Rozdział 40.
Poważne rozmowy, zlecenie i sprzątanie. (+omake)
- Dzień dobry, Panie Black. – Sprzedawca nawet na niego nie spojrzał, gdy ten wszedł do sklepu. – Jak się pan dzisiaj czuje?
- Jestem wściekły – odparł Harry przez zaciśnięte zęby. – Jest kilka spraw, które muszę z panem obgadać.
- Jak na przykład fakt, że to przeze mnie zaczął pan tę całą przygodę? – odparł sprzedawca. – Proszę poczekać, zamknę sklep.
- Czemu?
- Czy czytał pan Iliadę, Panie Black? – zapytał go sprzedawca.
- Tak – odparł Harry. – I niech pan nie udaje, że nie wie pan, kim jestem.
- Trzeba uważać na niechciane uszy – powiedział sprzedawca, rozglądając się dookoła. – Czy pamiętasz może historię Kasandry, kobiety przeklętej darem przewidywania przyszłości, ale bez możliwości jej zmiany? Jak ci się wydaje, co by się stało, gdyby miała dzieci, a jej moce przylgnęły do całej linii?
- Mam kilka pomysłów – zgodził się Harry. – Najlepszym, według mnie, jest wyjaśnienie przynajmniej części.
- Wędrowaliśmy po tym świecie przez długi czas, wielu z nas oszalało – wysyczał sprzedawca. – Czy wiesz, jak to jest, być dręczonym przez obrazy i nie móc nic z tym zrobić? Ale rozmawialiśmy o rodzinie i pewnego dnia jeden z nas doznał olśnienia… zdał sobie sprawę, że skoro nasza moc nie pozwoli nam na obronę naszego imperium, to może nam pomóc w świecie biznesu.
- Mamy więc różdżkarza, który zawsze zna twoje imię i bez większych problemów umie dopasować różdżkę do twoich potrzeb. Mamy sklepikarzy, którzy wiedzą więcej, niż chcą przyznać i mają pod ręką przedmioty, które dziwnym trafem zawsze przydają się w niedalekiej przyszłości. – Harry wypuścił głośno powietrze. – Dlaczego właśnie ja? To przez przepowiednię?
- Ta przepowiednia to sterta bzdur. – Sprzedawca machnął ręką. – To jedna z typu niejasnych, które stają się jasne dopiero po wydarzeniach. Dziennie powstaje takich setki i może mały procent to prawdziwe przepowiednie. Wróżbiarstwo w Hogwarcie, nauczane w ten sposób jak jest teraz, może w najlepszym przypadku dostarczyć niejasną przepowiednię, a w najgorszym stertę bzdur.
- Więc czemu mi pomagacie?
- Może to są bzdury, ale, jak to się mówi, umieść w jednym pokoju małpy z maszynami do pisania, to w końcu stworzą dzieło godne Szekspira. Tak ceniona przez Dumbledore'a przepowiednia pozwala na kilka mglistych rozwiązań, które co najwyżej mogą być półprawdami. Ty zaś masz potencjał do pokonania aktualnego Czarnego Pana. Nie jesteś jedyny, ale świat czarodziejów musi się w końcu nauczyć, że nie ma czegoś takiego jak przeznaczenie. Nikt nie ma wyznaczonej ścieżki życia. – Sprzedawca wziął głęboki wdech. – Pomogliśmy ci, bo masz sporą szansę w pokonaniu Czarnego Pana. Widzieliśmy też okazję, dzięki twoim wakacjom, więc dostarczaliśmy ci wszelkich potrzebnych informacji i potrzebne wyposażenie i pozwoliliśmy ci pakować się w kłopoty.
- Rozumiem – kontynuował Harry z kamienną twarzą. – Może jest pan w stanie mi wytłumaczyć, dlaczego nie jestem tak wkurzony, jak myślałem, że będę?
- Dlaczego miałbyś być wkurzony? – Sprzedawca był zdziwiony. – Większość z nas robiła wszystko, żeby zachować twoją anonimowość… Nawet dałem ci pole siłowe SEP.
- Nie działało – prychnął Harry. – Dało to tylko tyle, że ludzie nie rozpoznawali „wielkiego Harry'ego Pottera", ale na pewno nie uczyniło to mojego życia mniej ekscytującym.
- Mogę zobaczyć? – Sprzedawca obejrzał przedmiot z każdej strony. – Lepiej by działał, gdyby był włączony. W tej chwili jest na najniższym ustawieniu. Następnym razem lepiej przeczytaj instrukcję obsługi.
- Chce mi pan powiedzieć, że miałem tyle kłopotów tylko dlatego, że nie chciało mi się przeczytać instrukcji obsługi?
- Tak – potwierdził sprzedawca. – To jest dobre wyjaśnienie tego, czemu spotykało cię tyle rzeczy. Miałem przeczucie, że tak mogło być, ale nie miałem pojęcia jakim cudem.
- Czyli źródłem moich problemów jest nieprzeczytanie przeze mnie instrukcji obsługi? – zapytał szeptem Harry.
- Dokładnie tak – odparł wesoło sklepikarz. – Z drugiej strony, jak jedna osoba może mieć tyle przygód… może za dziecka rozgniewałeś jakąś sporą grupę ludzi, którzy rzucili na ciebie jakąś klątwę.
- Odłóżmy to na bok – powiedział Harry przez zaciśnięte zęby.
- Skoro tak uważasz. Co jeszcze chcesz wiedzieć?
- Jak mam pokonać Toma Riddle'a? – zapytał spokojnie Harry.
- Możesz go przejechać samochodem, wziąć udział w pojedynku na śmierć i życie, spowodować wybuch gazu – odparł sarkastycznie sprzedawca. – Można by pomyśleć, że ktoś o takim doświadczeniu jak ty miałby więcej pomysłów niż zwykły sklepikarz.
