Rozdział 43.
Rozmowy, przesłuchania i konwersacje. + omake
- Czy mogę zająć panu chwilę, panie Potter? – McGonagall zaskoczyła Harry'ego, który kierował się do wielkiej sali.
- Co mogę dla pani zrobić?
- Udało mi się usunąć pana zakaz gry w quidditcha i niech pan sobie wyobrazi moje zaskoczenie, gdy się dowiedziałam, że nie chce pan grać tym roku – westchnęła kobieta. – Nie chcę panu mówić, jak ma pan żyć. Nie chcę również pana zmuszać i nie będę marnować czasu, próbując pana przekonać do zmiany decyzji. Chciałabym tylko wiedzieć, dlaczego postąpił pan tak, a nie inaczej?
- W porządku, pani profesor – zgodził się Harry. Następnie wziął głęboki wdech i zastanowił się, jak ma sformułować odpowiedź. – Czy może mi pani obiecać, że zostanie to między nami?
- Mogę – zgodziła się McGonagall. – Obiecuję nie wyjawić niczego z tego, co dowiem się z tej rozmowy bez pana wyraźnej zgody.
- Czy widzi pani ten gobelin na końcu korytarza? – Harry zdjął okulary.
- Tak, co to ma z tym wspólnego?
- Niech pani potrzyma. – Harry podał jej okulary i zaczął czytać plakietkę, która była powieszona nad gobelinem. – Czterej założyciele zdecydowali się stworzyć szkołę dla magii, zdecydowali, że… mam czytać dalej, czy rozumie już pani, co się dzieje?
- Pana oczy zostały naprawione – powiedziała Minerwa. Kobieta oddała swojemu uczniowi okulary.
- Nie tylko naprawione – westchnął Harry. – Parę lat temu zaciekawiła mnie pani Hooch. Chciałem wiedzieć, czy kiedykolwiek grała profesjonalnie.
- I dowiedział się pan wtedy o jej wypadku. – Minerwa zamknęła oczy. – I o tym, że przez ulepszony wzrok musiała przestać grać.
- Właśnie tak było, pani profesor – potwierdził Harry. – Nie byłoby to sprawiedliwe, gdybym zajmował miejsce drużynie, jeśli ktoś inny by na nie bardziej zasługiwał.
- Chciałbyś może być naszym rezerwowym? – zapytała Minerwa z łagodnym uśmiechem.
- Jeśli będziecie mnie potrzebować, z największą chęcią zagram dla naszej drużyny – powiedział po chwili zastanowienia Harry. – Ale tylko jeśli będę naprawdę potrzebny.
- Dziękuję, panie Potter. Doceniam fakt, że chce pan pomóc. – McGonagall odwróciła się, żeby odejść. – Zanim pójdę, mogę jeszcze jedno pytanie?
- Proszę śmiało.
- Jak naprawił pan swój wzrok? – zapytała McGonagall. – Nie sądziłam, że posunie się pan do czegoś, co mogłoby zaryzykować pana karierze profesjonalnego gracza.
- To był wypadek, pani profesor – przyznał Harry. – Sam byłem zaskoczony, gdy się dowiedziałem, że mam teraz perfekcyjny wzrok i że był to efekt uboczny.
- Rozumiem. – Minerwa spojrzała na Harry'ego i pogrążyła się w myślach. – Nie mnie to mówić, ale ośmielę się wspomnieć, że w bibliotece jest książka z zieloną okładką, na trzeciej półce od wejścia. Ma na sobie obwolutę z książki „Historia skarpet" i schowana jest za książką o ogrodnictwie. Wierzę, że jeśli przypadkiem znalazłby pan tę książkę i ją przeczytał, nie przytrafiałyby się panu takie efekty uboczne. Miłego dnia, panie Potter. Ja nie mam żadnych dowodów. A skoro nie mam dowodów, nie mam obowiązku reagowania na tę sytuację.
- Dziękuję, pani profesor? – odparł bardzo skonfundowany Harry. Po rozmowie ze swoją nauczycielką, Harry zamierzał pójść do wielkiej sali, ale ciekawość zwyciężyła i poszedł w stronę biblioteki. Po piętnastu minutach szukania, w końcu udało mu się znaleźć książkę, o której mówiła McGonagall. „Nielegalny przewodnik do zostania nielegalnym animagiem"? „Już rozumiem, jak to może mi się przydać" pomyślał.
-o-o-o-o-o-o-o-o-o-
- Łap go – krzyknął George. Ten rozkaz sprawił, że jego bliźniak chwycił wychodzącego z budynku Ministerstwa Percy'ego. – Ogłusz go.
- Mam go – powiedział z satysfakcją Fred.
- Dobra robota, wynośmy się stąd, zanim ktokolwiek zobaczy.
- Dobry pomysł – zgodził się Fred. – Masz świstoklik?
- Przystaw to do Percy'ego to zajdziemy się w sklepie. – George podał bratu starą gazetę.
Trzej bracia pojawili się na zapleczu sklepu z kawałami i po kilku chwilach Percy został przywiązany do krzesła.
- To co, najpierw dowiadujemy się, dlaczego opuścił swoją rodzinę, zanim przejdziemy do spraw Ministerstwa? – zapytał George.
- Mamy dowiedzieć się tylko o Ministerstwie – powiedział Fred. – Ale chciałbym wiedzieć, dlaczego zdecydował się zostać jeszcze większym dupkiem niż zwykle.
- Załóżmy kaptury na czas przesłuchania – zaproponował George. – Nie widział naszych twarzy i wolałbym, żeby nie wiedział, kto go tak załatwił.
- Racja – zgodził się Fred.
Bliźniacy założyli kaptury i obudzili ich starszego brata.
- Kim jesteście i gdzie mnie zabraliście? – zażądał odpowiedzi Percy.
- Dwie krople veritaserum powinny wystarczyć – wymamrotał George. – Otwórz mu usta.
