Rozdział 45.

Weasleye, fair play i śmieszki.

- Witajcie – krzyknął Profesor na widok Percy'ego i Penny – w aktualnie bezimiennej fortecy, na bezimiennej wyspie. Czy to ty jesteś nowym administratorem?

- Tak – odparł z wahaniem Percy. – Chyba tak, nie jestem do końca pewny, co Doktor chciała, żebym robił.

- W takim razie jesteś nowym administratorem. Twój kryptonim to Popychacz Papieru – powiedział z dumą Profesor, myślał nad tym kilka dobrych minut.

- Um… a nie mogę być po prostu Percym?

- Dobra. – Profesor zasmucił się. – Możesz być po prostu Percym… a kim jest ta urocza dziewczyna?

- To jest Penny – powiedział Percy. Na jego twarzy bezwiednie pojawił się uśmiech na samą myśl o swojej ukochanej.

- Czy ty też jesteś administratorem? – zapytał nerwowo Profesor.

- Mogę być – zgodziła się Penny.

- Kurczę… wymyśliłem tylko jeden pseudonim… przeszkadzałby wam, gdybyście się nim podzielili? – powiedział szybko Profesor. Jeden mógłby być Popychaczem, drugi Papierem?

- Może omówimy szczegóły później – zaproponowała Penny. – Może teraz pokaże nam pan nasze kwatery?

- Dobrze, to się może udać – zgodził się Profesor. – Gdybym tylko wiedział, gdzie są wasze kwatery… Pomocnico?

- Co? – Pomocnica wystawiła głowę przez drzwi i się skrzywiła.

- Gdzie są kwatery Popychacza i Papieru? – odkrzyknął Profesor.

- Kogo? – krzyknęła Pomocnica. – Co zrobiłeś tym razem, idioto?

- Idioto? – wrzasnął Profesor. – Czy idiota wymyśliłby automatyczną szczotkę do włosów na parę?

- Tak – skwitowała go krótko Pomocnica. – A teraz sobie idź i daj mi naprawić bałagan, który jestem przekonana, że zdążyłeś już zrobić.

- Dobra – zgodził się Profesor. Percy i Penny obserwowali w szoku jak ta dwójka dziwnych ludzi się ze sobą kłóci, a następnie jak mniejszy mężczyzna gniewnie wyszedł z pomieszczenia.

- Witajcie – powiedziała uprzejmie Pomocnica. – Jestem Pomocnica, a wy?

- Ja jestem Percy, a to jest Penny – odparł tępo Percy. Gdzie on przyprowadził swoją rodzinę?

- Kiedy ma wam się urodzić dziecko? – zapytała Pomocnica. W końcu zauważyła brzuch Penny i zdecydowała się zadać personalne pytanie. – Uwielbiam dzieci.

- Ja też – zgodziła się Penny. – Nie mogę się doczekać, aż już przyjdzie na świat.

- Musisz być zmęczona – powiedziała nagle Pomocnica. – Chodźcie, pokażę wam wasze pokoje, żebyście mogli trochę odpocząć.

- To brzmi jak bardzo dobry pomysł – powiedziała Penny, wzruszając ramionami. Powoli zaczynała rozumieć, na jakiej zasadzie działali ci… ludzie. – Chodź, kochanie.

Pomocnica poprowadziła parę zakochanych przez szeroki korytarz do części mieszkalnej fortecy.

- A oto wasze pokoje. – Pomocnica wskazała na niczym nie wyróżniające się drzwi. – Do środka wejdziecie tylko wy i wasze dziecko, nikt inny nie ma do nich wstępu.

- Dziękuję – powiedziała z wdzięcznością Penny. – Czy jest tu połączenie Fiuu?

- Tylko do dzwonienia – potwierdziła Pomocnica. – Nie chcemy, żeby ktokolwiek tu przychodził przez nieoficjalne wejścia.

- Dziękuję – odparła Penny.

- Czy byłaby możliwa szybka podróż do Anglii? – zapytał nerwowo Percy. – Doktor powiedziała, że możemy tu mieć nasze wesele i chciałem zaprosić moją rodzinę osobiście.

- Nie mieliście jeszcze wesela? – zapytała Pomocnica z szaleńczym błyskiem w oku.

- Nie – powiedział smutno Percy. – Dokumenty zostały złożone, ale nie mieliśmy ceremonii.

- Tak, zawsze chciałam pomóc w planowaniu ślubu – powiedziała radośnie Pomocnica. – Ty idź załatwić w Anglii to, co potrzebujesz, a ja z Penny zajmiemy się wszystkim innym.

- Jesteś pewna? – upewnił się Percy.

- Tak – odparła szybko Pomocnica. – Idź.

- W porządku – zgodził się Percy. Wychodząc z pokoju pomyślał, że usłyszał Pomocnicę mówiącą coś o sukni ślubnej napędzanej rakietą, ale na pewno musiał coś źle usłyszeć… prawda?

Percy wrócił swoim śladem do pomieszczenia, w którym on i jego przyszła żona wylądowali nie dalej jak kilka minut temu. Nie wiedział jednak, co robić dalej.

