Rozdział 6.

Zmienimy trochę położenie, ale nadal jesteśmy we Francji. W trochę cieplejszych rejonach, ale z strasznymi kierowcami, których nie lubi cała Francja. Ach, ci Francuzi.

Ale, w dzisiejszym odcinku:

psy, podróże i noże

- Jeszcze raz dzięki za posiłek – powiedział Harry. Następnie odwrócił się w stronę czekających taksówek. - I powodzenia z waszymi wynalazkami.

- Dziękujemy za pańską pomoc, panie Black – uśmiechnął się Profesor. - I niech pan nie zapomni, że umówił się pan z nami w Niemczech.

- Nie zapomnę – powiedział Harry, po czym wsiadł do pierwszej z brzegu taksówki. - Do widzenia.

- Do widzenia. - Pomocnica machała ręką, dopóki pojazd nie zniknął za rogiem. - Myśli pan, że jeszcze go kiedyś zobaczymy?

- Trudno powiedzieć, Pomocnico – westchnął Profesor. - Może nie będzie nas chciał wplątywać w swój świat.

Profesor i Pomocnica kontynuowali swoją rozmowę o tajemniczym panu Blacku. Tymczasem po drugiej stronie ulicy odbywała się rozmowa na ten sam temat, w której brała udział młoda kobieta ze swoim psem.

- Wszedł do pierwszej taksówki. - Piękna kobieta wydała z siebie zupełnie niepodobne do damy prychnięcie. - Wygląda na to, że ci holendrzy sobie z nas jaja robią. Nikt, nieważne z jakim szkoleniem, nie popełniłby takiego błahego błędu. Uczą nas tego na pierwszych zajęciach.

- Dlatego też nie nałożyliśmy na nią żadnych zaklęć śledzących. Wchodząc do tej taksówki dawał nam do zrozumienia, że nie warto iść na skróty – odparł sucho jej pudel. - Spójrzmy prawdzie w oczy, nie mamy z nim szans.

- To przypuszczenie jest idealnie dopasowane do teorii, która potwierdza jego wszechmocność. - Kobieta uśmiechnęła się. - Wygląda to mi na próbę przekręcania faktów, żeby wyszło na pana.

- Pół roku po szkoleniu i myślą, że wiedzą wszystko. - Pies pokręcił głową w rozpaczy. - Powiedz mi więc, o mądrości, co zrobił natychmiast po wyjściu z restauracji?

- Pożegnał się ze swoimi towarzyszami – powiedziała wolno kobieta. Zupełnie tak, jakby przemawiała do dziecka. - Następnie wszedł do pierwszej taksówki.

- To była tylko wymówka, żeby móc się rozejrzeć, a jego wzrok padł na nas – poprawił ją pies. - Co zrobił potem?

- Zamienił kilka słów ze wspomnianymi ludźmi. - Kobieta ugryzła się w wargę. - Potem wszedł do taksówki.

- Kiedy odwrócił się do nich plecami, miał szansę spojrzeć na auta i wybrać to, które nie miało zaklęć śledzących.

- Ostatnie trzy też ich nie miały. - Dziewczyna wzruszyła ramionami. - To nic nie udowadnia. Nie rozumiem, czemu to, że na nas spojrzał ma jakieś wielkie znaczenie.

- Spojrzał na ciebie, uśmiechnął się i spojrzał na mnie – wyjaśnił pies. - Wydało go jeszcze kilka rzeczy, ale o nich porozmawiamy później.

- Oh. - Kobieta spojrzała zszokowana na pudla. - Więc naprawdę jest tak dobry?

- Tak jest. - Pokiwał głową pies. - Czego się dzisiaj nauczyliśmy?

- Nie powinniśmy omijać pierwszej taksówki. - kobieta pokiwała wolno głową. - Nie, nie powinniśmy zostawić przerw, nieważne jak małych.

- I?

- I nieważne jak dobry jesteś, zawsze znajdzie się ktoś lepszy.

- Jeszcze jedno. - Pies uśmiechnął się całym pyszczkiem. - Ci najbardziej niebezpiezni wyglądają zwykle najniewinniej.

- To dlatego pan nalegał, żebym przycięła panu futro i zawiązała różową kokardę na szyi?

- Umm... taaaaak – zgodził się pudel. - Cieszę się, że w końcu zaczynasz rozumieć jak działa świat.

