Rozdział 37.
Rewolwery, pojedynki i opustoszenie magazynów
Harry spędził kolejne kwadranse na oglądaniu stoisk wystawionych na targach. Kiedy to mu się znudziło, poszedł zobaczyć, co innego ma w ofercie hotel. Po wyjściu z ogromnej hali, pierwszą rzeczą, którą ujrzał było kilkoro ludzi ubranych w starodawne kostiumy… kostiumy o wiele bardziej szczegółowe niż te noszone przez zwykłego czarodzieja czystej krwi.
- Przepraszam – Harry podszedł do dziewczyny ubranej w kolorowy strój dziewczyny z saloonu.
- Tak? – Kobieta zakręcił parasolką. – Co mogę dla pana zrobić?
- Um. – Harry usiłował skupić się na twarzy kobiety. – Nie chcę być niegrzeczny, ale… no dobra, czemu wszyscy są ubrani jakby nie minęło sto lat?
- Jesteśmy częścią Single Action Shooting Society*. – Kobieta poklepała Harry'ego po policzku. – Magiczny odłam… lepiej znany jako cowboy action shooting**
- Więc wy wszyscy przebieracie się za cowboy'ów i się dobrze bawicie?
- Tak – odparła kobieta. – Tak też można na to patrzeć.
- Też mogę? – Oczy Harry'ego rozjaśniły się jak migająca gwiazda. – Brzmi świetnie, a ja mam kilka godzin do zabicia.
- Jasne – odparła kobieta. – Proszę za mną.
Harry poszedł za kobietą w dół korytarza i przez duże, podwójne drzwi.
- Kasyno zapewniło nam mały portal do małego miasteczka w Colorado – powiedziała z uśmiechem kobieta. – To jedna z tych enklaw, gdzie przez te ostatnie sto lat naprawdę niewiele się zmieniło.
- Jedna z enklaw? – Harry poszedł za kobietą i jak tylko przeszedł przez drzwi, szczęka opadła mu z wrażenia. Przed nim pojawiło się miasto, które niczym nie odstawałoby od innych miast na dzikim zachodzie. – Jest więcej takich miejsc?
- Trochę – odparła kobieta. – Rozsypane po zachodnich stanach, większość mieszkańców jest magiczna, ale z kilkorgiem… cóż, trudno powiedzieć. Są plotki, że niektóre plemiona wycofały się i ukryły się w jakichś dolinach czy lasach i zabezpieczyły się tak dobrze, że nikt ich nie może znaleźć.
- Wow. – Harry rozejrzał się.
- Większość z nas korzysta z wygód nowoczesnego świata i wracamy tutaj w weekendy czy na takie właśnie konwenty… dla niektórych jest to styl życia. – Kobieta uśmiechnęła się do Harry'ego przez ramię. – Nie martw się swoim wyglądem… jeśli stwierdzisz, że ci się tu podoba, to możesz kupić sobie odpowiednie ubranie później.
- Moje ubranie – Harry zerknął w dół i obserwował, jak jego ubrania zmieniają kolor i styl – nie będzie problemem.
- Niezła sztuczka. Teraz potrzebujesz tylko kapelusza… mamy tu mnóstwo sprzedawców, na pewno coś dla siebie znajdziesz.
- Dzięki – powiedział z uśmiechem Harry. – Trochę sobie pochodzę… do zobaczenia.
- Udanej zabawy. – Kobieta pomachała mu na pożegnanie.
Harry przeszedł kilka razy zakurzoną ulicą, by w końcu wejść do jednego ze sklepów.
- Pomóc ci w czymś? – odezwał się brodaty mężczyzna stojący za ladą.
- Potrzebuję kapelusza. Znajdę tu coś takiego? – zapytał z uśmiechem Harry.
- Jasne. I wszystko inne czego byś potrzebował – odpowiedział mężczyzna.
- A czego bym potrzebował, żeby robić to co wszyscy inni?
- Pistolet to dobry początek. – Mężczyzna wzruszył ramionami. – Nie mam za dużo do czynienia z nimi. Pojawiają się w mieście kilka razy w roku, później znikają i wszystko wraca do normy.