- Halo? – powiedział głośno.

- Tak, co mogę dla ciebie zrobić? – odparł Profesor.

- Potrzebuję świstoklika w obie strony do Anglii – powiedział cicho Percy. – Nie wiem, czy to tutaj uda mi się coś takiego załatwić?

- Oczywiście, że tak – zgodził się Profesor. – Jakaś szczególna część Anglii?

- Dom moich rodziców.

- Proszę bardzo. – Profesor rzucił Percy'emu mały, drewniany kijek. – Udanej zabawy.

- Dziękuję. Jak się go aktywuje?

- Sam się aktywuje za kilka sekund – powiedział z uśmiechem Profesor. – Żeby wrócić wystarczy, że powiesz „forteca".

- Dziękuję. – Percy poczuł pociągnięcie świstoklika i nagle pojawił się przed domem, w którym spędził większość swojego życia. Wciągając głęboko powietrze, Percy podszedł do drzwi i zapukał.

- Tak? – Molly otworzyła drzwi i zastygła, gdy zobaczyła swojego syna, z którym długo nie rozmawiała. – Percy?

- Cześć, mamo – powiedział cicho Percy. – Czy… czy mogę wejść?

- Oczywiście – odparła szybko Molly. – To w końcu też twój dom.

- Przepraszam. Przyszedłem tu, żeby ci to powiedzieć i żeby zaprosić was na mój ślub.

- Ślub? – zapytała Molly, jej serce wypełniło się nadzieją.

- Penny i ja już wypełniliśmy papiery, ale nie mieliśmy ceremonii – wyjaśnił Percy. – Niedługo urodzi nam się też dziecko i pomyślałem, że może chcielibyście przyjechać. Zrozumiem, jeśli nie.

- Oczywiście, że chcę przyjechać – powiedziała Molly. – Cieszę się, że mam cię z powrotem.

- Nie wróciłem, mamo – powiedział cicho Percy. – Dlatego mamy teraz nasz ślub, znaleźliśmy bezpieczne miejsce do życia.

- Bezpieczne? – Molly stanęła jak wryta. – Czy ma to coś wspólnego z tym, dlaczego odszedłeś?

- Tak, mamo – odpowiedział nerwowo Percy. – Oddaliłem się od ciebie i od taty, bo bałem się, że coś może spotkać Penny. Trochę poszperałem i znalazłem, że rodziny pracowników Ministerstwa, którzy nie opowiedzieli się po żadnej stronie były bezpieczne. Przepraszam, ale porzuciłem rodzinę, żeby zapewnić bezpieczeństwo nowej. Nie byłem wystarczająco odważny, żeby zaryzykować moją żonę i dziecko. Gdyby tu chodziło tylko o mnie, to byłaby inna sytuacja.

- Musisz myśleć, że jestem straszną matką – wyszeptała Molly.

- Dlaczego miałbym tak myśleć? – zapytał zdziwiony Percy.

- Nie chciałeś walczyć, bo chciałeś ratować swoją rodzinę – powiedziała cicho Molly. – A ja z Arturem wskoczyliśmy w sam środek, nie myśląc o tym, jakie to może mieć dla was konsekwencje.

- Wszyscy są w szkole, albo w pracy – powiedział szybko Percy. Musiał wymyślić coś, co uspokoiłoby jego matkę. – To zupełnie inna sytuacja. Jeśli ktokolwiek jest tu złą osobą, to jestem nią ja. Porzuciłem was i walkę, bo nie mogłem znieść myśli powrotu do domu do martwej rodziny i byłem w stanie zrobić wszystko, żeby temu zapobiec.

Ta odpowiedź nie sprowadziła zamierzonego skutku. Nawet gorzej, spowodowała, że jego matka zaczęła płakać.

- Moje dzieciątka, tak mi przykro.

- Mamo… nie płacz – powiedział gorączkowo Percy. Jego typowa metoda uspokajania Penny na pewno by tu nie zadziałała. Na samą myśl o całowaniu swojej matki tak, żeby oboje zapomnieli o czym rozmawiali, skręcało go w żołądku. Biegnąc do kominka, Percy wrzucił garść proszku i zawołał swojego ojca.

- Tato, jesteś tam?

- Percy? – Twarz Artura pojawiła się w kominku. – Dlaczego nie przyszedłeś do pracy? Mówią, że zrezygnowałeś i teraz dostaję mnóstwo dziwnych połączeń od rodziny twojej dziewczyny. Wszystko w porządku, synu?

- Tak, wszystko w porządku, tato – potwierdził Percy. – Ale musisz wrócić do domu.

- Dlaczego? – Głos Artura spoważniał. – Co się stało?

- Przyszedłem do domu, żeby powiedzieć mamie o ślubie i żeby przeprosić i nagle zaczęła mówić o tym, jaką jest złą matką – powiedział Percy. – Próbowałem jej powiedzieć, że tak nie jest, ale zaczęła płakać i nie wiem co mam robić.

- Zostań tam, synu – rozkazał Artur. – Zaraz się pojawię.

