Rozdział 34.

Opale, porody i myśleliście, że to koniec teorii?

- Więc czym się pan zajmuje, Panie Black? – zapytał barman i cały bar zamarł w oczekiwaniu na odpowiedź.

- Jestem kolesiem na wakacjach. – Harry wzruszył ramionami. – Przyznam, pomogłem kilku osobom, ale poza tym… po prostu chcę się trochę zabawić.

Tak, to był Pan Black… a nie ktoś, kto by się pod niego podszywał, aby zgarnąć piwo na koszt firmy.

- Co pana do nas sprowadza? – Barman uniósł brew. – Kopalnie?

- To po prostu najbliższe miasto na mojej drodze. – Harry napił się swojego trunku. – Jakieś propozycje?

- Mógłby pan spróbować swojego szczęścia w kopalni opalu – odparł jeden z klientów. – Wokół nich w końcu zbudowano to miasto.

- Brzmi ciekawie – powiedział z uśmiechem Harry. – Jak się za to zabrać?

- Nabyć kawałek ziemi i zacząć szukać. – Mężczyzna wzruszył ramionami. – Nie ma pewności, że coś się znajdzie, ale dla mnie to sama zabawa.

- Jak długo to może zająć? – Harry napił się piwa. – Spodziewam się przyjaciół za kilka godzin.

- Jestem Henry Blake i wie pan co? – Henry uśmiechnął się. – Pozwolę panu pogrzebać na mojej ziemi przez te kilka godzin do przyjazdu pana znajomych. I może pan zatrzymać wszystko, co pan znajdzie.

- Spoko. – Harry dokończył trunek. – Nie wiem, czy będę to robił tak długo, ale brzmi ciekawie… jak wygląda opal?

- Wystarczy kopać, dopóki się nie słyszy dźwięku zbitego szkła i zatrzymać kamienie, które ten dźwięk wydają.

- Okej – odparł Harry. – Gdzie twoja ziemia?

- W dół korytarza do czerwonych drzwi – wskazał Henry. – Zapukaj do drzwi i powiedz mojej żonie to, co ja ci powiedziałem, ona ci pokaże gdzie kopać.

- Dzięki – odpowiedział Harry. – Ale dlaczego wejście do twojej kopalni jest u na końcu korytarza?

- Bo to też mój dom. – Henry zaśmiał się. – Gdy kopaliśmy na podwórku znaleźliśmy wystarczająco opali, żeby opłacić konstrukcję. Mam maluszka w drodze i trochę powiększam dom. Nie znalazłem wiele, ale coś mi mówi, że to jeszcze nie koniec.

- Więc to nie jest tak, że pozwalasz mi kopać na swojej ziemi. – Harry uśmiechnął się pod nosem. – Po prostu próbujesz mnie wykorzystać do wykopania następnego pokoju.

- Przyłapałeś mnie, kolego. – Henry zaśmiał się. – Pamiętaj, że życzę ci wszystkiego dobrego. Wiem, że tam w dole jest więcej opali.

- Dzięki. – Harry uśmiechnął się. – Widzimy się za kilka godzin.

- Tyle, ile potrzebujesz – krzyknął za Harrym Henry. – Z moim szczęściem to będą trojaczki i mogę potrzebować większego pokoju niż myślałem.

- Igrasz z ogniem. – Jeden z klientów napił się swojego napoju. – Black potrafi zabić z zimną krwią… widziałeś, co się stało z tym pająkiem.

- Może to i morderca, ale jest po naszej stronie. – Henry uśmiechnął się. – Nie jestem przestępcą. Moja żona też nie. Co nam szkodzi pozwolić mu na odrobinę zabawy?

- Z twoim szczęściem to znajdzie mnóstwo opali i wyczyści cały pokój – dodał swoją opinię barman. – Będziesz miał pokój dla dziecka, a Black będzie miał miliony dolarów.

- Pewnie tak – odparł Henry. – Ale ja nadal będę miał ten pokój po dziesięciu latach, kto wie, co się stanie z tymi pieniędzmi.

-o-o-o-o-o-o-o-o-o-

- Przepraszam. – Harry zapukał do czerwonych drzwi.

