Rozdział 31.

Węże, jady i przemyślenia.

- No dobra. – Doktor przeciągnęła się. – Pora wracać na zeppelina.

- Racja – zgodził się Harry, uruchamiając teleport.

- Witaj z powrotem, przyjacielu – powiedział z uśmiechem Profesor. – Mam nadzieję, że dobrze się bawiłeś?

- Można powiedzieć, że mnie oświeciło. – Harry zaśmiał się. – A wy jak się bawiliście?

- Doskonale – odparł Profesor. – Architekt udał się na wyspę na wstępne oględziny, a my się skontaktowaliśmy z kilkoma goblinami w sprawie wydobycia tytanu.

- Świetnie. – Harry kiwnął głową. – Naprawdę cudownie.

- Tak przy okazji – odezwał się Profesor. – Mamy nowych członków drużyny, Krawca i jego żonę.

- Jak się nazywają? – Harry zamrugał oczami, ten sprzedawca piął się coraz wyżej na jego liście.

- Nie jestem w stanie ich wymówić. – Profesor wzruszył ramionami. – Zaczęliśmy ich nazywać Krawcem i Szwaczką.

- Jak… miło. – Harry kiwnął głową.

- Chodźmy na mostek – powiedział Profesor. – Ustawimy kurs na następny przystanek.

- Okej. – Harry wzruszył ramionami.

Harry razem z Profesorem udał się na mostek, po czym odłączył się od swojego przyjaciela i skierował się do centrum pomieszczenia.

- Gdzie teraz? – zapytał Profesor, ignorując sposób, w jaki Harry chwycił ster, wydając przy tym dziwne odgłosy.

- Tajlandia – odparł z uśmiechem Harry. – Wspaniałe plaże i niesamowite świątynie.

- Pomocnico. – Profesor odwrócił się. – Ustaw kurs na Bangkok… i to JUŻ!

- Musisz znaleźć inny sposób, żeby kończyć zdania – odparła Pomocnica, ustawiając odpowiedni kurs. – „I to JUŻ" nie ma tego czegoś.

- Wiem. – Ramiona Profesora opadły. – Ale odrzuciliście moją propozycję, żeby zatrudnić scenarzystę, żeby wymyślił nam jakieś fajne powiedzonka.

- Pójdę do swojego pokoju. – Harry wycofał się z pomieszczenia. – I pozwolę wam rozwiązać ten problem na osobności.

- Poszedł sobie. – Profesor zajrzał ukradkiem przez drzwi i jedyne, co zobaczył to plecy Harry'ego.

- To dobrze. – Pomocnica chwyciła ster. – Brum, brum.

- Jestem po tobie. – Profesor zmierzył wzrokiem ster. – Nie baw się nim za długo.

-o-o-o-o-o-o-o-o-o-

- Dotarliśmy – powiedział Profesor z uśmiechem. – Odstawimy cię i lecimy z Pomocnicą na plażę.

- Później tam do was dołączę – odparł Harry.

- Nie trzeba. – Profesor zamrugał. – Możemy wrócić wieczorem, jeśli chcesz.

- Może być – odpowiedział Harry. – Co robią pozostali?

- Doktor odwiedzi farmę węży Czerwonego Krzyża, Architekt rozpoczyna konstrukcję pana mrocznej fortecy, a Krawiec i Szwaczka idą z nami na plażę.

- Farma węży? – zapytał zdziwiony Harry.

- Powiedziała, że część farmy jest otwarta dla publiczności. – Profesor zadrżał. – To nie dla mnie, dzięki.

- Miłej zabawy na plaży. – Harry udał się do sali TranŚwistu. – Teleportuj mnie w dół.

Harry pojawił się przed dużą statuą z brązu, która znajdowała się na samym środku ronda. Chwilę poświęcił na dokładnie obejrzenie posągu, po czym zszedł na bok i wezwał taksówkę.

- Tak. – Mężczyzna opuścił szybę w samochodzie.

- Po pierwsze – odparł z uśmiechem Harry. – Gdzie jestem?

- Wang Win Yai – odpowiedział taksówkarz. – Gdzie chciałby pan się udać?

- Czy w pobliżu jest farma węży? – zapytał Harry, wchodząc do pojazdu.

- Niedaleko – odpowiedział mężczyzna. – Za tym mostem prosto i trzeba trochę przejechać.

