Rozdział 7.

Przedstawiam: krew vol 2, zakon KFC i kac.

Harry siedział w swoim pokoju i wpatrywał się tępo w ścianę. Nie mógł uwierzyć, że znowu zabił człowieka. Jak miał się czuć ze świadomością, że pozbawił życia kolejną osobę?

- Nie czuję się winny – wymamrotał do siebie Harry. - Albo on, albo ja. Zdecydowanie wolę tę drugą opcję. Nie czuję się winny, ale też nie chcę tu zostać ani minuty dłużej.

Harry wstał i spakował swoje rzeczy do plecaka. Szybko rozejrzał się, czy aby niczego nie zostawił i poszedł do recepcji się wymeldować.

-o-o-

- Mam dla ciebie kolejne zadanie, Lovegood – warknął redaktor Żonglera do swojej ulubionej dziennikarki. - Ludzie uwielbiali twój artykuł o Blacku, masz napisać kolejny.

- Dobrze, tatusi... znaczy, szefie. - Luna zasalutowała lewą dłonią. - Reporterka Lovegood jest na tropie.

- Black zabił mężczyznę w Marsylii. Chcę wiedzieć, co tam zaszło. - Redaktor zmarszczył brwi. - I nie ma mowy o żadnym samotnym wilku. Komisarz siedzi mi na karku przez ten eksplodujący autobus, którego byłaś przyczyną.

- Myślałam, że jesteśmy dziennikarzami, a nie glinami – powiedziała Luna. - Czy znowu zacząłeś brać swoje leki, tatusiu?

- Skończyły się nam fasolki wszystkich smaków, a moje leki mają cukrową powłoczkę. - Ojciec Luny spojrzał ze wstydem na swoje buty. - Poza tym, ich data ważności minęła tak dawno temu, że myślałem, że nic mi nie będzie.

- Nie bierz ich więcej. - Luna położyła swoje dłonie na biodrach. - Dobrze wiesz, że one podsuwają ci dziwne pomysły.

- Przepraszam, słońce – zarumienił się Laetus. - To się nie powtórzy.

- W porządku, tatusiu.

- A teraz do roboty, Lovegood. Nie płacę ci za obijanie się. - Redaktor Żonglera wyszedł z pokoju. Zatrzymał się jednak w progu i powiedział – Możesz kupić mi nowe pudełko cukierków?

- Dobrze, tatusiu. Reporterka Lovegood zabiera się do pracy.

Luna podeszła do kominka i wsypała do niego garść proszku Fiuu.

- Francuski Departament Przestrzegania Prawa, oddział w Marsylii.

Po kilku minutach oczekiwania, Luna zdecydowała się zabrać głos.

- Halo? Jest tu kto?

- Nazywam się Pierre-Louis Boulanger – odpowiedział po dłuższej chwili mężczyzna w idealnie skrojonej szacie. - Rzecznik Departamentu Przestrzegania Prawa, w czym mogę pomóc?

- Nazywam się... – Lunie zajęło kilka minut wymyślenie odpowiedniego przydomka. - Pani Informacja, chciałabym zadać kilka pytań odnośnie pana Blacka.

- Chwileczkę. - Pierre-Louis zastanowił się, w jaki sposób najlepiej przedstawić całą sytuację. - W porządku, proszę zadać swoje pytania.

- Co się właściwie stało?

- Od kilku miesięcy mieliśmy podejrzenia o seryjnym mordercy, który za cel obierał osoby magiczne. - Pierre-Louis wiedział, że było to nie była do końca prawdą, bo nie mieli pojęcia, że ktoś taki w ogóle istnieje. - Okazało się, że był to charłak, który używał starych tuneli ruchu oporu i ciemnych alejek.

- Proszę mówić dalej. - Luna zaśmiała się w duchu. Och, jak łatwo wyciągnąć od kogoś informacje, jeśli myślą, że już wiesz co się stało.

- Nie jesteśmy pewni skąd pan Black wiedział o aktywności tego mężczyzny. - Pierre-Louis uśmiechnął się nieśmiało. - Pan Black stanął twarzą w twarz z tym mężczyzną i...

- I? - ponagliła Luna.

- I... - Rzecznik spróbował sobie przypomnieć, co było dalej. - I pan Black wytrącił nóż z ręki przeciwnika i złamał mu kark.

- Jakiego zaklęcia użył, żeby tego dokonać?

