Rozdział 30.
Leki, wakacje i mindfuck.
- Halo? – Amelia Bones zapukała w drzwi jednej z bardziej… ekscentrycznych rodzin magicznego świata. – Jest tu kto?
- Ty – warknął Laetus, otwierając drzwi. – Mój gabinet. Teraz!
- Co? – A ludzie ją ostrzegali, czemu im nie uwierzyła?
- SIADAJ. – Twarz Laetusa poczerwieniała. – Czy zdajesz sobie sprawę jak bardzo mamy przerąbane w departamencie przez twoje zachowanie?
- Um… nie?
- NIE? – Laetus rzucił grubą teczkę na stół. – Tylko w ostatnim miesiącu zniszczyłaś pięć samochodów i naraziłaś miasto na szkody o wartości przewyższające pięćdziesiąt milionów dolarów.
- Och. – Amelia zamrugała oczami.
- Tak, „och" – westchnął Laetus. – Burmistrz siedzi na tyłku komendanta, a komendant siedzi na moim tyłku… Wyrzuciłbym cię wieki temu, gdybyś nie była tak dobrą gliną.
- Dzięki? – odpowiedziała niepewnie Amelia. – Czy mogę z panem porozmawiać o…
- O tej akcji z heroiną – powiedział Laetus, kiwając głową. – Dobra robota… Następnym razem zostaw przynajmniej jednego przy życiu. Ci przeklęci dziennikarze i tak mówią dziwne rzeczy o tobie.
- Dziennikarze?
- A niech ich cholera weźmie – odparł Laetus. – Nie znajdziesz bardziej bezużytecznego i nieszczerego zajęcia. Wskaż mi dziennikarza, a ja w zamian pokażę ci kogoś, kto jest za głupi i nieuczciwy, żeby dać sobie radę w prawdziwym świecie.
- O…kej. – Amelia po raz kolejny mrugnęła z niedowierzaniem oczami. – Miałam nadzieję, że dowiem się…
- Ojcze. – Luna wpadła do pokoju i zarzuciła swojego tatę piorunującymi spojrzeniami. – Znowu wziąłeś swoje leki, prawda?
- Chcę twoją broń i odznakę, Lovegood – warknął Laetus. – W naszej sile nie ma miejsca dla takiego wolnego strzelca, jakim jesteś ty. To, co zrobiłaś podejrzanym w śledztwie Moralesa… Równie dobrze mogłabyś dołączyć do nich za kratkami.
- Vomitus Maximus. – Luna machnęła różdżką. – Możesz otworzyć usta bez wymiotowania dopiero wtedy, gdy zaczniesz się normalnie zachowywać.
Ponad trzymetrowy strumień wymiocin wystrzelił z ust mężczyzny i wyleciał przez okno, które niby przypadkiem znajdowało się na jego drodze.
Bones obserwowała odbywającą się przed nią scenę z rosnącym przerażeniem.
- Um… przepraszam?
- Dzień dobry, Madame Bones – powiedziała z uśmiechem Luna. – Bardzo przepraszam za zachowanie mojego taty.
- Wspomniałaś coś o lekach? – Bones próbowała zrozumieć cokolwiek z tej dziwnej sytuacji.
- Tak, czasami się tak dziwnie zachowuje. – Luna kiwnęła głową. – Próbowałam zamknąć te leki tak, żeby do nich nie sięgnął, ale zawsze udaje mu się je znaleźć.
- Rozumiem. – Madame nic nie rozumiała.
- Nie wiem czemu zaczął myśleć, że jesteśmy oficerami policji. – Luna wzruszyła ramionami. – Wszyscy wiedzą, że jesteśmy tajnymi agentami udającymi dwoje dziennikarzy, którzy udają, że są ojcem i córką.
- Tak… no cóż… dobrze. Miałam nadzieję, że będę mogła przejrzeć wasze informacje na temat Pana Blacka. – Dyrektor Bones próbowała siebie przekonać, że potrzebuje tych informacji. A ta dwójka zdawała się mieć ich więcej niż ktokolwiek inny.
- Okej. – Luna wzruszyła ramionami. – Chce pani, żebyśmy ustalili płatność na raty, czy zapłaci pani z góry?
- Co?
- Praca tajnego agenta nie jest łatwa, pensja też nie jest piękna – wyjaśniła szeptem Luna.
