Rozdział 39

Kac, niespodzianka i czekolada (+omake.)

- Moja głowa – jęknął Profesor.

- Dzień dobry – przywitała go z uśmiechem Pomocnica. – Jak się dzisiaj miewasz?

- Okropnie – odparł Profesor, wzdrygając się. – Mogę cię prosić o eliksir na kaca?

- Nie. – Pomocnica pokręciła głową. – Skończył się.

- Ale widziałem, że ważyłaś wczoraj dwie, świeże butelki – zaprotestował Profesor.

- To było dla mnie i dla Pana Blacka – odparła Pomocnica. – Nie dla ciebie.

- Ale przecież Pan Black wcale tak dużo nie wypił – wyjęczał Profesor. – A ty nie możesz mieć kaca.

- Przezorny zawsze ubezpieczony. – Pomocnicy podobało się dręczenie przyjaciela. – Kazałam, Panu Blackowi wypić swój eliksir zaraz po mnie. Wypełniony jest witaminami, więc warto czasami go wypić nawet jak się nie ma kaca.

- To smakuje jak brudne skarpety. – Profesor zaczynał powoli żałować faktu, że w ogóle żyje. – Dlaczego miałabyś to brać, jeśli go nie potrzebujesz.

- Tylko te, które daję tobie smakują jak zużyte skarpety – powiedziała z uśmiechem Pomocnica. – Nasze smakują jakkolwiek chcę, żeby smakowały. Dzisiaj wybraliśmy truskawkowego milkshake'a. Pycha.

- Bądź przeklęta. – Profesor schował głowę pod poduszkę. – Gdzie jesteśmy?

- Nad Atlantydą. Pan Black mówi, że już zabrał księgę, którą potrzebował i wraca.

- Więc nasz dzwon nurkowy działa? – Głos Profesora odzyskiwał wyrazu.

- Tak – odpowiedziała wesoło Pomocnica. – Tak samo jak nasze aparaty absorbujące tlen, nawet nie musiał używać zapasowych eliksirów.

- To dobrze. – Profesor zadławił się. – Ustaw kurs na Anglię, gdy tylko wróci.

- Wróciłem. – Harry wystawił głowę przez drzwi. – Nie czujemy się za dobrze, co?

- Nie – jęknął Profesor.

- Mogłeś spróbować tych milkshake'ów, które zrobiła Pomocnica. – Harry uśmiechnął się na wspomnienie. – Były przepyszne, jeszcze raz dzięki.

- Proszę bardzo – odparła radośnie Pomocnica.

- Wredna wiedźma – dorzucił do rozmowy Profesor.

- Znalazłeś tę księgę, której szukałeś?

- Ta. – Harry wyciągnął przedmiot. – Przejrzałem ją, gdy się dekompresowałem… nie powala, ale czego można się spodziewać po takim autorze.

- Co w niej jest? – Pomocnica wzięła książkę z rąk Harry'ego i zaczęła ją oglądać.

- To książka kucharska – westchnął Harry. – Może być w niej coś, co przyda się tobie. Chyba widziałem tam kilka eliksirów.

- Dzięki – powiedziała Pomocnica, kiwając głową. – Jak byłeś tam na dole, widziałeś coś ciekawego?

- Miasto jest całkiem dobrze zachowane, biorąc pod uwagę to, co się z nim stało. I kiedy to się stało – odezwał się powoli Harry. – Wydaje mi się, że warto zejść tam kiedyś na trochę dłużej… są w ogóle jacyś magiczni archeologowie?

- Nie wydaje mi się. – Pomocnica pokręciła głową.

- To może ja będę pierwszy – zadumał się Harry. – Podobało mi się to przejście przez ruiny starego miejsca… i dobrze się bawiłem w Egipcie.

- Dobrze sobie radzisz z językami – dodała Pomocnica.

- Chyba tak… jak długo do przylotu do Anglii?

- Godzina? Może niecała – westchnęła Pomocnica. – Jeden z silników działa tylko na trzydzieści procent, więc przelot nad Atlantykiem zajmie nam dłużej niż zwykle.

