Rozdział 33.

Stworzenia, los i dużo piwa.

Fragment z przewodnika Harry'ego.

Australia to uroczy kraj z najpiękniejszymi plażami na świecie. Powszechnie znana jest historia powstania tego kraju. Pierwszymi kolonizatorami byli skazańcy, którzy zostali tam zesłani za drobne przestępstwa takie jak kradzież bochenka chleba. Niewielu jednak wie, że ten przepis został ustanowiony przez nieznanego i najprawdopodobniej sfrustrowanego pracownika Ministerstwa, któremu nie spodobało się odwołanie jego wakacji. Napisał prawo, które z grubsza mówiło „każdy obywatel, który ukradnie bochenek chleba powinien zostać ukarany zesłaniem do Australii, gdzie zostanie zmuszony do surfowania i spędzania czasu na najpiękniejszych plażach". Zapis historyczny jest później nie do końca jasny, ponieważ niedługo po uchwaleniu ustawy, wspomniany pracownik Ministerstwa został przyłapany podczas wyżej wymienionego przestępstwa. Tak jak wielu jego następców. Cała ta sytuacja miała zadziwiający efekt uboczny. Większość najbardziej utalentowanych pracowników Ministerstwa znalazło swoje miejsce w Australii, zostawiając Wielką Brytanię pod opieką niekompetentnych i skorumpowanych idiotów. Warto zauważyć, że konsekwencje tej ustawy do dziś mają wpływ na magiczną Anglię (dalsze informacje w dziale o wyborach obecnego Ministra Magii Korneliusza Knota).

Australia jest pełna niebezpieczeństw i każde zwierzę znajdujące się na terenie tego kraju może zostać przydzielone do jednej z trzech kategorii: jadowite, niebezpieczne i owce. Wszystko przez ogromne pokłady naturalnej magii, której poziom jest jeden z najwyższych na świecie. W wyniku czego, magiczna australijska fauna jest tak rozmaita, że nie sposób ukryć jej przed niemagiczną populacją. Problem usiłowano rozwiązać w różnoraki sposób. Jednak jedyną opcją był brak prób ukrycia mniej oczywistych zwierząt. Większość ludzi pozbawionych magii uważa takie zwierzęta jak kangury czy misie koala za zupełnie przyziemne. Takie podejście nie zawsze było skuteczne, więcej na ten temat w sekcji o wilkoworze tasmańskim w załączniku teta23.

-o-o-o-o-o-o-o-o-o-

- Co dla mnie masz, Profesorze? – zapytał mężczyznę Harry.

- Pracowałem bez chwili wytchnienia, jak tylko usłyszałem o twoich planach, żeby polecieć do Australii. Stworzyłem wyspecjalizowany ekwipunek do przetestowania. – Profesor odwrócił się. – Pomocnico, przynieś urządzenie.

- Tak jeft, mój mifcu. – Pomocnica, wlekąc się, przyciągnęła dużą skrzynię.

- Połóż na stole – powiedział do swojej asystentki Profesor. – I mów normalnie, powiedziałem to raz i powtórzę to jeszcze tysiąc razy. Nie sepleń.

- Próbowałam tylko stworzyć odpowiednią atmosferę. – Dziewczyna spojrzała piorunującym wzrokiem na swojego pracodawcę. – Ktoś musi, biorąc pod uwagę fakt, że ostatnio odmawiasz rechotania jak szaleniec.

- Już o tym rozmawialiśmy, Pomocnico. – Profesor zignorował spojrzenie. – I chyba tylko ja nie chcę zostać oskarżony o naruszenie praw autorskich. Wracaj już do pracy.

- Jeszcze wrócimy do tej rozmowy. – Pomocnica obrzuciła Profesora jeszcze jednym gniewnym spojrzeniem, po czym uśmiechnęła się do Harry'ego. – Jak tylko Pan Black wyjdzie, my utniemy sobie małą pogawędkę.

Profesor wzdrygnął się, patrząc na oddalające się plecy asystentki.

- Mam kłopoty, prawda?

