EDIT [XII.2022]

Enjoy


HARRY POTTER

FANFICTION

[Next Generation]


ALBUS POTTER I FORTECA UMARŁYCH

TOM SZÓSTY


Przekład: Glenka, 2019 | Poprawa: 2022

Oryginał: „Albus Potter and the Fortress of the Dead" Vekin87, 2011–2012

Pairing: ASP / OC

Liczba Słów: Novel ~208 K


Disclaimer: This story is based on characters and situations created and owned by JK Rowling, various publishers including but not limited to Bloomsbury Books, Scholastic Books and Raincoast Books, and Warner Bros., Inc.

No money is being made and no copyright or trademark infringement is intended.

Alternative Universe Story.


1. NOWY AZKABAN

— Czy przywykłeś do tego? — zapytał z kamienną twarzą Reginald Ares. — Do przechadzek po tamtych obrzydliwych korytarzach?

Harry Potter wzruszył ramionami.

— Nie powiedziałbym, że w jakikolwiek sposób można się do tego przyzwyczaić — odpowiedział odważnie. — To po prostu część pracy, którą zaakceptowałem.

Obydwoje nieznacznie się odwrócili, pozwalając oczom wędrować po zewnętrznej stronie gigantycznego budynku. Więzienie otoczone było roślinnością oraz różnorodnymi drzewami — od wysokich dębów, które zasłaniały słońce, po jaskrawe krzewy ze wbijającymi się w skórę przechodniów kolcami. Wyspa, na której mieścił się Azkaban, była znacznie większa, niż się większości magicznej społeczności wydawało — zakład karny sam w sobie przyćmiewał ten fakt oraz sprawiał, że przez wzgląd na swoje rozmiary, otaczający mury ląd wydawał się niewielki. Aurorzy, z mieszaniną podziwu i wstrętu, przyglądali się potężnej konstrukcji z odległości około dwóch mil.

— Ile razy odwiedzałeś to miejsce? — Ares odwrócił się, żeby spojrzeć na swojego mentora.

Szmaragdowe oczy Harry'ego oderwały się na chwilę od budzącego grozę budynku i mężczyzna poświęcił czas na dokładniejsze zbadania wyrazu twarzy ucznia.

Ares sprawiał wrażenie zakłopotanego. Był trochę niższy od przeciętnego czarodzieja, ale przez to, że miał plecy wyprostowane i przyjął stanowczą postawę, wyglądał na wyższego. Twarz miał ogoloną na zero, a kruczoczarne włosy potargane. Małymi, surowymi oczami skanował najbliższe otoczenie, rzadko przenosząc wzrok na więzienie.

— Odkąd zostałem Szefem Biura Aurorów, to zjawiam się tu raz w roku — stwierdził Harry. — Oczywiście, w razie kłopotów także mnie wzywają. Mnie i Rona. Można więc powiedzieć, że łącznie tylko kilka razy, naprawdę.

Ares skoncentrował się na budynku.

— Ci więźniowie są zbyt zdrowi. — Zanim wypowiedział swą opinię, zadrżały mu usta. Był bardzo cichy.

— Zbyt zdrowi? — Harry spojrzał na towarzysza z zainteresowaniem. — Jak ktokolwiek może być zbyt zdrowy?

— Wyglądają na silnych i nieustraszonych. Rzadko który ma wychudzone ciało, czy też popada w marazm. Moim zdaniem strażnicy wręcz się proszą o wybuch buntu — więźniowie muszą zostać złamani. Ile razy w ciągu dnia są karmieni?

— Trzy — odpowiedział krótko.

— To o dwa razy za dużo. — Ares nie stronił od chłodnego szyderstwa. — Odpowiednie wyżywienie skazańców nie powinno być priorytetem. Czy za dobre sprawowanie dostają też deser? — dodał zjadliwie.

— Więźniowie wciąż są ludźmi, Red. Stanowiącymi zagrożenie dla społeczeństwa, owszem, lecz nadal ludźmi.

— Gdyby tak bardzo troszczyli się o swoje zdrowie, nie łamaliby nagminnie prawa. Zdecydowali się pławić w prymitywnym zachowaniu, robiąc niewiele bądź nic, aby powstrzymać się od eksponowania swych kryminalnych tendencji bądź podjudzania podobnych sobie przyjaciół. Chcą więcej jedzenia? Powinni byli o tym pomyśleć przed popełnieniem przestępstwa.

Harry westchnął, wyglądając, jakby nie miał na to żadnego komentarza — a może był po prostu zmęczony udzielaniem odpowiedzi?