- Och… Ro…zumiem. – Amelia pokiwała głową. – Może utwórzmy konto, na które będziemy wam wpłacać pieniądze za każdą informację na jego temat.
- Okej. – Luna skupiła się na punkcie trzy metry na lewo i piętnaście metrów za głową Madame Bones.
- Dobrze. – Amelia uśmiechnęła się nerwowo. – Może przejdziemy do rzeczy?
- Blaarg. – Laetus otworzył usta.
- Jesteś gotowy, żeby z powrotem być dziennikarzem, tato?
- Blarrg. – Laetus tylko kiwnął głową.
- W porządku. – Luna odwołała zaklęcie. – Mam nadzieję, że czegoś się nauczyłeś. Blarrg
- Nie zapomnij, że to ja cię nauczyłem tego zaklęcia. – Uśmiech Laetusa był pełen samozadowolenia. – Ja też tak potrafię. Blarrg.
- Blarrg. – Luna spojrzała na ojca krzywym spojrzeniem. – Ale ty nie wiesz jak to odwołać. Ja wiem.
- Blarrg.
- Współczuję temu, co jest teraz pod oknem – wymamrotała do siebie Amelia.
- Umówmy się, że następnym razem zrobimy to w czasie dnia niespodziewanego wymiotowania. – Luna kiwnęła tylko głową i po raz kolejny odwołała zaklęcie.
- Dzień niespodziewanego wymiotowania? – Amelia już wiedziała, że szczerze pożałuje zadania tego pytania.
- Tak – potwierdził Laetus. – Zauważyłem, że kilka mugolskich instytucji wyższego nauczania organizuje imprezy, na których uczniowie ciągle wymiotują… mugole mają fascynujące zwyczaje.
- Co z tymi informacjami?
- Tu mamy wszystko. – Luna rzuciła w jej stronę grubą teczką. – Prosimy o szybką wpłatę.
- Najlepiej jak najszybciej – dodał Laetus. – Mam żarłoczną bestię z piekła rodem do nakarmienia i trzymania z dala od ludzkości.
- Tato. – Luna zamrugała szybko oczami. – Mówisz takie miłe rzeczy o mnie.
- To ja już pójdę. – Bones szybko przejrzała otrzymane dokumenty i z zaskoczeniem stwierdziła, że są bardzo szczegółowe.
- Proszę uważać na czyścirybę* - odparła radośnie Luna.
- Będę… uważać – obiecała Bones. Wracając do swojego biura, jedna straszliwa myśl nie dawała jej spokoju. Ta teczka była zbyt dokładnie opracowana jak na parę zwykłych dziennikarzy… Co, jeśli panna Lovegood nie żartowała, gdy wspomniała o byciu tajnymi agentami? Ta dwójka to ostatnie osoby, które mogłaby posądzić o pracę dla kogoś takiego jak… Pan Black. Bones zatrzymała się w pół kroku. Z jednej strony, nie miała na to dowodów, ale z drugiej… to wiele wyjaśniało.
Amelia wyszła na zewnątrz i przeszła koło bardzo sfrustrowanego i pokrytego wymiocinami listonosza. Następnie szybko skręciła za róg domu, aby móc niepostrzeżenie aportować się do pracy.
Po powrocie do biura Bones z marszu chwyciła kartkę i zaczęła wypisywać na niej wszystkie znane fakty o rodzinie Lovegood. Po pierwsze, Luna jest przyjaciółką Pottera i razem z nim była w Departamencie Tajemnic. Po drugie, pochodzi z rodziny, która od pokoleń znana jest z ekscentryczności. Do tego stopnia, że mało który czarodziej zwracał na nich uwagę czy traktował ich poważnie. Przynajmniej do czasu pojawienia się Blacka. Wtedy okazało się, że przynajmniej jedna z ich teorii jest prawdziwa. I jeszcze sytuacja z odrodzeniem Czarnego Pana. Trzecim faktem był Black. Ta rodzina wiedziała o nim więcej niż jakikolwiek inny znany jej człowiek.