- Tak? – Drzwi otworzyła bardzo piękna rudowłosa kobieta w bardzo zaawansowanej ciąży. – Co mogę dla ciebie zrobić?

- Henry powiedział, że mogę spróbować u niego szczęścia przez kilka godzin. – Harry uśmiechnął się. – Oczywiście tylko, jeśli nie ma pani nic przeciwko.

- Zdajesz sobie sprawę, że próbuje cię wykorzystać, bo jemu samemu się nie chce kopać tego pokoju? – Kobieta uniosła brew. – Próbował tak wykiwać już kilku turystów w tym tygodniu.

- Wiem – odparł Harry. – I pewnie jestem pierwszy, który jest na tyle głupi, żeby się na to nabrać. Zwłaszcza, gdy już się przyznał.

- Tu masz rację. – Kobieta zaśmiała się. – Wejdź i rozgość się. Jestem Daphne.

- Pan Black. – Harry uśmiechnął się. – Miło mi cię poznać.

- Nazywasz się Pan Black? – Oczy Daphne rozszerzyły się.

- Tak, a co?

- Nic. – Daphne wzruszyła ramionami. – Zaraz przyniosę ci szpadel i pokażę co i jak.

- Dzięki. – Harry podążył za kobietą.

- Oto i on. – Kobieta ręką wskazała na w połowie wykopany pokój. – Tylko nie przekopuj się przez tę ścianę.

- Co mam zrobić z ziemią? – Harry rozejrzał się.

- Napełnij wiadra – powiedziała z uśmiechem Daphne. – Później każę Henry'emu je wynieść… coś w końcu musi zrobić.

- W końcu – zgodził się Harry.

- Pozwól, że coś ci przyniosę do picia. – Daphne uśmiechnęła się. – Nie mogę pozwolić, żebyś robił to wszystko za nic.

- Dziękuję. – Harry podniósł szpadel i zabrał się do roboty.

Kilka minut później, Daphne wróciła do Harry'ego z dzbankiem lemoniady.

- Nie pracuj zbyt ciężko. Większość nowych pracuje za ciężko na samym początku, a później narzekają na problemy przez przegrzanie czy picie za mało wody. Chcę, żebyś przestał, jak tylko zacznie ci się kręcić w głowie, okej?

- Okej. – Harry napił się lemoniady. – Dzięki.

- Będę w pokoju obok, jeśli będziesz czegoś potrzebował. Miłej zabawy.

- Dziękuję. – Harry odłożył szklankę.

Harry kopał przez kilka minut i w końcu usłyszał brzdęk rozbitego szkła. Sięgając ręka, znalazł i wyjął mały kamień oblepiony gliną.

- No dobra. – Harry uśmiechnął się, przyglądając się kamieniowi z niebieskawym, szklanym wnętrzem. – Chyba znalazłem mój pierwszy opal… Super.

Harry z powrotem zabrał się do pracy i co chwila znajdował opale. Już po kilku minutach w jednym rogu pokoju utworzyła się mała kupka kamieni. Niedługo potem Harry zdecydował, że wystarczy już mu tej przygody jako poszukiwacz minerałów i wybrał kilka mniejszych kamieni na prezenty, zostawiając pierwsze znalezisko dla siebie. Następnie wyszedł z pokoju w poszukiwaniu gospodyni.

- Już skończyłeś? – Daphne uśmiechnęła się. – Dopisało szczęście?

- Znalazłem kilka kamieni. – Harry uśmiechnął się, wyciągając kilka sztuk z kieszeni. – To jest pierwszy, który znalazłem. Ładny, prawda?

- Rzeczywiście – odparła Daphne. – Gratulacje, możesz nazwać się poszukiwaczem op… Och.

- Co się dzieje? – Oczy Harry'ego rozszerzyły się ze strachu.

- Dziecko chce już wyjść. – Daphne oparła się o ścianę.

- Zrelaksuj się. – Harry wyciągnął swoje kieszonkowe Fiuu. – Zadzwonię po lekarza.

- Pospiesz się. – Daphne miała na warzy napięty uśmiech. – Bo nie wydaje mi się, żebym mogła czekać.

- Już się spieszę. – Harry wyszedł na korytarz. – Profesorze, słyszysz mnie?

