Sir Obeliks był gentlemanem jakich mało, lecz do ideału brakowało mu całkiem sporo, jak zdążyła się przekonać miss Macintosh, gdy tylko nadszedł pamiętny dzień herbatki z psiapsiółami. Co prawda jego zachowanie mógł usprawiedliwić fakt, że sir Obeliks był w służbie jej królewskiej mości (która wciąż obserwowała miss Macintosh z portretu nad kominkiem), ale było to tłumaczenie dosyć naciągane.
Mimo wszystko Macintosh cieszyła się, że rozstała się z swoim przyjacielem, pozostając z nim mimo wszystko w dobrych stosunkach. Jednocześnie żałowała, że w ogóle musiała się rozstać. Choć ona była dla niego za brytyjska, a on dla niej za galijski, jej głupie, otępiałe serce naprawdę liczyło na to, że uda im się stworzyć dobrą, zgodną relację. Może nawet, kto wie, wziąć w przyszłości ślub. Zamieszkaliby w jakimś miłym, małym domku na obrzeżach Londynium. Miss Macintosh zajmowałaby się, jak do tej pory, domem i ogrodem, a sir Obeliks… Nie. Z pewnością nie zostałby sławnym dyplomatą, ale może kucharzem? Sprawiał wrażenie człowieka znającego się na dobrej kuchni. O tak, otworzyliby elegancką restaurację w centrum Londynium!
Macintosh westchnęła ciężko, schylając się po jedną z ulubionych ścierek ze swojej kolekcji, gdy ta wypadła jej z dłoni. To była ta zielona, którą dostała w prezencie razem z kamiennym serduszkiem od Gala. Przez chwilę wpatrywała się w nieco powycierany od nadmiernego używania materiał i w końcu wróciła do wycierania półek z kurzu. Musiała szybko to skończyć, jeśli chciała zdążyć ze zrobieniem obiadu.
Tym razem planowała uraczyć Ophélię i Mentafixa nie tradycyjnym angielskim obiadem, jak robiła dotychczas, ale czymś typowo galijskim – pieczonym dzikiem. Bez sosu z mięty. Zdawała sobie doskonale sprawę, że gdyby nie tęsknota za sir Obeliksem, nie dokonała takiego wyboru, ale… co miała zrobić z tą, że to durne zauroczenie nadal ją trzymało? Jeśli nie może mieć sir Obeliksa obok siebie, będzie jadła to, co on lubił jadać. Nawet jeśli było to zachowanie strasznie głupie, naiwne i na dłuższą metę przynoszące więcej korzyści niż szkód, miss Macintosh nie miała ochoty się przed nim powstrzymywać. A przynajmniej takie miała wrażenie.
Zawahała się dopiero, podchodząc do kamiennego serca, które podarował jej, zdawałoby się, całe wieki temu. Przesunęła chudym palcem po zimnej, gładkiej powierzchni prezentu. To prawda, sir Obeliks był niesamowitym mężczyzną, ale czy tylko dlatego miała zmuszać się do jedzenia udźców z dzika? Dzień w dzień gapić się w zieloną ściereczkę? Uśmiechnęła się ironicznie, zerkając na portret umiłowanej królowej. Odłożyła szmatkę na kamień i dopiero teraz spostrzegła jak bardzo do siebie nie pasują. Pokryty kurzem, brudzący głaz i delikatna tkanina przeznaczona do czyszczenia. Nawet jeśli zdawałoby się, że do siebie pasują mimo tej przeciwności, szybko okazywało się, że jednak nie. Że ścierka nigdy do końca nie wyczyści kamienia, a kamień nigdy do końca nie wybrudzi ścierki. Miss Macintosh chwyciła szmatkę w dłoń, by odnieść ją do szuflady mieszczącej resztę ścierkowej kolekcji, a później ruszyć dziarskim krokiem do kuchni i ugotować coś dobrego, angielskiego.
Bo grunt to dać swoim miłościom odejść i zrozumieć, że w istocie jest się tylko głupim, głupim człowiekiem.