- Więc jedźmy tam – odparł Harry. – Moja koleżanka pewnie już zwiedza to miejsce, a ja chcę zobaczyć czy w ogóle warto.

Taksówka skręciła w uliczkę, która była jedną z wielu odnóg ronda, następnie jechała nią przez kilka przecznic.

- Więc co takiego robi pan w Tajlandii? – zapytał z uśmiechem taksówkarz.

- Zwiedzam. – Harry wzruszył ramionami. – To bardzo ładny kraj.

- A skąd pan jest? – Kierowca spojrzał na Harry'ego w lusterku.

- Wielka Brytania. – Harry spojrzał przez okno w momencie, gdy przejeżdżali przez most.

- Ładne miejsce?

- Nie jest złe – odparł Harry.

Taksówka zjechała z mostu i przejechała obok dużego szpitala.

- Ten duży budynek z przodu to to miejsce.

- Wspaniale – odparł Harry, wyciągając swój portfel. – Proszę mnie wyrzucić na chodniku.

- Miłego dnia. – Kierowca wychylił się i wyciągnął rękę.

- Proszę bardzo. – Harry spojrzał na licznik i podał taksówkarzowi około pięćset batów.*

Harry wyszedł z taksówki. Następnie, po zapaleniu zielonego światła, przeszedł przez ulicę i ogromną bramę, zatrzymując się dopiero przed zapierającym dech w piersiach budynkiem.

Szybko opłacił wstęp, po czym wszedł do parku i zajrzał do ogromnego wybiegu dla dużych węży.

- Dzień dobry – wysyczał do jednego z większych węzy. – Jakim rodzajem węża jesteś?

- Królewską kobrą – odparł leniwie wąż. – Przybyłeś tu, żeby obejrzeć mój występ?

- Tak – odsyczał Harry.

- Zostało jeszcze czasu. – Wąż uniósł głowę.

- Dziękuję. – Harry uśmiechnął się.

- To było niesamowicie interesujące. – Głos dochodzący zza pleców Harry'ego zaskoczył go. – Dawno nie widziałem tutaj kogoś takiego jak pan.

- Jak ja? – Harry uniósł brew.

- Wężoustego – odparł mężczyzna. – Czy powiedział może panu, czy jest tu szczęśliwy?

- Rozmawialiśmy głównie o jego występie. – Harry wzruszył ramionami.

- Fascynujące. – Niski mężczyzna wydawał się odpłynąć na chwilę. – Przepraszam mój brak manier. Jestem doktor Hanuman Kanchanaburi.

- Pan Black. – Harry kiwnął głową. – Czym się pan tu zajmuje?

- Pracuję dla Czerwonego Krzyża – powiedział z dumą doktor. – Używamy jadu węży, żeby tworzyć odtrutki dla pacjentów.

- Brzmi ciekawie. Ile macie tutaj węży? – zapytał Harry.

- Trochę ich jest. – Mężczyzna wzruszył ramionami. – Nie jestem nawet pewien, ja tylko pracuję z jadem… czy mogę się o coś spytać?

- Jasne – odparł Harry.

- Mamy tu kobietę, która jest w posiadaniu niesamowitych próbek krwi, które ponoć ma od niejakiego Pana Blacka. Czy to pan?

- Może być. – Harry wzruszył ramionami. – Moja koleżanka mogła tu przynieść kilka próbek.

- Czy w takim razie moglibyśmy pójść i się z nią spotkać, aby upewnić się, że to nie jakaś pomyłka? – Doktor Kanchanaburi uśmiechnął się. – Bardzo chciałby przeprowadzić z nią eksperyment, Panie Black i wolałbym się upewnić, że on to pan.

- Okej. – Harry zmrużył oczy. Długo to zajmie? Chciałem zrobić dzisiaj jeszcze kilka rzeczy.

- Nie, nie zajmie długo. – Mężczyzna pokręcił głową. – Przynajmniej teraz. Będzie pan miał mnóstwo czasu, żeby wrócić i obejrzeć występ.

Harry poszedł za mężczyzną do budynku i kilka pięter schodami.

- Dzień dobry, Panie Black. – Doktor uśmiechnęła się na widok Harry'ego. – Co pan tutaj robi?

- Profesor wspomniał, że będzie pani odwiedzać to miejsce, więc pomyślałem, że zobaczę co to takiego – powiedział z uśmiechem Harry. – Zaliczyłem bardzo miłą rozmowę z jednym z węży i z doktorem Kanchanaburim.