- Och. Jaki rodzaj pistoletu jest najlepszy?
- Rewolwer Colt Single Action Army dobrze leży w dłoni. – Mężczyzna wzruszył ramionami. – Smith & Wesson Schofield, albo rosyjski. To też dobre opcje.
- Okej. – Harry oblizał wargi. – Co pan poleca?
- Zawsze uważałem, że Single Action Army ma najlepsze wyczucie. I jest to pistolet, który jest w większości wyobrażeń o kowbojach.
- W takim razie go poproszę – odparł Harry.
- Jaki kaliber? – Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem.
- Kaliber? – Harry podrapał się po brodzie.
- To sposób, żeby zmierzyć średnicę naboju – powiedział z uśmiechem mężczyzna. – Na przykład, w teorii kaliber 50 odpowiada połowie cala, albo około 13 milimetrów.
- Och. – Harry kiwnął wolno głową. – Co pan poleca?
- Cóż. – Mężczyzna wyjął kilka nabojów spod lady. – Wybrałbym jedno z tych trzech. Ten pierwszy to czterdziestka piątka, czasami nazywany długą czterdziestką piątką. Używany w wojsku, nadal ma spore powodzenie. Ten drugi to 44-40, co oznacza, że jest to nabój o średnicy 44 cale z czterdziestoma granami*** czarnego prochu. Tak na dobrą sprawę jest to pocisk z czterdziestki piątki, który uległ przewężeniu do czterdziestki czwórki. Widzisz, jak się łuska zmniejsza?
- Tak – odparł Harry. – A trzeci?
- Trzeci to 38-40 – powiedział z uśmieszkiem mężczyzna. – Możesz mi powiedzieć, co to oznacza?
- Nabój o kalibrze trzydzieści osiem z czterdziestoma granami prochu? – Harry wzruszył ramionami.
- Dokładnie tak. Musisz pamiętać, że kaliber nie zawsze jest poprawnie odmierzony. Czasami coś pokombinują przy liczbach, żeby je zaokrąglić. Na przykład, nabój 38-40 ma średnicę o wielkości 0.401 cala, a 44-40 ma średnicę 0.427.
- To w takim razie, co powinienem wybrać? – Harry podrapał się po brodzie.
- Zależy, co chcesz z tym zrobić. – Teraz to sprzedawca podrapał się po brodzie. – Jeśli chcesz brać udział w zawodach, to każdy z nich się nada. Jeśli chcesz połączyć później ze strzelbą, wtedy poleciłbym albo 38-40, albo 44-40, ze względu na przycięcie. Jeśli masz jeszcze coś innego w planach, wtedy poleciłbym długą 45, łatwiej dostać amunicję.
- W takim razie wezmę długą 45 – westchnął Harry. – Chciałbym powiedzieć, że to tylko do zawodów, ale nie mam aż tyle szczęścia w życiu.
- Rozumiem. – Mężczyzna sięgnął pod ladę. – Weź to, to zwykły, stary, Single Action Army, ale z lekkimi ulepszeniami.
- Jakimi? – Harry przyjrzał się broni z większym zainteresowaniem.
- Wymiana płaskich sprężyn na śrubowe, możliwość bezpiecznego załadowania wszystkich sześciu komór. Tego typu rzeczy.
- Ok. – odparł Harry. – Czy potrzebuję czegoś jeszcze?
- Pokrowiec. I pas. Najlepiej kabura Threepersonsa z dobrym pasem.
- I wydaje mi się. – Harry już grał w tę grę wiele razy.
- Że mam coś takiego akurat pod ręką – powiedział z uśmiechem mężczyzna. – I to kilka rodzajów, jeśli chciałbyś tego wybrać.
- Nie wiem wystarczająco dużo, żeby wyrobić sobie opinię. – Harry wzruszył ramionami. – Może mi pan pokazać jak strzelać?
- Mogę. Radziłbym ci też, żebyś pokazał rewolwer jakiemuś rusznikarzowi.
- Dlaczego? Nie wystrzeli teraz?