- Więc na miejscu będziemy – Harry sprawdził zegarek – koło ósmej czasu uniwersalnego, tak?

- Raczej tak. – Pomocnica szybko dokonała obliczeń w głowie.

- W takim razie pójdę się zdrzemnąć – powiedział Harry po chwili zastanowienia. – Zawołajcie mnie, jeśli będziecie mnie potrzebować.

- Mogę pożyczyć twoje okulary? – zapytała z nadzieją Pomocnica. – Jeszcze nie do końca opanowałam zaklęcie tłumaczące.

- Kiedyś ci się w końcu uda. – Harry ziewnął. – Do zobaczenia.

- Pa. – Pomocnica wróciła do kabiny sterującej i spojrzała na instrumenty. – Panie Black, z powrotem na mostek.

- Czegoś potrzebujesz? – Harry wszedł do pomieszczenia kilka sekund później.

- Na powierzchni jest mały statek, który wydaje się, że ma problemy – odpowiedziała szybko Pomocnica. – Będziemy dokładnie nad nim za trzy sekundy.

- Teleportuję się w dół i zobaczę, czy potrzebują pomocy – powiedział Harry. – Zajmie to najwyżej minutę czy dwie.

- Dzięki. – Pomocnica obdarzyła Harry'ego olśniewającym uśmiechem.

- Czyli zostało mi tylko jedno… teleportuj mnie w dół. – Harry pojawił sie na pokładzie drewnianego statku. Pozwolił sobie na chwilę dojścia do siebie, po czym udał sie na poszukiwanie kapitana.

- Uciekaj, uciekaj, ty kupo ptasiego łajna.

Harry zauważył mężczyznę pochylonego za burtą i przeklinającą ocean.

- Witam – odezwał się Harry, przyciągając uwagę mężczyzny. – Wszystko w porządku?

- Tak – wycharczał mężczyzna.

- Potrzebujecie pomocy? – zapytał z uśmiechem Harry.

- Nie. Nie trzeba. Ale dzięki za troskę – odpowiedział kapitan.

- W takim razie do zobaczenia – kontynuował Harry. – Pomocnico… teleportuj mnie.

Harry potknął się, gdy nagle pojawił się na mostku zeppelina. Następnie stanął z szokiem i zmieszaniem wypisanym na twarzy.

- Umieściliśmy dodatkowy router dla teleportacji na mostku – wyjaśniła Pomocnica.

- Och… jeśli będziecie mnie do czegoś potrzebować, to będę w pokoju spał. – Harry zatrzymał się na moment w drzwiach. – A, potrzebuję czegoś, co ukryje mój zapach… wilkołaki wiedziały, że mnie ugryziono, jak z nimi wczoraj rozmawiałem.

- Okej – odparła Pomocnica. – Do zobaczenia.

-o-o-o-o-o-o-o-o-o-

- Dotarliśmy do Anglii. – Głos Profesora obudził Harry'ego z drzemki. – Wypij to, pomoże to z twoim problemem z zapachem.

- Dzięki. – Harry potarł oczy. – Czujesz się lepiej?

- Tak – odparł Profesor. – O wiele lepiej.

- To dobrze. – Harry zerknął na zegarek. – Masz jakieś plany?

- Muszę załatwić kilka rzeczy z rana – odparł Profesor. – Ale popołudnie i wieczór mam wolny.

- Świetnie – odpowiedział entuzjastycznie Harry. – Dobrze być z powrotem.

- To na pewno. – Profesor uśmiechnął się pod nosem. – Może teleportuj się na ziemię, a ja do dołączę do ciebie później.

- Możemy tak zrobić. Jakby coś się stało to zadzwoń.

- Jasne. – Profesor kiwnął głową.

Harry poszedł do pomieszczenia z TransŚwistem i wyciągnął swoją zapalniczkę Zippo.

- Teleportuj mnie w dół.

-o-o-o-o-o-o-o-o-o-

- Jak interesy, bracie najmilszy? – przywitał brata Fred, uśmiechając się.

- Dopiero otwieramy, ale mam wrażenie, że szybko się rozkręcimy – odparł George. – Ja…

Dalszą część wypowiedzi przerwało przybycie dziwnego mężczyzny.