- Albo to, albo trzyma cię w napięciu, bo czegoś od ciebie chce. – Harry wzruszył ramionami. – Ale nie wydaje mi się, żeby na krótką metę to miało znaczenie.

- No cóż. – Profesor skupił swoją uwagę na skrzyni. – Jak już wiesz, prawie każde zwierzę w Australii podpada pod trzy kategorie: jadowite, niebezpieczne i owce. I dlatego stworzyłem to cudeńko. Jest to jedno z popularniejszych urządzeń do personalnej ochrony. Tylko lepsze i nowocześniejsze.

- Wow – odparł Harry, otwierając skrzynię. – Dlaczego… dlaczego to wygląda jak patyk?

- To nie jest tylko patyk. – Profesor wyglądał na zirytowanego. – Jest wzmocniony przez nano rurki z włókna węglowego, wyważone idealnie, aby zadawać jak największe obrażenia. Zaczarowany tak, żeby nie ważył wiele, zwiększając tym samym bezwładność. W zestawie jest jeszcze eleganckie opakowanie.

- O…kej – odparł Harry. – I co ja mam z tym zrobić?

- Gdy będziesz podróżował po Australii, nieuniknione jest spotkanie z lokalną fauną i florą – zaczął wykład Profesor. – A gdy już je spotkasz, to uderzasz je swoim urządzeniem zanim miałoby szansę zaatakować.

- Przyda mi się. – Harry uniósł kijek i zważył go w ręce.

- Dobrze – odpowiedział z satysfakcją Profesor. – Zanim pójdziesz to mam pytanie.

- Co tam?

- Mogę pożyczyć twoje nowe urządzenie do personalnej ochrony? – zapytał nerwowo Profesor. – Nadal czeka mnie ta rozmowa z Pomocnicą. Gdy już do niej dojdzie, to chciałbym mieć przy sobie logikę, rozum i porządny kij przy boku.

- Ja już sobie pójdę. – Harry wycofał się z pokoju i teleportował się na ziemię.

się po nowym terenie, Harry poczuł przypływ energii. Magia wydawała się tu być tak powszechna jak powietrze.

-o-o-o-o-o-o-o-o-o-

Peter zaczynał się denerwować. W całym życiu miał tylko jeden cel… przeżyć. Trzęsąc się ze strachu, usiadł na swoim łóżku i próbował zasnąć. Wszystko powoli kierowało go do smutnego zrozumienia, że nie zostało mu dużo czasu. Czarny pan nie przestanie wysyłać go w pogoni za Panem Blackiem… a Pan Black pewnie nie przerwie swoich… planów.

- Gdybym tylko wiedział, gdzie jest Harry – westchnął Glizdogon. – Jest na tyle głupi, że dałby się nabrać na ckliwą historyjkę o poczuciu winy i przejściu na ich stronę. Wątpię, żeby Black mnie zabił, jeśli Harry pozwoliłby mi żyć.

Trzask z oddali wyprowadził Petera z równowagi, doprowadzając go prawie do zmoczenia spodni.

- Może Dumbledore? – Peter zadrżał. – Ten stary głupiec zawsze lubił dawać drugą szansę. Pytanie tylko, czy Black odpuściłby i dałby pracować starcowi. Pewnie nie.

Łzy popłynęły po twarzy Petera. Co on takiego zrobił, żeby sobie na to zasłużyć?

-o-o-o-o-o-o-o-o-o-

Harry zrobił to, co robi wielu podróżników po raz pierwszy w nowym miejscu. Znalazł bar.

- Dobry – rzucił na powitanie jeden z gości. – Nowy w mieście?

- Właśnie przyjechałem – odparł Harry. – Ładnie tu macie.

- Tak Bóg stworzył – odparł mężczyzna.

- Mogę poprosić piwo? – Harry uśmiechnął się do ładnej barmanki. – Cokolwiek uważa pani za dobre.

- Proszę bardzo. – Kobieta postawiła przed Harrym kufel z trunkiem. – Na zdrowie.