- Wystrzeli – odparł mężczyzna. – Mam pewność, że wystrzeli dobrze. Nie zaszkodzi jednak oddać go w ręce profesjonalisty. Coś, co zawsze powinieneś zrobić przed strzelaniem z używanego rewolweru.
- Okej. – Harry ziewnął. – Zna pan jakiegoś dobrego rusznikarza?
- Jeden z poszukiwaczy, który czasami pojawia się w mieście jest rusznikarzem – odparł sprzedawca. – Znajdziesz go siedzącego kolo drewnianego Indianina.
Harry wyszedł i szybko znalazł mężczyznę w starym kapeluszu, który siedział na ławce przed sklepem.
- Przepraszam?
- Tyś tu dla kopalni? – Para oczu zerknęła na Harry'ego spod ronda kapelusza.
- Miałem nadzieję, że zerknie pan na mój pistolet. – Harry wzruszył ramionami. – Powiedziano mi, że zajmuje się pan takimi rzeczami.
- I kopaniem – dodał mężczyzna. – Na kidy go potrzebujesz?
- Na popołudnie chyba. Chciałem się spróbować i wziąć udział w zawodach.
- Ni mom dużo czasu. – Mężczyzna zmarszczył brwi. – Mom czas tylko na nasmarowanie i przejrzenie lufy.
- Um. – Harry nie miał pojęcia, o czym mówił mężczyzna. – Mam też tylko kilka godzin, żeby nauczyć się strzelać.
- Pożycz inny 'stolet, ja się biorem do pracy. – Mężczyzna wypluł nadmiar śliny zmieszany z kurzem.
- Okej – odparł Harry. – To chyba mogę zrobić… Co mówił pan o kopalni?
- Som dwie. – Mężczyzna uniósł palec. – Pirwsza jest moja i nie sprzedom.
- A druga?
- Druga jest zagubiona od wików. – Mężczyzna wzruszył ramionami. – Nie znojdziesz jej, chyba że bedom chciały.
- Okej – powiedział Harry. – Dlaczego pan myślał, że przyszedłem rozmawiać o kopalniach?
- Bo jakiś arogancki skurczybyk, z brzuchem winkszym niż moja klacz próbuje zabrać co moje. – Mężczyzna ponownie splunął. – I ja ni dom mu tyj satysfakcji… myślołem żeś jeden z jego ludzi. Przepraszam za to.
- Nie ma problemu. – Harry wzruszył ramionami. – W każdym razie, mogę jakoś pomóc… panie?
- Ed i nie… chyba że mosz na tyle władzy, żeby odpyndzić dewelopera. – Ed wzruszył ramionami. - Parszywy drań chce postawić resort na mojej ziemi i zarabiać piniądze dla wschodu.
- Akurat w tym mogę jakoś pomóc. – Harry kiwnął głową. – Znasz kogoś, kto mógłby przekazać wiadomość deweloperowi?
- Ta, znam gościa co zna tego gościa… ale ni wim, czy to cóś da.
- Kogo?
- Facet często siedzi w saloonie. Nazywa się Blicks. – Ed ponownie splunął. – To taki głupi, brzydki typ… bez problemu go poznosz.
- Dzięki. – Harry uśmiechnął się. – Mam tylko jedno pytanie. Dlaczego nie sprzedałeś ziemi i nie znalazłeś sobie nowego miejsca?
- Żem się tu urodził, żem się tu wychowoł, i jak boga kocham, zamirzom tu umrzeć i żaden arogancki, oślizgły hucpiarz mnie nie wyszwindluje.
- Um. – Harry zamrugał… jego tłumacz nie wychwycił chyba ostatniej części. – Sprzedawca ma mój pistolet, ja pójdę porozmawiać z Blicksem, może uda się ustalić jakieś spotkanie.
Harry wyszedł na ulicę i poszedł stronę saloon'u. Biorąc głęboki wdech, Harry przeszedł przez wahadłowe drzwi i wszedł do baru.
- Szukam gościa o nazwisku Blicks. – Harry ziewnął. – Mam wiadomość dla jego szefa.
- Co masz mu do powiedzenia? – Ogromny i brzydki mężczyzna wstał ze stołka i podszedł do Harry'ego sporo nad nim górując.