- Co możemy…

- …dla pana zrobić?

- Muszę z wami porozmawiać. Zamknijcie, proszę, sklep na godzinę.

- Dlaczego mielibyśmy to zrobić?

- Nazwisko?

- Wiek?

- Zawód?

- Rozmiar buta?

- Data urodzenia?

- Pan Black. – Harry uśmiechnął się. Jak on za nimi tęsknił. – I wydaje mi się, że będziecie zainteresowani tym, co mam wam do powiedzenia.

- Pan Black…

- …szef Profesora?

- Zamkniemy sklep.

- Jeszcze kilka spraw. – Harry uśmiechnął się. – Tak naprawdę nie nazywam się Pan Black.

- Jakoś się…

- …tego domyśliliśmy.

- Moje prawdziwe imię to Harry Potter. – Harry wyłączył swoje przedmioty magiczne, żeby pokazać twarz. – Cześć.

- Jesteś…

- …Panem Blackiem? Czarnym Panem sprzed dziesięciu tysięcy lat?

- Niszczyciel cywilizacji?

- Znalazca skarbów?

- Tajemniczy super-szpieg?

- Wcielenie śmierci?

- Najniebezpieczniejszy człowiek na tej planecie?

- Co? – Oczy Harry'ego rozszerzyły się w szoku. – Nie, jestem tylko Harry.

- Spójrz na to – powiedział z uśmiechem George. – To twoja karta z czekoladowej żaby.

- Albo raczej karta Pana Blacka – dodał Fred.

- Karta z czekoladowych żab? – Harry chwycił kartę i zaczął czytać.

- Myślisz, że on zrobił te wszystkie rzeczy? – zapytał bliźniaka George.

- Znając Harry'ego? – Fred zastanowił się. – Tak… wydaje mi się, że tak.

- Chłopak ma największego pecha – zgodził się George.

- Dobra. – Harry wpatrywał się w kartę z niedowierzaniem. – Można tak spojrzeć na niektóre rzeczy.

- Więc nie zrobiłeś tych wszystkich rzeczy? – zapytał zawiedziony Harry.

- Nie wszystkie – odezwał się Harry drżącym głosem. – Niektóre z nich… zdarzyły się akurat wtedy, gdy byłem w okolicy.

- Czy ty wiesz, co to oznacza, Harry? – Bliźniacy spojrzeli na niego z wyrazem oczekiwania.

- Nie?

- Wrobiłeś cały świat…

- …cholernie dobry pomysł, Harry, dobra robota.

- Więc… coś nowego? – odezwał się wolno Harry.

- Tak karta z czekoladowych żab…

- …pomaga normalnym ludziom w walce z śmierciożercami.

- Jak to działa?

- Stukasz w nią różdżką…

- …a z niej wylatuje czekolada…

- …która ich oplata i sprawia, że są bezbronni – dokończył dumnie George. – Najlepsze jest to, że nie można jej użyć przeciwko nam przez gang głupców Moldy'ego. Zaatakują tylko tych z mrocznym znakiem.

- Snape nawet nie będzie wiedział, co w niego uderzy – zaśmiał się Harry.

- Super, ja… Czujecie zimno?

- Trochę. – Fred spojrzał na swojego brata.

- Teraz jak o tym wspominasz. – George podszedł do okna. – Wygląda na to, że mamy kilku dementorów na zewnątrz.

- Cholera – warknął Harry. – Dlaczego to zawsze przytrafia się właśnie mnie?

- Taki twój pech…

- …teraz idź tam i zrób swoje.

- Nienawidzę mojego życia – jęknął Harry, z powrotem włączając wszystkie magiczne przedmioty. – Dlaczego nie mogę mieć miłego, spokojnego życia? Z ładnym, białym płotem, gdzie nic, poza okazjonalnym kurzem, nie działałoby mi na nerwy?

- Taki twój pech. – George wzruszył ramionami.