- Pospiesz się – zaczął błagać Percy. – Naprawdę nie wiem, co mam robić.

- Muszę najpierw załatwić kilka rzeczy – powiedział spokojnie Artur. – Będę za kilka minut.

Artur wyjął głowę z kominka i zastanowił się nad tym, co właśnie usłyszał. Z jednej strony, Percy to jego syn. Z drugiej… z drugiej, chłopak oddalił się od rodziny. Nieważne jak ciężko mu było się z tym pogodzić…

Artur wziął szczyptę proszku fiuu i wrzucił ją do kominka, żeby skontaktować się ze starszymi synami.

- Co tam, tato? – Charlie odpowiedział na połączenie.

- Możesz się skontaktować z Billem? – zapytał szybko Artur.

- Jest tu obok, czemu? – odparł Charlie, nerwowo marszcząc brwi.

- Potrzebuję, żebyście obaj poczekali kilka minut i udali się do domu – powiedział Artur. – Coś tam może być nie tak.

- Zaraz się tam od razu pojawimy – powiedział szybko Charlie.

- Nie – rozkazał ojciec. – Poczekajcie pięć minut i dopiero wtedy możecie iść. Mam złe przeczucie i lepiej być ostrożnym.

- Co się dzieje? – Charlie zażądał odpowiedzi.

- Percy się ze mną połączył i powiedział, że wasza mama się rozpłakała – odpowiedział Artur. – Po prostu martwię się tym, co się stało i tym, co się może stać. Na pewno wszystko będzie w porządku.

- Jak powiedziałeś, lepiej być ostrożnym. – Charlie zamyślił się. – Dobrze, tato, pojawimy się tam za kilka minut.

- Dziękuję, chłopcy – powiedział z uśmiechem Artur. – Jeśli nic złego się nie dzieje, to po prostu powiedzcie, że was wysłałem, bo myślałem, że pomożecie jej się poczuć lepiej.

- To może weźmy też bliźniaków? – zapytał Charlie. – Tak dla zachowania przykrywki.

- A czy oni kiedykolwiek uspokoili matkę? – Artur zaśmiał się. – Zresztą i tak teraz są zajęci sklepem.

- Dobra – powiedział szybko Charlie. – Powodzenia, tato.

- Dzięki, chłopcy – odparł Artur i zakończył połączenie. Wyciągając głowę z kominka, Artur sprawdził, czy jego różdżka jest na wyciągnięcie ręki i z ostatnim westchnięciem… Artur aportował się do domu, żeby spotkać się ze swoim losem.

- Tato – krzyknął Percy, gdy tylko usłyszał pyknięcie aportacji. – Cieszę się, że już tu jesteś.

- Już jest dobrze, synu – powiedział Artur. – Już jestem.

- Arturze. – Molly rzuciła się na swojego męża i schowała głowę w jego ramieniu.

- Może teraz powiesz mi, co się dokładnie stało? – zasugerował Artur.

- Wróciłem, żeby przeprosić i żeby zaprosić wszystkich na mój ślub – powiedział szybko Percy. – Wtedy mama zapytała, czy to oznacza, że wracam do domu, a ja powiedziałem jej, że tam, gdzie teraz mieszkamy jesteśmy bezpieczni. Chcieliśmy odprawić ceremonię i tam zostać.

- Gdzie poszliście? – zapytał spokojnie Percy. – Coś jeszcze się stało?

- Dostałem nową pracę. I nie jestem pewny, czy mogę o niej rozmawiać. Mama zapytała, czemu odszedłem i wytłumaczyłem jej, że to dlatego, że nikt nie zawracał sobie głowy rodzinami urzędników, którzy zostali neutralni. Plus, byłem za dużym tchórzem. Bałem się stanąć twarzą w twarz z możliwością, że pewnego dnia wrócę do domu i jedyne, co znajdę to moją martwą żonę i dziecko. I wtedy powiedziała, że jest straszną matką i się popłakała. – Percy wziął głęboki wdech.

- Chyba rozumiem – odparł wolno Artur. – Poczekaj może w salonie na swoich braci. Postaram się uspokoić twoją mamę i nasza czwórka będzie mogła z tobą pójść.

- Dobry pomysł, tato – powiedział radośnie Percy. – Dzięki, że przyszedłeś… czy później moglibyśmy porozmawiać o byciu ojcem? Czekamy z Penny na naszego bobasa.

- Z radością z tobą o tym porozmawiam, Percy – wykrztusił Artur głosem pełnym emocji.

-o-o-o-o-o-o-o-o-o-

To była końcówka dziewiątej rozgrywki, wszystkie bazy zajęte… albo raczej byłyby, gdyby to był baseball. Ale to był tylko quidditch, żadne bazy nie były zajęte, a znicz jeszcze fruwał na wolności, śmiejąc się z zawodników, gdyby tylko miał taką możliwość. Był to mecz Gryfonów przeciwko Ślizgonom i na razie wynik wynosił sto pięćdziesiąt punktów dla obu drużyn.

