Rozdział 24

Wile, posągi i przyjaciele

- Witaj, Szalonooki – powitał mężczyznę Remus. – Jest jakiś powód, dla którego przybyłeś wcześniej?

- Muszę ci coś powiedzieć – powiedział stary auror. – I nie jestem pewny, czy chciałbym, aby inni byli w tym czasie w pobliżu.

- Co się stało? - Remus zbladł. - Coś z Harrym?

- Nie. - Moody pokręcił głową. - To o mężczyźnie, który cię ugryzł.

- Co chcesz o nim wiedzieć, Moody? - Remus zmarszczył brwi. - Byłem dzieckiem, nie pamiętam zbyt wiele.

- Nic nie muszę o nim wiedzieć. - Moody uśmiechnął się szeroko, co na jego twarzy wyglądało przerażająco. - On nie żyje.

- Co? Jak?

- Wygląda na to, że prowadził rekrutację. - Moody wzruszył ramionami. - I miał pecha, że trafił na niejakiego Pana Blacka.

- Jak zginął? - zapytał Remus z chorobliwej ciekawości.

- Nie jestem pewien. - Moody wzruszył ramionami. - Powiedziano mi, że został otruty i zadźgany, ale moje źródła nie należą do najlepszych w tej części świata, więc mogą się mylić.

- Ale jesteś pewien, że nie żyje?

- Tak – potwierdził Moody. – Tego jestem pewien.

- Dziękuję. - Remus zamknął oczy. - Dobrze wiedzieć, że nie skrzywdzi nikogo innego.

- Wiedziałem, że spodoba ci się ta wiadomość – powiedział Moody. - Do widzenia.

-o-o-o-o-o-o-o-o-o-

Harry pojawił się na pustym placu rynkowym i z ciekawością rozejrzał się dookoła. Większość sklepów była o tej porze zamknięta, na szczęście Harry kątem oka ujrzał sklep, który był czynny. Znając życie, sprzedawca będzie wiedział, gdzie w okolicy można znaleźć pokój do wynajęcia.

Dzwonek zakomunikował wejście Harry'ego do sklepu, a z zaplecza rozległ się głos.

- Chwileczkę.

- Spokojnie – odparł Harry.

- Już jestem – powiedział z uśmiechem sprzedawca. – Co mogę dla pana zrobić, panie…?

- Black. – Harry uśmiechnął się. – Miałem nadzieję, że będzie pan znał jakiś hotel, albo coś w tym stylu, gdzie mógłbym wynająć pokój?

- Przybyłeś później niż się tego spodziewałem. – Mężczyzna wzruszył ramionami. – Ale nadal masz czas, siadaj… nie zajmie to długo.

- Dziękuję. – Harry usiadł, zadowolony, że nie musi się sam tym zajmować. – Jak długo…

Dzwonek do drzwi przerwał Harry'emu zadanie pytania, a do sklepu weszło kilka postaci w pelerynach.

- Jesteście na czas – powiedział z uśmiechem sprzedawca. – Mam waszą dostawę, chcecie zapłacić teraz czy mam przysłać rachunek?

- Proszę przysłać rachunek – odpowiedział młody, kobiecy głos. – Jestem zaskoczona, że nie jest pan sam. Zwykle próbują nas unikać.

- On nie jest stąd – odparł mężczyzna. – Ale nie jest taki zły.

- Och? – Kobieta obróciła się, żeby spojrzeć na Harry'ego. – Wygląda pan znajomo.

- Taką już mam twarz. – Harry uśmiechnął się nerwowo.

- To bohater Gabrielle – odezwała się inna kobieta. – Poznaję go ze zdjęć… jest tylko trochę starszy.

- Dlaczego tu jesteś, 'arrie? – Przewodnicząca grupy posłała Harry'emu niewidoczny uśmiech.

- Widzicie przez moje przebranie, co? – westchnął Harry. – Przyjechałem zobaczyć kraj, z którego wywodzi się Wiktor.

- Ta śmieszna zasłonka to nic w porównaniu z naszymi… talentami – powiedziała kobieta. – Gdzie się zatrzymasz?

- Nie jestem pewien. – Harry wzruszył ramionami. – Pan sprzedawca miał właśnie znaleźć mi jakiś hotel.

- W takim razie zostaniesz z nami – stwierdziła kobieta. – Przynajmniej tyle możemy zrobić dla bohatera Gabrielle.