- Słyszę cię, mój przyjacielu – odpowiedział głos Profesora. – Jesteśmy tuż nad twoją lokalizacją. Właśnie miałem do ciebie dzwonić.

- Niech Doktor tu jak najszybciej zejdzie. Najlepiej natychmiast. – Harry z trudem zmusił się do zachowania spokoju. – Tu kobieta właśnie rodzi.

- Jesteśmy w drodze. – Profesor od razu spoważniał. – Doktor kazała przekazać, żebyś tam poszedł i czekał na nasze przyjście. Będziemy za kilka minut… Pomocnica mówi, że też z nami zejdzie.

- Okej. Bez odbioru.

Harry w pośpiechu wrócił do pokoju i usiadł koło Daphne.

- No i? – Oczy kobiety skupiły się na twarzy Harry'ego.

- Doktor pojawi się tu za kilka minut. – Harry ugryzł się w dolną wargę. – Kazała mi tu z tobą siedzieć do ich przybycia… mmm… głęboki wdech?

- To twój pierwszy raz, co? – zaśmiała się Daphne.

- Tak. Twój też?

- Też. – Daphne chwyciła rękę Harry'ego. – Ale możemy się nauczyć razem.

- Chyba tak. – Harry przelotnie spojrzał na drzwi. – Gdzie oni są?

- Tutaj. – Pomocnica właśnie w tym momencie weszła do pomieszczenia. – Przepraszam, że tak długo nam zeszło, ale Profesor zemdlał.

- Co?

- Był tak podekscytowany porodem, że aż zemdlał – powtórzyła Pomocnica. – On ma tak czasami.

- Okej. Będziecie mnie do czegoś potrzebować, czy mogę pójść poinformować ojca?

- Idź do niego. – Doktor otworzyła swoją torbę. – Zajmiemy się…

- Daphne Blake – odpowiedział Harry.

- Daphne.

- Zaraz wracam. – Harry otworzył drzwi i biegiem puścił się w dół korytarza do baru.

- Już koniec? – Barman uniósł głowę.

- Henry – krzyknął Harry. – Twoja żona rodzi. Jest z nią Doktor i Pomocnica. Pomyślałem, że też byś chciał tam być.

- Moje dziecko. – Henry upuścił piwo. – Muszę iść.

- Gratulacje, kolego. – Barman poklepał mężczyznę po plecach. – A teraz już idź.

Henry wyskoczył z krzesła i biegiem pobiegł do swojego domu.

- Szczęśliwy dupek – powiedział z uśmiechem barman.

- Ta. – Harry sięgnął do kieszeni i wyjął z niej plik banknotów. – Drinki na mój koszt, dopóki się ta kasa nie skończy.

- Dzięki, kolego. Henry to dobry facet, bardzo doceniamy to, co dla niego robisz.

- Nie jestem tylko pewny czy powinienem tu zostać, czy pójść za nim.

- Zostań. – Barman ręką wskazał puste krzesło. – Przynajmniej na kilka kolejek.

- Okej. Skoro nalegacie – odparł Harry.

Klienci baru zaczęli wiwatować. Piwo popłynęło strumieniem, toast był wznoszony na cześć i Henry'ego i jego żony i jego dziecka.

- Lepiej już pójdę. – Harry wstał po czwartej kolejce. – Chcę zobaczyć, jak się ma Daphne.

- Przekaż jej życzenia od nas wszystkich – powiedział barman.

- Przekażę. – Harry udał się z powrotem do rezydencji Blake'ów.

- Czego chcesz? – Dziwna kobieta otworzyła mu drzwi i zmierzyła go wzrokiem.

- Chciałem tylko się dowiedzieć, jak mają się Henry i Daphne. – Harry uśmiechnął się. – I przywitać się porządnie z Pomocnicą i Doktor.

- A kim jesteś?

- Pan Black. – Harry uśmiechnął się nerwowo.

- Och. – Kobieta odsunęła się na bok, pozwalają Harry'emu przejść. – Przepraszam za to, ale jak tylko wszyscy się dowiedzieli, że jest tu Pomocnica… sam rozumiesz.

- Um. No właśnie nie bardzo… wszystko w porządku?