Ginny była w swoim żywiole, wiwaty tłumu stały się tylko brzęczeniem w głębi umysłu, a błysk złotego po jej lewej stronie powiedział jej tylko, że już niedługo ten mecz się skończy. Ginny odwróciła głowę, żeby skupić się na zniczu i pognała za nim, żeby jak najszybciej go chwycić. Wiedząc, że jest już blisko i że wygrana jest na wyciągnięcie ręki, wyciągnęła obie dłonie w stronę złotej kuleczki. Była już blisko. Zostało jej może cztery długości miotły. Trzy. Nagle jej świat stał się czarny i nie widziała już nic.

Goyle uśmiechnął się głupkowato do swojego kija miotacza, na którym znajdowała się cienka warstwa krwi. Chłopak nie zwracał uwagi na wrzaski tłumu i polecenia sędzi… najważniejsze było to, że wykonał polecenie Draco i wygrał grę dla Ślizgonów.

- Co pani z tym zrobi? – zażądał odpowiedzi Ron. Niedobrze mu się zrobiło, widząc siostrę zdejmowaną z boiska i przekazaną pod opiekę ani Pomfrey.

- To było jedno z najbardziej nieczystych zagrań, jakie widziałam w swojej karierze – odaprła zdegustowana Hooch. – Ale zasady są jasne, gdy chodzi o karę, którą mogę przyznać za takie przewinienie… trzy rzuty karne.

- Co? – wrzasnął Ron. – Puści im to pani płazem?

- Nie mam innego wyboru, panie Weasley – powiedziała zdegustowana Hooch. – Proponuję, żeby wezwał pan zapasowego szukającego.

- Dobra – warknął Ron. – Ale to nie koniec.

Ron podleciał do trybun w poszukiwaniu dwójki najlepszych przyjaciół.

- Co powiedziała Hooch? – zapytał spokojnie Harry.

- Rzuty karne – powiedział Ron, kręcąc głową. – Mówi, że nie może zrobić więcej.

- Chcesz, żebym wszedł?

- Ta – potwierdził Ron. – Nie pozwolę, żeby te brudne węże wygrały.

- Idź po moją miotłę. Ja pójdę zarzucić na siebie jakiś strój i zaraz do was zejdę.

- Dobra – zgodził się Ron. Rudzielec skierował swoją miotłę w miejsce, w którym wylądowała Ginny i podniósł miotłę Harry'ego, jednocześnie mamrotają do siebie – Dobrze, że Harry pożyczył ci swoją miotłę, Gin. Dorwiemy ich.

Ron potrząsnął głową, próbując pozbyć się ciemnych myśli, które groziły zawładnięciem. Następnie wsiadł z powrotem na miotłę i podleciał do Harry'ego, który stał na boisku.

- Dzięki – powiedział Harry, biorąc miotłę do ręki. – Miejmy to już z głowy.

Dwaj chłopcy podlecieli do reszty drużyny, po czym Harry ustawił się na swojej pozycji naprzeciwko drugiego szukającego.

- Wygląda na to, że zobaczymy dwóch szukających znoszonych z boiska – powiedział spokojnie Draco. – Rzadkość, prawda?

Jedyną zewnętrzną reakcją Harry'ego na kpiące słowa był mały uśmieszek.

- Nie chcę widzieć więcej nieczystych zagrań. – Pani Hooch spiorunowała spojrzeniem drużynę Ślizgonów. – Gramy.

Harry popędził przez boisko, a Draco był tuż za nim z uśmiechem na twarzy. Doleciał do końca boiska i nagle zawrócił, stając twarzą w twarz z drugim szukającym.

Ślizgon nie miał nawet czasu zareagować na zmianę kierunku Harry'ego, bo poczuł jak but Chłopca-Który- Przeżył trafił go w sam środek twarzy i posłał na ziemię.

Na trybunach zapanowała cisza i wszystkie oczy zwróciły się w stronę Harry'ego, który spokojnie siedział na miotle.

- Wychodzi na to, że wisimy im rzut karny – powiedział Harry głosem pozbawionym emocji. Jego twarz również była jak skała, gdy obserwował, jak znoszą Malfoya z boiska.

- Um… dwa rzuty. – Hooch otrząsnęła się z szoku.

- Do jasnej cholery, Harry – wyszeptał Ron.

- Jak myślisz, kto pierwszy wyjdzie ze skrzydła szpitalnego? – Harry uśmiechnął się do podsłuchujących Ślizgonów. – Ja stawiam na Ginny, chyba poczułem kilka łamiących się zębów, gdy uderzyłem Malfoya.

- Jeśli wyjdzie pierwszy, to możemy go tam z powrotem umieścić – powiedział z uśmiechem Ron przekonany, że to zachowanie to tylko na pokaz.

- Lepiej wróć na swoje miejsce – zaproponował Harry. – Wygląda na to, że znaleźli zastępstwo i pora na te rzuty karne.

- Tak, racja – zgodził się Ron.

- Spokojnie – powiedział Harry do trzęsącego się pierwszorocznego, którego wrzucili w ostatniej chwili za Malfoya. – Jeśli będziesz grał czysto ze mną, to ja będę grał czysto z tobą. Ale jeśli zdecydujesz się oszukiwać…

- Będę grzeczny – powiedział szybko pierwszoroczny. – Dziękuję.