Percy zaczął się szamotać, gdy jedna z postaci okutych w czerń siłą otworzyła mu usta, żeby ta druga mogła wlać do nich eliksir.
- Dlaczego zostawiłeś swoją rodzinę? – zapytała zakapturzona postać.
- Nie zostawiłem – jęknął Percy.
Fred i George spojrzeli po sobie.
- Dlaczego zostawiłeś swoich rodziców i rodzeństwo?
- Żeby ochronić moją rodzinę.
- Jak jej opuszczenie miało ci pomóc ją ochronić?
- Nie opuściłem mojej rodziny – powiedział pusto Percy.
- Dlaczego opuściłeś swoich rodziców i rodzeństwo? Jak to miało ochronić twoją rodzinę? – Fred zaczynał rozumieć, w jaki sposób trzeba przesłuchiwać osoby pod wpływem eliksiru prawdy.
- Bo nie przejmują się rodzinami pracowników Ministerstwa, którzy trzymają się z daleka od problemów – powiedział Percy. Z kącika ust zaczęła mu lecieć ślina. – Gdybym został z rodzicami, to moja rodzina by zginęła.
- To, co mówi, nie ma sensu – wymamrotał Fred. – Masz jakieś pojęcie, o czym on mówi?
- Nie – powiedział Fred. – Ale chyba wiem, jak się tego dowiedzieć.
- Oświeć mnie – zasugerował Fred.
- Kim jest twoja rodzina?
- Penny i dziecko. – Percy był bliski płaczu.
Fred i George spojrzeli po sobie w szoku.
- Jakie dziecko?
- Moje dziecko. – Całe ciało Percy'ego zatrzęsło się, gdy ten próbował powstrzymać efekt eliksiru.
- Jak duże jest twoje dziecko? – Fred polizał usta, nie tego się spodziewał.
- Jeszcze się nie urodziło. – Szczęka Percy'ego zacisnęła się.
- Gdzie oni są? – zapytał George. – Gdzie oni są, Percy?
- Eliksir już nie działa? – Fred pochylił się, żeby przyjrzeć bratu. – Chyba jeszcze nie. Przynajmniej tak nie wygląda.
- Powinien działać jeszcze kilka minut – zgodził się George. – Myślisz, że powinniśmy mu dać jeszcze jedną dawkę?
- Powinno być dobrze – zadumał się Fred. – Mama chciałaby się dowiedzieć o wnuku.
- Otwórz mu buzię – powiedział George po chwili zastanowienia. – Znajdziemy Penny i razem zabierzemy ich do mamy.
- Będzie szczęśliwa, że dupek wrócił – powiedział radośnie Fred. – My zresztą też.
- Sama prawda, o bliźniaku.
Fred siłą otworzył usta swojego brata marnotrawnego i zbladł.
- Do jasnej cholery, musimy mu znaleźć uzdrowiciela.
- Co się stało? – zapytał szybko George.
- Usta ma wypełnione krwią, musiał przegryźć swój język – powiedział Fred. – Zadzwoń do Doktor.
- Doktor – powiedział George do zapalniczki. – Potrzebujemy tu pani teraz, mamy problem medyczny.
- Już lecę – odparł głos Doktor. – Jaką macie sytuację?
- Podaliśmy naszemu bratu veritaserum i przegryzł sobie język – powiedział szybko George. – Niech się pani pospieszy.
- Już jestem. – Doktor pojawiła się w sklepie. – Gdzie pacjent?
- Tutaj. – Fred nadal trzymał starszego brata. – Przegryzł język… nie mam pojęcia dlaczego.
- Co się stało? – Doktor rzuciła zaklęcie powstrzymujące krwawienie i zaczęła oceniać sytuację.
- Otworzyłem mu usta, żeby dać mu więcej serum prawdy, bo nie chciał odpowiedzieć na pytanie i cała jego buzia wypełniona była krwią – powiedział szybko Fred. Obaj bliźniacy zestresowali się sytuacją, w której się znaleźli.
- Na jakie pytanie odmówił odpowiedzi? – Doktor rzuciła kilka diagnostycznych zaklęć.
- Chcieliśmy wiedzieć, gdzie jest jego rodzina – odpowiedział Fred.
Percy zaczął się szamotać w momencie, w którym usłyszał odpowiedź Freda.
- Cholera – krzyknęła Doktor. – Ogłusz go.
Fred szybko zareagował i po chwili Percy był nieprzytomny, a Fred wyglądał na zagubionego.
- Co się stało?
- To chyba jasne, że nie chciał powiedzieć wam o jego rodzinie – odparła cierpko Doktor. – A przez veritaserum muszę przeczekać te kilka minut, zanim będę mogła mu podać eliksiry uzdrawiające. W międzyczasie chcę zobaczyć transkrypcję waszego przesłuchania.
- Dobrze – odparł Fred.
George podał Doktor pergamin. W czasie, w którym Doktor zapoznawała się z tekstem, bliźniacy z niepokojem obserwowali swojego brata.
- Myślałam, że mieliście sprawdzać Ministerstwo? – zapytała nagle Doktor.
- Chcieliśmy się dowiedzieć, dlaczego z niego jest taki dupek – powiedział cicho George.
- Nie myśleliśmy, że dojdzie do czegoś takiego – dodał Fred.
- Radzę wam zniknąć stąd jak najszybciej – warknęła Doktor. – W tym momencie nie czuję w waszym kierunku żadnej litości, więc może lepiej, żebyście zniknęli mi na razie z oczu.
- Ale nic mu nie będzie? – zapytał z uporem George.
- Nie pójdziemy, dopóki nam pani nie powie, że wszystko będzie z nim w porządku – zgodził się z bratem Fred. – To nasz brat i nadal nam na nim zależy.
- Nieważne jak wielki się z niego zrobił dupek – dodał George.
- Zwłaszcza że teraz wiemy dlaczego – zakończył Fred.
- Wyzdrowieje – powiedziała szybko Doktor. – A teraz wynocha.