- Ostatnio jak zginął, to udało mu się powrócić. – Harry z trudem powstrzymał wybuch złości. – Jak zabić go na dobre?
- Tom Riddle, w swojej pogoni za nieśmiertelnością, zrobił poważny błąd. – Sprzedawca zaczął chichotać pod nosem. – Umiejscowił swoją szansę powrotu w kilku małych przedmiotach. W naturze takich przedmiotów jest zagubienie się z czasem, wiele z nich trafiło w ręce moich kuzynów. Jedyne, co musisz zrobić, to zabić to ciało i węża. My zrobimy resztę.
- Dlaczego nie zrobiliście tego ostatnim razem, skoro to takie proste? – zapytał spokojnie Harry. – Można by pomyśleć, że szybsze załatwienie sprawy leży w waszym interesie.
- Niektóre przedmioty były poza naszym zasięgiem. – Sprzedawca uśmiechnął się. – Ale już rozwiązaliśmy ten problem. Jak powiedziałem, zabij ciało, my zajmiemy się resztą.
- Skoro przepowiednia jest bezwartościowa. – Harry wziął głęboki wdech. – Dlaczego nie poprosiliście Dumbledore'a o pomoc?
- Albus Dumbledore to wielki człowiek, ale ma jedną znaczącą wadę.
- Uwielbia manipulować ludźmi jak pionkami szachów – dokończył Harry.
- Nie, nie może się zmusić do zabicia kogokolwiek. – Sprzedawca wzruszył ramionami. – Jednak społeczeństwo nie uznaje tego za wadę.
- Ale przecież pokonał Grindelwalda – zaprotestował Harry. – Jak mógł tego dokonać, skoro nie mógł nikogo zabić?
- Albus zabił jednego człowieka i to tak nim wstrząsnęło, że już nigdy więcej tego nie zrobił. – Sklepikarz pokręcił głową. – To dlatego tak nalega na kierowanie się przepowiednią. Dlatego Zakon bardziej zajmuje się obserwacją i dlatego nie wykorzystał szansy i nie zabił Toma Riddle'a. Nie może się zmusić do odebrania kolejnego życia.
- Więc dlatego wychował mnie mordercę? – wysyczał Harry.
- Wychował cię tak, żebyś wypełnił przepowiednię i próbuje nie myśleć o tym, co się z tym wiąże – poprawił go sprzedawca. – Jest różnica.
- Co teraz? – Harry poczuł się zagubiony. – Skoro wiem… co ja mam teraz zrobić?
- Tego nie mogę powiedzieć – powiedział cicho sprzedawca.
- Ale zna pan przyszłość, dlaczego nie może pan mi powiedzieć?
- Po pierwsze, nie znam przyszłości. Znam kilka przyszłości, z których każda równie dobrze może się wydarzyć lub nie… Cholera, żadna z nich może się nie wydarzyć. Co dalej zależy tylko od ciebie.
- Jaka jest więc możliwa przyszłość? – zapytał błagalnym tonem Harry. – Mała podpowiedź.
- Severus Snape – wyszeptał sprzedawca. – W tej chwili jest w melinie niedaleko stąd. Chce przedstawić Panu Blackowi… ciekawą propozycję.
- To wszystko?
- To wszystko, co mam – odparł smutno sprzedawca. – W najlepszych czasach nie dostajemy dużo, a w najgorszych… w najgorszych jest tego aż za wiele. Nasze umysły przeciążone są obrazami przyszłości, które mogą nigdy nie nadejść.
- Dziękuję – powiedział Harry, odwracając się już, żeby wyjść.
- Jeszcze jedno. – Sprzedawca postawił małe pudełko a blacie. – Może ci się to przydać.
- Czemu? – Harry spojrzał na pudełko podejrzliwym wzrokiem.
- W środku jest bransoletka, która sprawi, że znowu staniesz się Harrym Potterem – powiedział powoli sprzedawca. – Możesz sobie nie zdawać z tego sprawy, ale bardzo się zmieniłeś przez ten cały czas. Twoi przyjaciele mogą mieć problem z połączeniem ich obrazu twojej osoby z rzeczywistością.
- Iluzja?
- Coś o wiele potężniejszego, ale coś w ten deseń – zgodził się sklepikarz.
- Dziękuję. – Harry wziął pudełko. – Ile za to?
- Na koszt firmy. – Sprzedawca zaczął chichotać. – Tylko upewnij się, że przeczytałeś instrukcję obsługi.
- Dzięki – powiedział z zaciśniętymi zębami Harry. – Tak zrobię.
-o-o-o-o-o-o-o-o-o-
Severus cieszył się chwilą samotności. Niedługo zaczynała się szkoła, dobrym pomysłem na zakończenie wakacji był drink w barze. Jeden z jego źródeł przekazał mu wiadomość, żeby wybrał stolik oddalony od pozostałych i cierpliwie czekał. Powiedziano mu, że niedługo pojawi się ktoś, kto będzie mu mógł pomóc z pewnym… problemem.
- Powiedziano mi, że chce pan ze mną porozmawiać? – zapytał głos z cieni.
- Mam dla pana propozycję. – Snape nie oderwał wzroku od szklanki Ognistej Whiskey, która znajdowała się w jego prawej dłoni. – Pewien mężczyzna musi zniknąć, ale nie mogę tego zrobić osobiście.
- Dlaczego przychodzi pan z tym do mnie? – zapytał pusto głos. – Czemu nie poprosi pan o pomoc swoich przyjaciół w Zakonie?
- Nie mają tego czegoś, czego potrzeba, żeby stanąć przed człowiekiem i z uśmiechem na twarzy zakończyć jego życie. – Mistrz eliksirów wziął łyk trunku. – Właśnie dlatego przyszedłem z tym do pana.