- Chcę go wykupić. – Harry uśmiechnął się pod nosem. – Szkoda, żeby takie miasteczko się zrujnowało… moim zdaniem mamy już za dużo podobnych sobie placów zabaw bez polotu. Po co budować kolejne?
- Twoja opinia niewiele dla mnie nie znaczy. – Mężczyzna strzelił palcami. – A teraz wynocha.
- Naprawdę uważam, że jest to coś, co powinieneś przekazać to swojemu szefowi – westchnął Harry… to się musiało tak skończyć.
- A ja nie. – Blicks zacisnął pięść i zamachnął się na szczękę Harry'ego.
- Nie chcesz tego robić. – Harry zrobił krok w bok.
- Tak, chcę. – Blick ponownie się zamachnął. – Nie ruszaj się.
- Dobra. – Ręka Harry'ego wystrzeliła i uderzyła mężczyznę w brzuch.
Blicks upadł na ziemię i zaczął kaszleć.
- Dostaniesz za to.
- Oni wszyscy tak mówią. – Harry zmarszczył brwi… to było dziecinnie proste.
- Nie żyjesz. Jak się szef o tym dowie, to przyśle tu całą grupę ludzi, żeby ciebie zabili.
- Tylko upewnij się, że przekażesz mu moją ofertę. – Harry wyszedł z baru z dziwnym wyrazem twarzy. Jakim cudem udało mu się powstrzymać tak dużego faceta takim słabym uderzeniem?
- Powiem mu – krzyknął za nim Blicks. – I lepiej, żebyś tu był, gdy przyjdzie tu ze swoimi ludźmi. Inaczej spalimy to miasto, żeby do ciebie dotrzeć.
- Nieważne. – Harry pokręcił głową… usłyszałeś jedną groźbę, usłyszałeś je wszystkie.
Harry wrócił do sklepu i podszedł do lady.
- I jak poszło? – Sprzedawca uniósł brew. – Słyszałem, że chciałeś porozmawiać z Blicksem?
- Z początku nie chciał przekazać swojemu szefowi wiadomości ode mnie. – Harry ziewnął. – Musiałem mu wyjaśnić, jak bardzo potrzebuję z nim porozmawiać i się w końcu zgodził.
- Tak po prostu? – zapytał zdziwiony mężczyzna.
- Cóż. – Harry podrapał się po brodzie. – Wspomniał coś o jakimś wyzwaniu… nie martwiłbym się tym.
- Skoro tak mówisz. – Sprzedawca wzruszył ramionami. – Pora pokazać ci, jak działa rewolwer.
- Jeszcze kapelusz. Zupełnie o nim zapomniałem – powiedział z uśmiechem Harry.
- Jakiego rodzaju kapelusz byś preferował? Tutaj wszystko zależy od upodobania, więc nie spiesz się.
- Tym razem żadnej porady? – zaśmiał się Harry.
- Najlepsza jest skóra bobra. Poza tym wszystko zależy.
- Ten. – Harry wskazał na czarnego Stetsona z opadającym rondem.
- Okej. – Mężczyzna chwycił kapelusz i położył go na ladzie. – Jest jakiś powód, dla którego wybrałeś akurat ten?
- Przypomina mi coś, co widziałem w telewizji jak byłem mały – westchnął Harry. – Widziałem to przez szparę i było to coś, co uszczęśliwiło mnie w czasach, gdy nie miałem zbyt wielu powodów do szczęścia.
- Każdy powód jest dobry. Wezmę tylko jedną rzecz i twój strój będzie gotowy.
- Jasne. Potem pokażesz mi jak strzelać?
- Jak szybko wyjąć i wystrzelić – odparł sprzedawca. – Jak się nazywasz, bo nie zapamiętałem?
- Pan Black. – Harry nałożył swój nowy kapelusz z uśmiechem.
- Więc proszę bardzo, Panie Black. – Mężczyzna podsunął Harry'emu stosik wizytówek. – Włóż je do kieszeni i przyjdź za sklep.