Amelia zmarszczyła brwi. Wszystko było zbyt piękne, żeby było prawdziwe. To była jedna z pierwszych lekcji, jakich się nauczyła jako początkujący śledczy. Jeśli elementy układanki układają się za dobrze, oznacza to, że czegoś brakuje. Nic nie było idealne. Z drugiej strony, kto na głos ujawnia, że jest tajnym szpiegiem? Niby takie osoby powinny robić wszystko, żeby się wtopić w tłum, nikt przecież nie pomyśli… Nikt by przecież nie pomyślał, że ktoś tak krzykliwy mógłby być szpiegiem. Już sam pomysł, żeby mówić o tym innym…
Amelia szybko zniszczyła swoją dokładnie przemyślaną listę jednym celnym zaklęciem. Nic nie zostało nikomu udowodnione. Chyba najwyższa pora wykupić prenumeratę na tę gazetę.
-o-o-o-o-o-o-o-o-o-
- Tylko pan, Profesorze. – Harry uśmiechnął się. – Gdzie my teraz jesteśmy?
- Jesteśmy nad wyspą tropikalną – odpowiedział z uśmiechem Profesor. – Pomocnica chciała spędzić trochę czasu na plaży.
- Może mi pan załatwić świstoklik? – Harry ziewnął.
- Oczywiście – odparł Profesor. – Ale jeśli mogę, to chciałbym coś zasugerować.
- Co takiego?
- Jest już późno. – Profesor wskazał na duży zegar. – Niech pan spędzi resztki tego dnia z nami na plaży. A swoje sprawy może pan załatwić jutro z samego rana.
- Okej. Brzmi świetnie – odparł Harry.
- Wspaniale. – Uśmiech Profesora powiększył się. – Pójdę tylko po Pomocnicę.
- Proszę bardzo. – Harry szybko zamienił swoje ubranie na coś bardziej odpowiedniego. – Spotkamy się w sali TranŚwistu.
Jak powiedział, tak zrobił. Chwilę później do pomieszczenia wszedł Profesor z uśmiechniętą Pomocnicą.
- Tak bardzo się cieszę, że zdecydował się pan do nas dołączyć. – Pomocnica była bardziej wesoła niż zwykle. – I żeby ochronić naszą skórę przed słońcem i solą, stworzyłam ten oto eliksir.
- Super. Świetny pomysł – odparł Harry z uśmiechem.
- Do dna. – Pomocnica rozdała fiolki z eliksirem. – Starałam się, żeby ta partia smakowała jak truskawki.
- Moja smakuje jak stare skarpetki – powiedział profesor, krztusząc się.
- Bo tak miało być. – Pomocnica zabrała z powrotem fiolkę. – Chyba nadal jestem zła, że postanowiłeś dać się porwać i przerwać moje wakacje w Egipcie.
- Cisza, diabelska kobieto – warknął Profesor.
- Diabelska Kobieto? – Oczy Pomocnicy rozjarzyły się. – DIABELSKA KOBIETO?! Patrz, kto mówi, ty mały trollu!
- Troll? TROLL?
- To chyba dobry czas, żeby udać się na tę plażę – zasugerował Harry.
- Okej – odparła Pomocnica.
- Dobry plan – zgodził się Profesor.
Trójka przyjaciół transportowała się w dół i znalazła się w odosobnionej zatoczce.
- Wspaniale. – Harry rozejrzał się. – Fantastycznie.
- Cały ten kawałek ziemi należy do magicznej rodziny, więc nikt nie będzie nam przeszkadzał – powiedział z uśmiechem Profesor. – Nawet ta rodzina.
- Nawet nie rodzina? – Harry nie miał zbyt dobrego przeczucia.
- Mieszkają w Anglii. – Pomocnica ziewnęła. – Znam jednego z nich. Powiedzieli, że bez problemu możemy spędzić tu tyle czasu, ile chcemy.
- Och. – Harry wypuścił powietrze z płuc. Naprawdę musiał się nauczyć zaufania wobec swoich przyjaciół.
Pomocnica rozłożyła koc, na który wszyscy się położyli.
- To jest życie. – Harry zamknął oczy. – Muszę zacząć spędzać więcej czasu na plaży.
- Zgadzam się – potwierdził Profesor. – Myślę, że… co ma pan w ręce?
- To? – Harry otworzył rękę, w której znajdował się kamień, który miał zamiar rzucić między fale. – To tylko kamień.
- Mogę się mu przyjrzeć? – Profesor wyciągnął rękę.
