Rozdział 20.
Goście, historia i bezbronne zwierzątka (bonus: miedź)
- Powiedziałem ci raz i powtórzę pewnie jeszcze z tysiąc razy – krzyknął profesor, który razem z Pomocnicą wyszedł z hangaru. – Różowy to nie jest dobry kolor dla naszego zeppelina.
- Ale ja lubię różowy – odkrzyknęła Pomocnica. – I jeśli nie mogę mieć różowego, to chcę zielony.
- Na pewno nie będzie… - Tyrada profesora została przerwana przez odgłos czyszczenia gardeł. – Czego chcecie?
- Chcieliśmy tylko… przedyskutować fakt, że zdecydowaliście się użyć turbin Tesli do uruchomienia tego waszego sterowca. – Postać z groźną miną pogroziła grubą rurą. – Uważamy, że rozsądnie byłoby, gdybyście to jeszcze raz przemyśleli.
- No – zgodziła się z nim druga postać. – Ludziom, którzy napędzają sterowce turbinami Tesli przytrafiają się wypadki. Zwłaszcza w tej okolicy.
- Moi mili – zaczął profesor lekko wkurzony, ponieważ ci ludzie przerwali mu kłótnię z Pomocnicą. – Nigdy bym nie pomyślał o tym, żeby napędzać sterowiec turbinami Tesli, to czyste szaleństwo.
- W takim razie, co macie w hangarze? – zapytała sarkastycznie pierwsza postać. – Wygląda mi to na sterowiec.
- Ach, to dość częsty błąd – powiedział profesor. – To nie jest sterowiec. To jest zeppelin.
- Och – powiedziała pierwsza postać. – W takim razie nic tu po nas. Chyba, że…
- Chyba, że? – powtórzyła Pomocnica.
- Chyba, że planujecie uzbroić go w pistolety maszynowe Sten - dokończyła druga postać. – Jeśli tak…
- Dlaczego mielibyśmy zrobić coś tak głupiego? – krzyknęła przerażona Pomocnica. – Za kogo nas macie?
- Przepraszamy za pomyłkę – powiedziała pierwsza postać z niewidocznym uśmiechem. – Powodzenia z waszym zeppelinem.
- Dziękujemy – odparł profesor z Pomocnicą.
- Jacy uroczy panowie – zauważył profesor.
- Też tak pomyślałam – zgodziła się Pomocnica. – Na czym skończyliśmy? A tak, skoro nie mogę mieć różowego zeppelina, to ma być zielony.
- Nie dostaniesz ani takiego, ani takiego – krzyknął profesor. – Zeppeliny od zawsze były srebrne, to i nasz będzie srebrny.
-o-o-o-o-o-o-o-o-o-
Harry wyszedł z hotelu i spędził kilka godzin na zwiedzaniu magicznej części Wiednia, dopóki żądza podróżowania nie zmusiła go do udania się do następnego etapu wakacji.
- Dzień dobry – powiedział sprzedawca. – Co mogę dla pana zrobić?
- Chciałbym kupić świstoklik na Węgry – powiedział Harry. – Powiedziano mi, że tu mogę coś takiego znaleźć.
- Obawiam się, że to będzie niemożliwe. – Sprzedawca uniósł dłoń. – Nie dlatego, że próbuję pana powstrzymać, ale dlatego, że Węgrzy wznieśli potężne zabezpieczenia, które na to nie pozwalają.
- Co się stało? – Harry usiadł wygodnie w pobliskim fotelu.
- Jak pan wie, Węgry to kraj, który przeszedł wiele prób – westchnął sprzedawca. – Po pierwszej wojnie światowej, mugolskie władze zdecydowały się podzielić Węgry na mniejsze narody. Taka była kara za wybranie przegranej strony.
- A co to ma wspólnego z obecną sytuacją? – zapytał zaciekawiony Harry.
- Pewnej klice czarodziei udało się dostać informację o nadchodzącej zmianie i postanowili uratować tyle ziemi, ile się da. – Sprzedawca uśmiechnął się złośliwie. – Przesuwaniem granic i zbieraniem reparacji wojennych zajęły się francuskie ekipy magiczne. Wszystko szło dobrze. Do czasu. Pewnego dnia jedna ekipa za pomocą świstoklika próbowała się przeteleportować, ale znalazła się daleko od punktu docelowego.
- Znam to uczucie – powiedział Harry. – Nie jest przyjemne.
