Rozdział 16.

Taxi, znowu szaleni sklepikarze i pewien szczur.

- Do widzenia, profesorze, Pomocnico – powiedział Harry z uśmiechem. – Dzięki za wasze wsparcie. Naprawdę… naprawdę tego potrzebowałem.

- Ależ nie ma za co, przyjacielu – powiedział z uśmiechem profesor. – Wystarczy, że będziesz nam dalej dostarczał pomysłów na nowe wynalazki.

- Dobrze – powiedział Harry i odwrócił się.

Harry przeszedł kilka bloków, po czym wezwał taksówkę. Czasami zapominał o fakcie, że nie musiał się martwić o pieniądze tak jak normalni ludzie. W końcu i tak nie będzie ich potrzebować za rok czy dwa.

- Dokąd? – Kierowca taksówki nawet nie spojrzał na swojego klienta.

- Centrum miasta. – Harry zamknął oczy. – Niech mnie pan obudzi, gdy dojedziemy. I proszę się nie spieszyć, mam czas.

- Rozumie się – powiedział kierowca. – To wszystko?

- Tak.

Podróż minęła w ciszy, ale kierowca od czasu do czasu zerkał na śpiącego pasażera.

- Zatrzymaliśmy się – zauważył Harry, nie otwierając oczu. – Czy to oznacza, że dojechaliśmy?

- Tak jest. – Kierowca patrzył się na wprost. – Potrzebuje pan czegoś jeszcze?

- Nie. – Harry podał mężczyźnie kilka banknotów. – Miłego dnia.

- Dziękuję i nawzajem – powiedział kierowca, zabierając banknoty.

- Dziękuję. – Harry wyszedł z taksówki i zaczął do siebie mamrotać. – Austria, tak, Austria będzie dobrym przystankiem w podróży.

Kierowca z całej siły zaciskał ręce na kierownicy. Nie rozumiał rozkazów z góry, które kazały wypatrywać strasznego mężczyzny z nierozpoznawalną twarzą. Gdyby pracował gdzieś indziej, szybko by o tym zapomniał, ale tak niestety nie było. Kierowa uspokoił nerwy i ostrożnie włączył się do ruchu. Ten dziwny mężczyzna dał mu wiadomość do przekazania i przedłużanie jej dostarczenia nie przyniosłoby nic dobrego.

-o-o-o-o-o-o-o-o

Znalezienie jedynego magicznego sklepu w miasteczku nie zajęło Harry'emu długo. Harry wziął głęboki wdech i wszedł do środka.

- Chwileczkę – odezwał się mężczyzna z tyłu sklepu, który najprawdopodobniej był sprzedawcą. – Co mogę dla pana zrobić?

- Muszę naleźć transport do Austrii. – Harry z trudem uśmiechnął się.

- Coś się może uda załatwić - powiedział z uśmiechem sprzedawca. – Ale to może zająć trochę czasu.

- Jak długo? – zapytał z westchnieniem Harry.

- Zależy. – Starszy mężczyzna uśmiechnął się. – Najlepiej będzie się rozejrzeć po sklepie. Jestem pewien, że coś w tym czasie przygotuję.

- W porządku – powiedział Harry.

- Najlepsze rzeczy są za tymi drzwiami – skomentował mężczyzna. – Lepiej tam zacząć, te przedmioty z przodu to badziewia dla turystów.

- Skoro pan tak mówi – zgodził się Harry. Szybko zaczął podejrzewać, że wszyscy sprzedawcy mają nierówno pod sufitem.

Decydując się nie rozmyślać nad tym dłużej, Harry przeszedł przez wskazane drzwi i po kilku minutach wrócił do lady z małą kolekcją wybranych przedmiotów.

- Widzę, że coś pan znalazł. – Sprzedawca przejrzał przedmioty położone na ladzie. – Ciekawy wybór.

- Głównie wybrałem rzeczy, których nie rozpoznałem – przyznał Harry z uśmiechem.

