Rozdział 38.
Szpiedzy, kreskówki i oliwki
Śmierciożerca Phil nie był idiotą, wyróżniało go to z tłumu. Inną rzeczą, która wyróżniała go z tłumu był fakt, że pochodzi z mugolskiej rodziny. Rozejrzawszy się, Phil po cichu wymknął się z kryjówki Czarnego Pana do punktu, z którego mógł zgłosić się do swoich przełożonych w rządzie brytyjskim… trzy sekundy po tym, jak wymyślą jak ominąć zabezpieczenia, w starym domu Riddle'ów nastąpi wybuch gazu. Phil z radością i zaskoczeniem dowie się, że wielu jego przyjaciół w szrankach Czarnego Pana również pracowało jako szpiedzy dla różnorakich organizacji. Oni wszyscy z zaskoczeniem dowiedzą się, że głównym powodem, dla którego nie było nikogo na straży był fakt, że wszyscy byli w trakcie zdawania raportów swoim przełożonym. Prawda wyszła na jaw dopiero później, gdy wszystkie agencje wywiadowcze zebrały się, aby porównać notatki. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że takie wydarzenie nie mogło być przypadkiem, a zasługa po raz kolejny zostanie przypisania Panu Blackowi. Bo kto jak nie on miałby moc i przebiegłość, żeby tak zmanipulować podział wart, aby wszystkie krety miały służbę w tym samym czasie?
-o-o-o-o-o-o-o-o-o-
- Hej, Profesorze. – Harry podszedł do firmowej budki z szerokim uśmiechem na twarzy. – Jak leci?
- W porządku. – Profesor uśmiechnął się. – Już sprzedaliśmy wszytko, co ze sobą zabraliśmy… i wszystko, co mieliśmy w zeppelinie. Rozdaliśmy już każdą broszurkę i katalog. Pomocnica jest w trakcie dodrukowywania zarówno broszurek jak i katalogów.
- Super – odparł Harry, kiwając głową.
- Z bardziej pozytywnych rzeczy. Dało mi to więcej okazji, żeby podczas twojej nieobecności pobawić się twoim motocyklem.
- Super. Co takiego zrobiłeś?
- Nie do końca, co ja zrobiłem. Bardziej by pasowało, co my zrobiliśmy – odparł z uśmiechem Profesor. – Kilkoro moich przyjaciół poprosiło o możliwość pomocy przy naszej eksploracji prawdopodobieństwa.
- Co?
- Po prostu ma na myśli, że mnóstwo innych wynalazców i deweloperów chciało nam pomóc. – Pomocnica dołączyła do nich, w rękach trzymając zatrważającą ilość papierów. – Ktoś mi z tym pomoże?
- Oczywiście. – Harry szybko zabrał kartony z jej rąk i postawił je na stole. – Dlaczego ich nie zmniejszyłaś?
- Zmniejszyłam. – Pomocnica rozmasowała sobie ramiona. – Takie duże mamy zapotrzebowanie.
- Och. Potrzebujecie mnie tutaj?
- W ogóle. – Profesor pokręcił głową. – Razem z Pomocnicą mieliśmy nadzieję, że wypróbujesz twój nowy motocykl.
- Okej – odparł Harry. – Co z nim zrobiliście?
- Nic wielkiego. – Pomocnica wzruszyła ramionami. – Potrafi latać, strzelać zaklęciami, zrzucać olej, ma wbudowane zamienne tablice rejestracyjne.
- To nie wszystko. – Profesor uśmiechnął się. – Skończyło się na tym, że sam zrobił się konkurs na to, kto włoży do niego więcej funkcji… tu jest instrukcja obsługi. – Profesor rzucił masywną księgę na stół. – Zaczarowaliśmy ją, żeby była mała i poręczna.
- Wow. – Oczy Harry'ego rozszerzyły się. – Gdzie on jest?