- W każdym razie, sprawdzimy jego umiejętności po przejrzeniu jego pokoju. - Kobieta posłała pudlowi złośliwy uśmieszek. - Założę się, że w ogóle nie zauważy, że w nim byliśmy.

- Zobaczymy – westchnął pudel. - Chodźmy już, musimy wcześnie rano wstać, a chciałbym przynajmniej trochę pospać.

Harry po raz kolejny obudził się wcześnie. Jego dzień wypełniony był wspaniałymi widokami. Rano Muzeum Armii, a wieczorem Folies Bergère w Moulin Rouge. I tak oto, z głową wypełnioną widokami, zapachami i dźwiękami, Harry wrócił na noc do swojego hotelowego pokoju.

Następnego dnia Harry szybko zrozumiał jedną życiową prawdę. Radość i ekscytacja, którą czerpał z możliwości zwiedzania miast, szybko zanikała, zastąpiona nienawiścią do kolejek. Po spędzeniu dwóch godzin w jednej z nich, Harry zaczął się zabawia myślą, że Paryż powinien zmienić tytuł. Zamiast „miastem świateł", powinno zostać „miastem kolejek". Wszystko ze względu na olbrzymie kolejki do jakiejkolwiek atrakcji turystycznej w tym mieście.

- Wystarczy – wymamrotał do siebie Harry, poddając się w kolejce do Luwru . - Nie mam na to ochoty.

Harry szybko wrócił do hotelu i pozbierał swoje rzeczy.

- Wymeldowuję się. – Harry z wymuszonym uśmiechem oddał klucz recepcjoniście.

- Coś się stało? - zapytał szybko recepcjonista. - Nie miał pan problemów z naszą obsługą, prawda?

- Nie, nic z tych rzeczy – zapewnił go Harry.

- Więc dlaczego?

- Powiedzmy, że nie mam cierpliwości, żeby zwiedzać dalej Paryż – odpowiedział Harry, kończąc rozmowę.

Następnie wyszedł z hotelu, wezwał taksówkę i poprosił o zawiezienie na Gare du Lyon. Harry rozsiadł się wygodnie w fotelu, ciesząc się kolejnym etapem jego podróży. Niedługo po wyjeździe Harry'ego, w tajemniczej kwaterze głównej odbywało się tajemnicze spotkanie, na którym omawiane były dalsze ruchy tajemniczego pana Blacka.

- Czego się dowiedzieliście z jego rzeczy? - zapytała postać, która wydawała się być przywódcą.

- Najprawdopodobniej Black miał ustawione jakieś zaklęcie, którego nie byliśmy w stanie wykryć – odparła postać po drugiej stronie stołu. - Chwilę po wejściu na teren pokoju, grupa obserwacyjna kazała nam porzucić misję.

Przywódca grupy obserwacyjnej przejęła dalszą część.

- Black wymamrotał „wystarczy" i „nie mam na to ochoty". Następnie wezwał taksówkę i kazał się zawieźć do hotelu. Wtedy padł też rozkaz porzucenia misji. - Kobieta zawahała się. - I warto zauważyć, że wezwał taksówkę, którą prowadziłam ja.

- Rozumiem – powiedział w zamyśleniu przywódca całej operacji. - Jaki jest obecny status pana Blacka?

- Wymeldował się ze swojego pokoju i obecnie znajduje się na Gare de Lyon – odparła szybko szefowa grupy obserwacyjnej.

- Co było powodem wyjazdu? - zapytał mężczyzna z uniesioną brwią.

- Poinformował recepcjonistę, że „nie ma cierpliwości, żeby zwiedzać dalej Paryż". Podejrzewamy, że Black zdenerwował się na naszą próbę inwigilacji jego pokoju i dlatego skrócił swój pobyt w naszym mieście.

- Zadowolony? - zapytał się szef.

- Tak – potwierdziła szefowa grupy obserwacyjnej. - Ale nic nie wskazuje na złość. Bardziej przypominało to moją reakcję, kiedy zobaczyłam, że moja trzyletnia córka postanowiła malować po ścianie kredkami.

- Poproszę bilet na najbliższy pociąg do Marsylii – powiedział Harry, nie zauważając, że jego akcent się zmienił.

- Chwileczkę – pokiwał głową kasjer. - Proszę bardzo, pociąg odjeżdża za godzinę.

- Dziękuję – powiedział uprzejmie Harry i zabrał bilet. - Mam nadzieję, że pana koledzy będą mieli udany dzień.