- To – mężczyzna wskazał na dziwną, niebieską flagę. Na niej namalowany był złoty dysk otoczony zielonym wieńcem z czerwonymi kwiatami, w rogu byłą mała flaga brytyjska. – Wydaje mi się, że jest to sztandar jednostki brytyjskiej piechoty. Nie wiem, skąd się u mnie wziął i nie jestem w stanie powiedzieć o nim więcej.

- W porządku. – Harry wzruszył ramionami. – Mam znajomego, który z chęcią się dowie, skąd ta flaga pochodzi.

- Cieszę się. Drugi przedmiot. – Sprzedawca wskazał na żelazną kulę. – To jest przenośny loch stworzony dla jakiegoś markiza z Francji do… celów rekreacyjnych. W środku można znaleźć pełne… wyposażenie, łącznie z biblioteką.

- Celów rekreacyjnych?

- Przejdźmy dalej. – Mężczyzna wziął do ręki długi łańcuch.- To jest stalowy bicz zrobiony z kilku tysięcy połączonych oczek. Wmontowane są w nim liczne zaklęcia, które pozwalają na niesamowite sztuczki. Oczywiście, jeśli ktoś wie jak go używać.

- Dzięki – powiedział z uśmiechem Harry. – Czy mój świstoklik jest gotowy?

- Zanim odpowiem na to pytanie, wydaje mi się, że chciałby pan kupić jeszcze to. – Sprzedawca dołożył do kupki przedmiotów duży kufel do piwa.

- Co to takiego? – Harry przyjrzał się szklance z ogromną dozą podejrzliwości.

- To tylko coś, z czego można pić piwo – powiedział z uśmiechem mężczyzna. – Dlaczego?

- To jest magiczny sklep. – Harry cofnął się o krok. – I czekam, aż powie mi pan, dlaczego sprzedaje pan coś tak normalnie wyglądającego w magicznym sklepie.

- Och, to wszystko? – zapytał sprzedawca. – Teraz, skoro pan o tym mówi, rzeczywiście mogłem dodać kilka zaklęć. Głównie takie, które automatycznie uzupełniają kufel piwem z miejscowych browarni.

- Tak? – Harry się zrelaksował. – Na jak długo?

- Nie jestem pewien jak długo te zaklęcia wytrzymają. – Mężczyzna wzruszył ramionami. Po tym wszystkim, co mu zafundowali jego kuzyni-sprzedawcy, należała się chłopakowi jakaś rekompensata. – Co najmniej kilka lat.

- Wezmę go. – Harry nie mógł się doczekać, aż będzie mógł go pokazać bliźniakom. – Dziękuję.

- I skoro już o tym rozmawiamy – powiedział z uśmiechem sprzedawca. – Musi pan mieć jeszcze to.

- Jeszcze co? – Harry zamknął oczy i włożył twarz w dłonie.

- Niekończąca się manierka. – Do kupki doszła jeszcze srebrna manierka. – Wypełnia się kilkunastoma rodzajami niemagicznych napojów pana wyboru. Doskonały dodatek do samo napełniającego się kufla.

- Okej – powiedział Harry. – Czy mój świ…

- A wie pan, co jeszcze jest doskonałym dodatkiem do kufla i manierki? Ta książka. – Sprzedawca wyjął spod lady dużą książkę. – Przewodnik czarodzieja: „Jak uszczęśliwić swoją czarodziejkę lub wilę w kilku prostych krokach".

- Dobra – powiedział Harry. – Czy teraz mogę dostać mój świstoklik?

- Nie ma sprawy. – Sprzedawca wyciągnął dłoń. – Ale najpierw musi pan zapłacić za zakupy.

- Chwileczkę. – Harry pogrzebał w plecaku i wyjął z niego garść monet. – Proszę bardzo.

- Dziękuję. – Sprzedawca podał Harry'emu torbę z zakupami i szklany koralik. – Uruchomi się za trzy, dwa, jeden.

Harry poczuł jak cały świat kręci się wokół jego osi, a świstoklik zabrał go do następnego etapu podróży.