Bliźniacy szybko wycofali się, a Doktor machnęła różdżką, cucąc swojego pacjenta.
- Jak się czujesz? – zapytała profesjonalnym tonem Doktor.
- Trochę obolały – powiedział wolno Percy. – Ciężko mi mówić.
- To normalne – zapewniła go Doktor. – Prawie przegryzłeś sobie język i mięśnie nadal są w trakcie naprawiania się. Któreś miejsce boli cię bardziej niż inne?
- Nie – powiedział Percy, po chwili sprawdzania. – Kim pani jest?
- Doktor. Pracuję dla Pana Blacka.
- Dzięki niebiosom. – Percy'emu strasznie ulżyło. – Myślałem, że…
- Wybacz, proszę, tej dwójce idiotów – kontynuowała Doktor. – Sami będą cię musieli przeprosić później. Opowiedz mi może trochę swojej Penny.
- Czemu? – Percy ponownie zesztywniał.
- Bo chcę, żebyś zaczął używać języka – odparła Doktor. – Nie będę się ciebie pytać, gdzie ona jest. Widziałam, co jesteś w stanie zrobić. I nie mam zamiaru po raz kolejny przyczepiać ci fragmentów ciała.
- Och – powiedział Percy. – Proszę mi wybaczyć. Po prostu nie chcę ich stracić.
- W porządku – zapewniła go Doktor. – I mogę mieć też rozwiązanie dla twojego problemu.
-o-o-o-o-o-o-o-o-o-
Harry był w drodze do swojego ukrytego pokoju, którego używał jako sypialni, gdy nagle wpadł na swojego przyjaciela na patrolu.
- Cześć, Ron – przywitał go Harry. – Co tam?
- Nic ciekawego – powiedział nerwowo Ron. – Cicho… nie powinieneś być w łóżku? Może wróć już do wieży?
- Dobrze się czujesz? – Harry'ego zdziwiła odpowiedź Rona. On nigdy nie brał na poważnie swoich obowiązków.
- Tak, tak – powiedział szybko Ron. – Po prostu nie chcę, żebyś miał jakieś problemy… lepiej, żebyś wrócił do wieży.
- Próbujesz się mnie pozbyć? – zapytał powoli Harry.
- Dlaczego tak myślisz? – zachichotał nerwowo Ron.
- Jesteś tu, Ron? – Dziewczęcy głos wyszeptał z końca korytarza.
- Ups. – Ron poczerwieniał. – Mogę liczyć na odrobinę prywatności?
- Kto to? – Harry zaczął iść w kierunku głosu. – Hej, Hannah.
- Hej, Harry – odparła nerwowo Puchonka. – Co tu robisz tak późno w nocy?
- Zaspokajam ciekawość – powiedział cierpko Harry. – Miłej zabawy.
- Pa, Harry – powiedział cicho Ron. – Zostawmy to może między nami, co?
- To nie jest mój interes – zgodził się Harry.
- Dzięki – powiedziała Hannah do oddalających się pleców Harry'ego.
- Tak, dzięki – dodał Ron.
Harry właśnie skręcał w ostatni zakręt prowadzący do jego nowej sypialni, gdy po raz kolejny tej nocy wpadł na kogoś.
- Mogę zająć panu chwilkę, panie Potter? – Na drodze Harry'ego stanęła profesor Sprout.
- Zależy, jak długa ta chwila będzie trwała, pani profesor – powiedział powoli Harry. – Mogę zapytać, skąd pani wiedziała, że będę w okolicach o tak późnej porze?
- Kazałam całemu domowi pana wypatrywać – przyznała Sprout. – Chciałam z panem porozmawiać i chciałam to zrobić, zanim zrobią to inni nauczyciele.
- Hannah? – zapytał z uśmiechem Harry.
- Powiedziała, że widziała, jak idzie pan w tym kierunku – potwierdziła Sprout. – Harry… mogę mówić ci Harry?
- Może pani.
- Chciałam z tobą porozmawiać o twojej lekcji – powiedziała nerwowo Sprout. – Wykazałeś się bardzo puchońską mentalnością, gdy mówiłeś o umieraniu za swoich przyjaciół.
- Umieranie za przyjaciół jest proste – powiedział cicho Harry. – Zabijanie dla nich jest ciężkie, zwłaszcza gdy się dorastało w tym samym środowisku co my. Chciałem, żeby zrozumieli, jak poważna jest cała sytuacja.
- Ja to rozumiem – odparła szybko Sprout. – Chciałam ci tylko powiedzieć, jak bardzo doceniam fakt, że zdecydowałeś się ich nauczyć tak trudnej lekcji życiowej. Nasz dom najbardziej ceni lojalność, naszym pierwszakom opowiadane są historie o wspaniałych aktach lojalności. Słyszą o tym, jak ten czarodziej dał się zranić za przyjaciela, czy ta czarownica zginęła za swoją rodzinę… do teraz nie mieli żadnych historii o tym, jak ludzie zabijają, żeby ochronić najbliższych. Pomogłeś im zrozumieć, że poświęcenia czasami będzie wymagało popełnienia takich, a nie innych czynów. Dziękuję ci, panie Potter, w imieniu całego domu Hufflepuff, dziękuję za tę lekcję.
- Nie spodziewałem się tego – odparł powoli Harry. – Myślałem, że grono nauczycielskie nie będzie zadowolone z mojego pokazu. Dziękuję za zrozumienie.
- Zgodziłbyś się przyjąć jeszcze kilkoro puchonów do swojego klubu? – zapytała Sprout. – Wydaje mi się, że cały mój dom mógłby się sporo od ciebie nauczyć.
- Obawiam się, że nie ma takiej opcji. Nie ogarnę więcej osób – powiedział po chwili zastanowienia Harry. – Może puchoni, którzy już są członkami klubu, będą mogli przekazać dalej to, czego się nauczyli?