- Tak. – Kobieta wciągnęła Harry'ego do środka. – Dziecko przyszło na świat i Daphne o ciebie pytała.

- O mnie? – Harry podążył za kobietą przez krótki korytarz.

- No. – Kobieta kiwnęła głową. – Wejdź.

- Ok. – Harry wszedł do pokoju, gdzie zastał go ciekawy widok. Pomocnica gruchająca nad małym zawiniątkiem pod czujnym okiem Doktor, Daphne w objęciach Henry'ego i pół tuzina zazdrosnych kobiet czekających na swoją kolej w trzymaniu dziecka.

- Panie Black. – Daphne uśmiechnęła się na widok nowego gościa. – Chcieliśmy o czymś z tobą porozmawiać.

- Jasne.

- Chcielibyśmy, żebyś został ojcem chrzestnym naszej córeczki. – Henry uśmiechnął się. – I chciałbym powiedzieć, że doceniam to, że wezwałeś Doktor, żeby nam pomogła.

- Nie ma problemu. Przynajmniej tyle mogłem zrobić – powiedział Harry z uśmiechem.

- Więc co, zgadzasz się? – Daphne przeszła do sedna sprawy. – Nie chcemy nikogo innego na tę rolę.

- Jasne. – Harry pomyślał o Syriuszu. – Będę zaszczycony.

- Doskonale. – Henry uśmiechnął się.

- Więc co muszę zrobić? – Uśmiech Harry'ego rozszerzył się.

- Nic. – Daphne wzruszyła ramionami. – Nie mamy tu zbytnio ceremonii, więc nie musisz się tym martwić. Po prostu chcieliśmy, żeby miała ojca chrzestnego i lepsza osoba nie mogła nam do głowy przyjść.

- Dzięki. – Harry spojrzał na swój zegarek. – Niestety wygląda na to, że musimy iść… Pomocnico, idziemy.

- Ok. – Pomocnica po raz ostatni przytuliła dziecko, po czym podała je matce.

- Odprowadzę was do drzwi – powiedział z uśmiechem Henry.

- Jasne. – Cała grupa wyszła z pokoju.

- Naprawdę doceniam to, co dla nas dzisiaj zrobiłeś. – Henry poklepał Harry'ego po plecach. – I jeśli jest coś, co będę mógł dla ciebie zrobić, to daj tylko znać.

- Ty też – odparł Harry. – Jeśli mogę pomóc, to pomogę… Pomocnico, upewnij się, że mają jak się z nami skontaktować.

- Już to zrobiłam – odparła Pomocnica.

- Zanim zapomnę – powiedział ze śmiechem Henry. – Muszę wiedzieć, znalazłeś jakieś opale?

- Kilka. – Harry wyciągnął je z kieszeni. – Kilka zachowałem na prezenty, resztę zostawiłem w pokoju.

- Dlaczego nie wziąłeś wszystkich? – zapytał Henry, przyglądając się znaleziskom.

- Potrzebowałem tylko kilku na prezenty dla przyjaciół. – Harry podał jeden opal Pomocnicy, a drugi Doktor. – A ten chciałem zachować dla siebie, w końcu to był pierwszy, który znalazłem… nie było ich aż tak dużo.

- W takim razie cieszę się, że przynajmniej coś znalazłeś. – Henry uśmiechnął się. – Wpadnij jeszcze kiedyś.

- Może kiedyś – odparł Harry. – Poza ciągłymi atakami pająków, to całkiem mi się tu podoba… do widzenia.

- Do widzenia. – Henry uścisnął wszystkim dłoń i pozwolił grupie wyjść na korytarz. – Jeszcze raz dzięki za wszystko.

- Dzięki za opal. – Pomocnica przyjrzała się prezentowi.

- Tak, dziękuję – zgodziła Doktor.

- Nie ma sprawy. – Harry zarumienił się. – Profesorze… teleportuj nas.

-o-o-o-o-o-o-o-o-o-

- Jacy mili ludzie. – Henry pokręcił głową. – Zostawili kilka opali dla mnie… nie, dla mojej córeczki.

- Idziesz zobaczyć, ile zostawił? – zapytała jedna z kobiet.