- Zaklęcia? - Pierre-Louis zaczął się pocić. Dostał tę pracę tylko dlatego, że wyglądał zjawiskowo w swoich szatach. - Pan Black nie użył żadnego zaklęcia. Złamał mu kark za pomocą gołych rąk.

- Och – powiedziała Luna. - Co jeszcze może mi pan powiedzieć o tym incydencie?

- Przejrzeliśmy stare akta i odkryliśmy, że zabójca wiedział o starych tunelach, ponieważ jego ojciec należał do ruchu oporu. - Pierre-Louis uśmiechnął się, gdy jedna myśl przyszła mu do głowy. - Ale to nadal pozostawia jedno pytanie, na które nie ma jeszcze odpowiedzi.

- Jakie pytanie?

- Skąd pan Black wiedział o tej sieci tuneli? - Mężczyzna zbliżył się do kominka. - To co pani teraz powiem nie może zostać przypisane mnie. Jeśli zdecyduje się pani użyć tego w artykule, proszę o zachowanie mojej anonimowości.

- Skoro pan tak uważa – powiedziała Luna.

- Są spekulacje, że Blach je zna, ponieważ sam ich używał w potrzebie. - Mężczyzna wziął głęboki oddech. - Wielu z nas wierzy, że pan Black został wysłany, żeby pomóc ruchowi oporu w pokonaniu tyranii, która panowała w tym państwie.

- Wow. - Luna próbowała wyglądać na kogoś, kto jest pod wrażeniem. - Czy francuski rząd planuje jakoś uhonorować pana Blacka za jego odwagę?

- Słyszałem, że ma szansę na otrzymanie Ordre National de la Légion d'Honneur* w randze chevalier. - Mężczyzna uśmiechnął się swoim najbardziej czarującym uśmiechem. - Nic nie jest wystarczająco dobre dla mężczyzny, który pozbył się tak strasznego zabójcy.

- Rozumiem – pokiwała głową Luna. - Kiedy pan Black opuścił Francję?

- Opuścił? - Pierre-Louis zamrugał. - Z tego, co wiem, to on tu nadal jest.

- CO? - Luna zerwała się na nogi. - Proszę się odsunąć, przechodzę.

Pierre-Louis z trudem uniknął zderzenia z rozentuzjazmowaną dziennikarką.

- Czy jest jakiś powód, dla którego zdecydowała się pani kontynuować ten wywiad twarzą w twarz?

- Szybko. - Ocy Luny rozbłysły maniakalnym błyskiem. - Musi mi pan pokazać, gdzie przebywa teraz pan Black!

Widząc ten wyraz szaleństwa w oczach reporterki, Pierre-Louis szybko zgodził się i postarał się o transport dla obojga.

- W którym pokoju jest Black? - krzyknęła Luna do swojego towarzysza, biegnąc w stronę hotelowego lobby.

- W żadnym – krzyknęła kobieta z pudlem, zatrzymując Lune w pół kroku.

- Co ma pani na myśli? - Luna z trudem ukryła swój zawód w głosie.

- Wymeldował się nie dalej jak piętnaście minut temu. - Kobieta wzruszyła ramionami. - Minęliście się.

- Och – powiedziała Luna, po czym zwróciła się do swojego towarzysza. - W takim razie, czy może mi pan pokazać miejsce tej walki?

- Zanim pani pójdzie – wtrąciła kobieta z pudlem. - Mogłaby pani powiedzieć, jak długo miała pani zamiar przyjść tutaj i przeprowadzić z panem Blackiem wywiad?

- Jakieś piętnaście minut – Luna rozejrzała się. - Odkąd dowiedziałam się, że on tu nadal jest.

- Dziękuję – powiedziała kobieta.

- To wyjaśnia dlaczego się wymeldował – powiedział do swojej partnerki pudel. - Ale skąd wiedział, że ona tu przyjedzie?

- Albo znalazł sposób na przechwycenie rozmów przez sieć fiuu, albo mamy w biurze podsłuch.

- Ten facet jest bogiem – skomentował pudel w zachwycie.

- Musimy wracać do biura. - Kobieta zignorowała moment słabości swojego partnera. - Uzdrowicielka ma zdać raport ze swoich odkryć.

- Aktywuj świstoklik – powiedział pudel. - Nie mogę się doczekać.

- Trzy, dwa, jeden.

Oboje poczuli pociągnięcie świstoklika i niedługo potem pojawili się w sali konferencyjnej.

- Dobrze, że już jesteście. - Mężczyzna siedzący u szczytu stołu wskazał głową dwa puste miejsca. - Siadajcie. Skoro jesteśmy już w komplecie, to uzdrowiciele chcieliby się podzielić swoimi wstępnymi wnioskami.