- Nie chcę się narzucać – powiedział z uśmiechem Harry. – Skąd znacie Gabrielle?

- Ależ to nie narzucanie się. Nalegam, żebyś został z nami, a Gabrielle to nasza kuzynka. – Kobieta wzięła Harry'ego za rękę. – I nasza kuzynka nigdy by nam nie wybaczyła, gdybyśmy pozwoliły nocować ci w jakimś brudnym zajeździe, a nie u nas.

- W porządku – powiedział Harry. – Nie chcę po prostu robić wam problemu.

Harry został z nowymi przyjaciółkami przez kilka dni i po długim pożegnaniu, w końcu udało mu się oderwać od ich przesadnej gościnności i kontynuować swoją podróż.

Kulejąc, Harry trafił do miasteczka i z jękiem wszedł do najbliższego baru.

- Wieczór – przywitał go barman. – Coś mogę dla ciebie zrobić?

- Tak. – Szczęka Harry'ego zacisnęła się z bólu. – Muszę porozmawiać z jakimś uzdrowicielem.

- Ja mogę pomóc. Jestem uzdrowicielem – odezwał się mężczyzna na drugim końcu baru.

- Chyba coś złamałem w biodrze – odparł z sykiem Harry. – I trochę mi niedobrze.

- Chwileczkę. – Uzdrowiciel wyciągnął różdżkę i skupił się na swoim pacjencie. – Jeśli chodzi o ból w biodrze, to ma pan rację. Ma pan kilka włoskowatych pęknięć w miednicy.

- Och – warknął Harry. – A co z faktem, że mi niedobrze?

- Odwodnienie – odparł uzdrowiciel. – Te dwa eliksiry powinny panu pomóc.

- Dziękuję. – Harry szybko przełknął wywary. – Czy ktoś wie, gdzie mogę załatwić sobie transport do Sofii?

- Tutaj – odezwał się barman. – Ten bar służy też za agencję turystyczną i nie tylko.

- Ile?

- Dwadzieścia lew. – Barman wyjął spod lady szklany koralik. – Czy trzeba czegoś jeszcze?

- Nie – odparł Harry, sięgając po koralik. – Momencik…

- Dziękuję – odparł barman, przyjmując zapłatę. – Miłej podróży.

- Dziękuję. – Harry zdążył jeszcze wysłać szybki uśmiech w stronę baru i zniknął.

- Czy to nie ten koleś, co odszedł razem z wilami kilka dni temu? – zapytał cicho jeden z klientów baru.

Oczy wszystkich rozszerzyły się, gdy próbowali pojąć wszystkie aspekty tego pytania. W końcu, po długiej ciszy, barman odezwał się.

- Jakie miał obrażenia?

- Takie jak powiedziałem. – Uzdrowiciel zwrócił się do towarzyszy w barze, jego głos wypełniony podziwem. – Pęknięta miednica i poważny przypadek odwodnienia.

- Jak mogło do tego dojść? – zapytał cicho barman.

- Na wiele sposobów, tak naprawdę. – Oczy uzdrowiciela rozszerzyły się jeszcze bardziej. – Niemożliwe…

- Nie ma pan chyba na myśli…? – Barman zamrugał głupio. – On nie może być człowiekiem.

- Czy ktoś wie, jak on się nazywa? – zapytał podekscytowany uzdrowiciel.

- Black – odezwał się starszy mężczyzna z końca sali. – Gdy był w moim sklepie, to powiedział mi, że nazywa się Black.

Wszystkie osoby znajdujące się w barze zamarły.

- Cóż. – Barman polizał swoje usta. – To ma sens, jeśli ktokolwiek miałby przeżyć grupę wil, to na pewno będzie to słynny i tajemniczy Pan Black.

-o-o-o-o-o-o-o-o-o-

- Dzień dobry, sir – przywitał Harry'ego mężczyzna w mundurze. – Czy to koniec pana podróży?

- Nie. – Harry nadal był trochę zmęczony i obolały po swoim pobycie z wilami. – Jadę do Moskwy.

- Jeśli pan na to pozwoli, to mogę się tym zająć, sir.

- Doskonale – powiedział Harry. – Ile?

- Pięćdziesiąt lew. – Mężczyzna uśmiechnął się.

- W porządku. – Harry zapłacił za świstoklik. – Kiedy się aktywuje?

