Rozdział 49.
Draco, dorośli i młodzież +omake
Pokój wspólny najbardziej znienawidzonego domu w Hogwarcie był niepokojąco cichy. Od czasu publicznego upokorzenia w czasie pojedynku na obronie, przywódca Slytherinu obraził się na wszystko dookoła. Wielu uczniów skorzystało z okazji i w końcu odetchnęło z ulgą, w końcu mogli zdjąć założone maski, przynajmniej na te kilka minut. Bez Draco istniała mniejsza możliwość, że czyjaś rodzina zostanie poinformowana o potknięciach, mimo że większość jednogłośnie uważała, że czarodzieje czystej krwi powinni rządzić… albo przynajmniej zachować swoje przywileje. Męczące było powtarzanie tego samego w kółko. Nie można uznać kilku rzeczy za oczywiste? Dlaczego ta mała fretka musiała od razu rozsyłać sowy, gdy ich uwaga, zamiast na ciągłe rozmowy o wyższości nad innymi, padała na ich zadania domowe?
Draco nie zdawał sobie sprawy, jakie miał szczęście, że przeżył pierwszy rok bez żadnego… wypadku. Starsze roczniki zdecydowały się odpuścić, za powód podając ojca, który jest ważną osobą w Ministerstwie oraz niezdrowe zainteresowanie chłopcem przez opiekuna domu. Teraz, kiedy ojciec chłopaka nie żyje… powiedzmy, że pewne sprawy ulegną zmianie.
-o-o-o-o-o-o-o-o-o-
- Do diaska z tym mieszańcem – wymamrotał do siebie Draco. – Muszę poczekać, czarny pan im pokaże…
Draco zamilkł i skupił się na myśli, która pojawiła się w jego głowie.
- Czemu mam czekać? Czemu sam nie zastawię pułapki na bliznogłowego? – Draco wyjął kawałek pergaminu i zaczął wypisywać wszystkie słabości swojego wroga. – Czarny pan zaatakował Pottera przez mojego kuzyna zdrajcę, może ja też tak mogę?
Oczy Draco rozszerzyły się w szoku, gdy uświadomił sobie, że wystarczy wprowadzić kilka drobnych zmian do oryginalnego planu i… odświeżyć przynętę. Czując przypływ energii, Draco wyskoczył z łóżka i pobiegł do pokoju wspólnego, w którym na jego widok zapadła zrezygnowana cisza. Z powrotem do starej rutyny… przynajmniej na teraz.
- Wszyscy do mnie – krzyknął Draco. – Mam plan, który wyeliminuje Pottera i ułatwi naszemu panu dalsze działanie.
- Co to za plan? – zapytał jeden z siedmiorocznych.
- To nie twój interes – warknął Draco. – Jedynym powodem, dla którego ten plan miałby się nie udać, jest przeciek. A ja nie pozwolę, żeby Potter uniknął śmierci, bo ja głupio podałem wam wszystkie szczegóły.
- Więc co nam powiesz? – zapytał ten sam uczeń. Wyjaśnienie Draco miało, o dziwo, dużo sensu… jeśli zignorować jego źródło.
- Wszyscy będziecie wiedzieć wystarczająco, żeby wykonać swoją część – odparł Draco. – Czy są jeszcze jakieś pytania?
- Ja mam – odezwał się inny siedmioroczny. – Kto będzie winny, jeśli ten plan się nie powiedzie?
- Wy, idioci – odparł arogancko Draco. – Mój plan jest perfekcyjny, tylko wy możecie coś zepsuć. Jakieś INTELIGENTNE pytania? Dobrze. Chcę, żebyście kupili sowę… czarną, albo może dodajcie trochę ślizgońskich kolorów.
- Ja się za to wezmę – zgodził się jeden z uczniów.
- Potrzebuję też oddzielonego pokoju, który będzie zabezpieczony tak, żeby można było przeprowadzić pojedynek.