- W mojej kieszeni – odezwał się mężczyzna na stoisku obok. – Frank N. Stein, miło mi.
- Mi również miło – odparł Harry. – Zaklęcie zmniejszające?
- Automatyczne zaklęcie zmniejszające. – Frank uśmiechnął się. – Działa za pomocą woli. Zasługa mojej drużyny z Scaled Com Post.
- Super.
- Dodaliśmy też pookę. – Frank wyjął małą figurkę konia z kieszeni.
- Co takiego? – Harry zamrugał.
- Pooka – powtórzył Frank. – To taki widmowy koń. Ponoć uciekają na sam widok wody, wiec ludzie przestali się nimi przejmować.
- A wy rozwiązaliście ten problem? – Harry uniósł brew.
- Lata temu – odparł Frank. – Rozwiązaniem jest przywiązanie ich do czegoś stałego.
- Jak co? – Harry zaczynał się wciągać w konwersację.
- W dawnych czasach użylibyśmy posągów z brązu – zaśmiał się Frank. – Założę się, że mugole byliby zszokowani wiedząc, ile statui zerwałoby się i uciekło przy odpowiednim rozkazie.
- Na całym świecie, w wielu statuach uwięzione są pooki – powiedział Harry.
- Nie. – Frank pokręcił głową. – Taki posąg to bardziej… smycz? Coś, co przytrzymuje zwierzę w miejscu. Nie są uwięzione, tylko raczej przywiązane.
- Ach – odparł Harry. – Czego teraz używają?
- Teraz się ich za bardzo nie używa. – Frank wzruszył ramionami. – Miotły są tańsze i bardziej popularne i nie stosuje się już koni do transportu.
- Dlaczego więc użyliście ich tutaj? – zapytał Harry, marszcząc brwi.
- No cóż. Po pierwsze, połączenie pana motocyklu z widmowym koniem sprawia, że niekonieczne jest ciągłe napełnianie baku benzyną, a po drugie… cóż, motocykl jest fajny, ale w końcu nie potrafi myśleć samodzielnie.
- To ma sens.
- Cieszę się, że się zgadzamy. – Frank podał Harry'emu małą figurkę konia. – Wystarczy, że weźmie go pan na dwór i siłą woli zamieni go pan w motocykl.
- Dzięki. – Harry schował statuetkę do kieszeni.
- Poproszono mnie, żebym pana poinformował, że wszyscy jesteście zaproszeni na imprezę w apartamencie organizowaną przez jedną z firm… raczej formalna sprawa, ale będzie darmowe jedzenie.
- Będę tam – odparł Harry. – Dzięki.
- W takim razie życzę miłego dnia. – Frank szybko zabrał po sztuce każdej możliwej broszury na stole Black Ink i wrócił do swojego stoiska.
- Pójdę przetestować – powiedział z uśmiechem Harry. – Wrócę za kilka godzin.
- Miłej zabawy. – Pomocnica pomachała mu na do widzenia.
Harry skierował się w stronę wyjścia z targów, dopóki jedno ze stoisk bliżej wyjścia nie zwróciło jego uwagi.
- Nie może być? – Harry zatrzymał się zszokowany. – Nigdy bym nie pomyślał, że to jest prawdziwe.
W mgnieniu oka Harry skręcił i udał się do stoiska.
- Witamy w ACME Inc* – przywitała go kobieta na stoisku. – Jak mogę pomóc?
- Nie wiedziałem, że istniejecie naprawdę. – Oczy Harry'ego rozbłysły.
- Działamy dopiero od niedawna. Grupa uczniów z mugolskich rodzin zdecydowała, że świat potrzebuje firmy o takiej nazwie i zaczęła budować ją od podstaw.
- Wow. – Harry zatarł ręce. – Co sprzedajecie?
- Nic wielkiego. – Kobieta wyraźnie zmarkotniała. – Udało nam się stworzyć kilka zaklęć, ale nie mamy zasobów na kontynuowanie większych projektów.