- To się może udać – zgodziła się Sprout. – A czy pozwolisz mi uczestniczyć na kilku spotkaniach? Jestem nauczycielem i moim uczniom może pomóc świadomość, że tam jestem i że mogę im pomóc podać twoją wiedzę dalej.
- Z radością pomogę, pani profesor – odparł Harry. – I oczywiście, że może pani wziąć udział w spotkaniach. Czy byłaby pani w stanie pomóc uczniom z innych domów?
- To nie jest czas na głupią rywalizację między domami, pomogę każdemu, kto tego potrzebuje – odpowiedziała stanowczo Sprout. – Nieważne, do jakiego domu został przydzielony jako jedenastolatek.
- Dziękuję, pani profesor.
- To tobie dziękuję, Harry. Inni nauczyciele nie są tak… wyrozumiali, jak ja.
- Rozumiem. – Harry uniósł dłoń. – Czekam na więcej rozmów na temat mojego zachowania i wątpię, żeby chociaż połowa była tak przyjemna jak teraz nasza.
- Cieszę się, że wszystko przemyślałeś – powiedziała Sprout z nieskrywaną ulgą. – Dobranoc, Harry.
- Dobranoc, pani profesor.
-o-o-o-o-o-o-o-o-o-
- Percy – krzyknęła Penelope, widząc swojego ukochanego na progu mieszkania. – Martwiłam się o ciebie, gdy nie wróciłeś do domu.
- Ja też się martwiłem. – Percy objął swoją kobietę. – Myślałem, że mnie zabiją.
- Co się stało? – Penny nie chciała go puścić.
- Zostałem porwany przez dwóch mężczyzn – odparł Percy. – Dali mi veritaserum i pytali mnie o ciebie i nasze dziecko.
- Co im powiedziałeś? – zapytała nerwowo Penny.
- Tylko to, że jesteście – zapewnił ją chłopak. – Udało mi się powstrzymać przed powiedzeniem czegoś ważnego. Nie jestem pewny, co się stało później, ale porozmawiałem z kimś od Pana Blacka. Powiedziała mi, że z chęcią zabiorą cię w jakieś bezpieczne miejsce.
- Nie chcę cię opuszczać – powiedziała cicho dziewczyna. – Już odeszliśmy od naszych rodzin, teraz mamy tylko siebie.
- Ja też nie chcę cię opuszczać – zapewnił ją szybko Percy. – Ale bardziej boję się ciebie stracić. Jestem pewny, że uda nam się coś wykombinować tak, żebyś ty była bezpieczna i żebyśmy byli razem.
- Jak to zrobimy? – Penny położyła głowę na ramieniu Percy'ego.
- Zaoferowali mi pracę administratora w Black Ink – powiedział Percy, ręką głaszcząc ciężarny brzuch ukochanej. – Nie wiem, ile będą mi płacić… prawdopodobnie mniej niż to, co zarabiam teraz, ale bylibyśmy razem.
- Przyjmij ją – zdecydowała Penny – Nam nie trzeba dużo. Najważniejsze, że będziemy bezpieczni i razem.
- Jutro do nich zadzwonię – powiedział Percy po chwili zastanowienia. – Może uda nam się uporządkować sprawy z naszymi rodzicami, gdy już będziemy bezpieczni.
-o-o-o-o-o-o-o-o-o-
Harry obudził się wcześnie rano i szybko udał się w mniej odizolowane miejsce w zamku. Wesoło pogwizdując, Harry wszedł do wielkiej sali i z radością zauważył, że miał całą salę dla siebie.
- Kichaczowi jest przykro, sir – odezwał się dziwny skrzat domowy. – Nie myśleliśmy, że ktoś tu będzie tak wcześnie rano i nie podaliśmy jeszcze śniadania.
- W porządku – zapewnił skrzata Harry. – Czy byłaby możliwość dostania czegoś do jedzenia teraz, czy lepiej poczekać i przyjść później?
- Kichacz coś panu zaraz przygotuje, sir.
- W takim razie, czy mogę dostać jajka, kilka kawałków bekonu między dwoma tostami? – zapytał Harry po chwili zastanowienia. – Coś, co mogę zjeść na szybko.
- Tak jest. – Kichacz pstryknął palcami i na stole pojawiła się kanapka. – Czy to wszystko, co Kichacz może zrobić dla pana, sir?
- Tak, dziękuję.
Harry kończył swoje śniadanie, gdy pierwsze osoby zaczęły pojawiać się w sali. Prawie udało mu się wyjść, gdy w ostatniej chwili złapała go McGonagall.
- Mogę zająć panu chwilkę, panie Potter? – zapytała szybko nauczycielka.
- Co mogę dla pani zrobić, pani profesor? – odparł Harry.
- Dyrektor chciałby z panem porozmawiać na temat pana klubu – powiedziała McGonagall. – A profesor Hamilton zwrócił się do mnie z troską, że na zajęciach nie jest pan skupiony.
- Tak?
- Tak. On również chciałby się z panem spotkać.
- Kiedy mam na to znaleźć czas? – westchnął Harry.
- Jest pan dzisiaj zwolniony z zajęć – wyjaśniła McGonagall. – Dyrektor pomyślał, że rozsądnie byłoby ci zapewnić odrobinę wolnego czasu, żebyś przemyślał to, co zostanie przedyskutowane.
- Widzę, że dyrektor też ma wszystko przemyślane – powiedział bez emocji Harry.
- Jeśli mógłby pan spełnić prośbę starszej kobiety – McGonagall spojrzała na Harry'ego ostrym wzrokiem – i przyjść do mojej klasy, gdy skończy pan już spotkania z dyrektorem i profesorem obrony. Gdybym akurat miała jeszcze zajęcia, proszę, niech pan wejdzie i przyciągnie moją uwagę bez robienia niepotrzebnego hałasu, żeby nie przeszkadzać.
- Dobrze, pani profesor. Skoro tak pani chce – zgodził się Harry.