Harry i grupa nowopoznanych przyjaciół spędziła kilka godzin na piciu, dopóki jeden z grupy nie rzucił pomysłu przejścia do innego przybytku. I w taki oto sposób nasz bohater i dwunastka towarzyszy z trudem udali się na poszukiwanie kolejnego baru.

- Ej, patrzcie… jaka duża mysz. – Harry spróbował się skupić na dużym, wściekłym kangurze, który blokował mu drogę.

- Kolego, po prostu się pomału wycofaj. – Jeden z nagle otrzeźwiałych kompanów był zbyt zajęty próbą ocalenia nowego kolegi przed raczej bolesnym spotkaniem z naturą.

- Co? – Harry potknął się i cudem uniknął kopniaka we wrażliwe miejsce. – Chcesz się bić, tak? Dobra, bijemy się.

Grupa pijanych obserwatorów w szoku przyglądała się jak ich nowy kumpel pijacko buja się na boki próbując uniknąć ciosów, po czym jednym niezdarnym sierpowym powalił przeciwnika na ziemię.

- Chodź, pójdziemy teraz tędy, kolego. – Jeden z kumpli wziął Harry'ego pod ramię. – Następny bar jest na końcu ulicy.

- Nie chciałem walczyć. – Harry potknął się o własne nogi. – Nigdy nie chcę walczyć, ale to kłopoty same mnie szukają.

- Nie martw się tym. – Harry został poklepany po plecach. – To on zaczął. Nie było nic, co mógłbyś zrobić.

- Chciałem spędzić trochę czasu w ciszy i patrz, co się musiało stać. – Harry'emu odbiło się alkoholem. – Dlaczego to się zawsze przytrafia właśnie mi.

- Nie wiem. – Mężczyzna wzruszył ramionami. – Ale wiem, że kolejne piwo poprawi ci humor.

- Tak, ja… - Harry zamarł. – Zawsze chciałem mieć coś takiego.

- Jakie coś takiego? – Kolega Harry'ego zamrugał zdziwiony. – Och. Dobra, postaraj się tylko nie spaść.

- Co się tutaj dzieje? – Policjant wyszedł ze swojego stanowiska i ze zdumieniem obserwował mężczyznę, który wspinał się po ścianie budynku… i chyba próbował ukraść znak.

- To Brytyjczyk, dzisiaj go poznaliśmy, więc zabraliśmy go do baru. Fajny facet, trochę bardzo entuzjastyczny, ale kurde, potrafi wypić.

Posterunkowy zaśmiał się i schował notes do kieszeni koszuli.

- Nie ma problemu, przypilnujcie po prostu, żeby nie wpakował się w kłopoty.

-o-o-o-o-o-o-o-o-o-

- Moja głowa. – Harry wygrzebał się spod stosu zebranych znaków drogowych i rozejrzał się. – Co ja robiłem zeszłej nocy… i przy okazji, gdzie ja jestem?

- Dobry. – Bardzo opalona twarz spojrzała na w dół. – Zastanawiałem się, kiedy się w końcu obudzisz.

- Gdzie ja jestem? – Harry rozejrzał się po pustynnym pejzażu. – I jak się tu dostałem?

- Pojawiłeś się tutaj na miotle w nocy. – Uśmiech mężczyzny powiększył się. – Coś zimnego do picia?

- Jasne. – Harry wziął od mężczyznę puszkę po oleju i spróbował sobie przypomnieć wydarzenia z zeszłego wieczora. – Pamiętam… że się z kimś biłem… coś o znaku… później mam pusto.

- Nie martwiłbym się tym. – Mężczyzna wzruszył ramionami. – Co ma być to będzie.

- Chyba tak – odparł Harry. – Gdzie ja jestem?

- Nigdzie – odpowiedział mężczyzna. – Najbliższe miasto to Coober Pedy, jeśli coś ci tu mówi.

- Nie. – Harry potarł oczy. – Ale w tym momencie nie miałoby znaczenia. Równie dobrze mógłbym się tu urodzić. Nie jestem w stanie myśleć.