- Dlaczego nie?
- W większości jesteśmy tylko studentami – westchnęła kobieta. – Dobra, wszyscy jesteśmy studentami… powinnam mieć teraz szlaban na przykład.
- Och. – Harry podrapał się po brodzie. – Jakie zaklęcia stworzyliście?
- Zaklęcie acme – powiedziała z uśmiechem kobieta. – Proszę zobaczyć… acme.
W momencie, gdy zaklęcie zostało wypowiedziane, świszczący dźwięk przeciął ciszę i duży cień pojawił się po prawej stronie Harry'ego. Spojrzawszy w górę, Harry ze zdumieniem zauważył ogromne kowadło z zawrotną prędkością kierujące się w stronę ziemi, w którą uderzyło ze straszliwym impetem.
- Co ja wam powiedziałem o rzucaniu tego zaklęcia? – Jeden z organizatorów targów podszedł do nich oburzony.
- W porządku. – Harry machnął ręką. – Poprosiłem ją o to.
- Poprosił pan? – warknął organizator. – A kim pan jest?
- Pan Black – powiedział z uśmiechem Harry. – Jestem tu z Black Ink.
- Och – odparł mężczyzna. – W takim razie miłego dnia, Panie Black. Ja sobie pójdę… gdzieś indziej.
- Proszę bardzo – odparł Harry.
- Pan Black – pisnęła dziewczyna.
- Tak. Czy to jakiś problem?
- Nie. – Dziewczyna pokręciła głową. – Żaden problem.
- Wspominałaś, że macie problem z zasobami? – kontynuował Harry.
- Tak. – Pot zaczął dziewczynie lecieć z czoła. Nie dość, że została złapana na ucieczce ze szlabanu, to jeszcze przez samego Pana Blacka.
- Masz. – Harry wyciągnął jedną z wizytówek i coś napisał na jej odwrocie. – Porozmawiaj z moim przyjacielem Profesorem przy stoisku Black Ink, coś na pewno nam się uda wypracować.
- Dziękuję, sir. – Dziewczyna prawie straciła przytomność.
- I upewnij się, że wykupi kopie wszystkich waszych zaklęć. Muszę nauczyć się tego zaklęcia acme, a jestem pewny, że inne są równie dobre.
- Tak jest – odparła dziewczyna.
- Jak się tak w ogóle nazywasz?
- Dlaczego? – Dziewczyna wydawała się zmniejszyć.
- Bo jestem ciekawy. – Harry uśmiechnął się. – I mam nadzieję na nawiązanie stałej współpracy z waszą firmą.
- Judith P. Brooke. – Dziewczyna wzdrygnęła się. – Dziękuję, sir.
- Miłego dnia, Judith – powiedział z uśmiechem Harry. – I nie zawahaj się zajrzeć do naszego stoiska, żeby porozmawiać z Pomocnicą i Profesorem. Podoba mi się to, co widziałem do tej pory. Chciałbym w przyszłości zobaczyć więcej.
- Takjest – powiedziała na jednym wydechu Judith, która cieszyła się, że nie kazano jej wracać z powrotem do szkoły.
Harry wyszedł z kasyna z uśmiechem na twarzy i z myślą, że już za chwilę wypróbuje swój nowy motocykl. Był tylko jeden problem… Harry nigdy wcześniej nie jeździł motorem.
- Nie może to być aż tak trudne, prawda? – Harry wzruszył ramionami i dosiadł pojazdu.
Ogarnięcie wszystkich przyrządów zajęło Harry'emu kilka minut, po czym mógł pomknąć w stronę słońca, przez ulice miasta tak, jakby się na tym motorze urodził.
Skręcając w jedną z bocznych uliczek, Harry zauważył parking wypełniony motocyklami. Zatrzymał się i podjechał bliżej, żeby się im przyjrzeć.