- Domy tutaj mają ten problem – kontynuował Harry – że tak naprawdę nie mają znaczenia w prawdziwym świecie. Malfoy to dupek. Nie będę cie traktował jak jego, jeśli się nie będziesz zachowywał jak on… i tyczy się to wszystkich w waszym domu.

- Powiem im – zapewnił go chłopiec.

- Chciałbyś może radę? – Harry spojrzał za pierwszaka. – Coś, co pomoże ci być lepszym szukającym?

- Tak – odpowiedział pierwszak.

- Ciągle się rozglądaj – powiedział z uśmiechem Harry. – Nigdy nie wiesz, gdzie się pojawi znicz.

Głowa pierwszaka obróciła się instynktownie, a jego oczy rozszerzyły się na widok znicza, który był tuż na wyciągnięcie ręki. W ostatniej chwili rzucił się na skrzydlatą kulkę, ale został pokonany przez bardziej doświadczoną rękę szukającego drużyny czerwonych.

- Dobra robota – powiedział Harry na boku, gdy obaj zniżali się do ziemi. – Lepiej niż Draco, ale to może być dlatego, że ten musiał kupić sobie miejsce w drużynie.

-o-o-o-o-o-o-o-o-o-

Impreza po meczu w pokoju wspólnym Gryfonów nie była tak huczna jak zwykle. Jeden z nich był w skrzydle szpitalnym i to zawsze negatywnie wpływało na morale domu… Chyba, że to był Harry. On tyle czasu spędzał w tym skrzydle, że wszyscy zaczynali się denerwować, gdy udawało mu się go uniknąć na dłużej niż kilka miesięcy.

Wszystkie oczy zwróciły się w stronę dziury w portrecie i większość z nich rozszerzyła się w szoku, gdy przez dziurę weszła Ginny.

- Dlaczego nie jesteś w skrzydle szpitalnym?

- Pani Pomfrey powiedziała, że wystarczy, że porządnie odpocznę – odpowiedziała z uśmiechem Ginny. – Więc jej powiedziałam, że lepiej odpocznę we własnym łóżku niż na tym szpitalnym.

- Kupiła to? – zapytał zszokowany Ron. – Ciekawe, czemu Harry tego nie spróbował.

- Bo ona myśli, że Harry jest zrobiony ze szkła i nie lubi, gdy jest poza zasięgiem jej wzroku – odezwała się Hermiona. – Skoro mowa o Harrym… gdzie on jest? Nie widziałam go od meczu.

- Um. – Ginny wydawała się być zdenerwowana. – Nie było tu Harry'ego?

- Nie, czemu? – zapytała Hermiona.

- Bo pachołki Malfoya wylądowały w skrzydle – odpowiedziała niechętnie Ginny. – Pani Pomfrey mówi, że wygląda to na upadek ze schodów… jesteście pewni, że nie widzieliście Harry'ego?

- Nie od końca gry – potwierdziła Hermiona. – Ale ja bym się tym nie martwiła, Harry by czegoś takiego nie zrobił.

- Tak – zgodził się szybko Ron. – A teraz idź do łóżka, albo osobiście pójdę do Pani Pomfrey i powiem jej, że nie stosujesz się do jej zaleceń.

- Tylko wezmę trochę przekąsek – zgodziła się Ginny. – I już idę do łóżka.

- Chodź, Ron, musimy zrobić nasz obchód – zaproponowała Hermiona.

- Dobry pomysł. Chodźmy.

Dwoje przyjaciół wyszło na korytarz.

- Nikogo nie widzę – powiedział cicho Ron.

- Naprawdę myślisz, że to Harry wrzucił ochroniarzy Malfoya do szpitala? – zapytała nerwowo Hermiona.

- Może – odparł Ron, po chwili zastanowienia. – Rok temu powiedziałbym, że nie… albo, że przynajmniej poprosiłby nas o pomoc. Na Merlina, rok temu to ja bym was prosił o pomoc i ty z Harrym musielibyście mnie uspokajać.

- Ale on się zmienił przez to lato – powiedziała cicho Hermiona. – I nie jestem pewna, czy zmienił się na lepsze… jest taki zdystansowany.

- Daj mu czas – wyszeptał Ron. – Myślę… myślę, że nadal stara się przetrawić śmierć Syriusza, może nawet śmierć Cedrika.

- Co możemy zrobić? – Hermiona była bliska płaczu. – Tylko widzę jak on się od nas oddala i nie mam pojęcia jak temu zapobiec.

- Ja też nie wiem – przyznał Ron. – Ale nie wydaje mi się, żeby żądanie odpowiedzi mogło zadziałać… wiesz jaki on jest.

- Tak, wiem jaki on jest – warknęła Hermiona. – I chyba wiem, dlaczego Harry zachowuje się tak, a nie inaczej.

- Naprawdę? – zapytał szybko Ron. – Czemu?