- Potem było tylko gorzej – powiedział z uśmiechem sprzedawca. – Nikt nie by w stanie użyć magicznego transportu, żeby tam się dostać. Wszystko przez grupę czarodziejów, którzy pod nazwą brygady Bűbájos*, wznieśli zabezpieczenia wokół reszty terenu, nie pozwalając na działanie magicznego transportu.
- Co stało się potem? – Harry pochylił się do przodu. – Nie wyobrażam sobie, żeby jakiekolwiek władze tak łatwo sobie odpuściły.
- Ma pan rację – powiedział sprzedawca. – Nie poddali się. A czas pokazał, że ta pierwsza grupa miała szczęście. Następne grupy znalazły się w ciemnych jaskiniach z raczej rozzłoszczonymi rogogonami węgierskimi. Ten sam los spotkał podróżników. Ostatnia osoba wylądowała bodajże w trójkącie bermudzkim, w dodatku po wielokrotnym usunięciu pamięci.
- Nadal martwią się o coś, co stało się prawie sto lat temu? – zapytał z niedowierzaniem Harry.
- Nie. – Sprzedawca pokręcił głową. – To był tylko początek, sprawy znacznie się pogorszyły. Udało im się utrzymać taki porządek rzeczy do czasu drugiej wojny światowej. Wtedy ich krajowi znowu zagroziły obce siły. Po wojnie, wszystko wyglądało na to, że sytuacja się unormuje. Dopóki…
- Dopóki?
- Dopóki nie okazało się, że bolszewiccy „wyzwoliciele" nie mieli w swoich zamiarach opuszczenia kraju, co doprowadziło do rewolucji w 1956.
- Co się stało?
- Ludzie się zbuntowali przeciwko władzy bolszewików. Udało im się obalić ten rząd, ale nie na długo. Wszelki ruch oporu został zmiażdżony przez bolszewicką armię, która wkroczyła do kraju. – Sprzedawca westchnął smutno. – Magiczne społeczeństwo nie tylko odmówiło bezczynności i z całej siły walczyło przeciwko ich armii, ale również pomogło ludziom uciec. Węgrzy dzięki ich pomocy wygrywali, ale przybył Komitet Bezpieczeństwa Państwa**, a razem z nim kilkanaście grup lojalnych czarodziejów. Między brygadami Bűbájos, a czarodziejami KGB wywiązała się walka. Z jednej strony, pozwalało to na utrzymanie w jednym miejscu najbardziej uzdolnionych grup bolszewików starej daty. Z drugiej strony, Węgrzy mają teraz powód, żeby obawiać się cudzoziemców.
- Wow – powiedział Harry. – Nie brzmią jak przyjacielski naród.
- To nie do końca prawda – zaprzeczył sprzedawca. – Niemagiczni Węgrzy należą do najbardziej gościnnych narodów świata. Magiczna część jest po prostu paranoiczna.
- Czy jest jakiś sposób, żeby zwiedzić ten kraj? – zapytał Harry. – Nie chciałbym się narzucać komuś, kto chciałby być pozostawiony w spokoju.
- Jest to możliwe. Musi pan porozmawiać z przedstawicielem brygady Bűbájos i przekonać ich, że nie chce pan podbijać ich kraju. Mogą też prosić pana o powód wizyty.
- Nie ma problemu – powiedział Harry. – Jak mogę się z nimi spotkać?
- Po prostu musi pan dojechać do Budapesztu. Tam na pewno ktoś się pojawi, żeby zbadać sytuację. – Sprzedawca uśmiechnął się pod nosem. – Dam im znać, że pan tam jedzie. Nie będą aż tak zaskoczeni pana przybyciem.
- Nie przepadają zbytnio za magicznymi ludźmi wpadającymi bez zapowiedzi, więc muszę chyba znaleźć jakiś mugolski transport. – Harry wzruszył ramionami. – Wie pan, gdzie mogę coś takiego znaleźć?
- Tak – potwierdził sprzedawca. – Avala Eurocity*** odjeżdża z Westbanhof koło dziesiątej czy jedenastej. W Budapeszcie byłby pan koło pierwszej. Ja bym jednak zaproponował panu trochę niespotykaną metodę.
- Jaką?
- Wiedeń i Budapeszt były kiedyś bliźniaczymi stolicami państwa austrowęgierskiego. Z tego powodu wiele sklepów i domów istniało w obu miastach. – Sprzedawca wskazał ręką na drzwi na zaplecze. – Większość jest już nieaktywna, ale niektóre nadal działają.