- Jakim cudem pachniesz jak wilk? – Jeden z większych mężczyzn podszedł do Harry'ego. – Nie jesteś jednym z nas, ale pachniesz jakbyś był.
- Co? – Harry pociągnął nosem kilka razy. – Jesteście wilkołakami, prawda?
- Tak.
- Jestem po części wilkiem. – Harry wzruszył ramionami. – Po części czymś innym.
- Jak to możliwe? – Motocyklista zmrużył oczy.
- Mnie nie pytaj. – Harry ponownie wzruszył ramionami. – Nie mam pojęcia jak to wszystko działa.
- Och. – Motocyklista wydawał się nad czymś zastanawiać. – Jesteś w klubie?
- Jakiego rodzaju? – Harry rozejrzał się.
- Klub motocyklowy – powiedział z uśmiechem mężczyzna. – My, wilki jesteśmy Lunatykami, a tam dalej masz Księgowych Piekieł.
- Och. – Harry pokręcił głową. – Bez klubu, tylko ja.
- Jak się nazywasz? – Lunatyk wyciągnął rękę. – Jestem Barry.
- Pan Black. – Harry potrząsnął wyciągniętą dłoń.- Musisz mi wybaczyć, ale niedługo mam do załatwienia kilka spraw. Miło cię było poznać.
- Ciebie też – odpowiedział automatycznie zszokowany Barry.
Motocykliści patrzyli jak Harry rozejrzał się po raz ostatni zanim nie wyjechał z parkingu. Zastygli w szoku, gdy motocykl Harry'ego przybrał formę przezroczystego ogiera.
- Nie wierzę. – Motocyklista spojrzał na butelkę w dłoni, następnie z powrotem na oddalającego się Pana Blacka. – Blady koń go niesie, blady koń go niesie… mówią, że za każdym razem, jak dosiadamy naszych motorów to jedziemy ze śmiercią na ramieniu… tym razem tak rzeczywiście było.
-o-o-o-o-o-o-o-o-o-
Po rozmowie z Pomocnicą i Profesorem, Judith udała się z powrotem do szkoły i przez oszkloną część drzwi zajrzała do klasy, w której powinna była się znajdować, aby odbyć szlaban.
- Um, proszę pana. – Jedna z dziewczyn zauważyła Judith i szybko podniosła rękę.
- Co takiego, Brandy? – Podstarzały nauczyciel spojrzał na nią znad książki.
- Muszę zabrać Judith to łazienki. – Brandy przygryzła wargę.
- I niby jaki jest powód? – Nauczyciel uniósł brew.
- Kobiece sprawy, proszę pana. – Brandy zaczerwieniła się.
- Och – odparł mężczyzna. – W takim wypadku… Zauważyłem, że dzisiaj nie jest do końca sobą.
- Dziękuję. – Brandy chwyciła rękę koleżanki i wyciągnęła ją na korytarz.
- Co się dzieje? – Brandy puściła rękę Judith i spojrzała wrogo na drugą Judith. – Mamy jeszcze piętnaście minut do wyczerpania się eliksiru wielosokowego.
- Tak, jestem pewna, że mój kot ucieszy się, że będzie mógł wcześniej się urwać ze szlabanu. Mam wspaniałe wiadomość.
- Ktoś chce zainwestować? – Brandy od razu się ożywiła.
- Lepiej. – Judith uśmiechnęła się. – Pan Black w nas zainwestuje, był pod wrażeniem naszego czaru acme.
- Pan Black? – Brandy zbladła. – Pan ZABIŁEM W TYM TYGODNIU WIĘCEJ OSÓB NIŻ JEST W NASZEJ SZKOLE BLACK?
- Nie musisz krzyczeć. – Judith zmarszczyła brwi. – I tak, ten Pan Black… nie był aż tak przerażający.
- Zerwałaś się ze szkoły, żeby porozmawiać z Panem Blackiem? – Brandy nie mogła pojąć tego konceptu. – W porządku jeśli robisz to dla firmy, ale dla czegoś takiego?