- Bo ten dupek próbuje nas chronić – powiedziała Hermiona przez zaciśnięte zęby. – Wydaje mu się, że jesteśmy celami tylko dlatego, że jesteśmy jego przyjaciółmi i próbuje się od nas odsunąć. Co za idiota, jakim prawem on nam to robi?

- Może masz rację – zgodził się Ron. – Słyszałaś, jak zareagował, gdy usłyszał, że mogłaś zginąć. Dodać do tego śmierć Syriusza…

- Co za cholerny dupek. – Hermiona zaczęła się rozkręcać. – Jakim prawem on za nas decyduje.

- Takim prawem, jak każdy inny podejmuje decyzje za niego – zasugerował Ron. – I czy muszę ci przypominać, że nasze ręce nie są czyste w tym przypadku?

- Wiem – jęknęła Hermiona, przechodząc z wściekłości w depresję. – Nie powinniśmy byli słuchać, gdy nam mówili, żebyśmy się nie kontaktowali z Harrym… co powinniśmy zrobić, Ron?

- Nie wiem – powiedział cicho Ron. – To ty jesteś ta mądra. Nie wydaje mi się, żeby dobrym rozwiązaniem było naciskanie na niego.

- To tylko by pogorszyło sytuację – zgodziła się Hermiona. – Czasami potrafi być tak uparty. Okej, może zróbmy tak. Przypomnijmy Harry'emu, że pójdziemy za nim nieważne gdzie i że wierzymy w jego umiejętności przywódcze.

- Tak zróbmy – powiedział szybko Ron. – A teraz wracajmy na imprezę.

-o-o-o-o-o-o-o-o-o-

Ron obudził się następnego dnia i poszedł do pokoju wspólnego, gdzie zastał czekającą Hermionę.

- Dzień dobry – przywitał swoją przyjaciółkę Ron.

- Czy Harry już się obudził?

- Nie widziałem go w łóżku – powiedział Ron. – Myślałem, że już zszedł.

- Czekam tu na niego od dwóch godzin – powiedziała Hermiona. – Na pewno nie przeszedł obok mnie.

- Czasami budzi się wcześniej – wyjaśnił Ron, wzruszając ramionami. – Zwłaszcza na początku roku, po wakacjach.

- Och… chodź, musimy go znaleźć, żeby go zapewnić, że zawsze będziemy go wspierać. – Hermiona chwyciła Rona za ramię i wyciągnęła go z wieży do wielkiej sali. – Pomyślałam, że może ja się skupię na jego zdolnościach przywódczych, a ty się może skupisz na przyjaźni i lojalności. Z odrobiną szczęścia Harry wróci do normalności do świąt.

- Panno Granger, panie Weasley. – McGonagall przechwyciła tę dwójkę przed samym wejściem do sali. – Mogę wam zająć chwilkę? Mam dla was nowinę.

- Co możemy dla pani zrobić, pani profesor? – zapytała Hermiona.

- Wasza dwójka została zwolniona dzisiaj z zajęć, aby wziąć udział w ceremonii ślubnej jednego z braci pana Weasleya – odparła McGonagall. – Pani Weasley prosiła również, żebym przekazała, że pan, panie Weasley, powinien zabrać ze sobą swoją dziewczynę.

- A co z Harrym? – zapytał Ron. – I Ginny?

- Już poinformowałam pana Pottera i poinformuję pana siostrę jak tylko zejdzie na śniadanie – powiedziała McGonagall. – Są jeszcze jakieś pytania?

- Który brat? – zapytała szybko Hermiona.

- Percy – odpowiedziała nauczycielka. – I pozostali bracia pana Weasleya kazali mi przekazać, że jeśli pan nie pojawi się na ślubie, to oni się tu zjawią i połamią panu obie nogi. Ponoć są rzeczy, które muszą zostać omówione na spotkaniu twarzą w twarz. Coś jeszcze?

- Nie, pani profesor. – Ron pokręcił głową.

- Upewnijcie się, że jesteście w wielkiej sali, gdy będą zaczynać się zajęcia. Będzie tam na was czekać świstoklik – poinstruowała ich McGonagall. Nauczycielka transmutacji uśmiechnęła się do nich ciepło i wróciła na swoje miejsce przy stole nauczycielskim.

- Dziewczyna? – Hermiona spojrzała na Rona.

- Tak jakby. – Twarz Rona kolorem dorównała jego włosom. – Latem zacząłem rozmawiać z Hannah. Przepraszam, że nic nie powiedziałem, ale wolałem zatrzymać to dla siebie. Przynajmniej na początku.

- Ona jest miła. – Hermiona zmarszczyła brwi, głęboko się nad czymś zastanawiając. – Myślę, że pasujecie do siebie.

- Dzięki – powiedział Ron z zawstydzonym uśmiechem. – Cieszę się, że tak myślisz.

- Chodźmy znaleźć Harry'ego – zasugerowała Hermiona.

- Tak – zgodził się Ron.

Niedługo potem do Rona i Hermiony dołączyła Ginny. Cała trójka przeszukiwała wielką salę przez całe rano. W końcu poddali się, gdy śniadanie dobiegało końca.