Ares znów skupił się na Azkabanie.

— Martwią mnie braki w systemie bezpieczeństwa — wyznał surowym tonem.

Potter uniósł ze zdziwienia brwi. Akurat tego konkretnego oświadczenia zupełnie się nie spodziewał.

— Obawiasz się? — zapytał i wznowił chód. — Azkaban jest prawdopodobnie najbezpieczniejszym miejscem na świecie, Red. Oczywiście, tuż obok Hogwartu i Gringotta.

— Nie ma tu wystarczającego nadzoru — zripostował się natychmiast Ares i również ruszył do przodu, choć trochę wolniej od swojego mentora. — Każdy utalentowany czarodziej nie miałby większego problemu z użyciem magii bezróżdżkowej w celu zaatakowania strażnika. Właśnie ci więźniowie są wyjątkowo niebezpieczni. Nie mamy do czynienia z ubogimi kretynami, którzy kradli jedzenie, aby napełnić do syta swe żołądki. Osadzeni tu mężczyźni i kobiety są bardzo zdolni. ministerstwo magii powinno spróbować dojść do porozumienia z dementorami.

— Red! — wykrzyknął Harry tak upominająco, jak tylko potrafił. — Dementorzy nie są żadnym rozwiązaniem i nigdy nim nie będą! To niegodziwe stworzenia, a trzymanie ich w ryzach jest równie niezbędne dla bezpieczeństwa publicznego, co pilnowanie ludzi, których przed chwilą oglądałeś!

Ares zmrużył oczy; nie było w nich nawet śladu skruchy.

— Jestem jedynie zaniepokojony — stwierdził. — Zaprosiłeś mnie tu dziś, abym rzucił dodatkowe zaklęcia ochronne wokół całej wyspy, co tylko potwierdza mój wniosek, że ty również nie wierzysz w aktualny system bezpieczeństwa.

Harry westchnął. Podrapał się po głowie, zatrzymał w miejscu, złapał aurora za ramiona i obrócił go przodem do więzienia.

— Zdradzę ci pewien mały sekret, Red. Widzisz ten budynek? Ten, o tam, zakład? To nie jest Azkaban.

Tym razem to Ares uniósł brwi. Po chwili posłał swojemu przełożonemu niedowierzające spojrzenie.

— Naprawdę — kontynuował Harry. — To nowy Azkaban.

Reginald jęknął i przewrócił oczami. Zamierzał odejść, ale znów został zatrzymany.

— Mówię poważnie, Red! — Czarodziej upewnił się, że tym razem w jego głosie było słychać żelazną stanowczość. — Ten budynek jest pod każdym względem identyczny, co stary Azkaban, ale za to dziesięć razy bardziej strzeżone!

Ares prychnął.

— Nie rozumiesz, prawda? — Harry zacisnął usta. — Dementorzy wstrzymywali to miejsce!

Ograniczali rzeczywistą siłę roboczą, jaką mogliśmy mieć. Obecnie więzienie jest nadzorowane w dzień w nocy przez najbardziej utalentowanych pracowników ministerstwa magii, nie wspominając nawet o zaklęciach.

— Zaklęciach? — Twarz Aurora złagodniała.

— Automatycznych czarach alarmowych, potężnych zaklęciach ochronnych i zabezpieczających na zewnątrz, opartych na iluzji czarach wewnątrz budynku oraz różnorodnych klątwach i przekleństwach uruchamianych niepożądanym ruchem bądź określoną magiczną sygnaturą — są śmiertelnie niebezpieczne. Oczywiście, są jeszcze inne zaklęcia obronne. To, na co się teraz gapisz, Red, jest ukoronowaniem najwybitniejszych osiągnięć w historii czarodziejskiej ochrony.

Ares wyglądał na znacznie bardziej uspokojonego tymi słowa niż wcześniej. Aby dodać jeszcze więcej wiarygodności swoim słowom, Harry wznowił wykład.