- Nie powinniśmy nawet być w szkole. Głupi rodzice.
- Gdybyśmy tu nie byli, to nie nauczylibyśmy się wystarczająco dużo niemagicznych rzeczy, żeby to wszystko jakoś zadziałało. Pomysł wcześniejszego pójścia do szkoły, żeby mieć „kompletną edukację" podoba mi się tak samo jak tobie, Judith. – Brandy skrzywiła się.
- Zgodziliśmy się, że zrobimy wszystko, żeby firma odpaliła. – Judith skinęła głową. – Gdzie pozostali?
- Załatwiają sprawy. – Brandy uśmiechnęła się. – Powinnyśmy były sprzątać szkołę, ale udało mi się nas z tego wyciągnąć.
- Jak to zrobiłaś? – Judith również się uśmiechnęła.
- Powiedziałam nauczycielowi, że znowu masz kobiece problemy. Działa za każdym razem.
- Dlaczego to ja zawsze muszę mieć problemy?
- Zapomnij o tym. – Brandy obserwowała jak druga Judith zamienia się z powrotem w kota. – Opowiedz mi o Panu Blacku.
-o-o-o-o-o-o-o-o-o-
- Jak się jeździło motocyklem? – zapytała Pomocnica, gdy Harry podszedł do stoiska.
- Dobrze. Nawet bardzo dobrze.
- Cieszę się. – Pomocnica uśmiechnęła się.
- Więc… chcesz iść na tę imprezę? – Harry rozejrzał się. Wyglądało na to, że konwent powoli się kończył.
- Nie. – Pomocnica pokręciła głową. – Możesz śmiało iść.
- Okej. Jesteś pewna?
- Tak. Razem z Profesorem idę na inną, lepszą imprezę z innymi inżynierami.
- No dobra. – Harry wzruszył ramionami. – Widzimy się niedługo.
- Dokładnie.
Harry podszedł do wind i udał się na imprezę. Podchodząc do wejścia, został zatrzymany przez dwóch rosłych osiłków.
- Nazwisko? – Jeden z nich uniósł brew.
- Black – westchnął Harry. Dlaczego nie mógł pójść na tę imprezę dla inżynierów.
- Imię? – Mężczyzna zastygł.
- Pan. Mogę wejść?
- Tak jest – odparł szybko mężczyzna. – Proszę tędy.
Harry wszedł na imprezę i od razu skierował sie w stronę baru.
- Co podać? – zapytał go barman.
- Martini. – Harry od dawna chciał spróbować tego drinka.
- Już się robi. – Barman postawił przed nim kieliszek. – Smacznego.
- Dzięki.
- Dobry wieczór. – Harry'ego przywitał potężny facet z szczęką buldoga. – Witam na moim przyjęciu.
- Dzięki za zaproszenie. – Harry napił się swojego drinka.
- Dzięki za przybycie, Panie Black – odparł mężczyzna. – Szczerze mówiąc, jestem zaskoczony pana przybyciem.
- Niby czemu? – Harry napił się.
- Ponieważ niektórzy ludzie rozsiewają informację, że jestem ważną figurą w zorganizowanej przestępczości – powiedział mężczyzna, uśmiechając się.
- Och. – Harry wzruszył ramionami. – Nie słyszałem takiej plotki.
- Tak… no cóż. – Mężczyzna wydawał się być zaskoczony odpowiedzią Harry'ego. – Jak się panu podoba impreza?
- W porządku. – Harry wolałby być ze swoim przyjaciółmi. – Miło jest się zrelaksować po takim dniu jak mój.
- Ciężki? – Mężczyzna z radością dowiedziałby się jakiejkolwiek informacji o tajemniczym Panu Blacku.
- Po prostu długi. I ciekawy. – Harry wziął duży łyk swojego drinka.