- Jasne. Nie ma problemu. – Harry wzruszył ramionami.
- Co to takiego? – Pomocnica przechyliła się w stronę Profesora.
- Wygląda na to, że zawiera wysokie stężenie tytanu – odparł Profesor. – Gdzieś czytałem, że okoliczne plaże mają bogate źródła tytanu, ale nigdy nie spotkałem się z czymś takim.
- Szkoda, że nie możemy zanurkować i znaleźć jego źródła. – Harry ziewnął. – Chyba coś oglądałem na ten temat w telewizji.
- Coś możemy z tym zrobić. – Profesor uśmiechnął się. – Muszę porozmawiać o tym z Architektem… Jednak pozwoli to mi i Pomocnicy porozmawiać z panem o pewnej sprawie.
- Śmiało – powiedział Harry.
- Razem z Pomocnicą znaleźliśmy idealną wyspę na sprzedaż. – Profesor uśmiechnął się. – Jałowa, opuszczona, pokryta licznymi zaklęciami, które odstraszają wszystkich i wszystko.
- Na tyle duża, żeby móc zbudować na niej fortecę, ale na tyle mała, że łatwo można ją bronić – dodała Pomocnica. – To również ziemia niczyja, więc nikt nie może nam zarzucić łamania jakichś tam regulacji w stylu „zaprzeczanie prawom natury" czy „odkrywanie rzeczy, których ludzkość nie powinna była poznać".
- A najlepsza część to to, że ta wyspa znajduje się blisko Antarktydy, więc przepysznego pingwiniego mięsa będziemy mieć pod dostatkiem.
- Pingwiniego? – Harry zmusił się, żeby nie zadawać dalszych pytań. – Dlaczego mi o tym wszystkim mówicie?
- No cóż – zaczął Profesor. – Mieliśmy nadzieję, że by pan ją kupił.
- Dlaczego sami jej nie kupicie? – zapytał Harry, unosząc brew.
- Nie radzimy sobie z pieniędzmi – wyjaśniła zawstydzona Pomocnica. – Więc panu oddaliśmy pakiet kontrolny, a sobie zostawiliśmy skromny procent, które pokrywa nasze badania.
- Och. – Harry był w szoku. – Jasne, możemy ją kupić. Czemu nie?
- Wspaniale. – Pomocnica klasnęła w ręce. – Zaraz powiem Architektowi, żeby zajął się projektem.
- Jak się nazywa firma? – Harry nie mógł uwierzyć, jak bardzo jego życie się zmieniło, odkąd opuścił szkołę.
- Black Ink. – odparł dumnie Profesor.
- Black Inc.? – powtórzył Harry.
- Nie. – Pomocnica pokręciła głową. – Black Ink… Profesor nie potrafi pisać.
- Dlaczego nie Przedsiębiorstwo Profesora albo Pomocnica Incorporated? – Harry z trudem próbował nadążyć za ich tokiem rozumowania. – Dlaczego daliście jej moje nazwisko?
- Pomocnica Incorporated? – Pomocnica zastanowiła się przez moment. – To może być nazwa wydziału eliksirów.
- Proszę cię bardzo. – Harry wzruszył ramionami.
- Nazwaliśmy ją tak z wielu powodów. – Profesor uśmiechnął się. – Po pierwsze, nic z tego by się nie wydarzyło, gdyby nie pan.
- Okej. Dziękuję.
- Proszę bardzo – odparł Profesor.
- No – dodała Pomocnica.
- Miałem kolejny pomysł dla waszej dwójki. – Harry włożył głowę w dłonie. – Rozumiem, że nasze zapalniczki są za małe, żeby przesłać przez nie większe przedmioty, ale…
- Ale? – Profesor nie mógł się doczekać, aż usłyszy pomysł swojego przyjaciela.
- Ale czy nie możemy tego użyć z TransŚwistem? – Harry uśmiechnął się. – W ten sposób moglibyśmy się automatycznie teleportować do każdego z zapalniczką Zippo.
- Nie uda się. – Profesor oklapł. – Możemy coś pokombinować z ręcznie robionymi świstoklikami, ale na chwilę obecną nie mamy technologii, żeby zrealizować pana pomysł. Najwyżej możemy przesyłać małe nieożywione przedmioty.