- Jestem w ogóle zdziwiony, że możesz oddychać po tych wszystkich ukąszeniach pająków – zaśmiał się mężczyzna. – Chyba po prostu masz szczęście.

- Ukąszenia pająków?

- No. – Mężczyzna kiwnął głową. – Myślałem, że cię straciliśmy… nie miałem czasu przygotować jakiegoś eliksiru i nie miałem żadnego pod ręką, ale ci się udało… nie mogę powiedzieć tego samego o pająkach.

- Och. – Harry zamrugał oczami. – Jestem Pan Black.

- Ludzie w okolicy nazywają mnie Mechanikiem – powiedział z uśmiechem mężczyzna. – Głównie dlatego, że lubię sobie pokombinować z różnymi przedmiotami, magicznymi i nie.

- Miło mi pana poznać – odparł Harry. – Wiesz może jak się tu znalazłem?

- Wiesz tyle samo, co ja. – Mechanik wzruszył ramionami. – Wpadłeś tu zeszłej nocy, miałeś przy sobie miotłę, ale ona nie nadawała się do żadnej podróży.

- Naprawdę? – Pulsujący ból zaczął powoli ustępować. – Znasz kogoś, kto mógłby ją naprawić?

Mechanik wciągnął powietrze przez zęby.

- Nie wiem. Spojrzałem na nią i jest brzydka jak wiadro zmiażdżonych krabów i tak samo przyjazna podróżnikowi. Chyba dałbym radę ją naprawić, ale znalezienie części to będzie prawdziwa cholera. Zastanawiałeś się może nad czymś takim? – Mechanik uniósł dziwne urządzenie, które wyglądało jak połączenie fałdowanego arkuszu żelaza, żyłki wędkarskiej i połowy rolki taśmy klejącej. – Majstrowałem przy niej jakiś czas i udało mi się podwoić wyniki Błyskawicy. Z drugiej strony, Błyskawica wcale nie jest taka najlepsza. Zero wytrzymałości, jedno dobre ugryzienie skorupiaka czy bunyipa i rozpada się na kawałki… Jeszcze piwa?

- Jasne. – Harry wzruszył ramionami. – Chcesz pracę?

- Co? – Mechanik rzucił kolejną puszkę po oleju.

- Mam przyjaciela, który z radością by cię poznał – wyjaśnił Harry. – Parę przyjaciół, dokładnie mówiąc. Oni też lubią wymyślać różne rzeczy.

- Nigdy nie powiedziałem, że jestem wynalazcą. – Mechanik marszczył brwi. – Po prostu lubię pomajstrować w wolnym czasie.

- Ale nadal – naciskał Harry. – Wydaje mi się, że będziesz świetnym dodatkiem do naszej drużyny. Moi przyjaciele są wspaniali, ale czasami mogą być trochę… oderwani od rzeczywistości.

- Głowy utknęły w chmurach? – Mechanik pokiwał głową.

- Dobrze mieć w pobliżu kogoś, kto nie jest szalony – zadumał się Harry. – Masz połączenie z Fiuu?

- Nigdy nie potrzebowałem. – Mechanik wzruszył ramionami.

- Mogę więc zostawić ci komórkowe Fiuu? – Harry wyciągnął jedną zapalniczkę z kieszeni. – W razie gdybyś zmienił zdanie? Jeśli to jest w połowie tak dobre, jak mówisz, że jest, to wiem, że będzie na to zapotrzebowanie.

- Może i tak. – Mechanik podrapał się po podbródku. – Pomyślę o tym i najwyżej dam znać.

- O tyle tylko proszę – odparł Harry. – Jak to działa?

- Dokładnie tak, jak zwykła miotła – odparł Mechanik. – Mam nadzieję, że wiesz jak działają?

- Wiem. – Harry kiwnął głową. – Ale czy ludzie nie zobaczą mnie po drodze do… jak się nazywała ta miejscowość?

