. Już od jakiegoś czasu rodzice dawali mu do zrozumienia, że znają jego plany, ale nigdy nie powiedzieli tego na głos, tylko rzucali sugestiami w stylu przeglądu kwiatów modnych na weselach w nadchodzącym sezonie lub przygotowywali próbne wiązanki, głośno zastanawiając się, które pasowałyby do Tii. To zadanie zaś stanowiło najbardziej otwarty dowód tego, że wiedzieli i że chcą, by wreszcie zrobił krok do przodu i oświadczył się.
Łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić.
-Niech się pan zgodzi, proszę!- odezwała się przyszła panna młoda, gdy Norata zniknął z pola widzenia. -Słyszeliśmy wiele o tej kwiaciarni, a zwłaszcza o pańskich bukietach! Mają w sobie coś takiego... magicznego? Tak, tak bym to ujęła!
-Cóż, miło mi- uśmiechnął się, podejmując decyzję.- Ale po pierwsze, jeśli mamy razem pracować, proszę, mówcie mi po imieniu, nie jestem kosmitą!
-D-d-dobrze!
Kiedy narzeczeni poczuli się swobodnie, zaczął oprowadzać ich po kwiaciarni i szklarniach, zwracając uwagę na rośliny, które mogłyby im się spodobać i jednocześnie wpasować się w tegoroczne trendy. Zapoznawszy się z tematem wesela, wielkością sali oraz pomysłem na suknię panny młodej (oczywiście szanowny narzeczony nic nie widział, wolał zostać zaskoczonym suknią swej ukochanej, podobnie jak ona jego strojem) zaczął równocześnie opowiadać im o najbardziej pasujących wzorach bukietów, sposobach ich ułożenia, ich ustawieniem, by sala weselna wyglądała w tym dniu, jak to ujęła przyszła panna młoda, magicznie.
Natchniony wizją nie tylko tego wesela, ale i swojego, które, miał nadzieję, również będzie mogło się odbyć, w krótkim czasie skomponował nie tylko trzy różne propozycje bukietu ślubnego, ale i sześć kompozycji do dekoracji sali. Przy tworzeniu inspirował się podanymi przez narzeczonych kolorami, czyli żółtym i białym, jednak wplatał w to również coś od siebie, przede wszystkim wszelkiego rodzaju zielone, pełne liści łodygi, dodające całości elegancji i spokoju. Bukiety przepełnione były dobrymi życzeniami, marzeniami, zwłaszcza jeden, przy którym zapomniał, że pracuje nad zleceniem.
-Te kompozycje są takie osobiste... Pan chyba przygotowuje już swój ślub, prawda?
Zachwyceni powstałymi kompozycjami kwiatowymi nie zauważyli, w jak wielkie zawstydzenie go wprowadzili. Szczególnie, gdy przyszła panna młoda wybrała na swój bukiet ten, w który wlał najwięcej uczuć.
Choć Rykersi nie byli rdzennymi mieszkańcami Unadaru, a do tego jeszcze w znacznym stopniu przyczynili się do pogłębienia katastrofy ekologicznej, szanowali ziemię, na której żyli. Ich ciała dostosowały się do panujących warunków, podobnie jak wierzenia, według których miał nadejść dzień, w którym planeta zostanie oczyszczona z zanieczyszczeń. Dotychczas jednak sprawy miały się coraz gorzej i nic nie wskazywało na to, że planeta wróci do swej pierwotnej, bardzo, bardzo dawnej formy.
Aż do teraz.
#*#
W ciągu kilku dni Mei na nowo poznała, czym jest ciężka praca. Owszem, życie w świecie sportu nie należało do najlżejszych z powodu stałego obłożenia treningami, świat modelingu również rządził się swoimi prawami. A jednak nigdy nie przyszło jej pracować w głuszy, wśród wysokich drzew, gęstwiny krzewów i odgłosów zwierząt, starających się przetrwać w ciężkich warunkach planety. Właśnie w ten sposób zaczęła układać sobie wszystko w głowie, od samego przyjazdu pracując od świtu do zachodu słońca, wsłuchując się w słowa mieszkańców planety, którzy, bardzo szybko przekonawszy się do niej, dzielili się z nią nowinkami ze świata, ale przede wszystkim przekazami ustnymi i legendami.