- Jak małe? – Harry uśmiechnął się, widząc rozmiar, jaki pokazał Profesor swoimi rękami. – Czemu nie zacząć dostarczać rzeczy? Bylibyśmy najszybszą pocztą w magicznym świecie. Otrzymujesz przedmiot w trzydzieści sekund, jeśli nie, to my ponosimy jego koszty.
- Coś takiego możemy zrobić – odparła Pomocnica. – Ale nie podoba mi się pomysł rozdawania rzeczy za darmo.
- Więc pomińcie ten punkt. – Harry wzruszył ramionami. – Albo lepiej, niech zapłacą więcej za natychmiastową dostawę.
- Okej – odpowiedziała Pomocnica. – Teraz chodźmy popływać.
- Ostatni w wodzie jest czymś obrzydliwym zamkniętym w słoiku – krzyknął Profesor. – Prawdopodobnie czymś, co ma silny zapach siarki.
-o-o-o-o-o-o-o-o-o-
Następnego dnia świstoklik Harry'ego doprowadziło na środek burzliwej ulicy.
- Tu jesteś. – Mężczyzna wyszedł z jednego z licznych sklepów i chwycił Harry'ego za rękę. – Miałeś tu być wczoraj wieczorem… Czy ty wiesz, jak ciężko będzie wrócić do poprzedniego rozkładu?
- Huh? – Harry wpatrywał się w mężczyznę, który w jego oczach wydawał się szaleńcem.
- Tu masz swoje świstokliki. – Mężczyzna włożył mu do ręki kilka metalowych pierścieni. – A tu twoje pamiątki, statuetka Kali z brązu i stary chakram, który pewnie ma jakieś tajemnicze właściwości… Wiesz co, pewnie i ta statuetka i ten chakram są źródłem dziwnych i niezwykłych mocy.
- Co się dzieje? – Harry chwycił przedmioty lewą ręką, aby prawa przygotowana była na szybki atak.
- Spóźniłeś się, to się dzieje. – Mężczyzna spojrzał na Harry'ego ponuro. – Nie zrobiłeś żadnej z tych rzeczy, które widziałem, że wczoraj robiłeś… co się stało?
- Poszedłem na plażę. – Harry pozwolił, aby różdżka pojawiła mu się w dłoni. – A pana nadal nie odpowiedział na moje pytanie.
- Jeśli chcesz odpowiedzi, zapytaj o nie mojego kuzyna z Anglii, bo to wszystko jego wina. – Mężczyzna spojrzał na kawałek papieru przed nim. – Skontaktowałem się z krawcem, u którego miałeś się pojawić, on i jego żona skontaktują się z twoimi przyjaciółmi… o czym zapominam?
Oczy Harry'ego rozszerzyły się, gdy poczuł pociągnięcie świstoklika.
- A tak. – Mężczyzna uderzył się w czoło. – Śmierciożercy… wygląda na to, że się nie pojawią. Nie z takim opóźnieniem. Niektórzy ludzie nie patrzą na uczucia innych.
-o-o-o-o-o-o-o-o-o-
Harry wylądował przykucnięty, z różdżką w ręce i szybko rozejrzał się, sprawdzając otoczenie. Przed nim rozpościerał się widok na Tadż Mahal, a za nim i po bokach znajdowali się turyści. Wzruszając ramionami, Harry zignorował dziwne spojrzenia i schował różdżkę. Następnie westchnął we frustracji i podszedł do ogromnego białego budynku, dodając sklepikarza do listy osób, które kiedyś stłucze na kwaśne jabłko.
Kolejne kilka godzin upłynęły Harry'emu na podziwianiu cudu natury i przyjrzeniu się pewnemu odcinkowi ściany, gdy nagle poczuł pociągnięcie kolejnego świstoklika.
- Zapomniałem o tym drugim. – Różdżka szybko pojawiła się w ręce Harry'ego, który automatycznie zaczął szukać zagrożenia.
- Czy jesteś moim gościem? – Niski mężczyzna spojrzał a niego znudzonym wzrokiem.
- Może. – Harry zaczął się relaksować. – Nie jestem pewny… gdzie jesteśmy?
- Jesteś moim gościem – odparł mężczyzna. – Jesteśmy w miejscu, gdzie narody nikogo nie obchodzą, a imiona nie mają znaczenia.