- Dziękuję, sir – powiedział zaskoczony kasjer. - Czy mogę w czymś jeszcze pomóc?

- Nie.

Szukanie pociągu nie zajęło Harry'emu dużo czasu. Kiedy już usiadł na swoim wyznaczonym miejscu i odłożył swoje bagaże, pozwolił sobie odlecieć w stan błogiej nieświadomości. Obudził się dopiero na swojej stacji. Otrząsając się ze snu, Harry wyciągnął swój niezastąpiony przewodnik i zaczął go czytać.

Marsylia, miasto mające prawie 2600 lat, uważane jest za najstarsze miasto Francji. Można powiedzieć wiele ciekawych rzeczy o jego historii, ale skoro kupiłeś tę książkę, to pewnie ię one zupełnie nie obchodzą. Przejdźmy do zabawnej części, główna część magicznej Marsylii znajduje się na terenie dzielnicy Le Vieux Port (Stary Port). Dostać się tam można z kilku miejsc, zamieszczonych w załączniku na końcu tego rozdziału. Najbardziej dyskretne wejście znajduje się w alejce między dwiema starymi przedsiębiorczościami pitnymi o nazwach Le Lion i L'Unicorne. Alejka ciągnie się przez kilka metrów, następnie otwiera się na skrzyżowanie ulic Rue du Mal Absolu (znana również pod nazwą Rue de Chiotte) i Rue de la Saintete.*

Zamykając książkę, Harry po raz pierwszy spojrzał na wspaniałe widoki, które zapewniła mu Marsylia. Po wyjściu z pociągu, Harry wezwał taksówkę.

- Dokąd?

- Poproszę do najlepszego hotelu w okolicy – powiedział Harry. - Chciałbym potem pojechać w jedno miejsce, jeśli mógłby pan zaczekać.

- Zaczekam. - Kierowca ruszył i dołączył do innych samochodów usiłujących uniknąć korków. - Co sprowadza pana do naszego miasta?

- Relaks i odpoczynek. - Harry wzruszył ramionami.

- Brzmi dobrze, czym się pan zajmuje?

- Niczym ważnym. - Harry zbył pytanie i zadał swoje. - Podoba się panu pana praca?

- Bardzo ją lubię. - Kierowca pokiwał głową. - Mogę poznawać nowych ludzi i dowiaduję się wielu ciekawych rzeczy.

- Rozumiem – powiedział Harry. - A jak warunki?

- W porządku, jest wiele korzyści... a co u pana, jakie są warunki?

- Mogłyby być bezpieczniejsze – powiedział Harry. - Ale co mam panu powiedzieć.

- Aż tak źle?

- Nauczyłem się z tym żyć.

- A skąd pan przyjechał?

- Z Paryża.

- Długo pan tam był?

- Niestety, musiałem przerwać moją wycieczkę – odpowiedział szybko Harry.

- Dlaczego?

- Brak cierpliwości. - Harry wyprostował się, gdy taksówka dojechała do hotelu. - Mam nadzieję, że nie będzie z tym problemów w Marsylii.

- Mogę pana o tym zapewnić, panie Black – wymamrotał do siebie taksówkarz, patrząc na plecy oddalającego się mężczyzny - Powiedział nam pan o tym jasno i wyraźnie.

Kierowca poczekał kilkanaście minut na pojawienie się swojego klienta.

- Niech mnie pan zabierze do Le Vieux Port – powiedział Harry, wchodząc do samochodu. - Chciałbym zobaczyć kilka miejsc póki jeszcze jest jasno.

- Oczywiście. Gdzie pana wysadzić?

- Mały bar, nazywa się „le Lion", jeśli pan wie, gdzie to jest.

- Wiem, sir. - Reszta podróży minęła w ciszy, ponieważ kierowca nie chciał denerwować swojego pasażera. - Już jesteśmy.

- Dziękuję i miłego dnia – powiedział Harry.

- Nawzajem.

Harry poszedł w kierunku dwóch „przedsiębiorstw pitnych", które wskazywały drogę do magicznej części Marsylii. Nie widząc żadnej alejki, Harry zmarszczył brwi. Skupiając się na zadaniu, Harry zrobił nieśmiały krok do przodu i ku jego zaskoczeniu, jego oczom ukazała się poszukiwana alejka. Harry wzruszył ramionami i wszedł do uliczki. Z każdym jego krokiem, w uliczce robiło się coraz ciemniej i coraz zimniej.