- Dziękuję, sir – powiedziała uzdrowicielka. - Większość z was wie, że znalazłam coś dziwnego w krwi pana Blacka. Wyglądało to na jakiś rodzaj trucizny, więc po otrzymaniu zgody, rzuciłam serię zaklęć diagnostycznych i ich wyniki były niesamowite. Pan Black w ciągu całego swojego życia złamał każdą kość przynajmniej raz. W niedawnej przeszłości musiał przejść zabieg odrastania kości. Jest również pokryty bliznami, spowodowanymi najciemniejszą magią. A jego krew jest... dziwna. Spędziłam całe popołudnie badając próbkę zebraną z ostrza noża. I odkryłam częściowy powód dla którego jest tak trująca.

- Mów dalej.

- W przeszłości, pan Black musiał wstrzyknąć sobie ogromną dawkę jadu bazyliszka zmieszanego z łzami feniksa. - Uzdrowicielka sprawdziła swoje notatki. - Łzy przeciwdziałają toksyczności jadu, co wyjaśnia, dlaczego pan Black jeszcze żyje. Nie byłam pewna, dlaczego miałby zrobić coś takiego, dopóki nie zauważyłam, że moc łez stopniowo zanika. Sprawdziłam próbkę jeszcze raz i wychodzi na to, że mimo że moc łez spada, moc jadu jest na stałym poziomie. Oznaczałoby to, panu Blackowi zostało kilka miesięcy życia.

- Czyli mówi pani, że Black umiera?

- Nie, ale to była moja pierwsza myśl. Sprawdziłam więc dane z badań diagnostycznych i pan Black jest zdrowszy niż kiedykolwiek. Zwłaszcza z taką historią choroby. Jakimś cudem jego ciało przystosowało się do obecności jadu w organizmie, prawdopodobnie przez wchłonięcie magii łez feniksa. Trucizna w jego organizmie nigdy nie będzie problemem. Ponadto nie wydaje mi się, żeby musiał obawiać się jakichkolwiek innych trucizn. Ucieszyłam się, że moje pierwsze podejrzenia nie sprawdziły się, ale jedna rzecz mnie zastanawia.

- Jaka?

- Dlaczego moc łez spadła, a moc jadu jest na tym samym poziomie? - Kobieta rozejrzała się. - Można by było pomyśleć, że powinna nastąpić chociaż mała zmiana w danych, ale wtedy odkryłam to. - Uzdrowicielka pokazała wszystkim pergamin z niewyraźnym obrazem. - Pan Black wszczepił w swoją kość fragment kości bazyliszka, co nie pozwala na zniżenie się poziomu ilości trucizny we krwi.

- Dobra robota. - Mężczyzna na szczycie stołu pokiwał głową. - Chcesz coś jeszcze dodać?

- Jeszcze jedno – powiedziała kobieta. - Wiem, co zrobił. Mam jakieś pojęcie, jak to zrobił. Ale nie wiem dlaczego to zrobił.

- Wyobraź sobie mężczyznę, którego nie można nigdy rozbroić. Wyobraź sobie mordercę, który gryząc się w wargi ma dostęp do najpotężniejszej trucizny na świecie. - Mężczyzna pokręcił głową. - To poświęcenie jest niesamowite.

- W takim razie chcę dodać ostatnią rzecz. - Uzdrowicielka, słysząc słowa przełożonego, zbladła na samą myśl, co taki człowiek może zrobić. - Ten, który zaprojektował ten proces musiał być szalony. Nie wyobrażam sobie precyzji, jakiej to wymagało. Tu trzeba podać odpowiednie dawki w odpowiednim czasie. Pan Black i ci, dla których pracuje działają na zupełnie innym, wyższym poziomie.

-o-o

Gdzie indziej Albus Dumbledore prowadził spotkanie Zakonu Feniksa.

- Mam nowe rozkazy odnośnie naszych poszukiwań Harry'ego Pottera. - Dumbledore wziął głęboki wdech. - Oskarżono mnie o przedmiotowe traktowanie Harry'ego. Powiedziano mi również, że nawet jeśli uda nam się go znaleźć konieczna będzie obserwacja przez całą dobę. Inaczej cała ta sytuacja może się powtórzyć.

Ta wypowiedź spotkała się z serią mruknięć i westchnień. Dumbledore uniósł dłoń, prosząc w ten sposób o ciszę.