- Co pan pije?
- Martini. – Harry dokończył napój i zakrztusił się oliwką. – Cholera, prawie się tym udusiłem… następnym razem będę ostrożniejszy.
- Sam wezmę martini. – Mężczyzna spoważniał. – Wie pan, Panie Black… w tym pokoju jest wiele niebezpieczeństw.
- Och? – Harry'ego zaczynała nudzić ta rozmowa.
- Weźmy na przykład balkon. – Mężczyzna uśmiechnął się. – Szkoda by było, gdyby ktoś… z niego wypadł.
- Chyba tak. – Harry ręką poprosił o kolejnego drinka.
- A to najbardziej oczywiste niebezpieczeństwo. Jest setka innych, mniej oczywistych.
- Jak na przykład oliwka w pana martini – uzupełnił pomocnie Harry. – Piłem takie wcześniej i, jak pan widział, prawie się zakrztusiłem. Można się zakrztusić na śmierć, jeśli się nie jest ostrożnym.
- Będę to miał na uwadze – odparł chłodno mężczyzna.
- Proszę mi wybaczyć. Pójdę brylować w towarzystwie – powiedział z uśmiechem Harry.
- Do widzenia, Panie Black. – Szczęka mężczyzny zacisnęła się.
Harry odszedł od mężczyzny i wtopił się w tłum.
- Witaj. – Do Harry'ego podeszła kobieta.
- Witam – westchnął Harry… kolejna osoba, która nie chciała mu dać spokoju.
- Kim ty możesz być - zapytała go kobieta z uwodzicielskim uśmiechem.
- Black – odparł Harry, porywając jedną z przystawek z jednej z tac.
- A jak ci na imię? – zapytała kobieta z rosnącym przerażeniem.
Harry odwrócił się, żeby na nią spojrzeć.
- Pan.
- Rozumiem. – Kobieta uśmiechnęła się. – Proszę mi wybaczyć, muszę przywitać innych gości.
- Do widzenia – odparł Harry.
Z zewnątrz oaza spokoju, w środku kobieta trzęsła się z przerażenia.
- Odwołać, odwołać misję natychmiast i wyprowadzić wszystkich z okolicy.
- Dlaczego? – zapytał ją głos kontrolera. – Wszystko jest przygotowane i każdy jest na swoich pozycjach.
- Włączając w to Pana Blacka – wysyczała kobieta.
- Wyjaśnij.
- Właśnie na niego wpadłam, kazał mi wyjść.
- Tak powiedział?
- Nie. – Kobieta zmusiła się do uspokojenia się. – Jego słowa: do widzenia.
- Rozumiem. – Głos zamilkł na moment. – Wyjdź stamtąd najszybciej jak się da. Nie chcemy zdenerwować kogoś takiego, jak on. A operacja i tak najwyraźniej poszła z dymem.
- Zobacz, czy uda ci się dowiedzieć, skąd się wiedział o tej operacji. – Kobieta z trudem powstrzymała się od obejrzenia się przez ramię. – I dlaczego zdecydował się wtrącić.
- Zrobię, co mogę – obiecał głos. – Teraz zmykaj stamtąd.
-o-o-o-o-o-o-o-o-o-
Po drugiej stronie, w innym apartamencie, inny mężczyzna, zadziwiająco podobny do mężczyzny ze szczęką buldoga zwrócił się do swojego podopiecznego.
- Jak się impreza rozkręca? – Bliźniak mężczyzny z twarzą buldoga uśmiechnął się krzywo. – Wszystko podoba się naszym przyjaciołom, federalnym?
- Właśnie dostałem wiadomość, że wszyscy opuścili imprezę. – Podopieczny zmarszczył brwi.
- Odkryli zasadzkę? – Teraz była kolej mężczyzny-buldoga na zmarszczenie brwi.
- Nie, sir. – Podopieczny pokręcił głową. – Pan Black kazał im wyjść.