- Dziękuję, panie Potter. – McGonagall pożegnała ucznia czułym uśmiechem. – Doceniam to, że zgodził się pan tym mnie zadowolić.
Harry udał się w stronę gabinetu dyrektora i zmarszczył brwi, gdy się okazało, że zapomniał zapytać o hasło.
- Zobaczmy. – Harry zamyślił się. – Chyba gdzieś miałem zaklęcie na taką okazję… tak, expositus.
Zaklęcie sprawiło, że gargulec odskoczył na bok, odsłaniając tajemne przejście oraz schody, po których Harry wszedł na spotkanie z dyrektorem.
- Chciał się pan ze mną widzieć? – zapytał spokojnie Harry.
- Tak, usiądź, proszę – odparł Dumbledore. – Chciałem porozmawiać z tobą o twoim spotkaniu, które przeprowadziłeś z klubem.
- Co z nim? – Harry nie zamierzał mu ułatwiać sprawy.
- Niepokoi mnie twój pokaz – powiedział Dumbledore, marszcząc brwi. – Czy sprawienie, żeby uwierzyli ci, że zabiłeś kilkoro mężczyzn, było naprawdę konieczne?
- Śmierć to nieodłączna część wojny – odparował Harry. – Wolałem się upewnić, że wiedzą, jak poważna jest sytuacja.
- Ale czy to było konieczne, żeby nauczyć ich tego tak wcześnie? – zapytał szybko Dumbledore. – Czy potrzebne było pokazanie tego dzieciom?
- Tak – odparł twardo Harry.
- Dlaczego? – zapytał błagalnie Dumbledore. – Możesz pomóc zrozumieć takiemu starcowi jak ja?
- W porządku. – Harry zastanowił się. – Nie zakończył pan władzy poprzedniego czarnego pana, po prostu go przytulając, prawda? Wymagało to bardzo niebezpiecznych zaklęć. Czy zaprzecza pan temu, że śmiercionośne zaklęcia są potrzebne w takich wypadkach?
- Nie zaprzeczam. – Dumbledore pokręcił ze smutkiem głową.
- Więc ustaliliśmy, że konieczna jest nauka śmiercionośnych zaklęć. Czy zaprzecza pan temu, że śmiercionośne zaklęcia są właśnie takie. Śmiercionośne? I, że powinny być używane z uwagą i odpowiedzialnością?
- Nie, nie zaprzeczam i cieszę się, że podzielamy tę opinię – odparł Dumbledore, uśmiechając się smutno.
- Dobrze – powiedział Harry. – Bo teraz przejdziemy do drugiej części moich argumentów. Czy może pan wyczarować blok z drewna?
- Oczywiście – potwierdził Dumbledore. Blok z drewna pojawił się na stole, a dyrektor spojrzał na Harry'ego z wyczekiwaniem.
- Chyba będzie lepiej, gdyby przeniósł go pan na podłogę. A teraz niech pan spojrzy… reducto.
- Co takiego miałem zobaczyć? – zapytał Dumbledore z niepewnym wyrazem twarzy.
- Chwilka. – Harry wyczarował skórzaną torbę i położył ją na resztkach drewna. – Teraz niech pan porówna to, do tego… reducto.
Torba wybuchła, pozostawiając po sobie krwawy bałagan, a Harry wydał z siebie mrożący krew w żyłach wrzask, dając pokazowi dodatkowy efekt.
- To było bardzo ciekawe. – Dumbledore rzucił kilka zaklęć czyszczących i naprawiających. – Ale czy możesz przejść do sedna?
- Który przykład pokazał panu lepiej, jaki efekt będzie miało reducto rzucone na człowieka? – zapytał cicho Harry.
- Drugi – odparł Dumbledore. Starzec powoli zaczynał rozumieć punkt widzenia Harry'ego.
- A teraz niech się pan wczuje w rolę ucznia, który właśnie poznał nową klątwę. Chce ją pan wypróbować – zaczął Harry. – Wypróbuje pan ją na swoich przyjaciołach, po zobaczeniu, co to zaklęcie zrobiło z tą torbą? Chciałem, żeby znali zarówno powagę sytuacji, jak i niebezpieczeństwa związane z tym, co mam zamiar ich nauczyć. Nie chcę żadnych wypadków, które mogłyby prowadzić do mnie i moich metod.
- Wybacz mi, Harry. – Dumbledore opadł ciężko na fotel. – Zwątpiłem w ciebie, teraz widzę, jak twój pokaz sprawił, że szkoła jest bezpieczniejsza. Ze wstydem muszę przyznać, że nie zastanawiałem się nad tym, jak niebezpieczny może być pierwszoroczny nieuświadomiony w potędze jednego machnięcia różdżką.
- Mój przykład był gorszy niż ta eksplodująca torba. Wiedział pan, że ta torba nie żyje… że nie mogła czuć bólu. Oni mieli powód, żeby wierzyć, że ci śmierciożercy byli prawdziwi i przez to mieli o wiele mocniejszą lekcję – odparł szybko Harry. Następnie zdjął okulary i zaczął masować grzbiet nosa. – Miało to też dodatkowy efekt wprowadzenia ich do wojny bez większego zagrożenia. Jeśli dopisze im szczęście, to będą mieli mniejszą szansę, że ich zamrozi w miejscu, gdy zostaną wrzuceni w sam środek walki.
- Rozumiem… dałeś mi wiele rzeczy do zastanowienia się – powiedział smutno Dumbledore. – Może lepiej, żebyśmy przeszli do innych rzeczy, o których chciałbym z tobą porozmawiać.
- Jakich innych rzeczy?
- Testament Syriusza – odparł Dumbledore. – Wszystko zostawił tobie. Czy jest coś, co chciałbyś ze sobą zabrać w tym momencie?
- Chciałbym dostać książki. Może pan załatwić, żeby je tu przyniesiono? Wszystkim innym można się zająć później.