Zwłaszcza jedna przykuła jej uwagę. Zaciekawiona ich opowieściami udała się w opisany przez nich i zaznaczony na mapie punkt, położony głęboko w lesie. Musiała się natrudzić, by je znaleźć, ale po kilkunastu godzinach wędrówki dotarła na miejsce. Różniło się ono jednak o tego, co opisywali - życie powoli opuszczało jedno z ostatnich niezanieczyszczonych miejsc na planecie, święte sanktuarium Unadaru stawało się równie opustoszałe, co stalowo-betonowe miasta.
Oparła się o jeden z kamiennych, porośniętych zamierającym bluszczem ołtarzy. Siedziała przez dłuższy czas w bezruchu, wsłuchując się w odgłosy ziemi. Zadziwiające, jak bardzo to miejsce przypominało ją samą, tak samo opuszczaną przez życie... nie, raczej przez chęć do życia, przez zdolność do walczenia o siebie. Zaraz, czy ona też tak skończy, jak ta puszcza? Pusta, właściwie martwa, bez przyszłości na horyzoncie? Chciała wrócić do bycia dawną sobą, do bycia dobrą zawodniczką i osobą, która nie wahała się przed każdym jednym wyborem, pragnęła tego całym sercem.
I właśnie wtedy uświadomiła sobie, że to nigdy nie nastąpi. To, co było przed, już nie wróci. I w przeciwieństwie do sanktuarium Unadarczyków, które było skazane na większą lub mniejszą łaskę czy też jej brak, ona miała wybór. Mogła zostać w miejscu, zatrzymać się w czasie, albo pozbierać to, co z niej zostało po wszystkich przeżyciach, złożyć się na nowo. Przypomniało jej się również, jak pewnego razu Ahito, Thran i Yuki zaczęli sklejać rozbity wazon - gdy zapytała im się, po co to robią, wytłumaczyli jej tradycję naprawiania pękniętych przedmiotów przy użyciu laki i złotego proszku, powiedzieli, że przecież jego rozbicie nie świadczy o tym, że nie da się go naprawić czy też uczynić na powrót pięknym, czasem bywało tak, że przedmiot stawał się nawet piękniejszy niż przed rozbiciem. Pamiętała, że nie potrafiła oderwać wzroku od owego wazonu jeszcze wiele dni po tamtej rozmowie.
Po raz pierwszy od miesięcy przyzwała Oddech, jednak towarzyszące temu uczucie zdecydowanie różniło się od tego, co zwykle. Tym razem Mei zdecydowała, by flux wypełnił ją całą i zadziałał niczym klej łączący pęknięcia w ceramicznym naczyniu, by połączył wszystkie kawałki, dobre i złe - i stworzył coś nowego. Poczuła, jak wypełnia ją energia, zupełnie jak wtedy, gdy z przyjaciółmi przekazywała sobie Oddech, przyjemność z bycia razem, z gry, z życia... Właśnie, czemu by tego nie zrobić? Skupiła się i pozwoliła, by najczystszy flux w galaktyce wypływał z niej niczym ze źródła i rozprzestrzeniał się, niósł ze sobą radość i śmiech i życie.
#*#
Organizując powolny powrót na Akilian nie zorientowała się, że coś zaczęło się zmieniać na planecie - miała inne, ważne sprawy na głowie. A przede wszystkim, jak stwierdziła po dokładnym przejrzeniu się w lustrze, nie mogła w takim stanie wrócić do drużyny.
Micro Ice uparł się, że odprowadzi ją aż do samej bramki w astroporcie. Nie dziwiło ją to, w końcu sama pragnęła zostać z nim jak najdłużej, jednak nadeszła pora jej powrotu na Hectonię. Po raz pierwszy od bardzo dawna nie chciała tam wracać, wolała zostać na Akilianie przez wzgląd na przyjaciół i młodego mężczyznę, który właśnie towarzyszył jej w odprawie bagażowej i opowiadał kolejny kawał związany z podróżami.