- Rozumiem. – Świat wokół nich wydawał się zamilknąć w oczekiwaniu na odpowiedź. – Nie jestem płatnym zabójcą, mimo że wszystko wydaje się na to wskazywać.
- Nie ośmieliłbym się nawet tak pomyśleć. – Snape ponownie napił się ze szklanki. – Podejrzewałem, że zainteresuje pana trudność zadania, a nie zapłata. Poza tym, czuję, że zgodziłby się pan ze stwierdzeniem, że usunięcie tego osobnika będzie z korzyścią dla naszej społeczności.
- Więc niech pan przedstawi swoją sytuację, panie Snape, a ja dam panu odpowiedź.
- Jeden z moich starych znajomych, Antonin Dołohow, przebywa obecnie w małym pokoiku nad jednym ze sklepów na ulicy Śmiertelnego Nokturnu. – Kolejny łyk. – Naprzeciw niego znajduje się ekipa aurorów, która uważnie obserwuje każdy jego ruch z nadzieją, że doprowadzi ich do jego znajomych.
- Nie rozumiem, jak ja się tu mogę przydać. Niech pan porozmawia z Zakonem i niech aurorzy go zaaresztują.
- Gdyby to było takie proste. – Snape zaśmiał się. – Jestem przekonany o tym, że Dołohow doskonale zdaje sobie sprawę z każdego ruchu ludzi go obserwujących. I jeśli zostawimy sprawy tak, jak się mają teraz, to niedługo przeczytamy o ataku i śmierci młodych aurorów.
- Dlaczego więc nie zajmie się pan tym sam?
- Aurorzy monitorują każdy przypływ aktywnej magii w promieniu piętnastu metrów od tego pokoju. – Snape napełnił pustą już szklankę. – I nie mam wątpliwości, że z łatwością wyłapaliby mój znak na ramieniu.
- Myślałem, że pana mały… tatuaż to raczej bierna magia? – zapytał głos.
- Też tak myślałem, ale dowiedziałem się ostatnio, że utrzymuje możliwość komunikacji poprzez stały sygnał nadawany do innych znaków. Nie mogę zrobić tego sam.
- Rozumiem.
- Zrobi to pan? – zapytał delikatnie Snape. – Czy muszę poszukać kogoś innego?
- Z radością pomogę panu w rozwiązaniu tej kłopotliwej sytuacji – zgodził się głos. – Teraz kwestia zapłaty.
- Nie mogę zapłacić dużo – przyznał Snape. – Nie na posadzie nauczycielskiej.
- Nie zrozumiał mnie pan, panie Snape. – Głos był wyraźnie rozbawiony. – Pieniądze nie są czymś, co kiedykolwiek zaprzątało mój umysł.
- Co w takim razie chce pan w zamian?
- Ciekawość, panie Snape. – Głos zamilkł na moment. – Chciałbym wiedzieć, czemu zdecydował się pan zadziałać właśnie teraz?
- Zranił jedną z moich uczennic – odpowiedział cicho Snape. – Mogę ich nie lubić, ale mam obowiązek ich chronić.
- Postawa godna pochwały, panie Snape – skomentował głos z cienia. – Jednak to nie jest cała prawda.
- Prawda jest taka – kontynuował niechętnie Snape – że poza faktem, że jest moją uczennicą… ma… dużo potencjału. Pozwolić jej zginąć, to przestępstwo dla mojej sztuki.
- Chce pan zniszczyć jednego człowieka dlatego, że zranił ucznia? – W głosie słychać było rozbawienie. – I przypadkowo jest to jedyna uczennica, która jest w stanie dorównać panu w wybranej przez pana sztuce?
- Nie jest jedyną – powiedział cicho Snape. – Jest kilku innych, którzy mają potencjał. Przynajmniej porównując do innych durni, których jestem zmuszony uczyć. Jednak nadal nie mogę pozwolić, żeby umarli przed osiągnięciem ich celów w sztuce warzenia eliksirów.
- Rozumiem… jest mi pan dłużny przysługę, panie Snape – dokończył szeptem głos. – Na razie dotrzymał pan warunków umowy, pora na mnie, żebym dotrzymał swoich zobowiązań. Do widzenia, panie Snape.
- Do widzenia, Panie Black – odpowiedział Snape do pustego pokoju.
Wychodząc z baru, Harry starał się nie myśleć o tym, co właśnie miał zrobić. Z toku myślenia wyrwała go wibracja dochodząca z kieszeni.
- Tak?
- To ja, mój przyjacielu – odparł głos Profesora. – Jesteś zajęty?
- Mam jedną sprawę do załatwienia – odparł cicho Harry. – Ale mam jeszcze trochę wolnego czasu.
- Doskonale – powiedział rozentuzjazmowany Profesor. – Dołączę do ciebie za trzy sekundy.
- Trzy sekundy? – Harry spojrzał się za siebie.
- Tak. – Profesor rozłączył się i włożył zapalniczkę do kieszeni. – Zauważyłem cię, jak szedłeś ulicą i stwierdziłem, że się przywitam… co takiego musisz jeszcze załatwić?
- Muszę zabić człowieka – wyszeptał Harry.
- Mam nadzieję, że ten człowiek zrobił coś, co sprawiło, że zasłużył na tę śmierć? – Profesor spojrzał Harry'emu w twarz.
- Tak.
- W takim razie ci pomogę. – Głos Profesora opadł do szeptu. – Kogo mamy zabić?
- Śmierciożercę, Antonina Dołohowa… zranił moją przyjaciółkę i wiele innych osób.