- Wystarczy powiedzieć Moskwa i będzie pan w dalszej podróży.

- Dziękuję. – Harry uśmiechnął się słabo. – Moskwa.

Harry'emu nie spodobała się podróż do Moskwy. W głębi duszy przysiągł sobie, że nauczy się innych metod transportacji niż świstoklik czy fiuu.

- Powód wizyty? – zapytała go kobieta z nijaką twarzą i w nudnym, szaroburym mundurze.

- Spotkanie z przyjacielem. – Harry ziewnął.

- Nazwisko?

- Black.

- Imię?

- Pan. – Harry uśmiechnął się.

- Można przejść.

Harry strzelił karkiem i przeszedł przez wejście.

Za nim, kobieta spokojnie wywiesiła kartkę „do okienka obok" i udała się do swoich przełożonych.

Harry wyciągnął swoją zapalniczkę zippo i szybko poszukał miejsce na prywatną rozmowę.

- Profesorze? – powiedział Harry do ognia. – Jest pan tam?

- Jestem, Panie Black. Dzięki pana uprzejmości w ogłaszaniu zdolności naszej Pomocnicy, będziemy się mogli z panem spotkać wcześniej niż przypuszczaliśmy.

- Wspaniale. – Harry uśmiechnął się. – Kiedy?

- Jakoś po zmroku – powiedział radośnie profesor. – Moglibyśmy być wcześniej, ale woleliśmy nie ryzykować.

- Jakkolwiek postanowicie – powiedział Harry. – Chciałem tu zwiedzić kilka rzeczy, ale skoro przylatujecie później, to może coś do tej listy jeszcze dołączę.

- Doskonale – odparł profesor. – Mam tylko małą sugestię…

- Jaką? – zapytał z uśmiechem Harry.

- Może spędzisz trochę czasu ze mną i Pomocnicą? – powiedział profesor. – Zamierzaliśmy poświęcić następny miesiąc lub dwa na testowanie naszego zeppelina.

- A gdzie zamierzacie lecieć? – Harry wzruszył ramionami.

- Egipt. Później możemy lecieć gdziekolwiek chcesz. Pomocnica i ja nie mamy innych planów.

- Brzmi świetnie – odparł Harry. – Zwiedzę miasto i spotykamy się wieczorem.

- Do zobaczenia. – Profesor zaśmiał się i się rozłączył.

- A teraz jak mam spędzić ten dzień? – wymamrotał do siebie Harry. Szybko jednak wzruszył ramionami i wyszedł na zewnątrz, aby wezwać taksówkę.

- Dokąd? – zapytał taksówkarz.

- Niech mi pan pokaże miasto. – Harry uśmiechnął się. – Chciałbym zobaczyć wszystko, co według pana mogłoby mnie zainteresować.

- Pieniądze są?

- I pieniądze i napiwek. – Harry uśmiechnął się pod nosem. – Nie mam dużo czasu w tym mieście, a chciałbym zobaczyć jak najwięcej.

- Skoro są pieniądze – odparł taksówkarz.

Harry spędził kilka godzin na objeżdżaniu najciekawszych miejsc Moskwy. Miejsc, których w całym swoim życiu nie pomyślałby o zobaczeniu. Był po prostu oczarowany atmosferą tego miasta.

- Dziękuję. – Harry rozsiadł się na tylnim fotelu. – Chciałbym tylko zobaczyć jeszcze jedno miejsce, a później znaleźć jakiś dobry bar.

- Jakie miejsce?

- Chcę zobaczyć Łubiankę.

- Nie ma problemu, to niedaleko – odparł kierowca. – Znam też bardzo dobry bar, bardzo elegancki.

- Dziękuję – powiedział Harry. – Proszę dać mi znać kiedy będziemy na miejscu.

- Jesteśmy – odparł kierowca. – Powiedziałem, że to niedaleko. Po lewej.

- Wow. – Harry pokręcił głową. Telewizja nie oddała temu budynkowi pełnej chwały. – Nigdy nie spodziewałem się, że zobaczę to z tej perspektywy. Dziwnie tak bez posągu z przodu.

- Rzeczywiście dziwne – zgodził się kierowca. – Bar?

- Bar – potwierdził Harry. – Mam trochę czasu do zabicia i nie ma na to lepszego sposobu.

- Dojedziemy za kilka minut.