- Nie zawieszam naszych poszukiwań, zmieniam tylko efekt końcowy. Jeśli go znajdziecie, poinformujcie zakon, a my poświęcimy nasz czas i środki na zapewnienie mu bezpieczeństwa w tej lokacji. Mam nadzieję, że sprawi to, że będzie tam szczęśliwszy niż u Dursleyów.

- Dlaczego nie możemy go po prostu przenieść tutaj? - zapytała Molly. - Albo do Nory?

- To nadal są opcje – zgodził się Dumbledore. - Ale kiedy nadejdzie ten czas, to chcę, żeby to Harry zdecydował.

Molly usiadła zadowolona, że nie ważne co, to jest „kochany chłopiec" będzie szczęśliwy.

- Skoro już rozwiązaliśmy ten problem, Alastor chciałby nam coś powiedzieć.

- Black znów zaatakował – warknął Moody. - Tym razem zabił seryjnego mordercę w Marsylii. Francuzom wydaje się, że Black ma dostęp do zaklęć, których nie da się wykryć. Uważają, że albo założył podsłuch w gabinecie, albo zna sposób na monitorowanie sieci fiuu.

- Dlaczego nigdy nie słyszeliśmy o tym mordercy? - zapytał anonimowy członek zakonu.

- Nawet francuzi o nim nie wiedzieli. Pierwszy raz usłyszeli o nim po tym, jak Black go zlikwidował. - Moody zaśmiał się. - Black upozorował to na wypadek. Nawet użył trochę bezróżdżkowej magii, zwalił to na przypadkową.

- Dziękuję, Alastorze. - Dumbledore rozejrzał się po pokoju. - Następnym punktem naszego zebrania jest raport Freda i George'a odnośnie ich najnowszego wynalazku.

-o-o-o-

Harry wyszedł z taksówki przy samym wejściu do alejki, w której zabił człowieka. Następnie wziął głęboki wdech i podjął próbę dostania się do magicznej części Marsylii z nadzieją, że tym razem obejdzie się bez trupów.

- Przepraszam, czy może mi pan powiedzieć, gdzie mogę kupić świstoklik do innego kraju? - zapytał grzecznie Harry pierwszego napotkanego przechodnia.

- Jakieś pięćdziesiąt metrów stąd – odpowiedział szybko już cały spocony agent. - Sklep nazywa się „Powrót podróżnika".

- Dziękuję. - Harry ruszył we wskazanym kierunku. Po krótkim spacerku, Harry znalazł się przed sklepem z ruszającymi się zdjęciami egzotycznych miejsc.

- Mogę w czymś pomóc? - Harry usłyszał młody głos za swoimi plecami. - Zauważyłem, że patrzy pan na mój sklep i zastanawiałem się, czy potrzebuje pan mojej pomocy.

- Chciałbym kupić świstoklik do innego kraju. Gdziekolwiek – westchnął Harry.

- Mam jeden odwołany świstoklik do Monte Carlo za – mężczyzna spojrzał na zegarek – trzy minuty.

- Wezmę go – powiedział Harry. - Ile?

- Został odwołany w ostatniej minucie, a był już opłacony. - Mężczyzna wzruszył ramionami. - A moje sumienie nie pozwoli mi sprzedać tego samego przedmiotu dwa razy. Proszę go po prostu wziąć.

- Dziękuję. - Harry przyjął mały, okrągły dysk. - Miłego...

Wypowiedź Harry'ego została urwana w połowie przez świstoklik, który zabrał go do następnego etapu podróży.

- Chciałby pan postawić zakład? - zapytał mężczyzna koło Harry'ego, stojący przy rosyjskiej ruletce.

- Chwileczkę. - Harry potrzebował chwili na rozejrzenie się po luksusowym ośrodku. - Może pan powtórzyć?

- Pytałem, czy chciałby pan postawić zakład – odpowiedział mężczyzna.

- Jasne. - Harry rzucił żeton na losowy numer. - Dziękuję.

- Proszę bardzo, sir – powiedział mężczyzna i zaczął zbierać zakłady od innych.

Wzruszając ramionami i nie przejmując się znikającym żetonem, Harry odszedł od stołu z ruletką. Mógł teraz spokojnie dodać zakłady do swojej krótkiej listy doświadczeń życiowych. Nie musiał chyba być w pobliżu, żeby dowiedzieć się, że przegrał... prawda? Harry spędził kilka minut na zwiedzaniu piętra kasyna, następnie znalazł wyjście i poszedł zwiedzać miasto. Po godzinie zwiedzania, skończył w podejrzanym barze z drinkiem w ręku. Ostatnią rzecz jaką zapamiętał było wyzwanie go na konkurs w piciu przez grupę australijskich turystów.