- Brzmi świetnie – powiedział Harry. – Dziękuję.
- Musi pan znaleźć budynek, który nazywa się „Bar na sprzedaż". Jest na tej samej ulicy, za mostem, naprzeciwko hotelu Gellert. Nad nim jest restauracja, w której mają przepyszny gulasz. Powiem im, żeby się tam z panem spotkali.
- Dziękuję – powiedział z uśmiechem Harry, przechodząc przez drzwi.
- Nie, Harry – powiedział sprzedawca, starając się, żeby nikt go nie dosłyszał. – Dzięki tobie za to, co dla nas zrobisz.
Harry przeszedł przez drzwi i natychmiast znalazł się przed starym, zardzewiałym radzieckim czołgiem. Dowodem tego, że spór nad tym, kto ma mieć kontrolę nad magicznymi Węgrami, toczony był zarówno magicznymi jak i mugolskimi metodami. Patrząc na ten widok ze smutkiem, Harry poszedł dalej ulicą w stronę miejsca spotkania.
- W czym mogę panu pomóc? – powitał go mężczyzna, gdy Harry przeszedł przez próg baru.
- Potrzebuję stolika – odparł natychmiast Harry. – Muszę się z kimś spotkać, potrzebuję więc co najmniej dwóch miejsc.
- Tak jest – odparł mężczyzna. – Coś jeszcze?
- Tak – powiedział Harry. – Słyszałem, że macie tutaj wspaniały gulasz. Chciałbym go spróbować, jeśli nie sprawi to panu kłopotu.
- Żaden problem, sir – powiedział mężczyzna. – Już się tym zajmuję.
Harry zajął miejsce i zabrał się za swój gulasz. W połowie miski dosiadła się do niego przepiękna kobieta.
- Imię? – zapytała chłodno kobieta.
- Black, pani?
- Marosi, Marosiné Varga Katalin – odparła kobieta. Jej głos nadal brzmiał, jakby był wyrwany z epoki lodowcowej. – Powód wizyty?
- Turystyka. – Harry w duchu wzruszył ramionami. Skoro nie chciała być przyjacielska, to on też nie będzie się wysilał. – Chciałem trochę pozwiedzać.
- Co planujesz robić i zwiedzać? – Kobieta spojrzała na niego z podejrzliwością. – I gdzie zamierzasz iść potem?
- Nie wiem, słyszałem, że macie tu piękne lasy… Jeśli to możliwe, chciałbym zobaczyć smoki, które u was występują. Po tym? – Harry zastanowił się. – Nie mam wyznaczonego kursu, ale może… Krym.
- Dlaczego chcesz zobaczyć smoki? – Kobieta zastygła w bezruchu, czekając na odpowiedź.
- Lubię smoki – powiedział z uśmiechem Harry. – Spędziłem z nimi trochę czasu i mogę powiedzieć, że to wspaniałe stworzenia. Chciałbym je zobaczyć w naturalnym środowisku.
- Ro… zumiem. – Kobieta w końcu się odprężyła, dowiedziawszy się o powodzie wizyty tajemniczego Pana Blacka. – Sugeruję, żeby pan się pośpieszył, szkoda byłoby opóźniać taką wizytę.
- Dziękuję – powiedział z uśmiechem Harry. – Czy potrzebuję jakiejś przepustki?
- Nie. – Kobieta wyjęła kawałek papieru i napisała krótką notatkę. – Ale z tą kartką wszystko powinno pójść o wiele szybciej.
- Dziękuję – powiedział Harry. – Chciałaby pani coś zjeść? Ja stawiam.
- Niestety muszę odmówić. – Kobieta uśmiechnęła się. – Wizyta w rezerwacie będzie wystarczającym podziękowaniem.
- To będzie pierwsza rzecz, którą zrobię po znalezieniu hotelu – obiecał Harry. – Dziękuję za pomoc i miłego dnia.
Kończąc swój gulasz, Harry wymamrotał pod nosem.
- Jaka miła kobieta. Cały ten trud, żeby upewnić się, że odwiedzę smoki. Naprawdę musi lubić te bestie.
Następnie Harry wstał z miejsca, zapłacił za jedzenie i przeszedł przez ulicę do hotelu Gellert.
- W czym mogę panu pomóc? – zapytał recepcjonista z uniesioną brwią.