Harry zatrzymał się i szybko rozejrzał się po okolicy. Kątem oka zauważył ruch – jedyną wskazówkę, że w tej alejce nie był sam. Harry całkiem wcześnie wyrobił sobie świadomość sytuacyjną, czyli doskonałą znajomość swojego położenia wobec innych przedmiotów i osób. Nie pomógł fakt, że jeden zły ruch mógł zafundować mu bicie czy brak jedzenia. Lata spędzone na quidditchu tylko utwardziły tę umiejętność. Harry automatycznie obrócił się i poczuł ostry ból w plecach.

- Nie wiem, jak udało ci się poruszyć na tyle szybko, że jeszcze żyjesz, – powiedział z lubieżnym uśmiechem mężczyzna w łachach, który w ręku trzymał ogromny, zakrwawiony nóż – ale drugi raz ci się to nie uda.

Wpatrując się w zakrwawiony nóż, w Harrym zaczęła się zbierać wściekłość. Fala przypadkowej magii wystrzeliła z jego rąk, które instynktownie uniósł do góry.

- Stać i nie ruszać się! - Ogony Harry'ego wynurzyły się z cieni w porę, żeby zobaczyć jak fala magii uderza w napastnika, posyłając go na ścianę. Jeden z policjantów podszedł do niego z podniesioną różdżką. Odpychając nóż poza swój zasięg, schylił się i sprawdził puls mężczyzny.

- Nie żyje, złamany kark.

Jedna z postaci odetchnęła z ulgą i podeszła do Harry'ego.

- Czy wszystko w porządku?

- Nie jestem pewien. - Harry spróbował zbadać swoją ranę. - Chyba mnie dźgnął, ale nie mogę powiedzieć, czy to coś poważnego.

- Jestem uzdrowicielką, mogę na to spojrzeć?

- Śmiało – powiedział Harry i podniósł swoją koszulkę. - Jak to wygląda?

- Chwileczkę. - Uzdrowicielka ostrożnie dotknęła rany palcem. - Nóż ominął najważniejsze organy. Zaraz to zaleczę i będzie pan jak nowy.

- Dziękuję – powiedział z wdzięcznością Harry. - Ja...

- Przepraszam, że przeszkadzam – wtrącił inny oficer przestrzegania prawa. - Miałby pan coś przeciwko, gdybym zadał panu kilka pytań podczas opatrywania rany?

- Śmiało, chciałem was tylko pochwalić za szybkość, z jaką się pojawiliście. Zupełnie jakbyście mnie śledzili – zażartował Harry.

- Tak, no cóż... Możemy zacząć – wyjąkał funkcjonariusz.

- Jasne, co chcecie wiedzieć?

- Niech mi pan opowie swoją wersję zdarzeń.

- Szedłem tą uliczką, zatrzymałem się, zobaczyłem coś kątem oka i został dźgnięty. - Harry uśmiechnął się słabo. - Następnie się odwróciłem, ten facet mi pogroził, a ja użyłem przypadkowej magi, żeby rzucić go na ścianę.

- Rozumiem. - Mężczyzna zrobił kilka notatek. - Dlaczego nie użył pan różdżki?

- Wszystko zdarzyło się za szybko. Nie miałem czasu jej wyjąć – uśmiechnął się Harry. - I dobrze, że nie zdążyłem, inaczej złamałbym prawo o nieużywaniu magii przed osobami niemagicznymi.

- Nie martwiłbym się tym, panie Black. - Mężczyzna spojrzał na swoje notatki. - Wygląda na to, że ten mężczyzna miał w posiadaniu nie tylko zaklęty nóż, ale kilka innych zaklętych przedmiotów.

- Równie dobrze mógł je znaleźć na ulicy, a ja zawsze staram się być po dobrej stronie prawa.

- Rozumiem – powiedział policjant. - Z ciekawości, czy mogę zadać jeszcze jedno pytanie?

- Jakie?

- Dlaczego uważa pan, że klauzula „samoobrony" nie zezwoliłaby na użycie magii na przeciwniku?

- Miałem do czynienia z skorumpowanymi i niekompetentnymi oficerami. - Harry wzruszył niewinnie ramionami. - Lepiej dla wszystkich zainteresowanych, że użyłem przypadkowej magii, a nie różdżki.

- Rozumiem, dziękuję, panie Black. - Mężczyzna zamknął notatnik. - Był pan bardzo pomocny.