- Jesteś pewien, Harry? – zapytał cicho Dumbledore. – Niektóre z tych książek są naprawdę niebezpieczne.
- Lepiej, żebym wiedział, z czym mogę mieć do czynienia – odparował Harry.
- Skoro tak uważasz. – Dyrektor podał Harry'emu grubą kopertę. – Twoje SUMy.
Harry rozerwał kopertę i szybko przeskanował jej zawartość.
- Lepiej niż myślałem. Czy to będzie wszystko, panie profesorze?
- Tak, dziękuję ci za poświęcony mi czas, Harry.
- Nie ma problemu, panie profesorze – odpowiedział Harry, wychodząc z gabinetu.
Harry wyszedł z gabinetu i udał się na spotkanie z nauczycielem obrony.
- Harry – przywitał go nauczyciel na korytarzu przed klasą. – Proszę, wejdź.
- Dlaczego chciał się pan ze mną spotkać? – zapytał szybko Harry, chcąc mieć to jak najszybciej z głowy.
- Zauważyłem, że nie skupiasz się na zajęciach – odparł Hamilton. – Martwię się. Możesz mi powiedzieć, dlaczego nie wyglądasz na zainteresowanego zajęciami?
- Znam już sporą część z tego, co pan uczy – odpowiedział Harry. – Męczące jest słuchanie po raz kolejny czegoś, co się wie. Mogę pana zapewnić, że słucham, gdy ma pan do powiedzenia coś nowego.
- Rozumiem… Szczerze, to bałem się, że taka będzie odpowiedź – powiedział wolno Hamilton. – Jesteś niezwykle utalentowanym uczniem i twoje oceny to pokazują. Tacy uczniowie mają problem, żeby się skupić na rzeczach dla nich zbyt prostych. Masz może jakieś rozwiązanie?
- Czy może mógłbym poświęcić ten czas na samodzielne badania? – zaproponował Harry. – W ten sposób będę wiedział, że mówi pan o czymś, o czym nie wiem i będę mógł czytać swoje materiały, gdy będzie omawiany znany mi temat.
- To doskonałe rozwiązanie – zgodził się Hamilton. – Mogę zapytać cię o jedną rzecz, zanim pójdziesz?
- Jaką?
- Mógłbym przyjść na spotkanie twojej grupy obrony? – zapytał z nadzieją profesor. – Starzy znajomi poprosili mnie, żebym trochę im o tobie opowiedział, a sam chciałbym zobaczyć, na co cię stać.
- Chyba uda nam się coś zorganizować – zgodził się Harry. – Do widzenia, profesorze.
- Do widzenia, panie Potter. – Hamilton pożegnał się ze swoim najbardziej utalentowanym uczniem.
Harry wyszedł z klasy obrony i udał się na swoje ostatnie spotkanie.
- Zupełnie jakby grali w pinball, tylko w wersji Harry – narzekał pod nosem Harry. – Z każdym skończonym spotkaniem, odbijają mnie do następnego.
Całą drogę do klasy transmutacji Harry gwizdał piosenkę zespołu The Who „Pinball Wizard". Pamiętając o instrukcjach nauczycielki, Harry po cichu otworzył drzwi i wślizgnął się do środka.
- Dziękuję, że do nas pan dołączył, panie Potter – powiedziała McGonagall. – Byłby pan tak miły i podszedł tu do mnie.
- Dobrze, pani profesor – zgodził się Harry, wykonując jej polecenie i stając obok niej.
- Czy może pan powiedzieć, że transmutacja to użyteczna dziedzina magii, panie Potter? – Minerwa uniosła brew.
- Ależ oczywiście – przyznał Harry.
- A czy możesz nam podać jakieś przykłady? – zasugerowała Minerwa.
- Coż, forma animaga może być przydatna do szpiegowania i innych rzeczy. Metamorfomag też może pomóc w szpiegowaniu. I na pewno jest dużo zwykłych sytuacji, gdzie umiejętność zmieniania wyglądu byłaby nie tylko przydatna, ale i potrzebna.
- A w pojedynkach?
- Oj tak – odparł szybko Harry. – Transmutacja może uratować komuś życie, jeśli się ją poprawnie stosuje. Potrzeba więcej skupienia, niż rzucanie zaklęć jeden za drugim, ale potrafi być o wiele bardziej efektywna.
- Dziękuję, panie Potter – powiedziała McGonagall. – Chcę dwie stopy pergaminu na temat potencjalnych zastosowań transmutacji w pojedynkach i nie oszukujemy, pytając o to pana Pottera… koniec zajęć. – Minerwa uśmiechnęła się z satysfakcją, obserwując uczniów, którzy w pośpiechu opuszczali klasę. – Dziękuję, panie Potter. Mogę ze spokojem założyć, że pana mała prezentacja zwiększyła popularność mojego przedmiotu bardziej niż wszystko, co robiłam przez lata.
- O czym chciała pani ze mną rozmawiać?
- Chciałam panu pokazać szerszą perspektywę – odparła Minerwa. – Wyobrażam sobie, że Albus próbował panu wypełnić głowę szlachetnymi ideami o odkupieniu i o tym, że dobro zawsze zwycięży nad złem.
- Rzeczywiście mógł powiedzieć coś takiego – zgodził się Harry.
- Chciałabym, żeby pan wiedział, że są to bardzo szlachetne ideały, ale niestety nie tego nam trzeba w tak mrocznych czasach – westchnęła McGonagall. – Wojna to straszna rzecz, panie Potter, a w moim życiu widziałam dwie… trzy, jeśli policzymy tę najnowszą. Mam tylko jedną radę, niech pan zostanie przy realnych założeniach i niech pan twardo stąpa o ziemi, zwłaszcza gdy jest ciągłe ryzyko ataku. Jeśli chce pan podążać za ideałami Albusa, to lepiej byłoby poczekać, aż wszystko przycichnie. Albus to dobry człowiek, ale…
- Ale żyje w innym świecie? – zaproponował Harry.