- Jeszcze jedno pytanie – zatrzymał go Harry. – Gdy Ed zaczął się nakręcać, to miałem problem ze zrozumieniem tego, co mówi.
- Tak. Gdy Ed się nakręca to zaczyna bełkotać językiem zachodu. Masz szczęście, mało kto ma już okazję go usłyszeć.
-o-o-o-o-o-o-o-o-o-
- Szefie. – Blicks zdjął kapelusz i wszedł do gabinetu. – Obcy w mieście sprawia problemy.
- Jakiego rodzaju problemy? – Oczy Szefa zwęziły się. – I dlaczego nie możesz sobie z tym poradzić sam?
- Próbowałem. – Blicks zaczął się intensywnie pocić. – Ale był dla mnie za szybki… powiedział, że chce pana wykurzyć i że zapłaci uczciwą cenę.
- Co mu powiedziałeś?
- Żeby nie uciekał. – Blicks uśmiechnął się. – I że pojawimy się tam później, żeby uporządkować sprawy.
- Dobrze. – Szef uśmiechnął się pod nosem. – Zbierz ludzi… nie chcemy przecież, żeby ten obcy za długo czekał, prawda?
- Nie, Szefie. – Blicks uśmiechnął się złowieszczo.
-o-o-o-o-o-o-o-o-o-
- Jak mi idzie? – Harry uśmiechnął się, ćwiczył już od kilku godzin.
- Nieźle – odparł mężczyzna. – Rzadko widzę kogoś z tak dobrym refleksem… już częściej widziałem osoby z o wiele lepszym celem.
- Przecież trafiam w cel – zaprotestował Harry.
- Pozwól, że opowiem ci historię. Potem możesz zabrać pistolet od Eda i wziąć udział w turnieju.
- W porządku – zgodził się Harry.
- Kilkaset lat temu, w Anglii odbył się turniej łuczniczy – zaczął mężczyzna. – Celem była ryba, którą trafiło trzech łuczników. Cały turniej nadzorował król i to on musiał zdecydować, kto wygrał. W końcu wezwał wszystkich trzech łuczników do siebie. Król zapytał się pierwszego łucznika, w co celował. Ten odpowiedział, że w rybę. Król zapytał następnego. Ten odpowiedział, że w głowę ryby. To samo pytanie padło do ostatniego. Padła odpowiedź, że w oko ryby… Zgadnij, kto wygrał? Celność jest ważna, nie przestawaj ćwiczyć… Nie ma czegoś takiego, jak wystarczająco dobry.
- Dzięki – odparł Harry.
- Proszę cię bardzo. – Stary górnik podszedł do nich pod koniec historii. – Zrobiłem co mogłem, teraz będzie strzelał tak prosto, jak będziesz tego potrzebował.
- Prościej. Dzięki.
- Nie ma sprawy. Powodzenia.
- Dzięki. – Harry schował rewolwer do kabury i poszedł w stronę miejsca, gdzie odbywały się zawody. Szybko się rozejrzał i podszedł do mężczyzny, który zajmował się rejestracją.
- Chce się pan zapisać? – zapytał z uśmiechem mężczyzna.
- Tak.
- Okej. Miejscowy czy SASS?
- Ja tylko przejeżdżam. – Harry wzruszył ramionami.
- Okej. – Mężczyzna zaznaczył kilka rzeczy na papierze. – Kim jesteś?
- Kolesiem na wakacjach – westchnął Harry.
- Okej… - Mężczyzna kiwnął wolno głową. – Gotowe.
Harry przeszedł koło stolika i podszedł do kolejki.
- To jest kolejka na zawody?
- Tak – odparł mężczyzna przed nim. – Jestem Jody… to ty załatwiłeś ostatnio Blicksa?
- Tak.
- Ty wiesz, co znaczy być wyzwanym, prawda?
- Może mi to wyjaśnisz? – Harry strzelił karkiem.
- Cóż – zaczął Jody. – Wychodzicie razem na środek ulicy i strzelacie do siebie… Znając Blicksa to pewnie będzie oszukiwał.
- Naprawdę muszę stanąć na środku ulicy i strzelić, gdy oni wszyscy będą próbowali mnie zastrzelić z ukrycia? – Harry nie wierzył w to, co mówi.