- Więc nie przeciągajmy – powiedział szybko Profesor. – Im szybciej zaczniemy, tym szybciej ten człowiek nie będzie zagrożeniem dla innych.
- Tak – zgodził się Harry. – Chodźmy.
Harry i Profesor udali się w stronę budynku, w którym przebywał ich cel. Zatrzymali się tuż przed nim i zaczęli się zastanawiać, jak dalej postąpić.
- Czy muszę zdjąć moją zbroję? – Harry spojrzał na swojego przyjaciela.
- Nie – odparł Profesor po chwili zastanowienia. – Nie musisz.
- Jak myślisz, jak powinienem do tego podejść? – zapytał Harry, przekazując wszystkie magiczne przedmioty swojemu przyjacielowi.
- Nie jestem pewny. – Profesor nie był zadowolony z przebiegu spraw. – Nie używałbym różdżki. Zrobiłem wszystko, co mogłem, żeby nie dało się jej wykryć, ale nie ryzykowałbym.
- Masz rację – powiedział Harry. – Jestem pewny, że aurorzy założyli mnóstwo zaklęć monitorujących.
- Jesteś pewny, że chcesz to zrobić? – Profesor wyglądał na zatroskanego. – Tak definitywnie?
- Nie chcę tego robić – westchnął Harry. – Ale nie mam wyboru, ktoś to musi zrobić.
- W takim razie proponuję, żebyś załatwił to szybko. Wchodzisz i wychodzisz. – Profesor pokręcił głową. – Zrobię zamieszanie, jeśli zauważę, że ktoś się zbliża.
- Dzięki. – Harry pokręcił z obrzydzeniem głową. – Miejmy to już z głowy.
- Powodzenia.
Harry przyjął życzenia i zaczął wchodzić po wąskich schodach. Gdy dotarł na szczyt schodów i udał się w kierunku drzwi, które po włączeniu wzroku maga, świeciły najjaśniej. Harry doszedł do wniosku, że to właśnie w tym pokoju znajduje się jego cel.
Harry nacisnął na klamkę. Nerwy wcale go nie opuściły, gdy odkrył, że drzwi nie były zamknięte. Ukradkiem wchodząc do pokoju, Harry zrobił szybki rekonesans po pokoju ze starymi, podniszczonymi meblami. Odgłosy wody skierowały jego uwagę w stronę łazienki. Szybkim krokiem Harry podszedł do odpowiednich drzwi i przez szczelinę zajrzał do środka.
Antonin Dołohow leżał w wannie z zamkniętymi oczami. Wyglądał tak, jakby nie miał ani jednego problemu, wyglądał na zrelaksowanego… zadowolonego z życia.
Harry wziął głęboki wdech i wszedł do łazienki. Dwa długie kroki doprowadziły go do wanny. W mgnieniu oka pociągnął za nogi śmierciożercy, zanurzając tym samym jego twarz pod wodę.
Krzyk Dołohowa zagłuszyła woda, a jego ręce gorączkowo chwytały się brzegów wanny w poszukiwaniu ratunku. Następnie Harry przycisnął nogą twarz śmierciożercy, po raz ostatni zanurzając ją pod wodę.
Walka Antonina był coraz słabsza i słabsza, wraz z każdą sekundą pozbawioną życiodajnego tlenu. I po ostatniej gorączkowej próbie zaczerpnięcia oddechu, umarł. Nikt nie będzie za nim tęsknił.
Harry spojrzał na efekt końcowy i sam wziął głęboki wdech, żeby uspokoić nerwy. Rozglądając się po raz ostatni, Harry starannie zamknął drzwi i wyszedł mieszkania. Następnie spotkał się z Profesorem, który na niego czekał.
- Dobrze się czujesz? – zapytał go Profesor, gdy ten wychodził z budynku.
- Nie wiem. – Harry zmarszczył brwi. – Nie jestem pewny, czy podoba mi się to, czym zostałem zmuszony się stać.
- Harry. – Profesor zignorował zszokowany wyraz twarzy przyjaciela. – Wojna robi z ludźmi dziwne rzeczy, uwydatnia w ludziach i te najlepsze i te najgorsze cechy. Ja… nie jestem w stanie powiedzieć ci, czy to, co robisz, jest dobre czy nie. Mogę powiedzieć tylko, że… jesteś moim przyjacielem i nie znam momentu, w którym byś kiedyś przebrał miarkę. Nie wiem, czy ci to pomoże, ale mów sobie, że poświęciłeś swoją niewinność po to, żeby inni nie musieli tego robić.
- Dzięki – westchnął Harry. – Jak się dowiedziałeś?
- Powiedziałeś trochę za dużo, gdy się tak upiłeś w Niemczech. – Profesor uśmiechnął się słabo. – Pomocnica wie, ale pozostali nie mają pojęcia. Dla nich nadal jesteś tajemniczym Panem Blackiem.
- Dziękuję. – Harry poklepał przyjaciela po ramieniu. – Chodźmy.
- Mówiłem ci już o moim najnowszym wynalazku? – zapytał Profesor, zmieniając temat. – Jest to odznaka, która ma wiele dziwnych i niezwykłych mocy.
- Jak na przykład co? – Harry szybko rzucił na nogę zaklęcie osuszające.
- Cóż – zaczął Profesor. – Na pewno ma magię wielu przedmiotów, który ty masz przy sobie, ale w wersji bardziej kieszonkowej. Potrafi ukryć rysy twarzy, zablokować większość form umysłowej manipulacji… normalka.
- Mógłbyś wysłać dwie takie do bliźniaków? – Harry zmarszczył brwi. – Dziwne.
- Tak, mogę – odparł szybko Profesor. – Coś się stało?
- Znam te dwie dziewczyny – powiedział Harry. – I znam jednego czy dwóch śmierciożerców, którzy je śledzą.