- Tak, dokładnie – zgodziła się Minerwa. – Chcę, żeby pan zrozumiał, że nie próbuję zniszczyć ideałów Albusa, są bardzo szlachetne i są idealne na czas pokoju. Problem w tym, że teraz mamy czas wojny.
- Dziękuję, pani profesor. – Harry był głęboko wzruszony faktem, że jego głowa domu poświęciła swój czas, żeby mu to powiedzieć. Czy jest coś jeszcze, o czym chciała pani porozmawiać?
- Jak poszło pana spotkanie z profesorem Hamiltonem? – zapytała Minerwa.
- W porządku, powiedział, że mogę czytać coś innego, gdy będzie omawiał coś, co już umiem.
- Wyobrażam sobie, że musi być panu ciężko siedzieć na tak podstawowych zajęciach, zwłaszcza widząc sposób, w jaki zdecydował się uczyć. – McGonagall wzięła głęboki wdech. – Musi pan zrozumieć, że uczniowie będą zwracać większą uwagę na zajęciach, jeśli poda im się przykład kogoś, kogo podziwiają, kto używa omawianych umiejętności. Dlatego poprosiłam pana o podanie kilku przykładów podczas lekcji transmutacji. Ci uczniowie zaczną sobie zdawać sprawę z tego, jak przydatne są moje zajęcia, ponieważ biorą przykład z pana. Tak samo na obronie, większość uczniów bardziej uwierzy w efektywność zaklęć i strategii tylko dlatego, że są one używane przez Pana Blacka.
No i jestem. Mimo ogromnych przeciwności losu. Wszystko, a zwłaszcza mój komputer działa mi na złość. Wyobraźcie sobie, że miałam w ¾ rozdział gotowy, ale komputer stwierdził, że pierd**i, nie robi xD usunął wszystko, wszyściuteńko. Nie zostało nic, ani z tego rozdziału, ani z poprzednich, ani z wszystkich moich zdjęć, filmów, gier. Tabula rasa.
Dobra, ponarzekałam.
Salianna, jak zwykle tobie podziękowania za betę. Uwielbiam cię :3
Nie mam już pomysłów na pytania. Ktoś, coś?
Jeszcze przed wami trzy omake. Zapraszam ;)
Omake 1: Historia Pana Blacka
- Czy może mi ktoś powiedzieć, jak Pan Black wpłynął na język angielski? – zapytał cicho profesor Hamilton.
- Black ops – krzyknął jeden uczeń. – Misje tak niebezpieczne i tajne, że mogłyby zostać wykonane przez Pana Blacka.
- Black Projects – dodał inny. – Takie jak bomba nuklearna. Rzeczy stworzone dla albo przez Pana Blacka.
- Faceci w czerni – krzyknął jeden z uczniów pochodzenia mugolskiego. – Tajni agenci, którzy ubierają się na czarno i ukrywają przed światem istnienie UFO.
- To jakieś szaleństwo. – Profesor Hamilton zmarszczył brwi.
- I… um… pracują dla Pana Blacka?
- Ach, dwadzieścia punktów – zgodził się nauczyciel. – Skoro pracują dla Pana Blacka, to musi być prawda.
Omake 2:
Ron i Hermiona obserwowali jak Harry rozmawia przez zapalniczkę zippo. Chwilę później z nieba spadł nundu, który miał na sobie dziwną obrożę i który zaczął atakować znajdujących się przed nim śmierciożerców.
- Czy teraz nie powinniśmy zacząć zadawać pytania? – zapytała Hermiona.
- Nie, z Harrym wszystko jest w najlepszym porządku – odparł Ron.
-o-o-o-o-o-
- A teraz możemy zadać mu kilka pytań? – zapytała Hermiona, obserwując Harry'ego, który wszedł w burzę śnieżną bez jakiegokolwiek płaszcza, żeby walczyć z atakującymi yeti.
- Wszystko będzie dobrze, Hermiono – odparł Ron, popijając gorącą czekoladę.
-o-o-o-o-o-
Hermiona przełknęła ślinę, patrząc, jak Harry ignoruje liczne ugryzienia przez szeregi wilkołaków na rozkazach Voldemorta i zawzięcie wymachuje małym nożem, skutecznie zmniejszając ilość atakujących.
- Ron, nie wydaje ci się-
- Z Harrym jest wszystko w porządku! Nie rozumiem, czemu się tego tak uczepiłaś? – przerwał jej Ron, wpatrując się w stertę wampirzych ciał. Następnie z zadowoleniem kontynuował jedzenie lodowej myszy.
Omake 3:
W rozdziale 24, Harry, można dodać, że bez większych oporów, oddalił się razem z wilami. Krótka wersja jest taka, że odeskortowały go do okazałej posiadłości. Dłuższa wersja wyglądała tak.
- 'arrie – zaczęła kuzynka Gabrielle. – Co teraz będziemi robić?
Części wil wydawało się, że wiedzą, co się za chwilę stanie, więc zaczęły zdejmować z siebie dodatkowe ubranie. Zaczynając od butów.
- Cóż, jestem na wakacjach i chcę spędzić dobrze czas – odparł niewinnie Harry. Przynajmniej tak niewinnie, jak niewinny może być nastolatek.
Wile nume puściły do siebie oczko i zaczęły zdejmować skarpetki.
- Jakiego rodzaju „dobry cias" 'arrie?
Harry uśmiechnął się nerwowo, nie będąc pewny, czy on też powinien zdjąć buty.
- Um, cóż… to jest coś, czego nigdy nie robiłem, ale zawsze chciałem to zrobić.
Pozostałe wile tylko po sobie spojrzały i również ściągnęły buty. Nie ma sensu zostawiać na meblach śladów butów, prawda?
- Co takiego zawsie ciałeś? – padła ochrypła odpowiedź.
- Zawsze chciałem… nie, pomyślicie, że to śmieszne.