- Gdzie on jest? – Hermiona zmarszczyła brwi. – Nikt go nie widział od wczorajszego meczu.

- McGonagall powiedziała mu, żeby tu przyszedł – powiedział nerwowo Ron. – Myślicie, że powinniśmy go poszukać?

- Pani profesor – powiedziała Ginny, widząc wchodzącą do pomieszczenia nauczycielkę. – Widziała pani Harry'ego?

- Tak – odparła McGonagall. – Właśnie z nim rozmawiałam. Poinformował mnie, że potrzebował zabrać kilka rzeczy i zaraz do nas dołączy.

- Już jestem, pani profesor. Przepraszam, że tak długo.

- W porządku, panie Potter – powiedziała Minerwa. Kobieta wyjęła długą wstążkę i wyciągnęła ją przed siebie. - Ta wstążka to świstoklik. Uruchomi się, gdy powiecie hasło, które brzmi Percy'ego i Ślub, ale w odwrotnej kolejności. Zanim pójdziecie, muszę was ostrzec.

- Słuchamy, pani profesor? – zapytała nerwowo Hermiona.

- Ceremonia zostanie przeprowadzona w domu Pana Blacka – powiedziała Minerwa. – Radziłabym nie oddalać się i uważać na przedmioty wokół was.

- Co? – Czwórka uczniów zapytała w szoku.

- Powiedziano mi, że wszystko zostanie wyjaśnione na miejscu – powiedziała Minerwa, podając im wstążkę. – Nie zostało wam dużo czasu. Nie chcielibyście się spóźnić.

- Oczywiście, że nie. – Hermiona wzięła wstążkę i upewniła się, że wszyscy trzymają kawałek. – Ślub Percy'ego.

Ta podróż świstoklikiem zajęła im więcej czasu niż wszystkie inne. W końcu dotarli do celu, którym był ciemny pokój z kamienia. Na samym środku pokoju stał niski mężczyzna, a obok niego wyższa kobieta.

- Witajcie – krzyknął mężczyzna. – Ja jestem Profesorem, a to moja pomocnica… Pomocnica.

- Cześć.

- Dzień dobry, Profesorze – przywitała go Hermiona. – Miło mi cie poznać, Pomocnico.

- To naprawdę jest dom Pana Blacka? – zapytała niepewnie Ginny.

- Tak, dokładnie tak – odparł Profesor.

- Czy Pan Black jest tutaj? – zapytał Ron.

- Może tak, może nie. Nikt nie wie z całą pewnością.

- Co ma pan na myśli? – zapytała Hermiona, chcąc dowiedzieć się czegoś więcej o tajemniczym mężczyźnie.

- Pan Black może być wszędzie – odparł z uśmiechem Profesor. – Może nawet stać tuż przed twoim nosem i byś tego nie wiedziała, gdyby on tego nie chciał.

- Więc istnieje możliwość, że jest w tym pomieszczeniu?

- Może stać obok ciebie i nie będziesz o tym wiedziała – odparł ze złośliwym uśmieszkiem Profesor.

- Czy ktoś może mi pokazać, gdzie jest łazienka? – zapytał szybko Harry. – Źle się poczułem po tej podróży.

- Chodź ze mną. Pokażę ci – odparła radośnie Pomocnica.

- Dzięki – odparł z wdzięcznością Harry i razem z dziewczyną wyszedł z komnaty.

- Powiedz mi – zapytała go Pomocnica, gdy byli poza zasięgiem słuchu – naprawdę potrzebujesz łazienki, czy po prostu chciałeś ze mną porozmawiać?

- Nie pamiętam, kiedy ostatnio było mi niedobrze – odparł Harry. – Nie po… i świstokliki też mi nie przeszkadzają. W końcu tyle razy ich używałem w te wakacje.

- Znajdźmy może bardziej prywatne miejsce – zaproponowała Pomocnica. – Jeśli ktokolwiek zapyta, dlaczego tak długo nam zeszło, to zabrałam cie do Doktor, bo się o ciebie martwiłam czy coś.

- W porządku – zgodził się Harry. – Co u wszystkich słychać?

- Minęło tylko kilka tygodni – powiedziała z uśmiechem Pomocnica.

- Wiem, ale się za wami stęskniłem – odparł Harry.

- Jak szkoła?

- Strasznie – powiedział Harry. – Jestem zbyt paranoiczny, żeby spać we własnym łóżku, większość zajęć jest za prosta, a obrona przed czarną magią zamieniła się w historię Pana Blacka.

- Naprawdę? – Pomocnica próbowała ukryć śmiech kaszlem.

- Naprawdę – potwierdził Harry. – Nie wiem, czy dam radę wytrzymać ten rok. Na pewno nie wytrzymam dwóch.

- Dasz radę – powiedziała Pomocnica, wzruszając ramionami. – A jeśli nie, to zawsze możesz tu wrócić.

- Dlaczego Percy bierze ślub tutaj? – zapytał Harry, zmieniając temat.

- Bo teraz dla ciebie pracuje – powiedziała Pomocnica.