- Czy coś z tym zrobimy? – zapytał cicho Profesor.
- Tak.
- W takim razie to może być dobry czas, żebyś usłyszał o innym nowym wynalazku. – Profesor spojrzał nerwowo na grupę śmierciożerców. – To urządzenie do automatycznego sprzątania.
- I jak ma to mi pomóc? – odszeptał Harry.
- Cóż. – Profesor wyjął metaliczną kulę. – To potężny środek wybuchowy.
- Co? – Oczy Harry'ego rozszerzyły się w szoku. – Jak ma to pomóc w czyszczeniu pokoju?
- Skoro jakiś pokój przestaje istnieć, to nikt nie może powiedzieć, czy wcześniej był brudny, prawda? – odparł Profesor z dumnym uśmiechem.
- Chyba rzeczywiście mi się to przyda. – Harry postanowił zignorować dziwne rozumowanie przyjaciela. – To i kilka zaklęć powinno sprawić, że będą mieli dobre nastawienie do pojedynku ze mną.
- A jakie nastawienie jest dobre? – zaczął się głośno zastanawiać Profesor.
- Uważam, że wszystko o wiele szybciej idzie, gdy ich nastawienie jest rozbryzgane na ścianie razem z ich mózgami. – Harry wzruszył ramionami. – O wiele łatwiej. Ty zajmij się dziewczynami, jak zajmę się śmierciożujcami.
-o-o-o-o-o-o-o-o-o-
Hermiona siedziała w pokoju i próbowała się uczyć, gdy sowa jej przyjaciela zaczęła się dziwnie zachowywać.
- Huu. – Hedwiga zaczęła się wyrywać i po chwili zeskoczyła z żerdzi i wyleciała przez otwarte okno.
- Hedwiga – krzyknęła Hermiona, biegnąc za oszalałą sową.- Poczekaj na mnie!
Hermiona zbiegła ze schodów i dobiła do drzwi wyjściowych, próbując jednocześnie utrzymać sowę w polu widzenia.
- Co ty robisz, Hermiono? – Tonks zrzuciła z siebie pelerynę niewidkę i zaczęła biec u boku dziewczyny. – Dlaczego wyszłaś z domu w takim pośpiechu?
- Jest tylko jeden powód, dla którego Hedwiga by tak oszalała – odpowiedziała Hermiona między jednym haustem powietrza, a drugim. – Wie, gdzie jest Harry.
- To może spróbujmy czegoś bardziej wydajnego? – Tonks zatrzymała się, wyjęła z kieszeni buteleczkę z dziwną, srebrną substancją i przyzwała swoją pelerynę. – To jedna z zabawek wymyślonych przez ludzi Blacka.
- Co to takiego? – Hermiona wpatrzyła się w substancję.
- Ja to nazywam spoko srebrne coś do latania. – Tonks otworzyła butelkę i wylała zawartość na ziemię. – Wskakuj.
Hermiona zawahała się na moment, po czym weszła w kałużę czegoś, co wyglądało jak rtęć.
- Co teraz?
- Teraz założymy pelerynę, żeby nikt nas nie zauważył i będziemy śledzić tę sowę – powiedziała Tonks, narzucając na siebie materiał. – No to ruszamy.
- Peleryna nie zakrywa nas od spodu – wyszeptała Hermiona, trzymając się mocno starszej dziewczyny. – Nikt tego nie zobaczy?
- Ludzie Blacka się tym zajęli – odszeptała Tonks. – Nie martw się, znajdziemy Harry'ego, a gdy już to zrobimy…
- To ma przewalone, że kazał nam się tak martwić – dokończyła Hermiona.
- Spójrz, leci w kierunku ulicy Pokątnej.
- Nie strać jej z oczu – rozkazała Hermiona.
Obie dziewczyny wylądowały i już na pieszo śledziły ptaka przez skomplikowany system zakrętów.
- Jesteśmy blisko – powiedziała Hermiona. – Czuję to.
Tonks spojrzała przez ramię i zmarszczyła brwi.
- Cholera. Nie patrz się do tyłu – wyszeptała do Hermiony. – Jesteśmy śledzone przez co najmniej dwóch znanych śmierciożerców i każdy z nich ma kumpli.
- Co robimy? – zapytała nerwowo Hermiona, chwytając za różdżkę.
- Uciekniemy w tę uliczkę i miejmy nadzieję, że uda nam się ich tam zgubić – odparła stanowczo Tonks. – Jeśli to zawiedzie, pozwoli mi to przynajmniej na zdobycie trochę czasu, żebyś dała radę uciec w pelerynie.
- Nie opuszczę cię, Tonks – odparła równie stanowczo Hermiona. – Nie opuszczam moich przyjaciół.
- Jestem zawodowym aurorem – wysyczała Tonks. – I zrobisz to, co mówię. Nie pozwolę, żeby moja podopieczna została zabita tylko dlatego, że odmówiła wykonywania poleceń.
- Tonks, ja…
- Ty uciekniesz i wezwiesz pomoc, a ja ich przytrzymam – przerwała jej Tonks, oglądając się przez ramię. – Może nie jest to najbardziej efektowne rozwiązanie, ale przynajmniej przeżyjesz.
- Chciałam powiedzieć, że wydaje mi się, że to ślepa uliczka. – Hermiona uśmiechnęła się słabo. – Masz może więcej tego czegoś do latania?
- Miałam przy sobie tylko tę jedną butelkę. – Tonks zmarszczyła brwi.
- Nadal możesz się stąd uwolnić, a ja się schowam pod peleryną, dopóki sobie nie pójdą – zaoferowała Hermiona. – To chyba najlepsze rozwiązanie.
