Prawdziwego Gala, jak mówią, najłatwiej rozpoznać jest po zapachu spod pachu. Mówią też, że Galowie są sprośni, akulturalni i ahigieniczni. Miss Macintosh, choć sama nie wiedziała czemu, ślepo w to wierzyła. Zresztą czemu miałaby nie, skoro pierwszy Gal, jakiego spotkała, narzucał się nadto Ophélii i wyraźnie od niego cuchnęło? Macintosh nie spodziewała się zmienić zdania na temat tych barbarzyńców.
A potem zaczęła obserwować Obeliksa. Oczywiście dyskretnie, bowiem prawdziwej damie nie wypadało gapić się otwarcie, należało zachowywać się tak jak nakazywały zasady savoir-vivre. Miss Macintosh zatem najpierw zerkała na niego, ukrywając się za rozwieszanymi przez siebie na sznurku ścierkami ze swojej bezcennej kolekcji. Potem przyglądała mu się, podając do stołu czy lekko odwracając się w jego stronę, gdy tkała swój horrendalnie wyrafinowany arras. Mogłaby przysiąc, że nigdy nie widziała nikogo, kto wkładałby tyle serca w unoszenie delikatnych filiżanek wypełnionych wrzątkiem z kleksikiem mleczka. Obeliks robił to z prawdziwą gracją. Szkoda tylko, że Miss Macintosh nie widziała jak pod okiem Ophélii uczył się tego przez całą noc, niemal za każdym razem oblewając się wodą lub łamiąc w potężnych paluchach kruche uszko. Prawdopoodobnie domyśliłaby się tego, gdyby tylko zajrzała głębiej do kosza na śmieci lub na suszarkę z praniem. Dzięki niech zatem będą Bogu za to, że tego dnia ograniczyła się do polerowania łyżeczek i szykowania skromnego posiłku.
Uśmiechnęła się do siebie, gdy siedząc przed arrasem, w jej myśli znów wkradł się obraz Obeliksa unoszącego filiżankę. Ah, ten mężczyzna miał w sobie tyle elegancji! Wręcz czuła jak jej serce nagle zaczęło bić znacznie szybciej niż powinno, a na blade policzki wstępuje rumieniec. Ale nie specjalnie mocny, a delikatny. Niemal wytworny, jak na damę przystało. Nie myślała, że jakikolwiek przedstawiciel płci męskiej kiedykolwiek wywoła w niej takie uczucia jak sir Obeliks.
Sir Obeliks. O tak, to miano stanowczo do niego pasowało. Choć był galisjkim wojem, było w nim tyle wyrafinowania, szarmanckości… Sir Obeliks był prawdziwym gentlemanem!
Rumieniec na polikach przybrał nieco na sile i miss Macintosh zrozumiała, że dała się ponieść. Czym prędzej wróciła do tkania arrasu, modląc się, by jej skóra wróciła do swego naturalnego bladego stanu, a serce przestało miotać się jak mysz złapana w zmyślną pułapkę. Jednak im dłużej tkała, tym bardziej docierało do niej, że to na nic. Choć przetykała nitkę za nitką, starając się wkładać w tę czynność całe serce, jej organizm nadal szalał, a niepokorne myśli wyrywały się ku wspomnieniu sir Obeliksa i jego ognistorudych warkoczyków. Zastanawiała się, jakie były w dotyku. Delikatne? Suche? Nie! Nie, nie, nie! Damie nie wypadało myśleć o takich rzeczach!
Miss Macintosh raz jeszcze spróbowała włożyć całe serce w tkanie swojego horrendalnie wyrafinowanego arrasu, ale poddała się w końcu, gdy przyszło jej ująć w szczupłe palce pomarańczową nić. Nie mogła. Po prostu nie mogła. Cały świat był przeciwko niej! Chyba powinna w końcu pogodzić się z myślą, że trafiła ją ta pierońska strzała amora…
Powstrzymała się od westchnięcia i chwyciła za pomarańczową nitkę raz jeszcze. Miłość nie miłość, arras trzeba dokończyć. Nawet jeśli przez tego diabelskiego Nomada jest z pracą o dwie generacje w plecy. Jeśli już musi myśleć o mężczyźnie, będzie to robić podczas pracy.
Tkała dopóki nie usłyszała za sobą ciężkich kroków. Intuicja zawołała: "sir Obeliks!", a krótkie spojrzenie za siebie potwierdziło jej przypuszczenie. Zmierzał w jej stronę, a pod jego wąsami majaczył nieśmiały, lecz uroczy uśmiech. Ręce trzymał splecione za plecami, jakby coś chował. Przez chwilę przypatrywali się sobie bez słowa. Miss Macintosh znów zaczęła się modlić o to, by jej cera pozostała blada, a dłonie nie zaczęły drżeć z przejęcia.
– Proszę – rzekł w końcu sir Obeliks, wyciągając w jej stronę dłoń trzymająca wyrzeźbione w kamieniu serduszko wielkości gorylej pięści, dzieło jego własnych rąk. Delikatną różową wstążką przywiązana do niego była ścierka żabiego koloru.
Miss Macintosh ujęła prezent z prawdziwym wzruszeniem. Był nieco ciężki, ale jednocześnie kobieta wyczuwała w nim pewną delikatność. Zupełnie jak w Galu, który go stworzył.
– Ostatni był chyba trochę za duży. – Uśmiechnął się z zakłopotaniem, myśląc o ogromnym menhirze, który ostatnio zasiał pewne spustoszenie, ale jego oczy nadal wesoło błyszczały. Splótł dłonie na ogromnym brzucholu i przekrzywił nieco głowę.
– Jestem panu naprawdę wdzięczna, sir Obeliks – wydusiła miss Macintosh, gładząc odruchowo różową wstążkę. Na policzek wstąpił rumieniec, gdy Gal uśmiechnął się jeszcze szerzej, wyraźnie zadowolony, że prezent się jej spodobał. Angielka nagle poczuła, że i ona chce coś mu podarować. Może arras? Nie tak wielki jak ten, który Macintoshowie tkali od trzech generacji, ale równie horrendalnie wyrafinowany.
Królowa uśmiechnęła się ze swojego portretu nad kominkiem, aprobując jej pomysł.