-Będę tęsknić.
-Ja też... ale przecież niedługo znów przyjadę! Naruhito nalegał, bym wróciła w przeciągu miesiąca, a nawet zaoferował, że po mnie przyleci.
-Ah, Aarch też o tym wspominał! W końcu w tym roku na obchodach to my mamy pomagać w obsłudze wydarzenia, my i inne postaci ze świata kultury i sportu. Nie mogę się doczekać, podobno ma być coś specjalnego!
-Mam nadzieję, że nic nie kręcił, choć w sumie nie musiałby. Zaraz by wyszło w mediach!
Porozmawiali jeszcze chwilę o wszystkim i o niczym, zupełnie jak z czasów sprzed porwania. Powrócenie do względnej normalności w ich relacji zajęło im trochę czasu, dlatego też tym bardziej zależało im na sukcesie. Zwłaszcza, że były uczucia, o których musieli porozmawiać. Nie teraz, nie dziś - wkrótce, gdy znów się spotkają pod akiliańskim niebem. Mieli na wszystko czas.
#*#
Wyszedłszy z lotniska, pokierował się w stronę Akademii. W końcu ktoś musiał pomóc Dame Simbai i Ahito w przeglądaniu raportów planetarnych Stowarzyszenia Flux, zwłaszcza tych z Unadaru, a znając życie, współpraca bramkarza zakończy się szybciej, niż zacznie.
Ustawił piłkę przed sobą i przygotował.
-Spróbuj mi ją odebrać, okej?
-Jasne...- głos Sonyi nie brzmiał entuzjazmem, ale nie wziął tego do siebie.
Jego mozolne wysiłki zaczęły odnosić skutek - jego młodsza siostra z każdym dniem wracała po trochu do dawnej siebie, a choć poradzenie sobie z traumatycznymi przeżyciami jeszcze potrwa, to świętowali wraz z rodziną każdy, nawet najdrobniejszy sukces, wszystko po to, by dziewczynka znów mogła się śmiać. Obecnie trenował z nią odbieranie piłki, choć lepszym słowem byłoby raczej "usiłował". Od pewnego czasu Sonya niechętne podchodziła do piłki nożnej, nie dziwił się jej, w końcu w czasie treningu doszło do uprowadzenia zawodników, jednak nie chciał, by wysiłek, który włożyła w rozwijanie talentu, przepadł na próżno.
Grali. Podobnie jak na większości treningów dziewczynka wykonywała wszystkie ćwiczenia poprawnie, bez niegdyś towarzyszącej im ekscytacji, ale tym razem coś się zmieniło. Jej ruchy były lżejsze, swobodniejsze, jak gdyby ktoś zdjął z niej niewidzialny ciężar. Chciał dowiedzieć się, co było przyczyną owej "lekkości", jednak za każdym razem, gdy próbował poruszyć temat, Sonya zbywała go i kazała skupić na grze, bo przecież, jak sam powiedział, nie powinien się rozpraszać byle czym. To wzmocniło tylko jego starania - aż za mocno, gdyż skupiony na jej ostatnim zachowaniu zapomniał, by patrzeć na jej stopy, w jakim kierunku się zwracają, by przewidzieć następne kroki. Dziewczynka wykorzystała to i, gdy nadarzyła się wreszcie okazja, wybiła mu piłkę spod prawej nogi, przebiegła kawałek i strzeliła do prowizorycznej bramki.
-Tak! Udało mi się! Ha!
Zatrzymał się nagle, widząc, jak Sonya skacze do góry z uśmiechem pełnym satysfakcji. Nie było to złudzenie optyczne, jego siostra naprawdę szczerze się uśmiechała, jej oczy błyszczały. Wówczas emocje wzięły nad nim górę. Poczuł, jak w jego oczach zbierają się łzy - był wzruszony i szczęśliwy do tego stopnia, że nie przejmował się już niczym, tylko pochylił się i przytulił siostrę, porzucając fasadę niewzruszalnego, zawsze silnego starszego brata.