- Witam – przywitał Harry'ego mężczyzna w dziwnym mundurze. – Jak się pan dzisiaj miewa?

- W porządku. – Harry szybko otrząsnął się po podróży. – A jak sytuacja w Austrii? Jakieś ataki, albo dziwne przypadki?

- Nie, proszę pana – odparł zaciekawiony celnik. – Dlaczego pan pyta?

- Ostatnio spotyka mnie wiele stresujących sytuacji. Chciałbym w końcu móc się zrelaksować, nie musząc martwić się o dziwne wydarzenia, które zwykle same mi się przytrafiają.

- Rozumiem. – Celnik zmarszczył brwi. – Co jest w torbie?

- W tej? – Harry spojrzał na torbę, która zawierała przedmioty ze sklepu. – Trochę rzeczy, które kupiłem w Niemczech.

- Mogę spojrzeć?

- Jasne. – Harry położył torbę na stole.

Celnikowi aż szczęka opadła z wrażenia na pierwszy widok zawartości torby.

- Mówi pan, że kupił pan je w Niemczech?

- Tak? – potwierdził Harry. – Coś nie tak?

- Nie – zaprzeczył celnik. – Wszystko w porządku, tyle tylko, że uwielbiam historię i gdy zobaczyłem tę flagę… jak się pan nazywa?

- Black. – Harry wyciągnął paszport.

- To nie będzie konieczne. – Celnik zwrócił Harry'emu torbę. – Z przyjemnością witam pana w Austrii i chciałbym życzyć powodzenia i miłego polowania.

- Dzięki? – powiedział niepewnie Harry. – Potrzebuje pan czegoś jeszcze?

- Nie, sir. Musi być pan zmęczony po podróży, proszę więc pójść do miasta i znaleźć jakiś hotel, ja w tym czasie muszę udać się do swoich przełożonych.

- Okej? – Harry odszedł od bramki celnika i poszedł w głąb budynku.

Celnik uśmiechnął się, obserwując gładkie odejście tajemniczego Pana Blacka. Już zaczął współczuć szaleńcowi, którego Pan Black przybył wyeliminować.

-o-o-o-o-o-o-o-o-o

Wychodząc z pomieszczenia, w którym przywitał go celnik, Harry'ego przytłoczył tłum, który chodził tam i z powrotem.

- Przepraszam – zawołała młoda kobieta, przykuwając uwagę Harry'ego. – Może panu pomóc z organizacją transportu?

- Co? – Harry odwrócił się do kobiety. – Przepraszam, nie spodziewałem się czegoś takiego.

- Rozumiem – powiedziała kobieta. – Jednym z powodów, dla których Wiedeń jest tak wyjątkowy jest fakt, że używamy dużego, mugolskiego lotniska do przyjmowania turystów z świata magicznego.

- I nikt nie zauważa niczego dziwnego?

- Zwykle są zmęczeni, sfrustrowani, albo w nieznanym im miejscu. Biorąc to wszystko pod uwagę, czasami zastanawiam się, czy w ogóle musimy utrzymywać jakiekolwiek ukrywające zaklęcia.

- Rozumiem – powiedział Harry. – To ma sens. Jakie pytanie mi pani zadała wcześniej?

- Och. – Kobieta zarumieniła się. – Ja tylko pytałam, czy pomóc panu w organizacji transportu.

- Poproszę – powiedział Harry. – Jakie mam opcje?

- No cóż… - Dziewczyna uśmiechnęła się. – Po pierwsze musi pan zdecydować czy chce pan mugolski transport, czy magiczny.

- Mugolski, na pewno – powiedział z uśmiechem Harry.

- Dobra. – Dziewczyna pokiwała głową. – Czy potrzebuje pan pomocy z organizacją rzeczy w niemagicznym świecie?

- Nie – zaprzeczył Harry. – Nie będę miał z tym problemu.

- W takim razie życzę miłego dnia – powiedziała z radosnym uśmiechem kobieta.