- Ja mogę się tym zająć – zaproponował jeden z dwóch siedmiorocznych, którzy kwestionowali plan Draco. Nie było to trudne i nie było to nielegalne. Jeśli… nie, kiedy, plan Draco zawiedzie… cóż, w zależności jak bardzo wszystko się spieprzy, dobrze jest mieć jakieś dowody dla wyższych instancji, żeby nie być oskarżonym o współudział w zbrodni. Ojciec zawsze mówił, że sądy wolą używać tych bez, albo z małą ilością krwi na rękach. Oczywiście, pieniądze zawsze mogą pomóc w zmyciu tej krwi.
- Dobrze – powiedział Draco z wrednym uśmieszkiem. Wiedział, że wszyscy pójdą za nim, w końcu to jego ojciec był jednym z najważniejszych oficerów czarnego pana dopóki ten nie zaatakował… no cóż, nie umarł? – Chcę też, żeby któryś z was wysłał list tą sową o określonej godzinie.
- Ja to zrobię – odparł kolejny zmęczony uczeń.
- Wszyscy inni niech będą w pogotowiu. Czekajcie w pokoju przy sali pojedynków dopóki ja tam nie wejdę.
- A niby czemu? – zapytała jedna z dziewczyn, ledwo powstrzymując śmiech.
- Chcę świadków – odparł Draco. – I chciałbym, żeby ktoś pilnował, żeby mi nie przeszkadzano.
- Dobra – zgodziła się dziewczyna.
- Teraz do roboty – rozkazał Draco.
- Więc… – wyszeptał jeden uczeń do drugiego. – Myślisz, że ten idiota znowu spróbuje się pojedynkować z Potterem?
- Prawdopodobnie – zgodził się drugi uczeń. – Ten głupi dupek godzinami chodził i narzekał, że Potter nie grał fair i że zaatakował, zanim był gotowy. Moim zdaniem idiota zwabi Pottera, my zobaczymy jak ten niszczy go doszczętnie, Draco zacznie krzyczeć o pomoc od swoich „świadków" i narzekać, kiedy będziemy udawać, że go nie słyszymy.
- Tak pewnie będzie, mały głupiec. Teraz, gdy jego ojca nie ma, zostaje jedynie od ochroną Snape'a.
- Z tym możemy sobie poradzić. Nie uśmiecha mi się walczyć z Potterem, zmienił się.
- Gra nieczysto.
- Trzeba mu spojrzeć czasami w oczy. Widziałem to spojrzenie w oczach znajomych ojca… wiesz których.
- Ta… chyba nie usłyszymy Draco, pokój będzie miał za dużo zabezpieczeń.
- Powiem reszcie.
-o-o-o-o-o-o-o-o-o-
- Czy jest jakiś powód, dla którego zwołałaś o zebranie, Amelio? – zapytał jeden z dyrektorów departamentów. Od czasu rezygnacji Knota i jego późniejsze… samobójstwo, dyrektorzy poszczególnych departamentów rządzili magiczną społecznością.
- W celach mam martwego mężczyznę – odparła pani Bones – i zgodził się powiedzieć wszystko, co wie o Voldemorcie pod warunkiem, że nie zostanie skazany na śmierć.
- Dlaczego miałoby to dotyczyć nas? – zapytał powoli mężczyzna. – To wygląda na robotę dla twojego departamentu.
- Zanim na to odpowiem, chciałabym zadać wam pytanie – odparła Amelia z uśmiechem. – Czy zauważyliście, że liczba ofiar w Ministerstwie jest... wyższa w porównaniu z innymi latami, czy nawet miesiącami?
- Straciłem pięciu ludzi. Wszystko przez Knota i jego głupią politykę udawania, że nie ma problemu i że wszystko samo się rozwiąże.
- Siedem dla mojego wydziału – zgodził się inny. – Czterech w wypadku z dziesięcioma kilo budyniu.