- Co? Czemu?
- Wygląda na to, że działali mu na nerwy. I przekazał twojemu dublowi wiadomość.
- Jaką?
- Oliwki są niebezpieczne. – Podopieczny zaczął się trząść. – Jeśli nie będziesz ostrożny, to możesz udławić się na śmierć.
- Zostaw mnie sam.
Mężczyzna z twarzą buldoga obserwował, jak jego podopieczny wychodzi z pokoju. Następnie podszedł do baru i przygotował sobie drinka.
-o-o-o-o-o-o-o-o-o-
- Chciał pan ze mną rozmawiać, sir? – zapytała nerwowo kobieta z przyjęcia.
- Mam przypuszczać, że miałaś dobry powód, aby odwołać operację, agentko Simms? – Mężczyzna uniósł brew.
- Tak, dyrektorze – odparła Simms. – Black nas ostrzegł.
- Black? – Oczy dyrektora rozszerzyły się. – Dlaczego miałby to zrobić?
- Nie mam pojęcia, sir. – Agentka pokręciła głową. – Cel nie kieruje się wskazówkami Blacka… to nie ma najmniejszego sensu.
- Ja… - Dyrektor sięgnął do kieszeni i wyjął z niej telefon. - Chwilka… tak… Rozumiem, dziękuję.
- Coś się stało, sir?
- Możesz zakończyć swoje dochodzenie – powiedział z uśmiechem dyrektor. – I powiedz swojej drużynie, że mogą wziąć sobie kilka dni wolnego.
- Dlaczego, sir?
- Wasz cel właśnie został znaleziony martwy z oliwką w gardle… umarł w wypadku.
- Jak? – Simms pokręciła głową. – Moi ludzie nadal obserwują przyjęcie. Inni goście nie pozwoliliby mu udławić się na śmierć.
- Nie musieli. – Dyrektor pokręcił głową. – Wygląda na to, że facet na imprezie to sobowtór… chcieli cię nabrać.
- Co? – Oczy Simms rozszerzyły się.
- Prawdziwy cel był w hotelu po drugiej stronie ulicy – powiedział z uśmiechem dyrektor. – Zrobił sobie martini i zakrztusił się oliwką.
- Skąd wiemy, że to właśnie Black za tym stoi? – Simms uśmiechnęła się krzywo. – Nie mógł to po prostu być zwykły przypadek?
- Nasz człowiek wewnątrz powiedział nam, że Black ostrzegł sobowtóra, żeby ostrożnie pił martini. Ostrzegł go, żeby lepiej uważał na oliwki, bo może się zakrztusić na śmierć.
- Och – powiedziała Simms. – Nie ma mowy, żeby to był przypadek.
* fikcyjna firma pojawiająca się w różnych filmach, szczególnie w kreskówkach z cyklu Zwariowane melodie. Najważniejszą rolę odgrywa w serii Wiluś E. Kojot i Struś Pędziwiatr. Główne postaci serialu Pinky i Mózg są myszami laboratoryjnymi używanymi w zakładzie Acme Labs.
WIEM, WIEM, WIEM!
Ale miałam zarządzony odpoczynek w łóżku, a ze względu na kręgosłup, nie mogę pracować w nim zbyt długo.
Wracam już powoli do pełnej formy, więc mam nadzieję, że takich opóźnień więcej nie będzie
Ogłoszenia parafialne:
Salianna – dzięki za betę w te upalne dni i noce, ratujesz życie :3
Nana16210 – dzięki za upewnianie się, że żyję tylko po to, żeby mi znowu zagrozić. Uwielbiam.
Q: Z cudownego uniwersum HP, z kim się najbardziej utożsamiacie?
A: Ja bym powiedziała, że to taki mix Hermiony i Luny. Chociaż może trochę bardziej Luny niż Hermiony.
Komentujcie!
Niech żyje Święta Kaczka i do następnego!