- I wzajemnie. – Harry uśmiechnął się, po czym poszedł w swoją stronę.

Harry spędził trochę czasu na odkrywaniu lotniska, podziwiając widoki, dźwięki i zapachy. Nigdy wcześniej nie widział takiego chaosu. Całe to doświadczenie było dla niego taką nowością i fascynującym przeżyciem, że nie zauważył gdy minęło kilka godzin. Godzin spędzonych na obserwowaniu startujących i lądujących samolotów. Zawstydzony, że właśnie spędził prawie cały dzień na oglądaniu czegoś tak trywialnego, Harry udał się na stację.

- Coś do czytania do pociągu? – zapytał starszy mężczyzna z gazetą w dłoni. – Tylko jeden szyling, warty swej ceny.

- W porządku. – Harry wyciągnął potrzebną gotówkę z portfela. – Dziękuję.

- Z radością pomagam podróżnikom – powiedział z uśmiechem mężczyzna. Nawet jeśli urodził się bez większej ilości magii, nadal ciążyła na nim rodzinna klątwa i nadal chciał pomóc. Na pewno nie przeszkadzał fakt, że pozwalało mu to trochę zarobić na tych głupich purystach. W końcu kto byłby na tyle inteligentny, żeby polować na słynnego Pana Blacka. - Proszę resztę, sir. Miłego dnia.

- Dziękuję – powiedział z uśmiechem Harry.

Mężczyzna uśmiechnął się na myśl o chaosie, który rozpęta się przez jego czyny. Szkody dla sił Czarnego Pana będą ogromne… Nieźle jak na charłaka, który zwykle nie był wystarczająco dobry, żeby zasłużyć na wzrok bardziej nadętych członków magicznego społeczeństwa.

Harry nie czekał długo na swój pociąg. Szybko znalazł miejsce w ostatnim wagonie i otworzył gazetę, żeby szybciej mu minął czas. Niedługo potem stracił swoje zainteresowanie światem i skupił się na czytaniu.

-o-o-o-o-o-o-o-o-o

- No i? – zapytał nerwowo szczurzy mężczyzna.

- Po wysłuchaniu pana problemu, chyba znalazłem rozwiązanie – odparł z uśmiechem młody mężczyzna. – Ale nadal wydaje mi się, że najlepiej by było, gdybym mógł zobaczyć miejsce wypadku i upewnić się, że moje obliczenia są poprawne.

- A mi się nadal wydaje, że to jest niemożliwe – wysyczał Glizdogon. Czarny Pan nie był zadowolony z świstoklikowego wypadku, który zniweczył jego plany w Szwajcarii. Swoje niezadowolenie okazał na jedynym podwładnym, który potrafił stworzyć międzynarodowe świstokliki. – Jak to działa?

- Na kilka sekund przed aktywacją, świstoklik wydaje z siebie małe zaklęcie, które sprawdza wysokość, na której znajduje się cel. Jeśli obiekt znajduje się wyżej niż trzy metry, automatycznie się wyłącza. – Mężczyzna z trudem powstrzymał śmiech. – Muszę przyznać, że nie wiem, co mogło spowodować takie środki ostrożności.

- Nie mogę wyjawić takich informacji i dobrze pan o tym wie. – Glizdogon zmarszczył brwi. Na chwilę obecną nie mogli zrazić do siebie tego gościa od świstoklików. Ale jeśli zacznie coś podejrzewać, albo znajdziemy kogoś na jego miejsce….

- No cóż – odezwał się twórca świstoklika, przerywając proces myślowy Glizdogona. – W razie problemów czy pytań proszę nie wahać się wstąpić do mojego sklepu. Nadal mnie jednak ciekawi, po co sklepowi zoologicznemu tak wysoko wyspecjalizowany świstoklik.

- Lepiej niech pana nie ciekawi. – Glizdogon spróbował (i totalnie poległ na tym polu) wyglądać groźnie, po czym zniknął z pyknięciem.