- Coober Pedy. – Mechanik uśmiechnął się. – Nie martw się tym, miejscowi nie wtrącają się w nie swoje sprawy i żaden turysta nie spodziewa się zobaczyć czegoś dziwnego tak daleko od cywilizacji.

- Ok. – Harry wzruszył ramionami. – Dzięki. Czy zaklęcie wskazujące drogę poprowadzi mnie w kierunku Coober Pedy?

- Zanim pójdziesz pozwól, że nauczę cię kilku zaklęć, które mogą uratować ci życie na pustyni. – Mechanik uśmiechnął się. – Australia to jedno z piękniejszych miejsc na ziemi, ale też jedno z najmniej gościnnych.

- Zawsze z radością uczę się nowych zaklęć. – Harry uśmiechnął się. – Zwłaszcza jeśli mogą utrzymać mnie przy życiu.

- Chęć nauki na tyle, żeby przeżyć wysuwa cię na przód połowy turystów, którzy się tu zjawiają. Pierwsze zaklęcie, to zaklęcie na wykrywanie źródeł wody.

-o-o-o-o-o-o-o-o-o-

- Ponownie udało nam się zlokalizować Pana Blacka, mój panie – wyjęczał losowy śmierciożerca numer 221.

- Powiedz Glizdogonowi, żeby zebrał kolejną drużynę i za nim ruszył – westchnął Czarny Pan. – I powiedz im, żeby to w końcu zrobili porządnie.

- Dziękuję ci, mój panie. – Śmierciożerca prawie wybuchnął płaczem, gdy dowiedział się, że nie musi być w tej drużynie. – Będzie tak, jak każesz.

- Crucio. – Czarny Pan ze znużeniem rzucił klątwę. Powoli zaczynała go nudzić… musi znaleźć nowe zaklęcie sprawiające ból.

- Dziękuję, mój panie. – Po zakończeniu klątwy, śmierciożerca wił się jeszcze na podłodze. Następnie szybko skoczył na nogi i uciekł z sali, zanim Voldemort mógłby zdążyć przydzielić go do tej samobójczej misji.

- Glizdogonie. – Śmierciożerca próbował wyglądać wrednie, ale szyki popsuł mu dobry humor. – Nasz pan ma dla ciebie zadanie.

- Jakie? – Peter musiał skupić się na swoim pęcherzu, żeby nie stracić nad nim kontroli.

- Czarny Pan chce, żebyś zebrał drużynę i położył kres życiu Blacka raz na zawsze. – Śmierciożerca uśmiechnął się pod nosem. – Już wysłałem kogoś po świstoklik.

-o-o-o-o-o-o-o-o-o-

- Potrzebujemy kolejnego świstoklika. – Zamaskowany śmierciożerca spojrzał na sprzedawcę. – Z każdą liczbą zabezpieczeń jakie pan zna.

- Nie ma sprawy. Ale będzie to was kosztować. – Sprzedawca wzruszył ramionami.

- Nieważne. – Śmierciożerca machnął ręką. –Niech się pan tylko upewni, że ludzie nie pojawią się nad jakąś przepaścią… i niech się pan upewni, że nie można ich kontrolować z zewnątrz i że nie spowoduje ponownego pojawienia się w miejscu, które jest za małe, żeby ich pomieścić.

- Mam coś idealnego dla was. – Sprzedawca świstoklików pokiwał głową. – Wylądujecie na ziemi i nie można go w żaden sposób zmanipulować.

- Naprawdę. – Zamaskowany śmierciożerca uniósł brew.

- Jeśli stanie się cokolwiek złego. – Sprzedawca uśmiechnął się pod nosem. – To nie będzie to z powodu świstoklika.

- Jest pan tego pewien?

- Tak. – Sprzedawca stracił już rachubę tego, ilu śmierciożerców wysłał na pewną śmierć. Niby nie było to takie ważne, ale miło byłoby znać przynajmniej zaokrągloną liczbę.

-o-o-o-o-o-o-o-o-o-

- Czy wszyscy są gotowi? – Glizdogon rozejrzał się, oczami szukając wymówki, aby opóźnić atak.