- Okej… czemu dla mnie pracuje? – zapytał niskim głosem Harry.

- Kilka powodów – odparła Pomocnica. – Jednym z nich jest to, że jesteśmy mu dłużni po tym, co pewna para naszych agentów mu zrobiła.

- Co się stało?

- Bliźniaki zdecydowali, że dowiedzą się, dlaczego opuścił ich rodzinę – odszeptała Pomocnica. – Wychodzi na to, że zrobił to, żeby ochronić swoją żonę i nienarodzone dziecko.

- Mogę to uszanować – zgodził się Harry. – Dlaczego jesteśmy mu dłużni?

- Bliźniaki zapytali się go, gdzie jest jego rodzina – odparła Pomocnica. – Żeby nie odpowiedzieć, przegryzł sobie język.

- To też mogę uszanować – powiedział Harry po chwili zastanowienia. – Dobra robota.

Dotarłam w święta KWA-KWA-KWA.

Podziękowania dla Salianny za błyskawiczne sprawdzenie rozdziału :*

Wesołych Świąt. Nie tylko Bożego Narodzenia, ale i wszystkich innych mniej popularnych. Kwnaza, Saturnalia, przesilenie zimowe i wszystkie inne święta, które można obchodzić w tym okresie. Albo nie obchodzić, tak też można.

Zdrowia, szczęścia w kartach i w miłości, szaleństwa na tyle, żeby Święta Kaczka byłą dumna, spełnienia marzeń i nie wiem czy widać, ale nie umiem składać życzeń.

Jeszcze mamy omake:

Głęboko pod ziemią, na najniższym poziomie Voldemortowej kryjówki… znaczy fortecy, trzej śmierciożercy knuli niecne plany.

- Za każdym razem, gdy Czarny Pan wysyła ludzi, żeby zabili Pottera, zostają oni zabici przez Pana Blacka – powiedział pierwszy śmierciożerca. – To oznacza, że Pan Black jest prawdziwym ojcem Harry'ego Pottera! Lily musiała mieć z nim romans, o którym wiedział tylko Czarny Pan. Nie ma mowy, żeby nasz Pan zaatakował bezbronne dziecko. Inna sprawa, gdyby to dziecko było potomkiem kogoś takiego jak Pan Black.

- Głupota. Harry Potter jest pod ochroną Pana Blacka, bo ten chce się dowiedzieć, jak przeżyć klątwę uśmiercającą. Gdy już się tego dowie, to będzie mógł zacząć kolejny etap dominacji nad światem – wyraził swoją opinię drugi śmierciożerca.

- Słuchajcie. – Trzeci śmierciożerca trząsł się ze strachu. – Nie powinniście rozmawiać o Panu Blacku w tak nonszalancki sposób. Słyszałem plotkę, że on słyszy wszystko, co ludzie o nim mówią.

- Ta, jasne! To tylko imię! – odparł pierwszy śmierciożerca.

- Tak! Pan Black miałby niby coś nam zrobić tylko dlatego, że o nim rozmawiamy? Chciałbym to zobaczyć – powiedział drugi śmierciożerca, poczym zniknął i razem ze swoim kolegą pojawił się przed Harrym Potterem w pokoju życzeń.

Trzeci śmierciożerca zamrugał i rozejrzał się po pustym pokoju.

- Halo? Chłopaki? To nie jest śmiesz…ne.

Jego dwaj przyjaciele z powrotem się pojawili… a dokładniej mówiąc, przed nim pojawiły się resztki jego przyjaciół. Samotny już śmierciożerca wpatrywał się w pustą dziurę w klatce jednego i pozbawione głowy ciało drugiego i zaczął krzyczeć. Do dzisiaj nie przestał.

Dwa dni później, Harry przechodził koło gabinetu dyrektora i przypadkiem usłyszał jego rozmowę ze Snapem.

- Najnowsze wieści są takie, że dwaj śmierciożercy tak o zniknęli z najbardziej zabezpieczonego legowiska Sam-Pan-Wie-Kogo, a następnie pojawili się z powrotem, tylko martwi. Jeden z nich wyglądał jakby dostał reducto prosto w głowę. A dobrze pan wie, to jedno z ulubionych zaklęć Pana Blacka…

Głosy na chwilę urwały, a Harry kontynuował swój spacer.

- Więc mówisz, że Voldemort nigdy nie odkrył pokoju życzeń? – zapytał Harry'ego Ron, stojąc w pokoju o którym była właśnie mowa.

- Dokładnie tak. Zapytałem Ginny, i z tego, co ona pamięta, młody Tom Riddle nie wiedział o tym miejscu w czasie, w którym stworzył dziennik.

- Więc moc, której nie zna to… – zaczęła Hermiona.

- Tak. Ten pokój – powiedział Harry, następnie uniósł głowę do góry i powiedział autorytatywnym głosem. – Naprawdę potrzebuję uciętą głowę Toma Riddle'a, znanego również jako Lord Voldemort… i prawą komorę jego serca. Moja wampirza część jest trochę głodna.

Niech żyje Święta Kaczka i do następnego.