- Chciałbym wynająć pokój – odparł Harry. – Najlepszy, jaki macie, jeśli jest dostępny.
- Oczywiście, panie?
- Black. – Harry uśmiechnął się. – Chciałbym się zameldować i pójść pozwiedzać. Czy w takim razie mogę zostawić klucz w recepcji?
- Oczywiście, proszę pana – powiedział recepcjonista. – Jeśli pan chce, to może pan zostawić bagaże i zająć się swoimi sprawami. My się wszystkim zajmiemy.
- Zgoda – powiedział Harry. – Dziękuję
- Staramy się dbać o naszych gości – powiedział z uśmiechem recepcjonista. – Czy to będzie wszystko?
- Tak – powiedział Harry. – Zabiorę tylko jedną rzecz z mojej torby i ruszam w drogę.
- Dobrze, proszę pana. – Recepcjonista odwrócił się i wrócił do pracy.
Harry sięgnął do plecaka i wyjął z niego swój przewodnik. Następnie wyszedł z hotelu i poszedł w stronę magicznej części miasta. Tam znalazł miejsce, gdzie mógł spokojnie usiąść i przejrzał książeczkę, szukając informacji o rogogonach węgierskich.
Rogogon węgierski należy do najbardziej rozpoznawalnych gatunków smoków. Łatwo je poznać po czarnych łuskach i brązowych rogach. Czarny rynek oszalał na punkcie czarnej smoczej skóry po powstaniu Czarnego Pana Grabholda, który zaczął ubierać swoich popleczników w ciemne kolory. Wszystko na przekór tradycji, która nakazywała Czarnym Panom ubieranie się na purpurowo, a swoich wyznawców na różowo…
Harry zdecydował, że nie interesuje go historia modowych trendów Czarnych Panów. Zamknął więc książkę i wszedł do najbliższego magicznego sklepu.
- W czym mogę panu pomóc? – zapytała kobieta za ladą.
- Chciałem zobaczyć smoki. – Harry uśmiechnął się. – Wie pani może, jak mogę się do nich dostać? Nie mogłem znaleźć żadnych wskazówek w moim przewodniku.
- Nie ma sprawy – powiedziała z uśmiechem kobieta. – Jeśli pan chce, to mogę panu zorganizować świstoklik?
- Byłoby super. Dzięki – odparł Harry.
- Może się pan rozejrzeć, ja w tym czasie wszystko przygotuję. – Kobieta ręką wskazała róg sklepu. – Jeśli jest pan zainteresowany, to mam tam chyba jakieś książki o smokach.
- Dziękuję. – Harry udał się w wskazanym kierunku i zaczął przeglądać tytuły.
Po pewnym czasie, Harry wrócił do kasy obładowany książkami i z uśmiechem na twarzy.
- Czy mój świstoklik jest już gotowy?
- Tak – powiedziała kobieta. – Widzę, że ma pan tu całkiem dużo książek.
- Yhym – powiedział Harry. – Obawiam się, że wyczyściłem pani cały asortyment.
- Na pewno nie cały – powiedziała z uśmiechem kobieta, kasując zakupy Harry'ego. – Mam kilka książek na zapleczu, których nie pokazuję ogólnej publiczności.
- Czy istnieje szansa, że pani mi je pokaże? – zapytał z uśmiechem Harry. – Może chciałbym je dodać do swojej biblioteki.
- Zależy. – Kobieta uśmiechnęła się. – Jak się pan nazywa?
- Black – powiedział Harry. – Pan Black.
- Ro…zumiem – powiedziała powoli kobieta. – Niech mi pan da minutkę. Zaraz sprawdzę, co mam na zapleczu.
- Jasne – powiedział Harry. – Nigdzie mi się nie spieszy.
Sprzedawczyni spędziła kilka dobrych minut na zapleczu. W końcu pojawiła się z powrotem, w rękach trzymając karton pełen książek.
- Przyniosłam wszystkie książki jakie mam. Niestety nie wszystkie są o smokach, ale nadal są na bardzo ciekawe tematy.
- W porządku, je też wezmę. – Harry wzruszył ramionami. – Czy mogę je zmniejszyć, czy raczej powinienem zrobić coś innego?
- Proszę użyć tego. – Kobieta podała mu mały, skórzany organizator. – To urządzenie ma długą, skomplikowaną nazwę, ale ja to nazywam kieszonkowym słownikiem. To antyk, używali go podróżnicy i pielgrzymi. Używali ich do czasu, gdy świstokliki stały się tanie i bardziej niezawodne.