- Co to ma niby zna… Wow. – Dokładnie w tym momencie Harry spojrzał przez okno, za którym znajdowało się pasmo gór, wzbijające się poza chmury. – Mu… Musimy być gdzieś w Himalajach.
- Możliwe. – Mężczyzna wzruszył ramionami. – Nie jestem od tego, żeby martwić się takimi rzeczami. Jestem twoim przewodnikiem w czasie tej podróży.
- Jestem Pan Black. – Umysł Harry'ego z trudem przetrawiał ten niesamowity widok. – Miło mi pana poznać.
- Chodź ze mną. – Przewodnik uśmiechnął się. – Wolałby dotrzeć tam, gdy będzie jeszcze jasno.
- Dotrzeć gdzie? – Harry podążył za niskim człowieczkiem.
- Tam, gdzie idziemy – odparł przewodnik z uśmiechem. – Gdzie indziej mielibyśmy iść?
- Ma to sens… chyba. – Harry zmrużył oczy. – Jak długo nam zajmie dojście… tam?
- Tak długo, jak trzeba. – Przewodnik wzruszył ramionami.
- Ten sklepikarz zdecydowanie pnie się w górę po tej liście – wymamrotał do siebie Harry.
Przewodnik zabrał Harry'ego na niezwykle stromą ścieżkę, która pełna była zakrętów i skrętów.
- To jest tuż za rogiem – krzyknął przewodnik, znikając za załomem skalnym.
- Co jest tuż za… Wow. – Harry wpatrywał się w szoku w miasto roztaczające się u końca ścieżki.
- Nie mogę iść dalej. – Przewodnik uśmiechnął się. – Ostatnie kroki musisz zrobić sam.
- Dlaczego?
- Wiszę komuś pieniądze – powiedział z uśmiechem przewodnik. – I obawiam się, że ich tam spotkam.
- Och. – Harry zamrugał oczami. – Więc ja już pójdę.
- Poczekam na ciebie. – Przewodnik uśmiechnął się. – Miłej wizyty.
Brama do miasta otworzyła się samowolnie i kilkoro mężczyzn w czerwono-złotych szatach wyszło mu naprzeciw.
- Witaj, młody przyjacielu w Shangri-La**. – Mężczyźni uśmiechnęli się na powitanie. – Niech twój pobyt będzie udany.
Harry przeszedł przez bramę i od razu się rozluźnił. Cały teren ogarniała atmosfera pokoju i błogości.
- Chyba… chyba polubię to miejsce. – Harry uśmiechnął się. – Może w końcu znalazłem swój dom.
- Może – odparł jeden z lamów z uśmiechem. – A może po prostu dotarłeś do punktu wyjściowego na kole życia. Tylko czas pokaże.
Dni zamieniły się w tygodnie, tygodnie zamieniły się w miesiące, a Harry spędził niezliczenie wiele godzin na próbie uspokojenia swojego umysłu. W końcu dotarł do momentu, gdzie jego wewnętrzne bariery były nie do przebicia. Biorąc głęboki wdech, Harry ściągnął z siebie czerwone szaty i założył z powrotem to, w czym przyszedł.
- Opuszczasz nas? – Jeden z lamów uśmiechnął się na widok przygotowań Harry'ego.
- Tak – odparł Harry. – Nie mogę uwierzyć, że spędziłem tutaj tyle czasu. Pora już na mnie.
- Czas nie jest tu dla ciebie trudnością – powiedział z uśmiechem lama. – I musisz wrócić tylko wtedy, gdy nadejdzie twój czas. Nie popełniaj błędu przedwczesnego powrotu.
- Dziękuję. – Harry rozejrzał się po raz ostatni. – Będę tęsknił za tym miejscem. Dziękuję, że mnie tak ciepło przyjęliście.
- Wszyscy są tu mile widziani – odpowiedział lama. – I może tu wrócisz. Przyszłość jeszcze nie jest zapisana, nie wiadomo dokąd zaprowadzi cię twoja ścieżka.
Harry zarzucił plecak przez ramię i przeszedł przez bramę. Następnie pokręcił głową z niedowierzaniem na widok swojego przewodnika, czekającego w oddali.