To przykuło ich uwagę.
- Co takiego, 'arrie? Na pewno tak nie pomiślimi. Wielu męścizn tak mówi. – Mówiąc to, ostatnia para butów znalazła się pod drzwiami.
- Okej. – Harry wzruszył ramionami. – Cóż, zawsze chciałem zagrać w Monopoly. Widziałem jak mój kuzyn, jego królewski świniodupek, wybaczcie mój język, grał w tę grę ze swoimi kolegami.
- Nie rozumiem, nie widzę nigdzie języka? – zapytała wila numer 4.
- Czyli dobrze rozumiem – powiedziała kuzynka Gabrielle, pozostałe wile obserwowały zainteresowane ciągiem wydarzeń. – Jesteś w wielkiej posiadłości, bez rodziców, z co najmniej tuzinem wil, które nie mają na sobie butów i ty 'cesz zagrać w Monopoly?
Harry kiwnął głową.
- Albo w Clue. To też by mi nie przeszkadzało, jeśli nie macie Monopoly. Nigdy w to nie grałem i zawsze się zastanawiałem, co tracę.
Tuzin uśmiechów uderzyło go jednocześnie.
- 'cesz zagrać w grę? Planszową? Och, 'arrie, mogłybyśmy cię teraz pocałować!
- Ale tego nie zrobimy, bo nie ma tego w zasadach – powiedziała wila nr 2, kładąc grę na stole, wokół którego zebrali się wszyscy gracze.
Później, o wiele później.
Z trudem powstrzymując ziewnięcie, Harry zapytał.
- Kiedy będziemy mogli zrobić sobie przerwę? Jestem już trochę zmęczony. Gramy już od 13 godzin.
- Jeśli prziznaś się do porażki, moziesz iść na górę i iść spać – powiedziała wila nr 3. – Jeśli nie, wtedy musiś grać dalej. Takie są zasady.
- Naprawdę?
- Nie umieś citać po francusku, prawda? – zapytała wila nr 4.
- Normalnie to nie, ale…
- To oui, takie są zasady – odparła wila nr 4.
- Kurde. Dobra… co powiecie na trochę ognistej whisky, żeby rozruszać towarzystwo? – Po tak długim czasie grania, normalnym wydawało się być to, że Harry był spragniony. Kto wiedział, że Monopoly miało tyle reguł o tym, że jak się wylądowało na polu z hotelami, to trzeba było wykonać jakiś rodzaj aktywności fizycznej, żeby wywinąć się od płacenia opłaty.
Wila nr 2 uśmiechnęła się i powiedziała.
- Okej, zasada nr 435 mówi, że jeśli osoba z pionkiem w kształcie kapelusza poprosi o ognistą whisky, to ten trunek powinien być dostępny i ta osoba musi dostać po buziaku od każdej obecnej wili. Przykro mi, 'arrie, takie są zasady.
Po otrzymaniu tuzina buziaków w policzek (trafiło się kilka rykoszetów, które wylądowały na jego ustach) Harry odparł.
- Czy jest jakaś zasada na spróbowanie kremowego piwa?
Jeszcze później.
- Czyli mówicie, że skoro mamy patową sytuację w Monopoly, to możemy zmniejszyć nadchodzący finansowy kryzys przez poprowadzenie bitwy morskiej, żeby ogłosić zwycięzcę?
- Oui.
- A jak się nazywa ta gra?
- Statki, 'arrie.
- Okej, w takim razie przypisujemy statkom nazwy posiadłości, których nie chcemy i te, które zostaną zatopione w statkach, wracają do banku w Monopoly i możemy grać dalej?
Wila nr 5 uśmiechnęła się i odparła.
- 'arrie trafił na tajny kod dnia. Zasada 654. Kolejna tura buziaków.
Znowu o wiele, wiele, później.
- Dobra, dziewczyny. Nawet nie wiecie, jak dobrze się bawiłem przez te ostatnie kilka dni, grając w Monopoly, statki, Clue, Ryzyko i wszystkie inne. Chciałbym zostać dłużej, albo najlepiej całe lato, ale te zasady są ciężkie. Nie spałem od kilku dni. Dzięki niebiosom za eliksiry pobudzające.
- Ale, 'arrie, mogłeś pójść z nami spać w każdej chwili – powiedziały jednocześnie wil (bliźniaczki).
- Dzięki, ale tak dobrze się bawiliśmy, że nie chciałem was wszystkich zawieść. Teraz muszę wrócić do swoich wakacji i trochę odpocząć. Dziękuję, że pozwoliłyście mi tu zostać. Doskonale się bawiłem. Zawsze będę o tym pamiętał.
Cała grupa wil pociągnęła nosem. Jaki słodki chłopak.
- Dopiero zauważyłem, że światło nad gankiem wam nie działa. Mam wam to naprawić?
- Nie martw się tym, 'arrie. Poprosimy starego ogrodnika, który czasami tu przychodzi, żeby je naprawił. W końcu to tylko 15 metrów nad ziemią.
- Przecież nie ma problemu. Znajdźcie tylko nową żarówkę, a ja ustawię tę starą, zardzewiałą, krzywą drabinę pod lampą i zaraz zobaczymy czy da się ją wymienić.
- Dwa franki na to, że spadnie, zanim dojdzie do piątego ściebla – powiedziała wila 8 do wili 9.
- Myślę, że wymieni żarówkę i upadnie, dopiero gdy będzie schodził.
- Czy któraś z was mogłaby potrzymać drabinę? Trochę się buja – powiedział Harry ze szczytu drabiny, już wykręcając żarówkę.
- Przykro nam, 'arrie, ale nie mamy na sobie butów – wymamrotały wile, biegnąc do pokoju, w którym zostawiły swoje obuwie. Buty były ważne. Zwłaszcza, gdy trzeba było wyjść na brudny dwór.
Ale i tak nie zdążyły założyć butów na czas.
Niech żyje Święta Kaczka i do następnego!