Harry wyszedł ze sklepu i uniósł różdżkę… po czym ją opuścił. Z jednej strony, jeśli użyje swojego patronusa, to każdy będzie wiedział, że Harry Potter to on, a fani i reporterzy nie dadzą mu spokoju. Z drugiej strony, jeśli tego nie zrobi, to ludzie będą umierać.

- Naprawdę nienawidzę mojego życia. – Spoglądając w dół zauważył ściśniętą kartę Pana Blacka. – A co mi tam… warto spróbować.

Harry stuknął różdżką w kartę i rzucił ją w kierunku kreatur. Jakiś metr przed zderzeniem, karta eksplodowała, pokrywając dementory pulsującą masą czekolady.

Z pobliskich okien widać było głowy ciekawskich ludzi, którzy z niedowierzaniem obserwowali rzucających się dementorów.

- Cóż – odezwał się George, który razem z bratem wyszedł ze sklepu. – Jak się panu podoba nasz nowy wynalazek, Panie Black?

- I czy podobają się panu modyfikacje do pana standardowej karty? – zapytał z uśmiechem Fred.

- Dobra robota – odparł Harry. – Musicie mi wybaczyć, ale mam sprzedawcę, którego muszę stłuc na kwaśne jabłko.

Po raz kolejny głowy w oknach zniknęły, gdy podsłuchujący sprzedawcy wpełzali pod swoje stoły i zaczęli się trząść. Każdy z nich miał nadzieję, że to nie z nimi chciał rozmawiać Pan Black. W wyniku tego, sklepy na Pokątnej otworzyły się z trzygodzinnym opóźnieniem… a dziesięć osób zmoczyło majtki.

No i mamy rozdział 39.

11 do końca części pierwszej. O matko jak ten czas płynie.

Pozwolili mi już wyjść z łóżka, więc mogę się brać z powrotem do roboty. I jestem wcześniej. O tydzień. Wow, Wow

Ogłoszenia parafialne:

Salianna i Nana16210 – dzięki, o panie ;)

Q: Wolelibyście żyć w głębokim oceanie czy w dalekim kosmosie?

A: Jako, że ostatnio mam fazę na astrofizykę, to wybrałabym kosmos. Poza tym nie umiem pływać.

Co tak mało komentarzy? Ja rozumiem, że są wakacje, ale ja też muszę z czegoś żyć. Wena sama się nie nakarmi. Uwierzcie mi.

Omake 1:

- To było tutaj. – Stary żeglarz rozejrzał się. – Trójkąt bermudzki, oprowadzaliśmy wycieczkę i czujka zasnął na warcie.

- Co się stało? – zapytało jedno z dzieci z szeroko otwartymi oczyma.

- Skoro nikt nie patrzył, potwór zbliżył się do statku i owinął się wokół niego. – Stary żeglarz pokręcił głową. – Nie było drogi ucieczki i wiedziałem, że wszyscy w tym momencie umrzemy. Ale wtedy zdarzyło się to. Gęsta, czarna mgła oplotła statek, a potwór odpuścił i odpłynął najszybciej jak mógł.

- I?

- I usłyszałem kroki. – Marynarz wytarł rękę w koszulę. – Z mgły wyłonił się mężczyzna. Ubrany cały na czarno. W ogóle nie było widać twarzy. Rozejrzał się i niskim głosem zapytał się mnie czy wszystko w porządku.

- Co takiego pan zrobił?

- Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że tak. – Marynarz zaśmiał sie rubasznie. – Następnie zapytał się mnie, czy potrzebuję pomocy. Odpowiedziałem, że nie, a on udał się w swoją stronę. Dopiero, gdy dotarłem do portu powiedziano mi…

- Co takiego?

- Powiedziano mi, że Pan Black był w okolicy – wyszeptał marynarz. – Potwór uciekł, bo wyczuł w okolicy o wiele groźniejszego drapieżnika. A ja… ja już się tam nie zapuszczam nie upewniając się, że mam przynajmniej trzy osoby na warcie i że żadna z nich nie śpi.

Omake 2:

- …Więc wie pan, panie Profesorze, myśleliśmy, żeby na bazie zmodyfikowanego eliksiru wielosokowego stworzyć każdy damski kostium, ale do tej pory nie było nas stać na zakup odpowiedniej ilości składników, żeby można było prowadzić eksperymenty.