- Nie opuszczę cię, Hermiono. – Tonks odwróciła się, że spojrzeć na wejście do alejki. – Schowaj się pod peleryną i…
- Przepraszam – przerwał im niski mężczyzna. – Macie jakieś kłopoty?
- Kilkoro śmierciożerców nas śledzi i próbuje zapędzić do tej alejki – odparła Tonks. – Więc odpowiedź byłaby raczej twierdząca.
- O matko – powiedział mężczyzna. – Lepiej uciekajmy.
- Niby jak mamy to zrobić? – Tonks z trudem utrzymywała sarkazm w ryzach. – Jeśli jeszcze pan nie zauważył, to jesteśmy tak jakby w pułapce.
- Nie, nie jesteśmy – zaprzeczył mężczyzna. – Po prostu wyjdziemy tak samo, jak tu wszedłem.
- A jak pan tu wszedł? – Tonks z uporem wpatrywała się w początek alejki.
- Użyłem mojej przenośnej dziury – powiedział z dumą mężczyzna. – Pan Black poprosił mnie o sprawdzenie, czy wszystko z wami w porządku. Przenośna dziura wydawała się najszybszym sposobem, żeby to zrobić.
- Pan Black. – Brwi Tonks prawie dotknęły włosów. – Dlaczego ktoś taki jak on miałby przejmować się właśnie nami?
- Możemy o tym porozmawiać, gdy już wyjdziemy z tej alejki? – zapytała nerwowo Hermiona. – Nie mamy chyba dużo czasu.
- Okej – zgodził się mężczyzna, wyciągając coś, co przypominało czarną, jedwabną chusteczkę do nosa. – Wystarczy, że przytwierdzimy to do ściany i przez nią przejdziemy.
Mężczyzna zamilkł i przeszedł przez nową dziurę w ścianie.
- Hermiono, chodź. – Tonks ręką pospieszyła dziewczynę. – Wynośmy się stąd.
Obie dziewczyny szybko przeszły przez dziurę i znalazły się z powrotem na głównej ulicy.
- Dlaczego zdecydował się pan wrócić akurat tutaj? – zapytała mężczyznę Hermiona.
- Jeśli spojrzycie za róg, to zobaczycie alejkę, w której byłyście uwięzione – odparł mężczyzna, zdejmując dziurę ze ściany. – A ja chciałem zobaczyć tę masakrę.
- Jaką masakrę? – zapytała podejrzliwie Tonks.
- Spójrz za róg. – Mężczyzna zachichotał na widok tego, co tam obaczył. – Właśnie wchodzą do alejki.
- Widzę. I co dalej?
- Widzi pani tego mężczyznę w ciemnym kapeluszu, który za nimi idzie?
- Tak, czemu? – Tonks zmrużyła oczy, żeby lepiej widzieć.
Zanim mężczyzna miał szansę odpowiedzieć, postać w ciemnym kapeluszu rzuciła małą kulę w sam środek alejki.
- Co to było? – zapytała oszołomiona Tonks.
- Cóż. – BUM! – To jeden z moich wynalazków, automatyczny sprzątacz pomieszczeń – odparł z dumą mężczyzna.
- Sprzątacz pomieszczeń? – zapytała nerwowo Hermiona.
- Tak – potwierdził mężczyzna. – Jeśli pokój nie istnieje, to nie można powiedzieć, że nie jest czysty.
- Co on teraz robi? – Tonks obserwowała mężczyznę w kapeluszu, który wystawił rękę w stronę alejki, tym samym powodując kilka dziwnych błysków świateł.
- Rosyjska magia bojowa – odparł mężczyzna. – Mówi, że ta magia dobrze nastawia ludzi do pojedynków.
- Dobrze nastawia? – powtórzyła głupio Hermiona.
- Taak, mażą się tylko po ścianie – odpowiedział nieobecnie mężczyzna. – Wygląda na to, że już skończył. Zostało tylko posprzątać, miłego dnia.
- Niech pan poczeka. – Tonks chwyciła mężczyznę za rękę. – Kim pan jest i kim jest ten facet w alejce?
- Nazywają mnie… - mężczyzna zatrzymał się dla bardziej dramatycznego efektu – Profesorem. Ten drugi to Pan Black, może o nim słyszałyście.
- Na Merlina, nic dziwnego, że tak szybko się ta walka skończyła. Jeszcze moment. – Tonks przypomniała sobie powód, dla którego się tu pojawiła. – Widział pan może białą sowę? Albo małego chłopca z roztrzepanymi włosami i zielonymi oczami?
- Przykro mi, ale nie. – Profesor pokręcił głową. – Ale mogę zapytać się Pana Blacka czy kogoś takiego widział.
- Niech pan tak zrobi – poprosiła go Hermiona. – Z tego, co czytałam, jeśli ktokolwiek ma nam pomóc znaleźć Harry'ego, to jest to Pan Black.
- Harry? Jak Harry Potter? – Oczy Profesora zwęziły się i jednakowy wyraz szoku na twarzy obu dziewczyn dał mu odpowiedź, jakiej potrzebował. – Rozumiem, wygląda na to, że jednak będę mógł wam pomóc.
- Jak? – zażądała odpowiedzi Hermiona, zbliżając się do Profesora.
- Macie może dostęp do jednej z nich? – Profesor wyciągnął z kieszeni zapalniczkę Zippo.
- Tak – potwierdziła Hermiona. – Czemu?
- Miej ją przy sobie wieczorem. – Profesor uśmiechnął się. – Ja zobaczę, co się da zrobić.
-o-o-o-o-o-o-o-o-o-
- Hedwiga? – powiedział z niedowierzaniem Harry. Jego sowa patrzyła na niego pochmurnie, stojąc dumnie na stercie zwłok.
- Hu? – Sowa przekręciła głowę.