- Tak nakazuje kodeks – odparł Jody. – Ale i tak, ci bardziej staroświeccy będą cię bardziej szanować jeśli wyskoczysz im z dubeltówką… ale to tylko moje zdanie.
- Brzmi świetnie. Jest coś, co powinienem zrobić zanim to wszystko się wydarzy?
- Idź do saloonu i napij się czegoś. To tradycja.
- Okej – westchnął Harry… dlaczego jego życie musiało być tak skomplikowane?
-o-o-o-o-o-o-o-o-o-
- Następny kandydat. – Spiker spojrzał na swoje notatki… koleś na wakacjach? Nie, to za mało. – Samotny Jeździec.
Harry podszedł do linii otoczony dźwiękiem wiwatów i oklasków. Następnie pomachał zebranej publiczności i stanął na wyznaczonym miejscu.
-o-o-o-o-o-o-o-o-o-
- Jak mu poszło? – Starzec splunął na ziemię sokiem z tabaki.
- Nie tak źle – powiedział z uśmiechem Jody. – Ale i nie tak dobrze. I trzeba wziąć pod uwagę fakt, że jest w tym nowy.
- Ta, nowy. – Mężczyzna zaśmiał się chrypliwie. – Pamiętam postać w czerni, która kupowała u mojego ojca. Ten facet był najlepszym strzelcem, jakiego w życiu widziałem.
- To nie mógł być on – zaśmiał się Jody. – Jak powiedziałem, poszło mu w porządku jak na nowicjusza i nie tak źle jak na kogoś, kto się tym zajmuje od dłuższego czasu…
- Po prostu wyszedł z wprawy. – Starzec uśmiechnął się przerażającym uśmiechem, wyciągając coś z kieszeni. – I wyobrażam sobie, że samo użycie ołowiu musiało go zbić z tropu.
- Co masz na myśli?
- Każda legenda ma jakieś podstawy w rzeczywistości. – Mężczyzna otworzył dłoń, pokazując jej zawartość.
- Nie może być…
- Może – odparł starzec. – Srebrna kula… zmienia perspektywę, prawda?
- Mówisz, że jak miał na imię? – Zebrana młodzież stała zszokowana tą nową informacją.
- Teraz mówi, że nazywa się Black. Szkoda mi idioty, który go wyzwał – powiedział z uśmiechem stary sprzedawca.
-o-o-o-o-o-o-o-o-o-
- Szefie? – Jeden z ludzi zapukał do gabinetu. – Nie wydaje mi się, żebyś jednak chciał wziąć tego faceta na cel.
- Czemu nie? – Szef uniósł brew. – Wiesz coś, czego ja nie wiem?
- Właśnie wróciłem z miasta i odkryłem kim ten obcy jest. – Mężczyzna otarł kroplę potu z czoła.
- No? Kim on jest? – warknął Szef.
- Pan Black. – Głos mężczyzny złamał się. – Wyzwałeś na pojedynek Pana Blacka… przykro mi, Szefie, ale odchodzę, jeśli będziesz kazał mi za nim iść. Słyszałem różne rzeczy o osobach, które nie wysłuchały ostrzeżeń.
- A to tylko rzeczy, które robi jak jest w dobrym humorze. – Szef o mało nie stracił kontroli nas swoim pęcherzem. – Słyszałem o rzeczach, które robi, jak tego humoru nie ma.
- Co mamy zrobić, Szefie?
- Powiedz naszym, że mają się pakować. – Szef uśmiechnął się. – Dam im odprawę jak wrócę.
- Tak jest – zgodził się nerwowo mężczyzna.
-o-o-o-o-o-o-o-o-o-
Harry siedział przy barze w saloonie, gdy podszedł do niego Szef.
- Przepraszam. Czy pan to przypadkiem Pan Black?
- To ja. Czemu? – Harry kiwnął głową.
- Cóż. – Szef prawie się posikał… ponownie. – Słyszałem, że miał pan małe… zatarcie z jednym z moich ludzi o imieniu Blicks?
- Tak – odparł Harry. – Wspomniał coś o jakimś wyzwaniu.