— Jeśli martwisz się o tych szczególnie zdolnych więźniów, którzy mogą połączyć siły i spróbować się zbuntować, to zapewniam cię, że jest to absolutnie niemożliwe. Ci najniebezpieczniejsi są odizolowani od reszty, a także od siebie nawzajem. W budynku mieści nawet osobna cela o zaostrzonym rygorze, bo jeżeli kiedyś wpadniemy na kogoś, kto stanowi poważne zagrożenie…

— Jestem przekonany, że ta cela zostanie zmarnowana na człowieka z niby wielkim magicznym potencjałem, ale i tak to nie ma nic wspólnego z tymi, którzy próbują pomóc więźniom z zewnątrz; którzy próbują przedostać się przez zabezpieczenia i mury, żeby…

— Nie masz najmniejszego pojęcia o niebezpieczeństwach, na które narażeni są przebywający na tej wyspie, Red! — stwierdził ostro Harry i pokręcił przecząco głową. — Gdybym ci trochę poopowiadał o niektórych magicznych stworzeniach, które plączą się po tej okolicy, mógłbym nawet stracić pracę. Jestem Szefem Biura Aurorów i mógłbym wylądować na zwolnieniu!

— Niczego nie widziałem! — krzyknął Ares, a jego nozdrza nagle się rozszerzyły. — Żadnego śmiercionośnego zwierzęcia ani nic z tego rodzaju. Nie odczułem też żadnego zaklęcia…

— Cóż, Red — prowadzę cię dziś specjalną, bardzo specyficzną ścieżką. — Harry wskazał na tandetnie utworzoną dróżkę. — I szczerze mówiąc, powodem, dla którego dziś poprosiłem cię o sprawdzenie systemu zabezpieczeń, było dodanie do tego obszaru twoich własnych zaklęć! To dodatkowa ochrona! Proszę, przemyśl to sobie teraz: twoje czary stanowią po prostu zbyteczną warstwę magii. Co ci to mówi i jakie nasuwa wnioski? Elitarnemu zespołowi najlepiej wyszkolonych aurorów, którzy musieliby się tu potajemnie dostać bez wzbudzenia podejrzeń, bez uprzedniej wiedzy na temat możliwych zagrożeń, ta robota zajęłaby wieki i mogłaby się skończyć wielkim niepowodzeniem. Mury są niemożliwe do przedarcia, Red. W każdym znaczeniu tego słowa.

Ares nic nie odpowiedział, a jego twarz w końcu przybrała normalny wyraz. Sprawiał wrażenie nawet nieco zawstydzonego.

— Przepraszam. To tylko…

— Wiem, Red. — Harry szybko przerwał podwładnemu. — Zwyczajnie nie jesteś tak pewny ochrony wyspy, jak ja. Potrzebujesz trochę czasu. W końcu zrozumiesz, że ministerstwo jest wyjątkowo skuteczne, zwłaszcza jeżeli chodzi o Azkaban. Owszem, dawniej zdarzały się ucieczki i włamania, ale nie teraz. Nie z tym, co mamy.

— Nie zawsze jesteśmy skuteczni — mruknął pod nosem Auror.

Harry westchnął i postanowił nie drążyć dalej tematu. Zbyt dobrze wiedział, do czego nawiązywał jego towarzysz — do tego konkretnego dnia w Hogsmeade, do tych martwych dzieci. Naprawdę miał nadzieję, że pewnego dnia Ares zrozumie, w jaki sposób działają co poniektóre rzeczy; że nie wszystkich da się uratować; że gdy dzieje się coś złego, to nie zawsze jest wina ministerstwa…

Kontynuowali marsz. W pewnym momencie Harry musiał się schylić, aby uniknąć odstającej gałęzi, zaś Red nie musiał się tak wysilać — po prostu przeszedł pod nią. Nie byli daleko od strefy deportacji, kiedy do Pottera dotarło, że ta konwersacja mogła potoczyć się zgoła inaczej. Wiedział, że zabranie kogoś do Azkabanu na tak wczesnym etapie ministerialnej kariery, było złym pomysłem.

Chcąc przerwać niezręczną ciszę, powrócił do tematu, na który rozmawiali, zanim Reginald zobaczył wnętrze więzienia.

— W każdym razie, tak. Zamierzam się oświadczyć.

— Siostrze Weasleya? — zapytał Ares.

— Pana Weasleya — poprawił go chłodno mentor. — I tak, siostrze Rona. Ginny. — Uśmiechnął się sam do siebie.

— Gratulacje. — Mężczyzna odsunął na bok wiszącą na drodze winorośl. Brzmiał szczerze, więc Harry doszedł do wniosku, że mogli kontynuować tę rozmowę.

— Mam jednak problem z wyborem sposobu… Nie zaliczam się do grupy najbardziej romantycznych czarodziejów świata. Normalnie poprosiłbym Rona o pomoc, ale idzie mu gorzej w sprawach miłosnych i zaraz by wszystko wypaplał.