- To ja, dziewczynko – upewnił ją Harry. – Tylko nie wyglądam tak, jak powinienem… chcesz iść ze mną?
- Hu – zgodziła się sowa.
Harry wystawił ramię, robiąc miejsce sowie na lądowanie.
- Pomocnico, mam ze sobą sowę… teleportuj nas dwoje.
-o-o-o-o-o-o-o-o-o-
- Harry – zawołał go Profesor. – Muszę z tobą porozmawiać.
- Co mogę dla ciebie zrobić? – Harry uniósł brew.
- Obiecałem pewnej panience, że do niej dzisiaj zadzwonisz – odpowiedział nerwowo Profesor.
- Której? – Harry wyjął zapalniczkę.
- Tej młodszej. – Profesor odetchnął z ulgą. – Dziękuję.
- Nie, to ja dziękuję – odparł szybko Harry. – Powinienem to był zrobić wieki temu.
- Cóż… zostawię was samych.
- Dzięki.
Harry wrócił do swojego pokoju i ostrożnie zamknął drzwi.
- Hermiono, jesteś tam?
- Jestem, Harry – odpowiedziała szybko Hermiona. – Jak się masz? Wszystko w porządku? Uczyłeś się? Jesz wystarczająco dużo?
- Tak. – Harry zaczekał, aż jego przyjaciółka nabierze powietrza. – Na wszystkie pytania.
- Dlaczego odszedłeś? – zażądała odpowiedzi Hermiona.
- A jak myślisz? – parsknął Harry.
- Przynajmniej byłeś bezpieczny – warknęła Hermiona. – Wiesz, jak się o ciebie martwiliśmy? Nie mogło być tam aż tak źle… prawda?
- Przepraszam za to – odparł powoli Harry. – Myślałem, że należy mi się trochę radości z życia… Nie sądziłem, że dużo mi go zostało i chciałem się nim nacieszyć.
- Och… a teraz?
- Teraz jest mi lepiej – zaśmiał się Harry. – To było najlepsze lato w moim życiu.
- Czemu nie pisałeś? Albo nie dzwoniłeś?
- Kilka powodów – wyjaśnił Harry. – Nie chciałem, żeby Zakon wiedział, gdzie jestem… i… cóż, nie jestem z tego dumny, ale nadal byłem trochę zły o tę izolację z zeszłego lata.
- Och… wracasz do szkoły? – Ręce Hermiony trzęsły się w oczekiwaniu na odpowiedź.
- Planuję wrócić jutro – obiecał Harry. – Muszę tylko zrobić jedną rzecz.
- Jaką? – Głos Hermiony wypełniła podejrzliwość. – Nie spóźnisz się na pociąg, prawda?
- Nie, nie spóźnię się – odpowiedział z uśmiechem Harry. – Obiecuję, że pojawię się w pociągu… Tak przy okazji, wiedziałaś, że jesteś znana na całym świecie jako opowieść o zagrożeniach związanych z podróżowaniem w czasie?
- Co? – pisnęła Hermiona.
- Rozmawiałem kiedyś z kimś i dowiedziałem się, jak bardzo nieodpowiedzialni są nauczyciele w Hogwarcie, bo pozwolili uczennicy na posiadanie tak niebezpiecznego artefaktu. – Harry miał niezły ubaw z tej rozmowy. – Co gorsza… zrobili to tylko dlatego, że ta uczennica chciała uczęszczać na dodatkowe zajęcia.
- Gdzie to słyszałeś? Kto ci to powiedział?
- Nie martw się tym – wyszeptał do zapalniczki Harry. – Jak się wszyscy mają?
- W porządku – powiedziała Hermiona. – Zwłaszcza Luna. Wiedziałeś, że niektóre dzikie stworzenia, przy których istnieniu tak się upierała, są prawdziwe?
- Tak?
- Tak – powiedziała Hermiona. – Żongler zyskał jako taką renomę, odkąd zaczął drukować historie o Panu Blacku.
- Panu Blacku? – Harry nadal nie mógł w to uwierzyć.
- Tak – odparła z entuzjazmem Hermiona. – To jakiś super auror, który podróżuje po świecie i zabija śmierciożerców… myślisz, że zajmie się za nas Voldemortem?
- Nie wiem, Hermiono – odpowiedział szczerze Harry. – A co z Ronem i resztą?
- Wszyscy mają się w porządku – wyszeptała Hermiona. – Naprawdę powinieneś do niego zadzwonić. Pani Weasley bardzo się o ciebie zamartwia.
- Zadzwonię do nich dzisiaj, jeśli nie będzie za późno – obiecał Harry.
- Profesor Dumbledore rozkazał Zakonowi dać ci trochę przestrzeni. Powiedział im, że to przez niego uciekłeś i gdyby ktoś cię znalazł, to miał uszanować twoje zdanie i zostawić cię w spokoju.
- Och… czyli niepotrzebnie się od was odciąłem. – Głos Harry'ego ugrzązł mu w gardle. – Przepraszam.
- Nic się nie stało, Harry. – Hermiona mogła zachować ochrzan do spotkania twarzą w twarz. – Miałeś może okazję do nauki?
- Miałem. – Harry uśmiechnął się ironicznie. – Armia Dumbledore'a będzie miała sporo do nadrobienia.
- Co takiego zamierzasz wprowadzić? – zapytała Hermiona.
- Zależy od poziomu. – Harry ziewnął. – Mam zamiar wprowadzić dwa poziomy. Pierwszy dla każdego, który przejdzie test, drugi dla drużyny z Ministerstwa.
- Jakiego rodzaju test? – zapytała podejrzliwie Hermiona.
- Nie wydaje mi się, żeby ci się spodobał. – Harry spróbował uniknąć odpowiadania na to pytanie. – Ale jest konieczny.