- Jestem pewny, że to tylko nieporozumienie. – Szef trząsł się jak osika. – Słyszałem też, że chce mnie pan wykupić?
- Tak – odparł Harry.
- Cóż. – Szef położył na ladzie kilka papierów. – Tu są wszystkie akty własności do ziem, które nabyłem w okolicy, gdyby chciał je pan wykupić.
- Jasne – odpowiedział z uśmiechem Harry. – Za ile?
- Umm? – Szef zaczął się trząść.
- Proszę. – Harry dołożył kilka złotych monet do stosu dokumentów. – Tyle wystarczy czy potrzebuje pan więcej?
- Wystarczy – pisnął Szef.
- Świetnie – odparł Harry. – Wiedziałem, że jak tylko dostanie pan moją wiadomość, to będzie pan chciał tu przyjść i ze mną porozmawiać… mimo wszystko jest pan biznesmenem, a nie jakimś mistrzem rabusiem.
- Tak – wyjąkał Szef. – Proszę mi wybaczyć, muszę… iść… gdzieś indziej.
- Miłego dnia. – Harry uśmiechnął się. – Co za miły facet.
- Tak. – Barman podniósł szklankę i zaczął ją polerować. – Co mu zrobiłeś, że aż tak zareagował?
- Co masz na myśli? Po prostu rozmawialiśmy.
- Okej. – Barman wzruszył ramionami. – Co mamy zrobi, jeśli pojawi się kolejny deweloper?
- Zadzwońcie do mnie. – Harry dokończył swój napój.
- A jak mamy to zrobić?
- Tutaj. – Harry wyciągnął jedną ze swoich nowych wizytówek. – Za pomocą tego.
W ten sposób zakończył swoje sprawy w tym mieście. Następnie udał się w stronę portalu, który zabrał go z powrotem do kasyna.
W tym czasie barman podniósł wizytówkę i zrobił się blady jak ściana.
- Co tam jest? – zapytał Jody.
- Nie może być. – Barman pokręcił głową.
- Daj zobaczyć. – Jody chwycił wizytówkę i przyjrzał się jej dokładnie. – Cóż… każda legenda ma jakieś źródło w rzeczywistości.
- Have Gun Will Travel**** -
Fiuu Black… San Francisco
-o-o-o-o-o-o-o-o-o-
Pan Black… Kim on, do diabła, jest?
Luna GoveLood
Doszły do nas słuchy, że Pan Black ma nową broń i jest nią ogromna kosa. W związku z tym nasuwa się pytanie, kim dokładnie jest Pan Black. W poprzednich artykułach mówiliśmy o tym, że nasz tajemniczy bohater to ex-czarny pan sprzed tysiącleci, żyjący bóg płodności, bardzo niebezpieczny tajny agent jakiegoś rodzaju, a teraz wcielenie śmierci.
… musimy zadać więc sobie pytanie: Czy Pan Black to wcielenie śmierci, czy to tylko jakiś skryba z przeszłości miał szansę ujrzeć Pana Blacka na polu bitwy i stworzył postać śmierci taki, jaki znamy teraz?
… dowody wskazują na to, że Pan Black jest każdą z tych rzeczy, a nawet więcej.
-o-o-o-o-o-o-o-o-o-
Pomocnica otworzyła zamki na walizkach, które zawierały przedmioty, wykreowane z miłością przez nią i Profesora, aby odpowiadały wymaganiom Pana Blacka. Kieszonkowe Fiuu sprzedawały się całkiem dobrze, ale nie była pewna czy inne rzeczy inspirowane Blackiem będą atrakcyjne dla innych czarodziejów.
Podzieliła się swoją nadzieją z Profesorem, wysyłając mu spojrzenie. Może przynajmniej jedno urządzenie stanie się aż tak popularne. Podczas gdy ona otwierała walizki, Profesor zaczął prezentację.