Taksówka zatrzymała się przed niepozornie wyglądającym budynkiem.

- Z zewnątrz nie wygląda to pięknie, ale środek jest bardzo luksusowy.

- Dziękuję. – Harry wyciągnął swój portfel. – Woli pan, żebym zapłacił w jakiejś walucie, czy jest to panu obojętne?

- Amerykański dolar – powiedział kierowca, uśmiechając się pod nosem. – Jeśli to możliwe, jeśli nie…

- Nie ma problemu. – Harry podał mężczyźnie kilka dwudziestodolarówek. – Dziękuję.

- Powiedz im, że przysłał cię Dania. – Kierowca wzruszył ramionami. – Dostaję znaleźne za każdego klienta.

- W porządku – powiedział Harry.

- Do widzenia. – Kierowca zamknął okno i odjechał.

Harry przeszedł przez dwuskrzydłowe drzwi, przy których został zatrzymany przez mężczyznę w eleganckim garniturze.

- Mogę w czymś pomóc?

- Dania mnie przysłał, ponoć można tu wypić dobre trunki – powiedział z uśmiechem Harry.

- Nazwisko?

- Pan Black.

- Rozumiem – odparł mężczyzna w garniturze. – Czeka na pana, stolik na końcu sali.

- Okej. – Harry ostrożne zbliżył się do stolika.

- Proszę usiąść – odezwał się mężczyzna. – Czekałem na pana.

- Dlaczego? – Harry szybko rozejrzał się po pomieszczeniu.

- Ponieważ znam wielu sprzedawców, a oni czasami opowiadają mi różne rzeczy. – Mężczyzna wzruszył ramionami. – Proszę więc usiąść i rozgościć.

- Dziękuję, panie…? – zapytał Harry, siadając.

- Winter. – Mężczyzna uśmiechał się zimno. – Kieliszek wódki? Kazałem przynieść butelkę najlepszej wódki, jaką mamy, a nie chcę pić sam.

- Chciałbym coś do tego zjeść, jeśli można.

- Zaraz powiem, żeby coś przynieśli. – Mężczyzna szybko wychylił swój kieliszek i nalał sobie kolejny.

- Dziękuję. – Harry również wypił zawartość swojego kieliszka. – Dlaczego chciał się pan ze mną widzieć?

- Chciałem dać panu to. – Mężczyzna pokazał Harry'emu starą księgę, w skórzanej oprawie. – Magia pogodowa. Najlepiej działa podczas zimy, ale można jej używać też podczas innych pór roku.

- Dziękuję. – Harry odebrał księgę.

- Byłem im winien przysługę. – Mężczyzna wzruszył ramionami.

- Mimo wszystko dziękuję – powiedział z uśmiechem Harry.

- Miłej zabawy. – Mężczyzna wstał. – Ja niestety muszę już iść.

- Do widzenia. – Harry uniósł swój kieliszek w pożegnaniu. – I udanego wieczoru.

- Tak będzie – odparł mężczyzna. – I dziękuję, Panie Black.

-o-o-o-o-o-o-o-o-o-

- Halo? – Laetus Lovegood, wydawca i redaktor Żonglera, pojawił się przed statuą wykonaną z brązu, która przedstawiała mężczyznę bez twarzy.

- Dzień dobry – przywitał go mężczyzna. – Kim pan jest?

- Nazywam się Lovegood i jestem dziennikarzem.

- O… kej.

- Chciałem zadać kilka pytań odnośnie niejakiego Pana Blacka – powiedział z uśmiechem Laetus. – Może pan o nim słyszał.

- To on. – Mężczyzna wskazał na posąg. – Miejscowa legenda mówi, ze jeśli dotknie się prawej stopy, to będzie się miało powodzenie u kobiet. A jeśli dotknie się prawej, to wtedy urodzi się zdrowe dziecko.

- Naprawdę? – Laetus spojrzał na statuę z niedowierzaniem. – Jak stara jest ta legenda?

- Ma może dzień. – Miejscowy wzruszył ramionami. – Ale kiedyś legenda musi się zacząć.

- Zgadzam się z tym w stu procentach – odparł Laetus. – Dlaczego postanowiliście stworzyć tę legendę?

- No cóż. – Mężczyzna usiadł. – Kilka dni temu, Pan Black pojawił się u nas w mieście i niedługo potem zniknął razem z grupą wil.