- Okej… dobrze się bawiłeś?
- Bardzo – westchnął Harry. – Czuję się tak, jakbym przeżył w to lato zupełnie inne życie.
- To dobrze, kupiłeś podręczniki?
- Nie. – Harry zamknął oczy. – Zapomniałem.
- Ja ci kupiłam. – Hermiona uśmiechnęła się. – Wiedziałam, że zapomnisz.
- Dzięki. Oddam ci – odpowiedział z ulgą Harry. – Porozmawiam teraz z Ronem… chyba, że chcesz o czymś innym pogadać.
- Obiecujesz, że wrócisz?
- Obiecuję.
- W takim razie do zobaczenia, Harry.
- Do widzenia, Hermiono. – Harry zamknął zapalniczkę i ponownie ją otworzył. – Ron? Ron? Jesteś tam?
- Jestem. Kto tam? – z zapalniczki rozległ się zaspany głos Rona.
- Tu Harry… jak się masz?
- Harry? – Szok rozbudził Rona. – W porządku, a jak tam u ciebie?
- Nie było lepiej – powiedział cicho Harry. – Jak się mają Armaty?
- Bywało lepiej – odpowiedział szybko Ron. – Po prostu mają zły sezon.
- Nie poddawaj się. – Harry zaśmiał się. – Sezon się jeszcze nie skończył… zawsze jest jeszcze następny rok.
- Racja.
- Czekają, aż będziesz mógł dołączyć do drużyny – powiedział z uśmiechem Harry. – Nie można wygrywać bez największej gwiazdy drużyny.
- Dwóch gwiazd – odparł Ron. – Szukają nowego szukającego. Ten, co mają teraz to kompletny idiota.
- Jak lato?
- W porządku, twoje?
- W porządku.
- Ja… mama mi każe zejść z fiuu, do zobaczenia.
- Widzimy się w pociągu.
Ron zamknął swoją zapalniczkę i poszedł dołączyć do rodziny.
- Potrzebujesz czegoś, mamo?
- Pora na kolację – powiedziała Molly. – Nie będziemy przeciągać tylko po to, żebyś mógł porozmawiać ze swoją dziewczyną.
- Nie rozmawiałem z dziewczyną. – Ron nałożył sobie sporą porcję jedzenia. – Rozmawiałem z Harrym.
- Co? – Molly upuściła widelec. – Powiedziałeś Harry?
- Tak, mamo. Kazał mi was pozdrowić.
- Jak się czuje?
- Mówi, że dobrze. – Ron pozwolił sobie nałożyć jeszcze więcej jedzenia na talerz.
- Je wystarczająco dużo? Jest mu ciepło? Jest zdrowy? Mów wszystko, co wiesz.
- Tego nie wiem, mamo. – Ron wzruszył ramionami. – Głównie rozmawialiśmy o Armatach.
No i mamy 40 rozdział. Trochę dłuższy od poprzednich.
Podziękowania dla Salianny i Nany16210 za betę i przypominanie o pracy nad tym cudeńkiem.
Nie będę się rozwodzić długo, więc pora na pytanie.
Q: Marvel czy DC? ;)
A: Marvel jeśli chodzi o filmy, DC – komiksy. Po reżyserskiej wersji Batman v Superman ja podziękuję.
Omake 1 zaświaty:
- Tak! To mój syn! – krzyknął James. – Harry zażartował sobie z całego świata… jestem z niego taki dumny.
- Skoro jest moim chrześniakiem – Syriusz napuszył się – to na pewno ma to po mnie.
- Nie, po mnie – odkrzyknął James.
- Po mnie.
- Po mnie.
- Po mnie.
- Po mnie.
- Po mnie.
- Po mnie.
- Po mnie.
- Co wy robicie? – Lily dołączyła do rozmowy.
- Kłócimy się o to, kto jest odpowiedzialny za to, że Harry puścił w bambuko cały świat – odparł nerwowo Syriusz.
- Idioci – odparła głośno Lily. – To oczywiste po kim to ma. Nie wiem, jak możecie się kłócić o coś tak głupiego.
- Przepraszamy – powiedzieli chórem James i Syriusz.
- Ma to po mnie – dokończyła z dumą Lily. – Wasza dwójka może była odpowiedzialna za jeden czy dwa szczegóły, ale zdecydowaną większość ma po mnie.
- CO?
Omake 2:
Biedny agent 86 wpadł do Amerykańskiej Agencji Aurorów.
- Dajcie mi Ognistej! JUŻ! – krzyknął zdesperowany, opadając na miejsce przed biurkiem pani komendant.
- Co się stało? – zapytała jedna z nowych rekrutów, przynosząc butelkę z płomiennym napojem.
- Dokładnie, agencie 86 i lepiej dla ciebie, żeby to było coś ważnego – wywarczała niezadowolona komendant, która próbowała zlokalizować Pana Blacka i namówić go do opuszczenia kraju.
- Pamięta pani tę SNAFU/FUBAR* w Endsville, gdzie dwóch mugoli uwięziło Ponurego Żniwiarza? – wykrztusił z trudem 86, haustem połykając zawartość butelki.
- Tak, pieprzony koszmar i jeszcze trochę, co z tego? – westchnęła komendant.
- Pan Black jest jego szefem! – Rozległo się czknięcie i odgłos uderzenia o biurko. Fascynujące jak szybko można przejść z trzeźwego do stanu absolutnego upojenia.
- ...Kuurrrrrrrrrrrrrrrrrrr…
Komendant wyjęła z szafy swoją butelkę Ognistej Whiskey i szybko dołączyła do agenta 86 w krainie nietrzeźwości.
* SNAFU/FUBAR – Situation Normal, All Fucked Up/ Fucked Up Beyond All Recognition