Chwilę później pojawił się przed tronem w zaciemnionym pomieszczeniu.

- No ? – wysyczała ciemna postać na tronie.

- Mam go, panie. – Glizdogon padł na kolana i zaczął całować rąbek szaty swojego mistrza.

- Więc zabierz go do grupy uderzeniowej, Glizdogonie – odparła postać.

- Tak, panie. – Glizdogon wstał i powoli wycofał się z pomieszczenia.

- Jeszcze jedno.

- Tak, panie? – Glizdogon skulił się ze strachu.

- Chcę, żebyś towarzyszył grupie, Glizdogonie – wysyczał głos. – Po twoim powrocie chcę otrzymać osobiste sprawozdanie z misji.

- Tak, panie – wyjęczał szczur i z piskiem wybiegł z pokoju.

Gdy Glizdogon wszedł do pokoju przypisanego misji eliminacji Pana Blacka, strach w jego oczach szybko przemienił się w uśmieszek wyższości.

- Wstawać. – Uśmieszek pogłębił się. – I łapać za świstoklik. Nie chcecie wyjaśniać Czarnemu Panu, dlaczego nie byliście na przypisanej wam misji. A ja nie będę czekał, aż się przygotujecie.

Przypisani śmierciożercy dotknęli świstoklika i przygotowali różdżki. Tuż przed jego aktywacją, Glizdogon uśmiechnął się.

- Pan Black umrze dzisiaj.

Grupa Śmierciojadów pojawiła się w powietrzu i przez przerażającą sekundę, Glizdogon poczuł, co czuła poprzednia grupa zanim spadła na swoją śmierć. Kilkoro śmierciożerców krzyknęło z zaskoczenia, gdy siła grawitacji pociągnęła ich w kierunku ziemi, która okazała się oddalona o jeden metr.

- Kto wydał naszą pozycję? Kto, w armii Czarnego Pana, jest tchórzem? – krzyknął Glizdogon, próbując zakryć swoje nerwy.

Większość przypisanych śmierciożerców zignorowało szczura, ale jeden czy dwóch nowicjuszy spojrzało na swoje stopy w zawstydzeniu.

- Gdzie jesteśmy i gdzie jest Black? - wysyczał jeden z starszych śmierciożerców. – Lepiej żebyś nie popełnił błędu, szczurze.

- Nie popełniam ich. – Glizdogon skulił się, zapominając o poprzednim pokazie siły. – Wygląda na to, że jesteśmy na torach ekspresu do Hogwartu.

- Tak to rzeczywiście wygląda – przyznał z niechęcią śmierciożerca. – Black musi być w zamku, ten stary głupiec musiał postawić nowe zabezpieczenia.

- Właśnie – przyznał nerwowo Glizdogon. – To nie moja win…

Pozostałe słowa Glizdogona zagłuszył dźwięk klaksonu i hamulców. Większość przypisanych śmierciożerców nie zdążyła nawet krzyknąć, bo żelazne koła pociągu zamieniły ich w miazgę.

Harry spojrzał znad swojej gazety, słysząc w oddali przeraźliwy dźwięk hamulców. Potrząsając głową, Harry zastanowił się przez chwilę, co musiało się stać na torach, żeby spowodować taki hałas, ale szybko o tym zapomniał i wrócił do czytania. Jeśli byłoby to coś ważnego, na pewno się o tym później dowie.

I koniec rozdziału 16.

Śmierciożujcy ostro się przejechali na tym świstokliku heheheheeh.

Lupus: Ja też pamiętam jeden jedyny pobyt w obozie. Miałam może z 12 lat nigdy nie zapomnę o tym, co tam zobaczyłam.

A teraz pytanie: W którym domu jesteście?

Ja osobiście przynależę albo do Ślizgonów, albo do Krukonów. Pottermore nie może się zdecydować.

Aż dziwne, że to pytanie nie padło wcześniej. Hmmm. Starość nie radość.

Niech żyje Święta Kaczka i do następnego!