- Nie ma problemu – powiedział Harry. - Cieszę się, że mogłem pomóc.

- Do widzenia, panie Black.

- Do widzenia – powiedział Harry, po czym odwrócił się do uzdrowicielki. - Jak to wygląda?

- Dam panu kilka eliksirów do wypicia i wszystko będzie w porządku.

- Dzięki, jesteście bardzo mili i pomocni. - Harry uśmiechnął się. - Nawet ten, co spisywał zeznania. Jego technika była tak zrelaksowana i spokojna, że nawet nie zauważyłem, kiedy podałem mu jego imię.

- Och. - Uzdrowicielka uśmiechnęła się nerwowo. - Na pewno się z tego ucieszy. Mógłby pan jeszcze chwilkę poczekać? Muszę porozmawiać z szefem.

- Nie ma sprawy – zgodził się Harry. - Nie chcę pani uprzykrzać życia.

- Dziękuję. - Uzdrowicielka odwróciła się na pięcie i szybkim krokiem podeszła do zgromadzenia ludzi.

- Jak się ma pan Black?

- Nóż minął z trzy centymetry. - Uzdrowicielka wzdrygnęła się na samą myśl o ranie. - Albo pan Black ma niesamowite szczęście, albo najszybszy refleks jaki w zyciu widziałam.

- Rozumiem – wymamrotał niezidentyfikowany mężczyzna. - Zauważyła pani oznaki wcześniejszych uszkodzeń?

- Tak. - Uzdrowicielka spojrzała na swoje notatki. - Blizny, złamane kości i jego krew daje dziwne wyniki.

- Wyjaśnij dziwne.

- Chciałabym najpierw to zbadać w laboratorium – powiedziała kobieta.

- Chcę tylko wstępne sprawozdanie. - Mężczyzna uniósł dłoń. - Nikt nie będzie pani winił za błąd.

- W porządku – powiedziała kobieta. - Obawiałam się, że ostrze mogło być zatrute, więc rzuciłam na nie zaklęcie ujawniające.

- I?

- I wyniki były poza skalą. - Kobieta zmarszczyła brwi. - Z tego, co zobaczyłam, na tym ostrzu wystarczyłoby trucizny, żeby zabić setkę ludzi. Nie ma mowy, żeby Black to przeżył.

- Musiałaś pomylić zaklęcie, no i?

- Też tak myślałam, spróbowałam jeszcze raz. Tym razem za pomocą dokładniejszego zaklęcia. I to, co odkryłam mnie zszokowało. To nie ostrze było zatrute, tylko krew pana Blacka zawiera jakąś śmiertelną toksynę. Przyjrzałam się jej bliżej i... nie wiem jak to wytłumaczyć.

- Rozumiem – powiedział mężczyzna. - Coś jeszcze?

- Pan Black również wspomniał, że Pierre się walnął i zapomniał zapytać go o imię – uśmiechnęła się uzdrowicielka. - Pochwalił nas też za szybkie przybycie, powiedział, że to zupełnie tak, jakbyśmy go śledzili.

- Ma poczucie humoru, prawda? - uśmiechnął się mężczyzna. - Chcesz coś dodać, Pierre?

- Już słyszeliście moje sprawozdanie – odparł mężczyzna, który przesłuchiwał Harry'ego. - Chciałem się tylko zapytać, skąd pan Black znał to wejście. Nie należy ono do popularnych i mało kto go używał, bo został zbudowany przez oddziały partyzanckie Maqui.

- Dobre pytanie, też chciałbym to wiedzieć. Ktoś jeszcze?

- Nie, sir.

- Ktoś chciałaby coś jeszcze dodać? - Jego pytanie spotkało się z ciszą. - Czy ktoś może mi wyjaśnić, dlaczego marny łotrzyk był w stanie zranić kogoś takiego, jak pan Black?

- Ja mam teorię – odparła kobieta trzymająca pudla.

- No mów.

- Przez nasze dotychczasowe spotkania z panem Blackiem przewijał się jeden element wspólny. - Kobieta podrapała swojego partnera za uchem. - Pan Black lubi zgrywać niedouczonego. Jeden jedyny raz pokazał na co go naprawdę stać. Wtedy, kiedy weszliśmy do jego pokoju.

- Mów dalej.