- Budyniu?
- Wśród nich byli śmierciożercy - odparła szybko Amelia, żeby wrócić z rozmową na właściwy tor. – To dzięki informacjom z moich źródeł, które w dużej mierze pochodzą od Pana Blacka. Nie mam pojęcia jak długa jest prawdziwa lista ofiar.
- Czy nasze wydziały są nadal w niebezpieczeństwie? – odezwał się Artur po raz pierwszy od rozpoczęcia zebrania.
- Nie wiem – przyznała Amelia. – Ale dobrze byłoby zbadać sprawę.
- Naprawdę myślisz, że Pan Black pozwoliłby im żyć? W przeszłości niewielu ocalało.
- Nie wiem – przerwała mu Amelia. – Ale kazałam Moody'emu, żeby się tym zajął.
- Pan Black pomaga tym, którzy pomagają sobie nawzajem…
- Więc w czym problem? – zapytał Artur. – Wszystko masz pod kontrolą.
- Problemem są rozprawy z poprzedniej wojny – wyjaśniła Amelia. – Mamy przynajmniej jednego niewinnego człowieka, który poszedł do więzienia za coś, czego nie zrobił. Mamy innego, który uciekł z więzienia przy pomocy pracownika Ministerstwa. I wszyscy dobrze wiemy, że wielu śmierciożerców wykupiło sobie drogę od Pocałunku.
- Co chcesz przez to powiedzieć? – ponaglił ją jeden z dyrektorów.
- Chcę powiedzieć, że nadszedł czas, żeby spojrzeć na to, w jaki sposób przeprowadzamy rozprawy w naszym świecie. Najwyższa pora zaktualizować nasze prawa i procedury, żeby nie te parodie sprawiedliwości nie miały więcej miejsca.
- Zgadzam się – powiedział szybko Artur. – Chciałbym, żeby wszystkie sprawy z czasów wojny zostały ponownie przejrzane.
- Chcę, żeby wszystkie sprawy zostały przejrzane – odparła Amelia. – Zaczniemy od tych, w których oskarżeni nadal są w więzieniu, potem przejdziemy dalej.
- Czego od nas oczekujesz? – zapytał jeden z dyrektorów.
- Waszej zgody – odparła Bones. – Bądźmy szczerzy, Pan Black zniszczył naszych przywódców. Wielu z nas tylko pełni obowiązki szefów wydziałów, bo nie ma nikogo na oficjalnym stanowisku, który by uprawomocnił nadanie tytułu. Inni w ogóle zostali odsunięci od władzy, bo ten idiota Knot bał się o swoją posadę. Pan Black zabił albo zniknął wiele osób, z wyższych szczebli i ministerialne prawa są na tyle zagmatwane, że zajmie nam to miesiące, żeby w końcu dowiedzieć się, kto powinien być przy władzy. Czy tego chcemy czy nie, my jesteśmy odpowiedzialni za Ministerstwo dopóki nie znajdziemy nowego Ministra.
- Przejdź do sedna, Amelio – powiedział Artur, któremu nagle zrobiło się sucho w ustach.
- Potrzebuję waszej zgody, zanim cokolwiek zrobię – odparła Amelia. – Odmawiam działania bez głosu większości… inaczej mogłoby dojść do wielu nieprzyjemnych sytuacji.
- Zgadzam się. Wątpię, żeby którykolwiek z nas chciał być nowym Knotem.
- Ręce w górę. Wszyscy, którzy są za moim planem… czyli działamy. Następna sprawa, musimy znaleźć nowego Ministra… ktokolwiek ma jakiś pomysł, jak dowiedzieć się, komu przypada ten obowiązek? Przeglądałam ten syf, który nam zostawił Knot i nie mogę znaleźć ani początku, ani końca
- Możemy zapytać się mojego syna – zaproponował Artur. – Pracował jako asystent Knota.
- I jest agentem Pana Blacka – powiedziała Amelia z uśmiechem.