-Sinedd, co ci...?
-Nie mogę się po prostu tobą nacieszyć?- zapytał, czochrając lekko włosy na jej głowie.
-Ej, przecież mówiłam, że wszystko, tylko nie to!- zaprotestowała głośno, wymachując rękoma.
-Okej... Jeśli cię to zadowoli, możesz się zabawić moją fryzurą.
Uchwycone przez przypadkowych przechodniów zdjęcia kosztowały go później sporo godności. Ale nie żałował.
Hush Sharky nie był tylko najbardziej natrętnym paparazzim w galaktyce - był największym zagrożeniem, z jakim dotychczas przyszło się zmierzyć grupie osób dążących do przejęcia kontroli nad galaktyką. Wiedzieli, że cyklop nie powinien w żaden sposób się znaleźć w ich bazie, bowiem jego zdolności fotograficzne i natręctwo przekraczały pojęcie wszystkich, dlatego też, w środku teleportacji dzieci z Klubu Galactik i zawodników Snow Kids, dokonali wręcz niemożliwego. Skonfigurowali bardzo delikatne pole teleportacyjne tak, by paparazzi przeniósł się gdzieś, gdziekolwiek, nie obchodziło ich, gdzie. Ważne, by go nie było.
W ten oto sposób Hush Sharky znalazł się w środku głuszy Zadaru, niewielkiej planety o rzadkim zaludnieniu, z zaledwie dwoma astroportami i słabym zasięgiem międzyplanetarnym. Na swoje szczęście (lub jego brak) udało mu się w krótkim czasie odnaleźć osadę z telefonem, z której mógł porozumieć się ze światem zewnętrznym. Cały jego sprzęt, w tym aparat wypełniony zdjęciami z łączonego treningu, uległ zniszczeniu, dlatego nie miał jak samodzielnie się skontaktować z najbliższą ambasadą swojej planety, a także brakowało mu zdjęć, dzięki którym mógłby zarobić pokaźną sumę - w końcu paparazzom nie wierzono na słowo, liczyło się tylko to, co mogli fizycznie lub cyfrowo zaprezentować.
Choć poinformowano przedstawicieli planety Cyclopias o jego odnalezieniu, urzędnicy nie kwapili się, by przyspieszyć jego powrót na planetę, ani tym bardziej wyrobić mu nowe dokumenty, dzięki którym mógłby swobodnie podróżować. Nie wchodziło to w rachubę, każdy, kto mógł, pragnął, by Hush Sharky jak najdłużej nie mógł się przemieszczać po galaktyce, tylko siedział na czterech literach, zajmując się czymkolwiek, byle nie śledzeniem gwiazd na każdym kroku. I początkowo zajmował się właśnie niczym, albo przesiadywał długie godziny, skupiając spojrzenie jedynego oka na liściach drzew, niekiedy większych od niego, albo przechadzał się bez celu po ulicach.
Po jakimś czasie jednak coś przykuło uwagę paparazziego na przymusowym wolnym - porzucone na wysypisku stare, wręcz przedpotopowe aparaty fotograficzne, tak różne i podobne jednocześnie do sprzętu, który zazwyczaj używał. Za zgodą właściciela wysypiska, z braku lepszych rzeczy do robienia, zabrał kilka z nich i oddał się przywróceniu im życia, z początku tylko po to, by się czymś zająć. Jednakże w miarę upływu kolejnych dni Hush Sharky zaczął przekonywać się do swoich nowych aparatów i, uruchomiwszy wreszcie jeden z nich, ruszył w dzicz, aby zrobić i później wywołać kilka zdjęć zaobserwowanych gatunków drzew, zupełnie różnych od tych spotykanych na Cyclopias. Oczywiście z braku celebrytów do śledzenia... a może tylko tak się przekonywał? Wkrótce zauważył, że zdjęcia przyrodnicze sprawiają mu prawie taką samą przyjemność jak śledzenie celebrytów, gdyż w obydwu rodzajach zdjęć konieczna była wytrwałość i cierpliwość, których mu nie brakowało.