- To bardzo ciekawy pomysł, Judith. Jestem pewny, że Pomocnica z chęcią wam pomoże… - Profesor zamilkł na moment. – Pan Black chciałby tylko wam przekazać, żebyście uważali z eksperymentami na bazie tego eliksiru. Mówi, że zna osobę, która na własnej skórze dowiedziała się, że eliksir wielosokowy i koty nie idą ze sobą w parze.

- Um, dzięki za ostrzeżenie. Chyba. Bylibyście skłonni sfinansować produkcję naszej Dziurawej Farby?

- Co ona ma robić?

- Pozwala na malowanie prawdziwych dziur w ścianach. Niestety, gdy wysycha to można z niej tylko wyjść, a nie wejść. Zapowiada się obiecująco, ale pracujemy nad tym, żeby dodać efekt pociągu.

- Pociągu? Ciekawe… - Pół godziny później Judith zakończyła relacjonowanie przebiegu konwersacji.

- No i jak? – zapytała ją Brandy.

- Poszło lepiej niż mogłam przypuszczać, Brandy. Chcą sfinansować wszystko. Nawet spodnie Strusia Pędziwiatra. A mówiłaś, że nikt się nimi nie zainteresuje.

- Więc czym się tak zamartwiasz?

- Pan Black dał mi ostrzeżenie i nie bardzo wiem, jak mam zareagować. Coś o eliksirze wielosokowym i o kotach.

- Ach, to. Przez tę całą ekscytację dofinansowaniem od Pana Blacka zupełnie o tym zapomniałam.

- O CZYM zapomniałaś?

- Pamiętasz Ray'a? Tego chłopaka z drużyny, w którym się zakochałaś?

- Jasne, że tak? Co to w ogóle jest za pytanie?

- Próbował zaprosić cię na randkę tuż przed szlabanem, który Muffy odbębniła za ciebie. A wiesz, że ona nie lubi tej wody po goleniu, której czasem używa… w każdym razie uderzyła go tak mocno, że aż się przewrócił. I chyba go trochę podrapała. Ale to nie było nic poważnego. Tego jestem pewna.

- I zapomniałaś mi o tym powiedzieć.

- Um, tak, przepraszam. Przynajmniej możesz to częściowo wytłumaczyć kobiecymi problemami.

- Ta, wtedy może porozmawia ze mną w następnym tysiącleciu. Teraz wiem, dlaczego Pan Black nie wspomniał nic o ucieczce z szlabanu. Pewnie myślał, że to wystarczająca kara. Może i jest milszy, niż się wydaje, ale nie zdobył takiej reputacji przez przypadek.

Omake 3:

Harry spędzał miło czas na mostku z Profesorem i Pomocnicą, gdy zauważył dziwne stworzenie w samym centrum miasta.

- Profesorze, zatrzymaj proszę statek. Muszę coś załatwić.

Po teleportowaniu się na ziemię, Harry uruchomił swoją kosę uznając, że to dobry pomysł. Po czym dokładnie sekundę później wpadł na drugą osobę z kosą w ręku. Obcy, z szatą przykrywającą twarz odezwał się.

- Hej, spokojnie, skąd ten pośpiech.

- Proszę wybaczyć – odparł Harry. – Muszę powstrzymać tę kreaturę

- Nieee… - odparła postać. – Nie ma takiej potrzeby. To nowe zwierzątko Billy'ego. Pozbędę się go jak już się nim znudzi.

Harry uniósł brew, gdy zauważył, że żaden z miejscowych nie sprawiał wrażenia zaniepokojonego.

- Czy to jakieś magiczne miasteczko, czy coś? Myślałem, że jest niemagiczne.

- Bo jest. Ale tutaj nikt się tym nie przejmuje. Co powiesz na herbatkę?

Harry wzruszył ramionami i w końcu udało mu się zauważyć czaszkę zamiast normalnej twarzy. Mógł się tego domyślić.

- W porządku. Nie wydaje mi się, żeby było tu coś, co powinienem zrobić.

- Nie. Fajna kosa. Jak sobie radzi z rzucaniem zaklęć?