- Słyszeliśmy raport Pierre'a. Pan Black zaaranżował wszystko, żeby wyglądało to na czysty przypadek samoobrony i przypadkowej śmierci. Kiedy weszliśmy do jego pokoju hotelowego... zbiliśmy go z tropu. Nie był pewien, jak ma na nas zareagować, więc przygotował tę sytuację. Która, tak a propos, zostałaby wyśmiana w sądzie, gdybyśmy chcieli go wysłać do więzienia. - Kobieta spojrzała w dół na swojego partnera, który pokiwał głową. - Zaaranżował to tak, że to wszystko wyglądało na zbieg okoliczności i przeraża mnie myśl, że udało mu się to w tak krótkim czasie. Ten poziom profesjonalizmu zwala mnie z nóg.

- Dlaczego więc wybrał sobie tego mężczyznę za cel?

- Mam pewien pomysł, sir. - Kobieta polizała usta. - Na ubraniu zmarłego, kryminalni znaleźli krew kilkunastu magicznych osób. Wygląda na to, że za cel obierał sobie czarodziei. Mogę tylko przypuszczać, ale podejrzewam, że Black dowiedział się o jego działalności i postanowił go zlikwidować.

- Zlikwidować?

- Jak inaczej byś to nazwał? Spokojnie wszedł do alejki z zamiarem zabicia tego mężczyzny. Udało mu się też upozorować dziwaczny wypadek, w razie sprawy w sądzie. Gdzie, jak już mówiłam, zostalibyśmy wyśmiani jak nigdy dotąd. - Kobieta wzruszyła ramionami. - Z jakiegoś powodu pan Black nie ufał nam ze złapaniem tego złoczyńcy. Nie wiedział też, jak zareagujemy na ten fakt i dlatego to wszystko przygotował.

- To chyba najlepsze wyjaśnienie – powiedział nie wyróżniający się mężczyzna. - Przekazał nam swoją wiadomość. Jeśli szczęście nam dopisze, to w przyszłości nie będzie musiał się zniżać do tego poziomu. Jeśli nikt nie ma nic do dodania, to zwolnijcie już pana Blacka. Niech już sobie idzie.

- Ja to zrobię, sir – zgłosiła się uzdrowicielka. - Chciałabym go zbadać mocniejszym zaklęciem diagnozującym, może to pomoże wyjaśnić te dziwne wyniki krwi.

- W porządku, tylko nie denerwuj go bardziej.

- Nie ma problemu. - Uzdrowicielka pokiwała głową i po chwili wróciła do pana Blacka.

- Jak poszło zebranie? - zapytał z uśmiechem Harry.

- Spokojnie, szef powiedział, że może pan iść w każdej chwili. - Kobieta wzięła głęboki wdech. - Ale chciałam się zapytać o pozwolenie na rzucenie kilku zaklęć, żeby upewnić się, że wszystko jest w porządku.

- Okej.

Kobieta wykonała kilka skomplikowanych ruchów różdżką, wymamrotała kilka dziwnych inkantacji... i zamilkła zadziwiona.

- Skończyła pani? - zapytał z uśmiechem Harry.

- Tak jest – odpowiedziała kobieta niepewnie.

- Muszę się zacząć czymś martwić?

- Nic panu nie jest. - Uzdrowicielka spojrzała jeszcze raz na wyniki badań.

- Więc sobie już pójdę.

Odchodząc, Harry'emu wydawało się, że słyszał słabe „to nie ma żadnego sensu", ale zwalił to na swoją wyobraźnię i to zignorował.

* Rue du Mal Absolu – Ulica Absolutnego Zła; chiotte to kibel xD, Saintete to taki świętoszek.

Och, Harry, Harry, Harry.

Coś ty z sobą zrobił?

Nawet jego krew chce poprawić mu reputację, ale cóż. +10 do zabójczości.

Mam MNÓSTWO ulubionych seriali, w zależności na co mam ochotę. Ale tak między innymi: Sherlock, Doctor Who, Gra o Tron, Empire.

Ostatnio zaczęłam z nudów oglądać CSI: Nowy York xD.

Q: Ulubione jedzenie?

Moim jest PIZZA, aż bym zjadła w tym momencie. I w ogóle zawsze, na wieki wieków, po koniec świata i jeszcze dalej.

Wiecie, że na Hawajach „Amen" nie brzmi „Amen" tylko „Dass it"? Taka ciekawostka. Jeśli chcecie, to możecie sobie sprawdzić modlitwę w tym dialekcie. Hawaiian Pidgin English na zawsze w moim sercu.

Niech żyje święta Kaczka i do następnego!