- To byłby dobry prezent dla mojej przyjaciółki – powiedział Harry. – Ma pani może jeszcze jeden?
- Przykro mi, ale nie – powiedziała ze smutkiem kobieta. – Nikt ich nie chce i został mi tylko ten. Ale jeśli zna pan odpowiednich ludzi, to mogą oni coś takiego panu zrobić.
- Na szczęście chyba znam takich ludzi – powiedział z uśmiechem Harry. – Ma jakieś wady?
- Nie ma dużej pojemności. – Kobieta wzruszyła ramionami. – Poza tym zaklęcia zmniejszające wagę są raczej… prymitywne.
- Wezmę go – powiedział Harry. – Mam czas, żeby włożyć do niego książki?
- Oczywiście – powiedziała kobieta. – Zapomniałam się zapytać, świstoklik ma wrócić tutaj czy do jakiegoś innego miejsca?
- Jeśli można to do mojego hotelu? – zapytał z nadzieją Harry. – Niestety jest w niemagicznej okolicy.
- Nie ma problemu, Panie Black. – Kobieta postawiła na ladzie małą figurkę smoka. – „Rogogon" aktywuje świstoklik, „hotel" pozwoli panu wrócić.
- Dziękuję. – Harry zapłacił za swoje zakupy i schował je do plecaka. – Rogogon.
- Czy pan jest Panem Blackiem? – zapytał nerwowo mężczyzna pokryty śluzem. – Powiedziano nam, że przybędzie Pan Black.
- Tak, to ja – powiedział Harry. – Wygląda na to, że na mnie czekaliście.
- Czekaliśmy – powiedział mężczyzna. – Jakie ma pan doświadczenie ze smokami?
- Niezbyt duże – przyznał Harry. – Widziałem wyklucie jednego i pomagałem w jego „wychowaniu". Mam trochę więcej doświadczenia z starszymi smokami… Dlaczego?
- Myślałem, że będzie pan w stanie nam pomóc z naszym problemem. – Ramiona mężczyzny opadły. – Chyba niepotrzebnie robiłem sobie nadzieję.
- Może i nie mam zbyt wiele doświadczenia, ale znam kilku ekspertów. Mam też książki, które możemy przejrzeć zanim ich wezwiemy.
- Wspaniale. – Mężczyzna częściowo odzyskał swój entuzjazm. – Chce je pan zobaczyć teraz? A może najpierw przedstawić panu całą sytuację?
- Może najpierw niech mi pan przedstawi sytuację, potem możemy spojrzeć na smoki – odparł spokojnie Harry.
- Wszystko zaczęło się kilka miesięcy temu. Zauważyłem, że jeden z samców wydaje się być raczej… ospały. – Mężczyzna wziął długi, uspokajający wdech. – Po pewnym czasie jego stan się pogorszył, a jego łuski poszarzały. Odizolowaliśmy go, ale było już za późno. Teraz wszystkie smoki mają takie objawy.
- Chodźmy je zobaczyć. – Harry wziął głęboki wdech. – Wie pan może, jak smoki powinny wyglądać, gdy się spojrzy na nie wzrokiem maga?
- Niestety nie – powiedział mężczyzna. – Dlaczego?
- Bo to jedyny sposób, poza wertowaniem książek, którym mogę jakoś pomóc. – Harry wzruszył ramionami. – Nie mam wielu talentów, ale coś tam potrafię.
- Może któraś z książek coś nam powie – powiedział z nadzieją mężczyzna. – Może najpierw je przejrzyjmy?
- Dobry pomysł – powiedział Harry. – Niech pan weźmie tę stertę, ja wezmę tę.
- I jeśli szczęście nam będzie sprzyjało, to coś znajdziemy – powiedział mężczyzna.
We dwoje spędzili kilka godzin na przeglądaniu książek. Harry powoli z okazjonalną notatką na pergaminie. Mężczyzna od smoków szybko wertował treść tomów, od czasu do czasu wczytując się w tekst i przetwarzając nowe informacje.
- Nic tu nie ma. – Mężczyzna z wstrętem odrzucił ostatnią książkę. – A pan coś znalazł?
- Żadnych szybkich odpowiedzi – powiedział Harry, kręcąc głową. – Ale znalazłem kilka zaklęć diagnostycznych. Jeśli szczęście nam dopisze, to uda nam się zebrać wystarczająco dużo informacji dla moich przyjaciół, żeby byli w stanie rozwiązać tę zagadkę.