- Czemu nie? – Henry wzruszył ramionami. – Nie może być tego dużo… widząc to, co zabrał ze sobą. Ale to i tak więcej niż miałem wcześniej.

Nie było to łatwe, ale Henry'emu udało się przedostać do niedokończonego pokoju córki, aby zobaczyć, co dobrego Pan Black po sobie zostawił.

- Do diaska. – Szczęka opadła mu na samą ziemię. – Wygląda na to, że moja córka będzie mogła pójść na studia… nawet z tuzin razy jeśli zechce.

Henry zebrał pozostałe opale do dwóch osiemnastolitrowych wiader i zaniósł je do pokoju żony, aby jej pokazać.

- Mam rozumieć, że masz dobry powód, żeby przynosić mi te brudne wiadra do mojej czystej sypialni?

- Spójrz na to. – Henry był cały blady, a głos mu się trząsł. – Zobacz, co Pan Black zostawił dla swojej chrześnicy.

- No cóż. – Daphne wpatrywała się małą fortunę, która znajdowała się w rękach jej męża. – Nie wydaje mi się, żeby był chętny zostać ojcem chrzestnym naszych innych dzieci, co?

- Ale my nie mamy innych dzieci?

- Ale będziemy mieć, skarbie. – Daphne uśmiechnęła się. – Teraz, gdy pieniądze nie są problemem, będę chciała dużej rodziny, żeby malutka nie czuła się samotna.

-o-o-o-o-o-o-o-o-o-

- Więc. – Amelia napiła się herbaty. – Jak się mają sprawy w twoim departamencie?

- Nie mogę narzekać. – Jej gość wzruszył ramionami. – Mamy mnóstwo tajemnic do rozwiązania… wystarczająco, żeby nas czymś zająć.

- Rozumiem. Ostatnio otrzymuję dziwne wiadomości.

- Och? – Gość uniósł brew.

- Od kogoś, kto twierdzi, że jest śmierciożercą i że chce oddać się w nasze ręce. Mówi, że nie chce być na wolności.

- Czego więc chce?

- Mówi, że wystarczy mu średniej wielkości cela. – Amelia ugryzła swoją babeczkę. – Najlepiej w miejscu bez dementorów… ale może pójść na kompromis, jeśli zajdzie taka potrzeba.

- Tak? Dziwne, że nie martwi się dementorami. – Gość wziął ciasteczko z tacy. – Wiesz jak się nazywa?

- Nie. – Amelia pokręciła głową. – Wiem tylko, że Pan Black go przeraża i chce być pod naszą ochroną.

- Ach tak. – Gość kiwnął uprzejmie głową.

- Więc… - Amelia uśmiechnęła się. – Coś dziwnego wydarzyło się ostatnio w twoim departamencie?

- Niewiele. – Gość wzruszył ramionami. – Wszystko to, co zwykle.

- Rozumiem. – Amelia usiłowała utrzymać kamienną twarz. – Tak się zastanawiałam…

- Tak?

- Kto jest szefem twojego departamentu? – Amelia zatrzepotała rzęsami i uśmiechnęła się.

- Ja – powiedział z uśmiechem jej gość. – Dobrze o tym wiesz, Amelio.

- A kto jest twoim szefem Grivner? – Amelia wysłała swojemu gościowi swoje najlepsze spojrzenie. Spojrzenie, które łamało najtwardszych śmierciożerców, spojrzenie, które na ostatnim zebraniu w sprawie budżetu doprowadziło Knota do płaczu i wołania po mamę.

- Nikt. – Grivner zamrugał.

- Och…

- Dlaczego pytasz?

- No cóż – westchnęła Amelia. – Próbowałam zdobyć trochę informacji o Panu Blacku.

- Ach tak. – Grivner zakrztusił się herbatą. – Z tego, co wiem, a takie rzeczy powinienem wiedzieć, to on w żaden sposób nie jest połączony z moim departamentem. Dolać ci herbaty?

- Jasne. – Amelia uniosła swoją filiżankę i dłonią zakryła wizytówkę, która pojawiła się znikąd… Wychodziło na to, że Grivner nie uważał jej gabinetu za wystarczająco zabezpieczonego na taką rozmowę.