- Nie próbowałem tego jeszcze – odparł Harry. – Rzadko jej używam.

Ponury kiwnął głową i we dwójkę udali się do lokalnej restauracji. Szybko zauważył mężczyznę z urządzeniem nagrywającym i zdecydował się trochę zabawić.

- Słyszałem, że jest pan na wakacjach Panie Black. Kiedy wraca pan do swojego normalnego planu zajęć?

Ponury uśmiechnął się. Może uda mu się coś zrobić z tym, który mu ucieka.

- Kilka dni. Miło tak czasami się rozluźnić.

- To dobrze – odparł Ponury, w międzyczasie wołając kelnerkę. – Dwie herbaty, dobra kobieto.

- Jak się toczy życie? – zapytał Harry, zastanawiając się tym samym, czy to aby nie jest sen.

- Nieźle. Mam pełne ręce roboty z Billym i Mandy, ale to rodzina. Jeśli to komuś powtórzysz, to ja zaprzeczę. Mam nawet pracę na pół etatu w lokalnej szkole jako nauczyciel zastępczy.

- Tak? Myślałem, że będziesz bardziej zajęty – stwierdził Harry.

- Dobra, muszę się zająć tą dwójką. Wszyscy już się do mnie przyzwyczaili, więc mogłem sobie pozwolić na przycumowanie tutaj. Ale rzeczywiście mam tyły. – Ponury napił się swojej herbaty. – Może mógłbyś mi pomóc w jednej sprawie.

Harry westchnął, to musiało się stać.

- Czego potrzebujesz?

- Cóż, jak ostatnio byłem w Anglii, to jeden gość mi umknął. Miałem nadzieję, że mi pomożesz i go znajdziesz.

- Jak się nazywa?

- Voldemort. Tutaj mam jego klepsydrę. – Ponury wyjął przedmiot, w którym nie było już piachu, który mógłby się przesypać na dół. – Ciągle mi umyka, nieważne jak często próbuję go zabrać.

- To trochę jak ja i Glizdogon.

- Trochę. Ale skoro już jedziesz w tę stronę…

- Wezmę ją – odparł Harry, dodając odrobinę miodu do napoju i biorąc łyk.

- Dzięki. A, chciałem zapytać, mogę dostać odrobinę twojej krwi?

Harry zmarszczył brwi.

- A po co ci ona?

Ponury uniósł swoje kościste ręce.

- Po nic, tak po prostu na pamiątkę.

Harry wzruszył ramionami. Śmierć na pewno miała interesujące zainteresowania.

- Niech będzie.

Po wypełnieniu fiolki, obaj usłyszeli głos.

- Dobra, Ponury, kim on jest i dlaczego nie robisz swojej pracy?

- Mandy, muszę ci przedstawić mojego kolegę, Pana Blacka.

- Ta, ta. Jeśli nie zamierza nam pomóc, to przestań kłapać i powstrzymaj Billy'ego przed zrobieniem z siebie jeszcze większego głupka niż jest.

Harry kiwnął głową.

- W takim razie do zobaczenia kiedyś. Teleportuj mnie, Profesorze.

Po odejściu Harry'ego, Ponury rozejrzał się, żeby się upewnić, że podsłuchujący agent nadal siedzi na tym samym miejscu.

- Dlaczego to zrobiłaś, Mandy? Czy to w ogóle zdajesz sobie sprawę z tego, jak ciężko jest go zobaczyć, a już w ogóle z nim porozmawiać?

- Gdzie jest twój problem, Ponury? W końcu to ty jesteś Śmiercią.

- Problem w tym, że to jest mój SZEF. To najlepszy z najlepszych wśród kosiarzy.

Oczy agenta 86 rozszerzyły się w szoku. Oczywiście będzie musiał zgłosić to miasteczko, ale nic z nim nie zrobią, jeśli Black dał im spokój. Ale skoro na stałe mieszka tutaj Ponury Kosiarz, a Pan Black jest TYM szefem… Cóż, Kapitan MUSI o tym usłyszeć.

Niech żyje Święta Kaczka i do następnego!