-o-o-o-o-o-o-o-o-o-
- Dobra, słuchajcie – krzyknął Harry. – Pora zaczynać.
Uczniowie Harry'ego zwrócili się do niego z niecierpliwością.
- Co dzisiaj robimy, Harry?
- Ćwiczymy pojedynki – odparł Harry. – Pamiętacie zasady, mam nadzieję.
- To oszukiwanie tylko jeśli druga strona robi to samo – powtórzyli radośnie uczniowie.
- Dokładnie. Jedyną przewagą, która jest nie fair jest ta, której nie macie. To nie zabawa, to wojna. Druga zasada to róbcie drugiemu, zanim ten zdąży to zrobić wam.
Uczniowie pokiwali zgodnie głowami i podzielili się na grupki. Harry obchodził każdą z grup i z uśmiechem obserwował jak każdy ćwiczy umiejętności, które próbował im przekazać. Może nie jest to grupa, którą wziąłby ze sobą w samo serce walki, ale jest to grupa, która zaskoczy każdego śmierciożercę… przynajmniej na tyle długo, żeby zdążyła pojawić się pomoc.
- Harry – zawołała Hanna. – Mogę z tobą porozmawiać?
- Jasne. Chodź tutaj.
Hanna przygryzła nerwowo wargę i podeszła do Harry'ego.
- Nie wiem, jak to powiedzieć.
- Z mostu – zasugerował Harry. – Później się zobaczy.
- Przepraszam – odparła powoli Hanna. – Wiem, że cie zawodzę, ale… ale po prostu nie sądzę, żebym była w stanie kogokolwiek zabić. Tak bardzo przepraszam, Harry.. Ja… opuszczę grupę, jeśli tego chcesz.
- Dlaczego miałabyś to zrobić? – zapytał zaskoczony Harry.
- Bo nie umiem walczyć – zapłakała Hanna. – Nie jestem ci do niczego potrzebna i wszystkich zawiodłam.
- Ale to przecież nie jest problem – zapewnił ją Harry. – Wiesz, dlaczego poświęcam czas na prowadzenie tej grupy?
- Żebyś miał więcej ludzi po swojej stronie, gdy będziesz walczył z Vold… Voldemort… Voldemortem – odparła nerwowo Hanna.
- Nie. Po to, żebyście wy wszyscy mieli lepszą szansę na przeżycie, gdy przyjdzie co do czego. Nie zamierzam prowadzić was do bitwy. Szczerze? Nie mam nawet pojęcia, jak miałbym to w ogóle zrobić.
- To po co była ta demonstracja? – Hanna uspokoiła się.
- To był najszybszy sposób na jaki wpadłem, żeby pokazać wam jak poważna jest sytuacja – wyjaśnił Harry. – Nie chcę, żebyście się bawili rzeczami, których was tu uczę. To niebezpieczna magia.
- Dziękuję, Harry. To co powinnam zrobić? Nie chcę nikogo skrzywdzić i nie chcę opuszczać grupy.
- Bądź kreatywna – zaproponował Harry. – Lav wygrała pojedynek zaklęciem na powiększenie piersi, nie musisz ranić ludzi, żeby wygrać pojedynek.
- To mogę zrobić – zgodziła się Hanna. – Co mam robić, gdy będziesz uczył wszystkich zaawansowanych zaklęć?
- Też się ich możesz nauczyć – powiedział Harry, wzruszając ramionami. – Ale jeśli nie chcesz, to możesz znaleźć sobie coś innego do nauki. Obawiam się jednak, że nie będę za bardzo pomocny, jeśli chcesz się uczyć eliksirów czy uzdrawiania, ale zrobię co w mojej mocy.
- Uzdrawiania? – zapytała z uśmiechem Hanna.
- Warto mieć kogoś, kto przynajmniej trochę wie, co robi w tym zakresie – zgodził się Harry. – Jak by tak o tym pomyśleć, wszyscy moglibyśmy nauczyć się kilku podstawowych zaklęć.