- Nie wiemy wiele o Blacku. – Grivner odłożył dzbanek. – Żadnych znanych powiązań, bogaty, dobry repertuar zaklęć… jednak nic konkretnego.

- Więc masz takie same informacje, co ja. Chyba nic z tym nie możemy zrobić.

- Dam znać, jeśli coś znajdę. – Grivner wyszedł, a Amelia pozwoliła sobie w końcu spojrzeć na otrzymaną wizytówkę.

Dwie godziny później Amelia podążyła za wskazówkami na kartce do raczej… nietypowej lokalizacji.

- Cieszę się, że przyszłaś. – Grivner poprowadził kobietę do małego saloniku z dwoma krzesłami i stolikiem. – Musimy przedyskutować pewne rzeczy.

- Co to za miejsce?

- Chwileczkę. – Grivner zamknął drzwi i usiadł naprzeciwko Amelii.

- Co… - Amelia zamarła, widząc dwa klosze, opadające na krzesło jej i jej kolegi. – Co to ma być?

- Jesteśmy w miejscu, które najprawdopodobniej jest jednym z najlepiej zabezpieczonych pokoi w Wielkiej Brytanii – powiedział z uśmiechem Grivner. – A to urządzenie zostało stworzone na podstawie mugolskiego odpowiednika w Ameryce.

- Co to takiego? – Amelia nie mogła uwierzyć, do czego mógł się posunąć szef Departamentu Tajemnic.

- Nazywa się Stożek Ciszy – powiedział z uśmiechem Grivner. – Ale chyba spotkaliśmy się tutaj, żeby porozmawiać o Panu Blacku… to bardzo interesująca osobowość.

- Co możesz mi o nim powiedzieć? – Amelia przeszła do sedna sprawy.

- Najpierw odpowiedz mi na pytanie. Dlaczego myślałaś, że jest moim szefem?

- To część informacji, które otrzymałam od Lovegood'ów – odparła Amelia.

- Ach tak, ta wspaniała rodzinka – powiedział Grivner. – To kolejna zagadka. Ten facet wie wszystko, co się dzieje w moim departamencie a z tego, co wiem to nigdy nie był nawet w okolicy Departamentu Tajemnic. Kilka miesięcy temu, w moim prywatnym gabinecie przewróciła mi się szafa na stopę i nikogo w pobliżu nie było. Następnego dnia dostałem kartkę życzeniami szybkiego powrotu do zdrowia od Luny, która prosiła mnie, żebym następnym razem uważał.

- Mam rozumieć, że sprawdziłeś, czy nie masz jakichś podsłuchów?

- Co najmniej dziesięć razy – westchnął Grivner. – Za każdym razem inna grupa… nigdy nic nie znaleźli.

- Och. – Amelia zamrugała – Dodawało by to tylko dowodów do mojej teorii, że pracują dla Pana Blacka.

- Nie pomyślałem o tym. – Grivner podrapał się po brodzie – Ale wiele by to wyjaśniało… I przyznaję, mamy dowody na to, że istnieje jeszcze jeden departament, ale to chyba nie w naszym ministerstwie… albo w ogóle jakimkolwiek ministerstwie. Za dużo przypadków, za dużo niewygodnych ludzi umiera w wypadkach. Ta szafa, która na mnie poleciała powstrzymała mnie przed wpadnięciem w zasadzkę śmierciożerców. Od tego czasu zastanawiam się dwa razy nad każdym dziwnym wydarzeniem.

- Zostałam aurorem, ponieważ sierżant w biurze obiecał zlikwidować upomnienie za niedozwolone używanie magii pod warunkiem, że podejdę do egzaminu. – Amelię olśniło. – Zostałam złapana tylko dlatego, że akurat ulicą przechodził inny auror, który szybko przejrzał moje marnie postawione zabezpieczenia.

- Dziwne uczucie, prawda? – Grivner rozejrzał się. – Myśl, że ktoś inny pociąga za sznurki.

- Co możesz mi powiedzieć o Blacku. – Amelia pochyliła się do przodu na tyle, na ile pozwalało jej urządzenie.