- Nie mogę uwierzyć, że czekał pan tak długo – powiedział z uśmiechem Harry, podchodząc do przewodnika. – Skąd pan wiedział, kiedy stamtąd wyjdę?
- Zawsze wychodzą po pięciu minutach. – Przewodnik wzruszył ramionami. – Ktoś mógłby pomyśleć, że chcieliby tam dłużej zostać, ale co ja tam wiem…
Harry spojrzał za siebie, gdzie teraz zamiast wspaniałego miasta znajdował się pusty kawałek ziemi.
- Dlaczego to się przytrafia akurat mi? – jęknął Harry. – Nie mogę mieć chociaż jednego normalnego dnia?
- Nie wiem. – Przewodnik wzruszył ramionami. – Może jesteś spluwaczką kosmosu.
- Prawdopodobnie – potwierdził Harry. – To by na pewno wyjaśniało wiele rzeczy.
- Idź tą ścieżką, a dojdziesz tam, gdzie powinieneś być. – Przewodnik wskazał wydeptaną ścieżkę. – Przyjemnej podróży.
- Dziękuję. – Harry spędził kilka minut na śledzeniu ścieżki i po wielu zakrętach stwierdził, że znalazł się z powrotem na plaży, która odwiedził razem z Pomocnicą i Profesorem.
- A pan dopiero nie pojechał? – Doktor zamrugała na niespodziewany widok Harry'ego.
- Chyba… tak. – Harry zmarszczył brwi. – Ale nie jestem pewien.
- Skoro pan już tu jest…
- Tak?
- Były pan tak miły i posmarował mi plecy kremem?
- Jasne. – Harry wzruszył ramionami. Może nie było to Shangri-La, ale kto narzekałby na smarowanie pleców pięknej kobiecie.
-o-o-o-o-o-o-o-o-o-
W czasie gdy Harry przeżywał egzystencjonalne rozterki, jego przyjaciele starali się zdecydować o kształcie, jaki miałby nabrać ich nowy dom.
- Nie obchodzi mnie, czy będzie tradycyjny. – Profesor spojrzał ponuro na Architekta i Pomocnicę. – Zamek nie będzie wyglądał jak wielka czaszka… ta wyspa nawet nie ma wulkanu.
- Co powiecie na gotyckie monstrum? – zasugerował Architekt. – Wypełnione tajnymi przejściami i tym podobne.
- I jest tradycyjnie. – Pomocnica zamyśliła się. – Trochę starsza tradycja, ale zawsze.
- To przeżyję – powiedział Profesor. – Zabierzmy się za nasze części.
-o-o-o-o-o-o-o-o-o-
- No i? – Czarny Pan pochylił się do przodu.
- Nic się nie stało, panie. – Śmierciożerca aż cały się trząsł z nerwów. – Pojawiliśmy się tam i nic się nie stało.
- Co?
- Grupa była przygotowana, wszyscy zajęliśmy pozycje. – Łzy zaczęły kapać spod maski śmierciożercy, a jego głos zamienił się w pisk. – Nic się nie stało. Glizdogon zjadł jakieś nieświeże krewetki i musiał mieć płukanie żołądka, następnie uderzyła w niego taksówka, a na koniec zjadł nieświeże curry. W tej chwili siedzi zamknięty w toalecie, z której śmierci tygodniowym trupem… Poza tym nic się nie wydarzyło.
- Skoro nic się nie wydarzyło – zapytał z fałszywym spokojem Voldemort – to dlaczego połowa grupy wybuchła po powrocie płaczem? I dlaczego druga połowa popuściła? I DLACZEGO SIĘ TAK TRZĘSIESZ?
- To jest jakiś podstęp. – Śmierciożerca zachichotał w swoim szaleńczym otumanieniu. – Próbuje sprawić, żebyśmy stracili czujność… ale… ale jesteśmy na to zbyt mądrzy.
- CRUCIO. – Voldemort z trudem powstrzymał się przed krzykiem rozpaczy… w tych czasach ciężko było o dobrych podwładnych.
* snodfish – nie mam pojęcia co to. Ale jeśli znajduje się na terenie rodziny Lovegood, to radzę się z tym pogodzić.