Gdy wreszcie na Zadar przybyli oficjele, by odwieźć go na Cyclopias, okazało się, że trudno mu było opuszczać tę dziką, gęstą planetę, na której nikogo nie obchodziło to, czym się zajmował, ani nikt nie nienawidził go za podążanie niczym łowca za swą zwierzyną za gwiazdami. Czuł się dobrze, nawet bardzo, i kiedy wreszcie wrócił na rodzinną planetę, pierwszą rzeczą, którą się zajął, było wywołanie zdjęć z Zadaru.
Nigdy nie zrobił tak dobrych zdjęć.
Sprawdziła jeszcze raz, czy wszystko, co zamierzała spakować, znalazło się w plecaku. Ponieważ wciąż spędzała w domu rodzinnym na Obii mnóstwo czasu, nie potrzebowała brać ze sobą ubrań, wszystko było na miejscu, potrzebowała jedynie dokumentów, kamery i najwyżej kilku osobistych rzeczy. Upewniwszy się więcej, że niczego nie zapomniała, Tia włożyła kamizelkę, przewiesiła torbę przez ramię i wyszła z pokoju.
-Wrócę niedługo. Jeśli coś się zmieni w sprawie Mei, poinformujcie mnie, zgoda?
-Oczywiście! A teraz leć, jeszcze się spóźnisz na lot.
#*#
-Chłopaki, spójrzcie!
Thran wskazał na interfejs, na którym wyświetlała się mapa Arkadii, a dokładniej jedno, bardzo specyficzne miejsce w mieście. D'Jok i Sinedd, zobaczywszy to, aż podskoczyli z radości, natomiast pozostali popatrzyli na nich z pewnym zdziwieniem, gdyż życie życiem, ale oni nigdy nie zaglądali do dzielnicy
-Co to za miejsce?
-Pewien bardzo znany zakład fryzjerski... Mei umówiła się do fryzjera.
Uśmiechy pojawiły się na twarzach wszystkich niczym kwiaty wiosną. Mei wraca.
-Tylko tego brakowało... Gdzie on jest?
Rozpaczliwie przeszukiwał cały pokój w nadziei, że odnajdzie pudełko z pierścionkiem. Musiało mu gdzieś wypaść, być może po drodze z Akademii do domu, gdy jechał motorem. Oczywiście planował cofnąć się i poszukać również tam, jednak wątpił, że go znajdzie. Sam zresztą zostawił w środku kartkę z zachętą, by osoba z pudełkiem nie wahała się, tylko zrobiła to, co zamierzała zrobić już dawno temu. Szczęście w nieszczęściu, że pierścionek trafił w inne ręce akurat, gdy Tia wyjechała w odwiedziny do rodziców...
Wtem, zupełnie znienacka, usłyszał otwierające się za nim drzwi. Obrócił się powoli, zdezorientowany, i wtedy ujrzał ją, w blasku reflektorów (a może to było tylko złudzenie optyczne?), ze świeżo umytymi, lekko skróconymi i upiętymi w charakterystyczny koński ogon ciemnymi włosami, odzianą w podobne kolorem i krojem, lecz nie materiałem ubranie, zdejmującą okulary przeciwsłoneczne. Świat na chwilę zatrzymał się, kiedy odgarnęła włosy z karku, wnosząc do pomieszczenia powiew świeżości. Przez ostatnie wydarzenia zapomniał o tym uczuciu, o którym niejednokrotnie mówili jego koledzy z drużyny, gdy przebierali się po treningu.
To się dopiero nazywa wejście, pomyślał, zapominając na moment o tym, czego szukał. Tymczasem stojąca w drzwiach młoda kobieta wbiła w niego spojrzenie, ciekawe i stanowcze.
-Musimy porozmawiać.