- Jednym z węży? – Doktor zamrugała oczami zdziwiona. – To bardzo rzadki dar.

- Tak mi powiedziano – powiedział sucho Harry. – Doktor Kanchanaburi chciał czegoś spróbować.

- Chciałem potwierdzić, że nie będzie pan miał problemu z innymi rodzajami jadu. Pomyślałem o tym, jak zobaczyłem pana próbki krwi i próbki jadu bazyliszka – odparł Kanchanaburi. – Jeśli się oboje zgodzicie, to chciałbym wstrzyknąć odrobinę jadu kobry królewskiej do krwi Pana Blacka.

- Nie mam z tym żadnego problemu. – Harry wzruszył ramionami. – A pani?

- Nie wydaje mi się, żeby mogło dojść do jakiegoś uszczerbku – odparła Doktor.

- Doskonale. – Kanchanaburi uśmiechnął się. – Zapewniam, że nie ma dla pana tutaj żadnego niebezpieczeństwa. Mamy ogromne pokłady antytoksyny pod ręką, gdyby jednak byłaby potrzebna.

Harry podwinął rękaw i wystawił gołe ramię.

- Śmiało.

Kanchanaburi wyciągnął małą igiełkę i podał ją Doktor.

- Skoro to pani jest jego regularnym lekarzem, to pani powinna zrobić wkłucie.

- W porządku. – Doktor oczyściła kawałek skóry i wbiła w nią igłę.

- Teraz będziemy monitorować pana przez kilka minut, żeby sprawdzić jakie, i czy w ogóle, jad miał jakiś wpływ na pana krew. – Kanchanaburi uśmiechnął się. – Później chciałbym pobrać kilka próbek krwi do dalszego zbadania.

- Okej – odparł Harry. – Co potem?

- Potem. – Doktor uśmiechnęła się pod nosem. – On na kolanach będzie błagał mnie, żebym przyjęła od niego więcej próbek jadów, które mogłabym panu wstrzyknąć.

- Ofiaruję pani też jedno z moich dzieci, żeby dostać kilka próbek pana krwi i surowych danych. – Kanchanaburi zaśmiał się. – Jest pani złą, złą kobietą, żeby nie podzielić się taką okazją do dalszych badań.

- Och, Hanumanie. – Doktor zatrzepotała filuternie rzęsami. – Mówi pan takie cudowne rzeczy.

- Wszystko zależy od tego, czy zgodzi się pan na dalsze badania – powiedział z uśmiechem Kanchanaburi. – I nie skłamię, mówiąc, że załamię się, jeśli pan tego nie zrobi.

- Proszę bardzo. – Kątem oka Harry zauważył, że Doktor spisała kilka odczytów. – Znaleźliście coś?

- Coś dziwnego – potwierdziła Doktor.

- Co takiego zapytał Kanchanaburi ochoczo.

- Jego krew automatycznie zmieniła swoją strukturę w odpowiedzi na nowy jad i przetransportowała zakażony fragment bliżej kawałka kła. – Doktor pokręciła głową. – Będę musiała przeprowadzić więcej testów.

- Zmieniła jak? – zapytał nerwowo Harry.

- Spodziewałam się, że jad nie będzie miał żadnego wpływu i po prostu nie zadziała. – Doktor spojrzała znad swoich notatek. – Zamiast tego, twoje ciało zmieniło się i dostosowało się do jego obecności, uodporniając cię na nie… Nie jestem tylko pewna, dlaczego został przeniesiony w pobliżu starego ugryzienia.

- Pewnie to funkcja tego urządzenia, które mi przypięliście. – Harry wzruszył ramionami. – Co się teraz stanie?

- Teraz? – Doktor uśmiechnęła się pod nosem. – Pójdzie pan i obejrzy występ. Później zobaczymy, co możemy zrobić z zebranymi danymi.

- Dziękuję, że mogłem z wami pracować. – Doktor Kanchanaburi uśmiechnął się szeroko. – To była czysta przyjemność.

- Cieszę się, że mogłem pomóc. – Harry pomachał im na pożegnanie, po czym wyszedł z budynku i wrócił do wybiegu, gdzie właśnie miał się rozpocząć występ.