- Jest baronem w Transylwanii, obrzydliwie bogaty, posiada wiedzę i księgi tak rzadkie, że równie dobrze można je uznać za legendy.- Grivner uśmiechnął się. – Jego krew jest trująca. Poza tym potrafi rzucać zaklęcia, które nie mają aury. Oszacowaliśmy, że zabija od czterech do dziesięciu czarnoksiężników dziennie. Najprawdopodobniej ma przynajmniej trzynaście tysięcy lat.

- Co? Skąd ta pewność?

- To tylko domysły na podstawie dowodów, które byliśmy w stanie zebrać. W Egipcie „odkrył" kilka grobowców ukrytych tak dobrze, że były niezauważone przez stulecia. On zrobił to w drodze do doliny, która również była zabezpieczona przez najpotężniejszych magów swoich czasów. Wiele z tych grobowców mówiło o tym Złym, o Niszczycielu. Postać jak z horroru, która siała destrukcję i mogła być odpowiedzialna za zatopienie Atlantydy. Pan Black wspomniał, że był w okolicy po to, żeby zabrać pamiętnik napisany najprawdopodobniej przez Merlina. Wspomniał jeszcze, że Merlin został wywalony z Atlantydy za bycie słabym. Nazwał największego maga naszych czasów „dzieciakiem z mlekiem pod nosem".

- Na Merlina. Co się stanie, gdy zdecyduje się zwrócić swoją uwagę na nas? Myślałam, że już teraz żyjemy w ciężkich czasach, ale…

- Nie wygląda na to, żeby się tak to zapowiadało. – Grivner uśmiechnął się z ulgą. – Wszystkie informacje sugerują, że albo jest na emeryturze, albo stara się odkupić swoje czyny. Jeden z moich ludzi ma teorię, że Black nie był o tyle Czarnym Panem, tyle co wojownikiem o wolność.. Jego znana wszystkim nienawiść do śmierciożerców i purystów w połączeniu z faktem, że nie wiemy praktycznie nic o społeczeństwie w Atlantydzie może świadczyć o tym, że ich rząd mógł przypominać to, co nas czeka, gdyby Riddle wygrał wojnę.

- Historia pisana jest przez zwycięzców – zgodziła się Amelia. – Czekaj… powiedziałeś, że Merlin został wyrzucony z Atlantydy za brak dużej ilości magii?

- Pasuje. – Grivnerowi zaświeciły się oczy. – Skoro wywalili czarodzieja za bycie „słabym", to wyobraź sobie, co zrobiliby z charłakiem… albo mugolem.

- Idąc tym tropem, zrobili to złej osobie, czym rozgniewali Pana Blacka.

- A ten w odwecie zniszczył ich cywilizację. – Oczy Grivnera rozszerzyły się. – Ja… matko, pomyśl, co by się z nami stało, gdyby szalony plan Knota rozgniewał Pana Blacka… Albo gorzej, co gdyby przypadkowo zraniono jednego z jego przyjaciół.

Amelia zamarła.

- Nie sądzę, żeby w ogóle doszło do tej rozmowy, gdybyśmy popełnili taki błąd.

- Nie wiem, czy ktokolwiek w Wielkiej Brytanii prowadziłby jakiekolwiek rozmowy, gdyby coś takiego się stało.

Tak, utrzymuję w miarę regularne wstawianie.

Tylko komentarze jakoś licho przychodzą :c (NIE ŻEBY POPRAWIAŁY MI WENĘ CZY COŚ)

Guest: Ten pęcherz często się pojawia, prawda? Chciałabym częściej, ale na razie i praca i studia (i sesja). W wakacje może uda mi się cos nadrobić.

Farciarz: Cieszę się, że aż tak się podoba :D. Nie wiesz, jaką mi to sprawia radość. Każdy lubi się czuć doceniony za swoją pracę.

Zezo: Dziękuję, staram się :3

PODZIĘKOWANIA

Dla Salianny za betę i wytykanie mi przecinków. Mam z nimi spory konflikt.

Dla Nany16210 za groźby i żarty o teściowych. Mam koszmary, naprawdę xD

Q: Jako, że z nudów znowu farbowałam włosy, czy jest jakiś kolor, który chcielibyście spróbować?

A: Ja biały, ale mam za ciemne włosy, żeby wyszło.

Niech żyje Święta Kaczka i do następnego!