- Mam nadzieję, że ma pan rację, Panie Black. Jeśli nie, to obawiam się, że naszych rogogonów niedługo już nie będzie.
- Obiecuję, że zrobię wszystko, żeby je ocalić. – Harry odłożył swoje książki. – No, teraz chodźmy zobaczyć smoki.
Mężczyzna poprowadził Harry'ego przez liczne korytarze, kończąc w ogromnej jaskini, w której leżał ogromny smok.
- Biorę się do pracy. – Harry przyszykował sobie miejsce do pisania i zaczął rzucać zaklęcia. Po kilku minutach wściekłego notowania, Harry aktywował swój wzrok maga. – Będę potrzebował zielonego, niebieskiego, czerwonego i różowego atramentu.
- Robi się. – Mężczyzna machnął różdżką, przyzywając wymagane przedmioty. – Ale po co?
- Bo z jakiegoś powodu to właśnie te kolory pojawiły się, gdy aktywowałem wzrok maga. – Harry wzruszył ramionami. – Może moi eksperci będą wiedzieli, co to może oznaczać.
- Niech mi pan coś powie, Panie Black. – Mężczyzna z uśmieszkiem spojrzał na notatki Harry'ego. – Czy ci eksperci mówią po węgiersku?
- Nie wydaje mi się – powiedział niepewnie Harry. – Dlaczego?
- Bo w takim języku napisał pan swoje notatki. – Opiekun smoków zaśmiał się. – To żaden problem, proszę tylko powiedzieć, na jaki język mamy je przetłumaczyć.
- Jeśli dacie mi chwileczkę to sam to zrobię. – Harry chwycił pióro i zaczął pracować nad tekstem. – Przepraszam, nie zauważyłem, że piszę w złym języku.
- Nie ma problemu, Panie Black. Mój angielski nie jest zbyt dobry, te notatki po węgiersku bardzo mi się przydadzą.
- No cóż, teraz ma pan je w obu językach. – Harry podał mężczyźnie przetłumaczone notatki. – Zaraz zadzwonię do moich przyjaciół, którzy mogą wam pomóc z waszym problemem. Czy jest jakiś sposób, żeby mogli się z wami skontaktować? Czy mogą tu po prostu przyjechać?
- Niech im pan powie, żeby skontaktowali się z brygadami Bűbájos i żeby powiedzieli im, że przybyli w sprawie problemu ze smokami. – Mężczyzna uśmiechnął się. – To powinno załatwić jakiekolwiek trudności z przekroczeniem granicy.
- Dziękuję. – Harry ziewnął. – Muszę już wracać do hotelu, ale postaram się ruszyć tę maszynę przed pójściem spać.
- Dziękuję, Panie Black. Dziękuję, że pomaga nam pan uporać się z tym problemem. – Mężczyzna potrząsnął ręką Harry'ego za całym entuzjazmem, na jaki go było stać.
- Nie ma sprawy. – Harry powstrzymał kolejne ziewnięcie. – Mam nadzieję, że wszystko się wyjaśni… hotel.
Harry pojawił się w alejce niedaleko hotelu i szybko zmusił się do przejścia tego krótkiego odcinka w jak najszybszym tempie.
- Witamy z powrotem, proszę pana – powiedział recepcjonista. – Proszę, to pana klucz. Zaraz któryś z gońców pana zaprowadzi.
- Dziękuję. – Harry ruszył za gońcem hotelowym do swojego pokoju.
- To tutaj, proszę pana. – Goniec otworzył drzwi i podał Harry'emu klucz. – Jeśli będzie pan czegoś potrzebował, proszę się nie wahać i zadzwonić na recepcję.
- Dziękuję. – Harry dał mężczyźnie spory napiwek i wyjął swoją zapalniczkę Zippo. – Profesorze, jest pan tam?
- Oczywiście, mój przyjacielu – odpowiedział unikatowy głos profesora. – Co mogę dla ciebie zrobić?
- Czy moje kieszonkowe fiuu jest połączone z normalną siecią?
- Tak jest – potwierdził profesor. – Ale z radością wykonam potrzebne rozmowy za ciebie. Brzmisz na tak zmęczonego, że już słyszę twoje chrapanie.