Następne kilkanaście minut spędził na oglądaniu, jak mężczyźni podnoszą, karmią i doją węże, które wielkością przewyższały każdego z mężczyzn. Po zakończonym występie Harry opuścił farmę i wezwał taksówkę.

- Gdzie pana zawieźć? – zapytał kierowca Harry'ego, który wszedł do pojazdu.

- Ulica Khao San** – odparł szybko Harry. – Słyszałem, że to dobre miejsce, żeby się zabawić.

- Może. – Kierowca wzruszył ramionami. Ruch uliczny był w miarę lekki, dlatego dotarcie na miejsce nie zajęło dłużej niż kilka minut. Po zapłaceniu za przejazd Harry wyszedł z taksówki i się rozejrzał. Cała ulica była zatłoczona i wypełniona turystami z plecakami. Z uśmiechem na twarzy, Harry wszedł w tłum. Niestety, szybko się zawiódł. Cała ulica wyglądała tak, jakby znajdowały się na niej tylko tanie hostele i agencje podróży. Wzdychając, Harry usiadł na krawężniku przy jednym z niebieskich budynków.

- Coś się stało? – Para szwedek z dorodnymi piersiami zatrzymała się przy Harrym.

- W moim przewodniku było napisane, że to jest wspaniałe miejsce. Ja jednak tego nie widzę – westchnął Harry.

- W nocy jest o wiele lepiej. – Dziewczyny uśmiechnęły się. – Niech pan przyjdzie wtedy, zobaczy pan różnicę.

- Dzięki. – Harry rozpromienił się. – Jadłyście już może śniadanie?

- A czy pan oferuje? – Dziewczyny zachichotały.

- Jasne – odparł Harry. – Gdzie byście chciały pójść?

- Ten niebieski budynek ma dobrą kuchnię włoską – powiedziała jedna z dziewczyn. – Albo możemy się przejść kilka ulic dalej do jednej z budek z lokalnym jedzeniem.

- Tajskie brzmi dobrze. – Harry uśmiechnął się. – Nigdy nie rozumiałem ludzi, którzy przyjeżdżali do jakiegoś kraju i nie kosztowali lokalnej kuchni.

- W takim razie znamy doskonałe miejsce. – Jedna z dziewczyn uśmiechnęła się pod nosem. – Jedzenie jest pyszne i jest niedaleko.

Harry, razem z dziewczynami, poszedł do restauracji, w której złożyli zamówienie.

- Ostrzegamy – powiedziała jedna z dziewczyn. – Jedzenie jest bardzo ostre.

- Nie żartowałyście. – Harry prawie zachłysnął się przy pierwszym kęsie. – Ale dobre jest.

- Jest kilka sklepów, które chciałyśmy później zobaczyć. – Dziewczyny podzieliły się uśmiechem. – Chciałby się pan do nas przyłączyć?

- Jasne. – Harry wzruszył ramionami i gdy tylko wszyscy skończyli jeść, został zaciągnięty do małego sklepiku. Cały przybytek wypełniony był statuetkami z brązu i drewnianymi rzeźbami.

- Czy mogę w czymś wam pomóc? – Dziewczyna za ladą na wejściu obdarowała ich radosnym uśmiechem.

- Chciałabym kupić jedną z tych brązowych statuetek. – Jedna z dziewczyn wskazała na statuetkę za ladą.

- Ja chciałam rzeźby. – Druga wskazała na kilka mniejszych rzeźb. – I czy może je pani zapakować?

- Oczywiście. – Dziewczyna odwróciła się w stronę Harry'ego. – A dla pana?

- Cóż… - Harry rozejrzał się i szybko zauważył jeden przedmiot, który świecił się, gdy spojrzał na niego wzrokiem maga. – Poproszę ten amulet.

- Dobre oko – odparła kobieta. – Wielu ludzi uważa, że przynoszą szczęście.

- Przyda mi się. – Harry zapłacił za swój zakup.

- Czy mógłby pan pomóc nam to wszystko zanieść do pokoju hotelowego? – Dziewczyny ręką wskazały na swoje zakupy. – Nie są ciężkie, ale trochę niezręcznie jest nieść to wszystko na raz, w dodatku bez torby.

- Nie ma sprawy – odparł Harry. – Z chęcią pomogę.

Dziewczyny poprowadziły Harry'ego przez jedną z wielu drobnych uliczek, koło rozpoznawalnego czerwono-białego słupka fryzjera, aby w końcu przejść przez kolejną ulicę do hotelu.