-o-o-o

- Dzień dobry, panie Black – powitał go mężczyzna ubrany w czarno-żółty uniform. - Czy dobrze się pan czuje?

- Kim pan jest?- Usta Harry'ego smakowały jak podłoga w Dziurawym Kotle. - I gdzie jestem?

- Nazywam się Gunter Schmitt i jestem członkiem Gwardii Szwajcarskiej – powiedział z szacunkiem mężczyzna. - A znajduje się pan w świętym mieście Watykanie. Mamy pewien problem, który, mam nadzieję, pomoże nam pan rozwiązać.

- Jaki problem? - Harry zamknął oczy i błagał wszystkie świętości, żeby świat przestał się kręcić.

- Chciałbym, żeby obejrzał pan nowe zabezpieczenia, które montujemy – odparł spokojnie Gunter. - Nasze kontakty w czarodziejskim świecie poleciły pana jako osobę dyskretną.

- Rozumiem. - Harry zacisnął zęby, próbując powstrzymać żołądek przed zobaczeniem świata zewnętrznego. - Dlaczego chcecie, żebym obejrzał te zabezpieczenia?

- Kiedyś pewien mężczyzna został poproszony o zbudowanie czegoś z marmuru. Miał on użyć w tym celu marmuru najlepszej jakości. Zamiast tego kupił kupił kamień z niższej półki, a różnicę sobie przywłaszczył. W tym samym czasie w mieście pracował inny mężczyzna, uważany za najlepszego artystę w swojej dziedzinie, jak i również za eksperta. Jeśli ktokolwiek miał rozdzielić kamień słabej jakości i ten doskonałej, to byłby właśnie on. - Mężczyzna wzruszył ramionami. - Złodziej zajął czymś tego drugiego i jego zbrodnia uszła mu płazem. Nie chcemy popełnić drugi raz tego błędu.

- Ale ja nic o tym nie wiem. - Harry spróbował usiąść. - I nie mam zielonego pojęcia jak je sprawdzać.

- Na stoliku nocnym jest książka, która zawiera wszystkie potrzebne informacje, żeby wykonać to zadanie.

Mężczyzna wstał i zaczął zmierzać do wyjścia.

- W szafie znajduje się uniform taki jak mój. Jeśli zdecyduje się pan nam pomóc, proszę przeczytać książkę i go założyć. Jeśli jednak się pan nie zgodzi, to proszę zapukać do drzwi i ktoś przyjdzie pana odeskortować.

- Pomyślę o tym – odparł z trudem Harry. - W międzyczasie, mógłby pan przysłać kogoś z tabletkami przeciwbólowymi i wodą?

- Oczywiście, dodam jeszcze kilka rzeczy uspokajających żołądek. - Strażnik zamilkł na chwilę w progu. - Czy mogę zapytać, dlaczego, gdy pana znaleźliśmy, był pan aż tak pijany?

* Order Narodowy Legii Honorowej; Chevalier – Kawaler (V klasa tego odznaczenia)

Au revoir Francjo, ale nadal francuskie bonjour i au revoir Monte Carlo, a na koniec buongiorno Watykanie.

Kolejny rozdział za nami.

I wesołych Świąt! Bożego Narodzenia! Kwanzy! I wszystkich innych świąt, które człowiek może obchodzić!

Życzę wam, żebyście wszyscy mieli szczęścia jak irlandzkie leprechauny.

Fandomowych (nie fantomowych, to nie jest przyjemne) miłości.

Nowych sezonów i seriali.

Zdrowia i nerwów na koniec tragicznego 2016 roku.

Miłości w związkach chemicznych.

Singlom życzę rozszerzonych albumów deluxe.

Molom książkowym smacznego.

Dla miłośników snu dobranoc, ale nie na 100 lat.

Dużo darmowego jedzenia.

Podróży palcem po globusie i w prawdziwym życiu.

I więcej nie jestem w stanie wymyślić.

Wszystkiego najlepszego!

A teraz pytanie: Co sądzicie o mnie? Jestem jak ten obcy (nie, nie Zenek) i znacie mnie tylko z tych notek i ewentualnie Twittera ( ekhm cookiesseater ekhm), na którym nie byłam wieki.

Niech żyje Święta Kaczka i kwa kwa!