- Dobra. – Harry ziewnął po raz kolejny. – Na Węgrzech mają problem ze smokami. Zrobiłem co mogłem, ale chciałem wezwać kilku znajomych ekspertów, żeby spojrzeli na moje notatki i pomogli rozwiązać ten problem.
- Z kim mam się skontaktować?
- Pierwszy ekspert to Charlie Weasley. Nie znam jego adresu fiuu, ale na pewno podadzą ci go w Norze w Ottery St. Catchpole.
- Charlie Weasley, Nora – powtórzył profesor. – Kto jeszcze?
- Drugi to Rubeus Hagrid, ale wszyscy nazywają go po prostu Hagrid. – Harry powstrzymał kolejne ziewnięcie. – Jest nauczycielem opieki nad magicznymi stworzeniami w Hogwarcie. On ma doświadczenie z smokami. Spróbuj użyć adresu Hogwartu, żeby się z nim skontaktować.
- Hagrid w Hogwarcie – potwierdził profesor. – Ktoś jeszcze?
- Jeszcze jedno. – Harry z trudem utrzymał skupienie. – Jak u Pomocnicy z eliksirami?
- Jest jedną z najlepszych – odparł natychmiast profesor. – Dlaczego?
- Może będą potrzebowali eliksirów. Wolałbym, żeby dostarczył je ktoś, komu ufam – odpowiedział Harry. – Jeśli nie masz nic ważnego mi do powiedzenia, to ja idę spać.
- Miłej nocy, Panie Black – powiedział profesor. – I do widzenia.
- Do widzenia – odparł Harry.
-o-o-o-o-o-o-o-o-o-
- Pomocnico, Pomocnico. – Profesor szukał swojej zaginionej asystentki. – Gdzie jesteś?
- Co? – odparła burkliwie Pomocnica. – Jestem zajęta.
- Więc nie chcesz mieć szansy dodania kolejnych eliksirów do swojej kolekcji? – Profesor uśmiechnął się. – Przepraszam, że ci przeszkadzam.
- Mów. – Pomocnica nie miała ochoty na gierki. – Od trzech dni jestem na nogach i chciałam pójść się położyć.
- Doskonale zdaję sobie sprawę, że dostałaś archiwalne numery „Nastoletniej Czarownicy", czy coś takiego.
- To „ Kwartalnik Eliksirów" – przerwała mu Pomocnica.
- Ale nie czas na to. – Profesor ją zignorował. – Pan Black ma przeczucie, że będzie mu potrzebna twoja pomoc z eliksirami. Wydaje mi się, że najlepiej, żebyś przygotowała wszystkie składniki, o których jesteś w stanie pomyśleć i których możesz potrzebować.
- Ale najpierw sen – powiedziała Pomocnica. – Mam kilka godzin, zanim cokolwiek się zacznie dziać. Nie mogę pracować, kiedy jestem w takim stanie.
- Racja – powiedział profesor. – Nie chciałem po prostu, żeby cię to jutro zaskoczyło.
- Dobranoc. – Pomocnica ziewnęła i udała się w stronę łóżka.
- Dobranoc – odparł profesor, idąc w kierunku kominka. – Nora.
- Tak? – Młoda, czerwono włosa kobieta odpowiedziała na zawołanie. – W czym mogę panu pomóc?
- Miałem nadzieję pomówić z twoim bratem – powiedział z uśmiechem profesor. – Może być w stanie pomóc mi z pewnym problemem.
Ginny nie przejęła się tym, żeby sprecyzować, o którego brata mu chodzi. Szybko wyjęła głowę z kominka i krzyknęła.
- Fred, George, jakiś dziwny facet do was. – W końcu żaden z jej „normalnych" braci nie mógłby mieć kontaktów z takimi dziwnymi ludźmi.
- Co możemy… - zaczął jeden bliźniak.
- Dla pana zrobić? – dokończył drugi.
- Jestem profesorem – odparł dumnie mały mężczyzna. – Pan Black poprosił mnie, żebym się skontaktował z mężczyzną, który nazywa się Charlie Weasley. Chodzi o problem ze smokami na Węgrzech.
- Pan Black? – zapytał jeden bliźniak.
- Charlie? – dopytał drugi. – Zrobimy co możemy, czy ma pan jakiś sposób, żeby Charlie mógł się z panem skontaktować?
- Macie. – Profesor podał im mały przedmiot. – Instrukcja jest wygrawerowana na boku. Powiedzcie mu, żeby skontaktował się z profesorem.