- Niezłe miejsce. – Harry rozejrzał się, podziwiając otoczenie, które wyglądało o wiele lepiej niż zwykłe schronisko dla młodzieży.

- Niezła cena – odparły dziewczyny. – Ale tu jest o wiele czyściej i wygodniej.

Harry wyszedł z ich pokoju kilka godzin później i wezwał taksówkę.

- Dokąd?

- Sukhumvit.*** – Harry zamknął oczy i wsłuchał się w radio.

-o-o-o-o-o-o-o-o-o-

- No i? – warknął Voldemort.

- Znaleźliśmy go, mój panie. – Glizdogon cały się trząsł ze strachu. – Jest w Tajlandii.

- Weź kilku rekrutów i go zabij. – Voldemort zaczynał się męczyć powtarzaniem tego samego scenariusza co kilka dni.

- Dziękuję, panie – odparł Glizdogon. – Będzie tak, jak każesz.

- A to drobny przedsmak tego, co się stanie, jeśli mnie zawiedziesz… CRUCIO!

Peter skręcał się w agonii, dopóki Voldemort nie zniósł zaklęcia. Nie chcąc marnować chwili, szczur szybko wybiegł z pokoju, po drodze zgarniając kilku rekrutów.

- Ty. – Glizdogon wskazał palcem. – I twoi dwaj koledzy.

- Co się stało? – Młody rekrut słyszał historie o tym, co się stało ze śmierciożercami, którzy poszli razem z tym szczurem.

- Czarny Pan rozkazał nam udanie się na polowanie – warknął Glizdogon. – Ze mną.

Trzej śmierciożercy podnieśli się niechętnie i udali się za szczurowatym mężczyzną.

- Chwyćcie za ten świstoklik – warknął Glizdogon.

- Nie ma mowy. – Jeden z odważniejszych rekrutów pokręcił głową. – Słyszałem, co się dzieje z tymi, którzy próbują używać świstoklików przeciwko Panu Blacku.

- Nie użyjemy lokalizacji Blacka. – Glizdogon uśmiechnął się krzywo. – Lądować będziemy kilka ulic dalej… Black nie będzie miał nawet czasu, żeby zadziałać tymi swoimi gierkami.

- Gdzie wylądujemy? – Rekruci starali się zyskać na czasie. Może, jeśli będą zwlekać, Black opuści już tamte rejony.

- Jakieś miejsce, które się nazywa Cowboy. – Glizdogon tracił powoli panowanie nad sobą. – Teraz chwyćcie za ten cholerny świstoklik.

Wysyłając między sobą spojrzenia pełne niechęci, śmierciożercy chwycili za świstoklik.

- Co tu się dzieje? – krzyknął jeden z rekrutów. Cała grupa wylądowała w ogromnym tłumie. Śmierciożerca, który się odezwał, mógł tylko obserwować, jak mugolskie kobiety odciągają jego towarzyszy na bok.

- Nic nie rób. – Glizdogon zdenerwował się faktem, że żadna z dziewczyn nie zdawała się zwracać na niego uwagi. – Nie możemy sobie pozwolić na urządzanie scen… idź w kierunku Blacka, zaatakujemy go, gdy będziemy się mogli przegrupować.

- Zrozumiano. – Śmierciożerca kiwnął głową, po czym poczuł, jak ktoś go zaciąga do pobliskiego baru.

Peter szybko zamienił się w szczura i udał się na miejsce, w którym – według informatora – miał się znaleźć tajemniczy Pan Black.

Przez następne kilka minut, Peter obserwował mężczyznę, którego uważał za swój cel. Chwilę później dołączyli do niego rekruci.

- Co tak długo? – warknął Glizdogon.

- Te dziewczyny były bardzo natarczywe – odparł nerwowo jeden ze śmierciożerców.

- I były silniejsze, niż wyglądały – zgodził się drugi. – Nie chciały mnie puścić.

- Nieważne. – Glizdogon skrzywił się. – Czekamy na dobry moment i atakujemy.

-o-o-o-o-o-o-o-o-o-

Harry wyszedł z taksówki i zaczął przechadzać się długim bulwarem. Okazjonalne spojrzenie kątem oka w przystające uliczki powodowały rumieniec na jego twarzy. Na zmianę zawstydzające i szokujące, Harry podziwiał wszystko, co Bangkok miał do zaoferowania.