- Jestem pod wrażeniem.

- Nie skończyłem – powiedział z uśmiechem mężczyzna. – Po kilku dniach wrócił do nas z pękniętą miednicą. Wyglądał tak, jakby te kilka dni minęły mu bardzo intensywnie.

- To zrozumiałe. – Laetus wzruszył ramionami. – I co z tego?

- Jakieś sześć godzin później, w mieście pojawiły się trzy wile. – Uśmiech mieszkańca rozszerzył się. – Były tak zmęczone, że ich normalny urok nie był silny, a jedna z nich wspomniała, że reszta jeszcze śpi.

- Ro…zumiem. – Oczy Lovegooda rozszerzyły się.

- Dokładnie – powiedział mieszkaniec miasteczka. – Dlatego wznieśliśmy ten posąg. Każdy mężczyzna, który jest w stanie wymęczyć tuzin wil zasługuje na własny posąg.

Pan Black i tuzin wil

Laetus Lovegood

W jednym z bardziej oddalonych zakątków Bułgarii istnieje miasteczko, które ma dwie ciekawe cechy. Po pierwsze, niedaleko znajduje się dużo skupisko wil. Po drugie, na ryneczku znajduje się ogromny posąg Pana Blacka. Miejscowi uważają, że ta statua dostarcza niezwykłych mocy w dziedzinie miłości…

Pan Black wrócił do miasteczka, w którym spotkał zszokowanych mieszkańców…

Dopiero gdy swoją historią podzieliły się wyczerpane wile, prawdziwa natura tych zdarzeń została odkryta…

-o-o-o-o-o-o-o-o-o-

- Sir, Black spotkał się z niskim mężczyzną i opuszcza kraj.

- Czy zrobił coś godnego uwagi podczas swojego pobytu tutaj?

- Nie jesteśmy pewni, sir. – Oficer wzruszył ramionami. – Szybko zgubił ludzi, którzy mieli go śledzić. Wiemy na pewno, że był w kwaterze głównej.

- Wiecie, co tam robił?

- Niestety, sir. – Oficer pokręcił głową. – Nie wiemy.

- Powiedzcie mi coś, co wiecie.

- Powiedział celnikowi, że spotyka się tu z przyjacielem – zaczął oficer. – Później tego dnia widziano go jak pił z generałem.

- Rozumiem.

- Sir?

- Generał jest zawsze był patriotą, ale nie takim jak my to rozumiemy. Zawsze będzie bronił naszego kraju przed atakiem z zewnątrz, ale nigdy nie stanął po czyjeś stronie w wewnętrznych konfliktach.

No i rozdział 24. Zbliżamy się do połowy pierwszej części. Jak ten czas leci.

I opuszczamy Europę.

Arily: Przepraszam za brak Q&A. Za bardzo się spieszyłam.

Lupus: Przejrzałam cały tekst i chyba udało mi się zebrać wszystkie informacje :D

Q: Gdyby zwierzęta mogły mówić, które byłoby najmniej uprzejme?

A: Moim zdaniem koty. I tak czekam na ich przejęcie świata.

Niech żyje Święta Kaczka i do następnego!

Tytuły:

Harry Potter

Padamus da Grim Nomed Black

Pan Black

Baron Black

Odkrywca chrapaków krętorogich

Dowódca wampirzych sił zbrojnych w jednym rejonie Transylwanii.

Odznaczenia i nagrody:

Orde Van De Leeuw – Order Lwa Niderlandzkiego; najwyższe cywilne odznaczenie Królestwa Niderlandów.

Order Narodowy Legii Honorowej; Chevalier – Kawaler (V klasa tego odznaczenia)

Udziały w kasynach w Monte Carlo

Umiejętności i broń:

Krew z jadem bazyliszka i łzami feniksa/ wszczepiona kość bazyliszka

Wzrok maga

Połączenie wampira/wilkołaka

Sowiecka księga zaklęć

Bicz

Pugio

Miecz śmierci xD

Niekończąca się manierka

Magiczny kufel do piwa

Księga magii pogodowej

Teorie:

Należał do francuskiej grupy partyzantów Maqui

Uwalnianie obozów koncentracyjnych

Pomoc w złapaniu TEGO

Ujarzmienie smoków

Czasy Rzymian

Udział w obalaniu muru berlińskiego

Pomoc w rewolucji węgierskiej w 1956