- Tak – rozległ się chór depresyjnych głosów.

- Nikt nie musi skorzystać z toalety? – Peter chwytał się brzytwy. – Wszyscy mają swoje różdżki?

- Tak. – Ramiona opadły.

- Okej. – Glizdogon zamknął oczy. – To zaczynamy.

Śmierciożercy natychmiast przybrali pozy do pojedynku i czekali… i czekali.

- Jesteś pewny, że to jest lokalizacja Blacka? – odezwał się jeden śmierciożerców.

- Tak. – Glizdogon posikał się. – On po prostu czeka aż przestaniemy uważać.

- Hej! Co to takiego?

Zebrani śmierciożercy spojrzeli we wskazanym kierunku.

- Wygląda jak jakieś zwierzę. Dźgnij go jakimś patykiem czy coś.

- Okej. – Śmierciożercy chwilę zajęło przetransmutowanie kamienia w patyk. – Zaraz zobaczymy.

Pierwszą wskazówką Glizdogona, że coś poszło nie tak było ciche warczenie tajemniczej kreatury. Drugą wskazówką, że coś poszło nie tak, był przeraźliwy wrzask jego drużyny, która właśnie była rozszarpywana przez to niewinnie wyglądające zwierzątko. Trzecią, i ostatnią, wskazówką, że coś poszło straszliwie nie tak był ostry ból w pośladkach, które obecnie znajdowały się w pysku stworzenia… Dopiero wtedy Glizdogon wytrzeźwiał na tyle, żeby aktywować świstoklik powrotny.

Ponad nimi, nieświadomy rzezi, jaka miała miejsce na ziemi, Harry Potter testował nową miotłę na wszystkie sposoby. Jeśli ten Mechanik nie będzie chciał dla niego pracować, to on będzie musiał tam wrócić po więcej tych cudeniek… Były niesamowite. Mechanik nie żartował, gdy mówił, że są lepsze niż Błyskawica.

-o-o-o-o-o-o-o-o-o-

Glizdogon pojawił się przed grupą podekscytowanych śmierciożerców.

- Nie dało rady… wszyscy zginęli.

- To wiemy – odparł jeden ze starszych śmierciożerców. – Jak zginęli?

- Co? – Glizdogon z całej siły uciskał to, co zostało z jego pośladków. – Pomocy.

- No tak. – Śmierciożerca rzucił kilka zaklęć tamujących krew. – No to jak zginęli?

- Black wyczarował jakieś straszliwe stworzenie i kazał mu nas zaatakować – powiedział Glizdogon pomiędzy wrzaskami z bólu. – Rozerwało ich na kawałki zanim mieliśmy szansę zaatakować.

- W porządku. – Śmierciożerca rozejrzał się. – Kto miał rozerwanie przez jakąś przerażającą kreaturę?

- Ja miałem. – Jeden z nowszych rekrutów pomachał kwitkiem. – Jej, wygrałem całą pulę.

- Gratulacje. Twój wkład zgarnął ci dziesięć tysięcy galeonów… A teraz. Kto postawił na przeżycie Glizdogona, ale ze rujnowanymi pośladkami?

-o-o-o-o-o-o-o-o-o-

Harry wylądował koło czegoś, co wyglądem przypominało statek kosmiczny. Wzruszając ramionami, Harry odwrócił się do najbliższej osoby.

- Przepraszam – powiedział z uśmiechem Harry.

- Tak? – Mężczyzna uniósł brew.

- Może mi pan powiedzieć, gdzie znajdę najbliższy bar? – westchnął Harry. – Z jakiegoś powodu chcę napić się czegoś, co nie jest wodą.

- Mogę to zrozumieć. W dół ulicy i na lewo… i tak dla informacji, bar jest pod ziemią.

- Och. – Harry zamrugał. – Brzmi ciekawie.

- Miłej zabawy. Zostałbym i pogawędził, ale opale same się nie znajdą.

- Powodzenia. – Harry poszedł w kierunku, który wskazał mu mężczyzna.