Po pewnym czasie, Harry zdał sobie sprawę z dziwnego swędzenia, które odczuwał na plecach. Szybkie rozeznanie wokoło niewiele go uspokoiło, więc szybko skręcił w jedną z bocznych uliczek. Miał nadzieję albo zgubić tych, którzy go śledzili, albo znaleźć bardziej ustronne miejsce do walki z nimi.

Dziesięć minut i wiele zakrętów później, Harry znalazł opuszczoną uliczkę. Ukrywając się we framudze jednych z wielu drzwi, Harry czekał na swoje cienie.

- Wiemy, że tu jesteś, Black – krzyknął nerwowo Glizdogon. – Wyjdź z ukrycia bez swojej różdżki, to nie zaczniemy zabijać mugoli.

- Glizdogon – warknął Harry. Jedna wymamrotana pod nosem inkantacja i z różdżki Harry'ego wystrzelił płomienny bicz.

- Powiedziałem, rzuć różdżkę, to nie zaczniemy zabijać mugoli. – Glizdogon był przekonany, że Black należał do tego typu ludzi, którzy nie pozwalają na śmierć niewinnych. Poza tym myślał nad swoim planem ataku przez cały okres rekonwalescencji.

- Zgiń. – Harry różdżką skierował ognisty strumień w kierunku twarzy szczura.

Glizdogon wrzasnął, czując ogień, który wypalał mu połowę twarzy, a jego ręce gorączkowo szukały świstoklika, który został jego jedynym zbawieniem. Głupi ma zawsze szczęście i szczurowi udało się aktywować przedmiot w ostatniej chwili. Inaczej, kolejny atak Harry'ego zakończyłby jego życie.

Zszokowani śmierciożercy prawie się posikali ze strachu, gdy wzrok Pana Blacka przeniósł się z miejsca, w którym uprzednio stał Glizdogon na nich.

- Do diabła z tym – wrzasnął jeden z rekrutów. – Teleportujemy się stąd.

Pozostali rekruci tylko pokiwali w przerażeniu głowami i spróbowali uciec przed losem. Nieważne z której strony, ryzyko było bardzo duże. Teleportacja była niebezpieczna nawet w kontrolowanych warunkach, dodać do tego stres i adrenalinę… No cóż, można powiedzieć, że szanse przetrwania były niewiele większe niż gdyby zostali.

Harry warknął, widząc uciekających śmierciożerców. W myślach dodał kolejny punkt do listy sytuacji, z których udało się wymknąć temu oślizgłemu szczurowi. Harry westchnął… wszystko układało się zbyt dobrze, aż do tego momentu.

- Co się tutaj dzieje? – Kilkoro mężczyzn wbiegło do alejki z wyciągniętymi różdżkami.

- Atak śmierciożerców. – Harry powoli opuścił różdżkę. – Wszyscy uciekli.

- Pana nazwisko, sir? – Mężczyzna na czele grupy wyjął małe urządzenie nagrywające.

- Pan Black. – Harry nie zauważył wymiany zszokowanych spojrzeń. – I wygląda na to, że tym idiotom znowu udało się popsuć mój dzień.

- Rozumiem. – Mężczyzna wyłączył urządzenie i schował do kieszeni. – Może pan iść.

- Dziękuję. – Harry schował różdżkę i wyszedł z alejki… Dlaczego takie sytuacje przytrafiają się tylko jemu?

- Dlaczego go pan wypuścił? – Jeden oficerów przestrzegania prawa ze zdumieniem obserwował odejście Harry'ego.

- Nie słyszałeś, jak on się nazywa? – Dowódca grupy uśmiechnął się krzywo.

- A co to ma do rzeczy?

- Pan Black to jeden z najbardziej niebezpiecznych ludzi na świecie. – Mężczyzna pokręcił głową. – I z tego, co wiem, nie robi nic bez przyczyny… poza tym, co mnie interesuje, gdy jakiś długonosy zdecyduje się zabijać innych długonosych?

- Sir – wtrącił jeden z milczących do te pory mężczyzn. – Zabezpieczenia wykryły kilka wypadków powiązanych z teleportacją chwilę przed naszym przybyciem… Myśli pan, że powinniśmy o sprawdzić?

- Czemu nie? – Dowódca wzruszył ramionami. – Może być zabawnie.