— Prostota powinna wystarczyć, nic skomplikowanego — stwierdził szorstko Red. — Może opatentowany tekst Potterów na podryw, ot tak dla młodej damy?

Harry nie mógł się powstrzymać i wybuchnął śmiechem.

— Opatentowany tekst Potterów na podryw? — Zachłysnął się i parsknął. — Wymyśliłeś to przed chwilą, prawda? — Nie widział za sobą przyjaciela, lecz był pewien, że na jego twarzy jawi się rzadko spotykany, zakłopotany uśmiech.

— Tak właściwie to kilka tygodni temu. Czekałem na odpowiedni moment, aby z niego skorzystać.

Potter znów zachichotał.

— To było dobre, Red. Muszę zanotować ten tekst w pamięci.

Nadal maszerowali wolnym tempem, lecz Harry wiedział, że zbliżają się do celu. Zdecydowawszy się na milczenie, poprowadził towarzysza wokół dużego skupiska krzewów w kierunku mniej zadrzewionej części wyspy. W podróży towarzyszył im systematyczny szum fal uderzających o otaczające odludzie skały. Gdy dotrą do krawędzi, będą mogli się deportować.

Kiedy byli już niedaleko, Harry przestał słyszeć kroki za sobą, co znaczyło, że jego towarzysz przystanął. Odwrócił się lekko i zobaczył, że ten znów wbił wzrok w Azkaban — budynek był doskonale widoczny nawet z takiej odległości.

— Red?

— Czy mogę się jeszcze o coś zapytać? — Ares odwrócił się w stronę rozmówcy; jego kruczoczarne włosy targał wiatr.

Harry westchnął.

— Śmiało.

Reginald odchrząknął i sprawiał wrażenie człowieka, który właśnie stanął przed wydaniem ostatecznego sądu — jakby jego następne pytanie miał zadecydować, czy Azkaban jest tak potężną fortecą, jaką naprawdę chciano zbudować. Kiedy zabrał głos po chwili niezdecydowanego milczenia, patrzył w przestrzeń.

— Powiedziałeś, że nikt nie byłby w stanie sforsować magicznych sił tego więzienia; że żaden więzień nie zdołałby z niego zbiec. Nawet ty?

Harry zdjął okulary i przeczyścił szkła rąbkiem szat.

— Nawet ja — odpowiedział zgodnie z prawdą. — Nawet będąc w posiadaniu całej wiedzy dotyczącej systemu bezpieczeństwa, nie dałbym rady się samodzielnie wydostać. Potrzebowałbym przynajmniej odrobiny pomocy.

Ares odetchnął z widoczną ulgą.

— To z kolei oznacza, że właśnie teraz musisz złożyć mi obietnicę, Red. Jeżeli kiedykolwiek zostanę zamknięty w tym okropnym miejscu, pomożesz mi się z niego wydostać — kontynuował beztroskim tonem Harry, mając nadzieję na poprawienie się atmosfery. — Rozumiesz?

Przybrawszy dziwnie ponury wyraz, Ares stanął twarzą w twarz ze swoim mentorem. Ten zaś doszedł do wniosku, że podwładny najprawdopodobniej nie wyłapał sarkastycznej nuty w jego poprzedniej wypowiedzi.

— Panie Potter. — Red był śmiertelnie poważny. — Zapewniam cię, że jeśli ministerstwo magii jest do tego stopnia skorumpowane, że nawet ty zostaniesz wtrącony do Azkabanu, ja od wielu lat będę martwy.


Harry Potter został w szoku przywrócony do rzeczywistości. Wspomnienie uleciało, kiedy tylko przetarł oczy, próbując zapoznać się z obecnym otoczeniem. Nie spacerował po wyspie otaczającej nowy Azkaban, zamiast tego był w środku. Wtem uzmysłowił sobie, że ktoś stuka w kraty, próbując zwrócić na siebie uwagę.

— Słu… słucham? — zapytał spokojnie, unosząc wzrok. Cela o podwyższonym poziomie bezpieczeństwa była równie ponura i przygnębiająca, co zawsze; tak samo brudna. Ręka, która wyrwała go ze wspomnień, należała do życzliwego strażnika, który zawsze z nim rozmawiał.

— Przepraszam, że przeszkadzam, panie Potter. — Pomimo wypowiedzianych słów, różowiutka twarz młodego mężczyzny wręcz promieniała. — Pomyślałem, że ucieszy się pan z dobrych wieści. Pan Shacklebolt wykorzystał wszystkie swoje wpływy, żeby zapewnić panu możliwość zobaczenia się z rodziną.