- Co mogę dla ciebie zrobić? – Barman uniósł brew.

- Kufel czegoś dobrego. – Harry ziewnął.

- Proszę bardzo. – Barman postawił przed Harrym kufel z trunkiem. – Nowy w mieście?

- Tak, ja… no niech to cholera. – Harry ręką strzepnął pająka na ladę baru.

- Kolego. – Barman zbladł. – Nie wiem jak ci o powiedzieć, ale… no cóż.

- On próbuje powiedzieć, że… - Wszyscy w barze zastygli w szoku, widząc jednego z najbardziej jadowitych pająków wijącego się w bolesnych konwulsjach. – Cor… spójrz na to.

- Biedak nie miał żadnych szans. – Barman pokręcił głową, widząc ostatnie próby ucieczki przez pająka.

- Przepraszam za to. – Harry wzdrygnął się. – Z jakiegoś powodu ciągle mi to robią… nie wiem czemu.

- Nie martw się. – Barman otrząsnął się z szoku. – Mówiłeś, że jak się nazywasz?

- Pan Black – westchnął Harry.

- Ach. – Barman pokiwał głową, jakby o wszystko wyjaśniało.

- Ach – odezwali się wszyscy w barze.

- Jeszcze jedno piwo?

- Jasne. – Ten kraj zaczynał mu się podobać. Żadnych ataków śmierciożerców, uprzejmi ludzie, mógł przyzwyczaić się do ukąszeń pająków. W końcu to nie jest tak, że są jadowite… prawda?

-o-o-o-o-o-o-o-o-o-

- Słyszeliście ten kawał o tym, jak Ministerstwo zdecydowało się oddać dowództwo nad walką z śmierciożercami Blackowi? – Niewymowny napił się swojego trunku.

- Opowiedz. – Jeden z niewymownych uniósł rękę w stronę barmana, sygnalizując następną kolejkę.

- No dobra. Minister zebrał Umbitch, aurorów i Blacka razem i wypuścił królika w Zakazanym Lesie. – Niewymowny zachichotał. – Powiedział, że ktokolwiek złapie królika pierwszy otrzyma tytuł najlepszego i wolną rękę w działaniu ze śmierciożercami. Umbitch spojrzała na las i stwierdziła, że króliki to kłamstwa. Aurorzy weszli do lasu z pięćdziesiątką ludzi i wyszli z dziesiątką po ciężkiej bitwie z królikiem. Ledwo uszli z życiem. A Pan Black… on nawet się nie pojawił… trzy dni później królik zmarł… z „przyczyn naturalnych".

Mężczyźni wybuchli śmiechem. W końcu jeden opanował się na tyle, żeby dodać.

- Chyba powinno być, że królik zmarł… w „wypadku".

To, oczywiście spowodowało kolejną rundę śmiechu. Łatwo zgadnąć, że ten kawał nie został zbyt dobrze odebrany w Ministerstwie Niekompetencji… znaczy w Ministerstwie Przestrzegania Prawa Czarodziejów, gdy już tam w końcu dotarł.

Jestem z nowym rozdziałem, mimo wielu technicznych problemów xD

Tradycyjnie:

Salianna – podziękowania za betę i rozważania o Marvelu.

Nana16210 – za umiejętne kopy w tyłek i groźby zakopania żywcem.

Guest – co by było, gdyby Harry nawiedził Polskę. Albo lud chwyciłby za widły, albo… sama nie wiem.

Farciarz – szalona kaczka to najlepsza kaczka. Bez dwóch zdań ;) i przepraszam? Za to, że się szybko rozdziały czyta?

Toudix – Świetnie chore to jest dobre określenie.

Pytanie: Skoro tu tyle alkoholu (pamiętajcie, tylko 18+), ulubiony napój? Nie tylko alkoholowy.

A: Ja uwielbiam herbatę, sencha skradła mi część serca przeznaczoną dla napojów. A alkoholu nie piję, fuj.

Niech żyje Święta Kaczka i do następnego!