- Chciałbym teraz… - Jego wstęp został zagłuszony przez ogromną ilość wykrzykiwanych zaklęć przywołujących, które dobiegały z każdej strony. Uczestnicy targów zebrali się wokół ich stoiska w ciasnej grupce po tym, jak podążyli za Profesorem i Pomocnicą po zakończonym sympozjum. Profesor i Pomocnica stali zszokowani patrząc, jak przed nimi rosła sterta sakiewek z Gringotta w miejscu, gdzie zamierzali wystawić przedmioty na sprzedaż.
- Wygląda na to, że są inni czarodzieje, którzy potrzebują takich urządzeń – zaoferowała nieśmiało Pomocnica. Szybko spojrzała na puste miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą leżała sterta formularzy zamówienia. – Kto by pomyślał?
Profesor tylko uśmiechnął się zwycięsko.
- Wiedziałem. Jak tylko spotkaliśmy Pana Blacka, wiedziałem, że jego sugestie pozwolą nam na zdobycie uznania. Teraz musimy tylko pozwolić, żeby rozeszły się wieści, a za kilka lat będziemy gotowi pokazać światu dzieło naszego geniuszu! – Profesor zaczął się maniakalnie śmiać, ale urwał, gdy jedna myśl przyszła mu do głowy. – Pomocnico, wiesz, co to oznacza, prawda?
Dwoje przyjaciół spojrzało po sobie i chórem powiedziało:
- Potrzebujemy pomocników!
Podczas gdy oni dyskutowali możliwości rozszerzenia załogi pomocników, kilkoro osobników z obrzeża tłumu wymknęło się, żeby zdać raport o najnowszych poczynaniach Pana Blacka swoim przełożonym.
* Single Action Shooting Society (SASS) – nazw własnych (które rzeczywiście istnieją i nie mają jakiegoś odpowiednika w polskim) nie tłumaczę, ale to jest główna instancja, która tworzy przepisy na turnieje itp.
** cowboy action shooting (CAS) - to amatorski sport strzelecki, w którym zawodnicy rywalizują w wielu kategoriach używając broni z czasów Dzikiego Zachodu. Rewolwery S.A., karabiny L.A., strzelby pump action, dubeltówki, pistolet colt model 1911 wymagają zróżnicowanych umiejętności i nie pozwalają na monotonię. Zawody wymagają nie tylko odpowiedniej broni i wierności zasadom Dzikiego Zachodu, ale i odpowiedniego ubioru oraz wyboru pseudonimu. Pozwala to na stworzenie unikalnej atmosfery (ze strony caspoland . weebly . com)
*** gran (grain) – stara jednostka miary 1 gran = 0.0648 gramów
**** Have Gun Will Travel – amerykański serial o tajemniczym najemcy, który przemierza dziki zachód pomagając ludziom w potrzebie. Tym bogatym (od których wymaga hajsu) i tym biednym (od których nie bierze nic). Takie trochę połączenie Robin Hooda i Deadpoola.
Research jak nigdy xD mam dość rewolwerów i dziwnych jednostek, których nie ma nigdzie na widoku i których polski odpowiednik znalazłam na jakimś dziwnym blogu dla farmaceutów.
I wielki shoutout dla strony skawinski . pl na której jest tabelka z wszystkimi wymiarami poszczególnych kalibrów i nie tylko.
I uciekamy z Dzikiego Zachodu.
Ale do rzeczy:
Salianna: dzięki piękne i wielkie za betę.
Nana16210: za przypominanie o horrorach teściowych i ich niecnych zamiarach.
Komentarze:
Toudix: Witam wszelakie jeże z otwartymi ramionami. Uwielbiam jeżyki i z chęcią pozwolę im na przejęcie świata. Zawsze można się dogadać i rozszerzyć zasięg działania Świętej Kaczki
Farciarz: Irlandia jest super cool. A to, gdzie wytupał jeż ma sens. Moje wakacje minęły cudownie, w towarzystwie wspaniałej osoby, więc nie mogę narzekać :D
Czyli pytanie: Jakie plany na wakacje? Już po, jeszcze w trakcie, dopiero w planach?
Q: Ja część ma za sobą i jak dobrze pójdzie to za tydzień jadę do ziomków do stolicy, bo wieki ich nie widziałam.
Niech żyje Święta Kaczka i do następnego!