Cała drużyna zebrała się i udała się kilka ulic dalej, po czym spędziła kolejne minuty na podziwianiu pulsującą masę z ciał, która kiedyś była grupą śmierciożerców, zabijających na żądanie swojego pana.

- Słyszałem, że lubi pozorować wypadki. – Dowódca pokiwał głową z satysfakcją. – Miło wiedzieć, że moje informacje są prawdziwe.

- Co mamy zrobić?

- Zabierzcie ich do kwatery głównej, może uda im się ich poskładać. – Mężczyzna uśmiechnął się. – Chcę się trochę z nimi zabawić.

-o-o-o-o-o-o-o-o-o-

- Co się stało? – Śmierciożerca otworzył oczy.

- Miałem nadzieję, że to ty mi to powiesz. – Śmierciożerca obrócił się w stronę głosu, który wydobył się z niskiego człowieka w oficjalnym mundurze.

- Nic nie powiem – warknął obronnie śmierciożerca.

- Twoi przyjaciele powiedzieli coś podobnego – odparł mężczyzna. – Bardzo dobrze… możesz iść.

- Co? – Oczy śmierciożercy rozszerzyły się.

- Możesz iść. – Mężczyzna w mundurze uśmiechnął się przerażającym uśmiechem. – Z tego, co wiem, to nie złamaliście żadnych zasad, więc jesteś wolny.

- Nie mogę iść. – Śmierciożerca pokręcił głową. – On mnie zabije.

- To już nie mój problem. – Mężczyzna w mundurze wzruszył ramionami. – Nie złamałeś żadnych praw, więc nie mogę cię tu trzymać.

- Złamałem mnóstwo praw – wyjąkał śmierciożerca. – Powiem wszystko, co wiem. Nie pozwólcie tylko, żeby on się do mnie dostał.

- Tak – odparł mężczyzna. – Twoi przyjaciele powiedzieli coś bardzo podobnego.

-o-o-o-o-o-o-o-o-o-

Peter zajął się czymś, co nie przydarzało mu się zbyt często… zaczął myśleć. Wcześniej uznawał, że miał po prostu szczęście, że udawało mu się ujść z życiem bliskich spotkań z Panem Blackiem. Teraz… teraz musiał wziąć bardziej przerażającą opcję pod uwagę.

- Zabija mnie kawałek po kawałku. – Peter aż się zatrząsł. – Robi to powoli, rozciąga to, żeby tylko pogorszyć całą sytuację.

Peter był tchórzem, to była jedna z prawd, którą zdecydował się zaakceptować. Nie był silny, nie był przystojny i nie był odważny. Do Voldemorta dołączył ze strachu, swoich przyjaciół zdradził ze strachu i spędził lata, udając domowego zwierzaka ze strachu.

- Zabije mnie, gdy mu się znudzi ta zabawa. – Peter nie chciał umierać. – Muszę coś wymyślić, żeby wszystko dobrze dla mnie wyszło.

* Bat tajlandzki – waluta, nie narzędzie.

** Droga Khao San – krótka, ale ładna uliczka. Kiedyś sprzedawano tam ryby, teraz za dnia są hotele i schroniska dla młodzieży, a nocą popularne są bary, kawiarenki i wszystkie takie

*** Sukhumvit – fancy dzielnica Bangkoku. Drogie wille, restauracje, bary i sklepy.

Tradycyjne ogłoszenia parafialne:

1 BETA: Salianna. Thank you from the mountain za podpowiedź. Czasami to najprostsze się sprytnie chowa.

2. KOPY W TYŁEK: Nana16210. Za grożenie mojej wenie torebką z cegłami i zabraniem truskawek równie serdecznie ci dziękuję :D

3. Trochę komentarzy (*hint hint* komentujcie)

Farciarz: mindfuck porządny, nie ma co. Raz na jakiś czas trzeba.

Lupus: Voldi na razie musi się zmierzyć z niekompetencją pracowników. Aż czekam na ten odcinek „Kryptonim Szef"

Agugu: Amelia się otrząśnie, silna z niej babka :D

4. Pytanko

Q: Jakiej muzyki obecnie słuchacie? Pytam się obecnie, bo mnie osobiście gust zmienia się na tyle często, że zależy

A: Na chwilę obecną jest to Rihanna, Beyonce, Cardi B, Iron Maiden i Dodie. Taka mieszanka wszystkiego.

Niech żyje Święta Kaczka i do następnego