- Pan…
- To wynalazł? – dokończył Fred. – Mógłby pan może spojrzeć…
- Na nasze pomysły? – George uśmiechnął się z nadzieją.
- Zawsze z chęcią pomogę młodym wynalazcom. – Profesor z uśmiechem podał przez ogień jeszcze dwie zapalniczki. – Zadzwońcie do mnie za kilka dni, jak ta sytuacja ze smokami się uspokoi.
- Dziękujemy…
- Profesorze.
- Nie ma sprawy. – Profesor obdarzył ich ostatnim uśmiechem i zakończył połączenie.
* Bűbájos – węg. czarujący, zaczarowany
** Komitet Bezpieczeństwa Państwa – bułgarska policja polityczna
*** Czeski przewoźnik na linii Belgrad-Budapeszt-Bratysława-Praga
A już myślałam, że informacja o rogogonach będzie z książki „Fantastyczne zwierzęta…", już się cieszyłam, że skorzystam z zakupionej wersji
Q: Jakiego koloru macie oczy?
A: Moje są takie zielono-szare, ale jak mam katar to robią mi się z niewiadomych przyczyn niebieskie xD
Niech żyje Święta Kaczka i do następnego.
OMAKE (napisane przez autorkę po inspirującej literówce)
- Jesteś pewny, że on tam jest? – Grupa śmierciożerców patrzyła na starą fabrykę z powątpiewaniem. – I, że nie planuje na nas zasadzki?
- Jestem pewien – powiedział starszy ochroniarz. – On tam siedzi całkiem sam, bidak nie ma żadnych szans.
- Doskonale – powiedział z uśmieszkiem jeden z śmierciożujców. – Pan Black dzisiaj umrze.
- Nieważne. – Stary ochroniarz wzruszył ramionami. – Dajcie mi kasę i złaźcie mi z oczu.
- Och, zaraz ci zapłacimy. – Zebrani złoczyńcy zaśmiali się. – Cruc…
- I proszę ja was, żadnych sztuczek. – Mężczyzna wytrącił śmierciożercy różdżkę z ręki. – Złoto, albo gotówka. Czeków nie przyjmuję, a i terminala ni mam.
- Dobra – wymamrotał śmierciożujca, szukając pieniędzy. – Ale musisz wiedzieć, że to jest sprzeczne z tradycją.
- No dalej. – Stary mężczyzna wyciągnął dłoń. – I zejdźcie mi już z oczu.
Zebranie odpowiedniej ilości złota, żeby zapłacić mężczyźnie zajęło śmierciożujcom trochę czasu.
- Dzięki. – Mężczyzna schował złoto. – A, że zapłaciliście bez winkszych problemów… dom ja wam radę. Jeśli chcecie zaskoczyć tego Blacka, schówcie się w tym starym koszu z miedzią. Ja nigdy bym się ni spodziewał ataku z takiego miejsca.
- Dobra robota, starcze. – Śmierciożerca spróbował zastosować szyderczy uśmiech numer dwa, ale bez pożądanego skutku. - .
- Nie, nie, nie. – Stary mężczyzna pokręcił głową. – Musisz to zrobić tak. Ale jeśli ta informacja jest zła… Widzisz? Widzisz, jak urwałem? Spróbuj jeszcze roz i trochę więcej dramatu.
- Tak? – Śmierciożerca odchrząknął. – A jeśli ta informacja jest zła…
- Doskonale- powiedział mężczyzna. – A teroz nie zapomnijcie, kosz z miedzią.
- Pamiętamy – powiedzieli śmierciożercy chórem.
- Głupie bydlaki – wymamrotał mężczyzna. – Lepij dam im kilka minut na schowanie się, potem nacisnę guzik.
Po kilku minutach mężczyzna uruchomił całą fabrykę. Śmierciożercy wrzasnęli, gdy zawartość kosza, w którym się schowali została wrzucona do większego kosza z rozgrzaną miedzią. Następnego dnia, pracownicy starej fabryki ze zdumieniem odkryli kilka tysięcy stóp miedzianego kabla, którego wykonanie zajęłoby im kilka dni.
- Ach, za ten żart powinno się mnie oblać smołą i pierzem – powiedział z uśmiechem mężczyzna. – Zamienić klikę śmierciożerców w kable z śmierciożerców. Ciekawym, czy profesor kupiłby ten produkt. A co mi tam, najwyżej Pan Black będzie miał z tego ubaw.
Niech żyje Święta Kaczka i do następnego.