** Shangri-La - fikcyjna kraina opisana przez Jamesa Hiltona (1900-1954) w powieści Zaginiony horyzont wydanej w 1933 roku. Jest to odosobniona dolina, położona w Tybecie u stóp fikcyjnej góry Karakal (w miejscowym narzeczu „Błękitny Księżyc"), wyższej od Mount Everestu. Dolina rządzona jest sprawiedliwie przez lamów z górującego nad nią klasztoru. W kulturze masowej nazwa doliny zaczęła funkcjonować jako synonim mitycznej, orientalnej utopii żyjącej swoim rytmem z dala od zgiełku świata, ma oznaczać miejsce odosobnienia intelektualnego, kryjówkę przed hałasem świata zewnętrznego, naciskami polityki i wymogów kariery. (Wikipedia)
Trochę dłuższy rozdział dla was :D i całkiem regularnie. Jestem z siebie dumna.
PODZIĘKOWANIA:
BETA: SALIANNA
CIĄGŁA MOTYWACJA: NANA16210
DZIĘKUJĘ Z CAŁEGO MOJEGO KACZEGO SERDUSZKA
Koniec krzyczenia
FARCIARZ: No widzisz, to komentarze tak mnie napędzają i częste upominanie się wyżej wymienionej pani. Znowu mamy nowy rozdzialik :D (chciałam wstawić rozdział w prima aprilis, bo to w końcu idealny czas na to cudeńko, ale nie mogłam się doczekać xD)
Hulk: Merlin niby taki sławny, a tu rude, pryszczate z zadartym nosem. No jak tak można? To się nazywa public image.
I jak obiecałam, wstawiam update wszystkiego, co wiemy o tajemniczym Panu Blacku. Trochę jeszcze dodałam. (lista na saaaamym końcu) Dajcie znać, jeśli coś pominęłam.
Q: Którą rzecz od naszej ulubionej pary przyjaciół chcielibyście mieć w swojej kolekcji? (tylko od Profesora i Pomocnicy)
A: Zegarek, zdecydowanie zegarek. Nadrobiłabym tyle snu. I pewnie rozdziałów. Wszystkiego. A ile seriali.
Niech żyje Święta Kaczka i do następnego!
Tytuły:
Harry Potter
Padamus da Grim Nomed Black
Pan Black
Baron Black
Odkrywca chrapaków krętorogich
Dowódca wampirzych sił zbrojnych w jednym rejonie Transylwanii.
Legenda
Ten zły
Specjalny Doradca Wydziału Przestrzegania Prawa Czarodziejów
Odznaczenia i nagrody:
Orde Van De Leeuw – Order Lwa Niderlandzkiego; najwyższe cywilne odznaczenie Królestwa Niderlandów.
Order Narodowy Legii Honorowej; Chevalier – Kawaler (V klasa tego odznaczenia)
Udziały w kasynach w Monte Carlo
Umiejętności i broń:
Krew z jadem bazyliszka i łzami feniksa/ wszczepiona kość bazyliszka
Wzrok maga
Połączenie wampira/wilkołaka
Sowiecka księga zaklęć
Bicz
Pugio
Miecz śmierci xD
Niekończąca się manierka
Magiczny kufel do piwa
Księga magii pogodowej
Magiczny zegarek
Namiot na każdy klimat
Plecak bez dna
Magiczny podręcznik dla turysty
Cuda do rozumienia/czytania/pisania/mówienia językami
Magiczne ubranie dostosowujące się do wszystkiego
? Statuetka Kali i stary chakram
Teorie:
Należał do francuskiej grupy partyzantów Maqui
Uwalnianie obozów koncentracyjnych
Pomoc w złapaniu TEGO
Ujarzmienie smoków
Czasy Rzymian
Udział w obalaniu muru berlińskiego
Pomoc w rewolucji węgierskiej w 1956
Czasy Egipcjan
Zniszczenie kilku cywilizacji
Najstraszniejszy czarny pan w dziejach ludzkości
Animag – nundu
Atlantyda i niańczenie Merlina
Od Profesora i Pomocnicy:
Zapalniczka Zippo
Niewykrywalna różdżka z włókna szklanego
Wytrychy
Pas z eliksirami
Kamera do dźwięku
Dyktafon do obrazu
„zbroja" ze stalowego jedwabiu
Ulepszony zegarek – cofanie, zatrzymywanie, przyspieszanie czasu
Urządzenie do wykrywania trucizn