- Dobrze byłoby wiedzieć coś o uzdrawianiu, zanim będę miała dzieci – powiedziała Hanna.
- Ty i Ron to coś poważniejszego, co? – zapytał z uśmiechem Harry.
- Ja… Um. To nie tak, jak myślisz.
- Tak?
- Zawsze chciałam mieć dużą rodzinę – wyjaśniła dziewczyna. – To jedna z rzeczy, która przyciągnęła mnie do Rona. Dobrze wiesz, że Weasleye słyną z dużej rodziny.
- Wiem. Pasujecie do siebie.
- Nie jesteśmy na tym etapie, ale to jest coś, o czym można pomyśleć zawczasu, prawda? Nie uważasz, żebym była jakaś dziwna, bo myślę o takich rzeczach, prawda?
- Jesteś młoda – odparł powoli Harry. – Ale też jesteś w wieku, w którym normalne jest myślenie o przyszłości.
- Dzięki, Harry – odparła szybko Hanna. Rumieniąc się, dziewczyna szybko stanęła na palcach i pocałowała Harry'ego w policzek. – Jesteś dobrym przyjacielem.
- Cieszę się, że mogłem pomóc. – Harry sprawdził godzinę i zdał sobie sprawę, że czas, który przeznaczył dla całej grupy dobiegał końca. Chłopak wziął głęboki wdech i podniósł głos, żeby każdy mógł go usłyszeć. – Słuchajcie, wszyscy. Nie mamy dzisiaj więcej czasu, czy ktoś ma jakieś pytania?
- Czy możemy tu przyjść później poćwiczyć? – zapytał jeden z pierwszorocznych. – Mam taki ubaw, że nie chcę przerywać.
- Czemu nie? – odparł Harry. – Tylko weź ze sobą kilkoro przyjaciół, jednego do ćwiczenia, drugiego, w razie wypadku. Możecie poprosić też waszych opiekunów domu o radę. Co najmniej dwoje z nich zna się na pojedynkach. Jeśli to wszystko… dobra, weźcie ze sobą te różdżki i trochę z nimi poćwiczcie. Chciałbym, żebyście na nasze następne spotkanie znaleźli jedno zaklęcie uzdrawiające. Do widzenia i powodzenia.
Zaawansowana grupa czekała ze spokojem aż ostatnia osoba opuści pokój. Po chwili Ron odezwał się do swojego przyjaciela.
- To czego sie dzisiaj uczymy?
- Potrzebuję kilu kukieł w rogu – powiedział z uśmiechem Harry. – Obserwujcie.
Harry machnął różdżką i wymamrotał od nosem zaklęcie, tworząc tym samym czarną kulę, która wydawała się być zrobiona z piorunów. Nie dając chwili na przyjrzenie się jej, kula wystrzeliła w stronę celu.
- Co to było? – zapytał się zszokowany Ron.
- Rosyjska magia bojowa – wyszeptała Hermiona.
- Dokładnie tak – odparł dumnie Harry. – Rosyjska magia bojowa stworzona została dla nowych rekrutów. To najprostszy sposób, żeby zrobić jak największe szkody. Używano go po obu stronach w czasie walk. Teraz te zaklęcia nie są zbyt często spotykane.
- Harry… - zaczęła Hermiona. – Gdzie się nauczyłeś…
- To jedyne zaklęcie? – zażądał odpowiedzi Ron. – Co z zaklęciami obronnymi?
- Obrona nie jest taka dobra – odparł Harry. – To zaklęcie wymaga tylko lekkiego machnięcia różdżką, a wymawiamy je….
-o-o-o-o-o-o-o-o-o-
W pokoju nauczycielskim odbywało się właśnie pierwsze spotkanie nowego roku szkolnego.
- Rok zaczął się kilka tygodni temu. Jak się mają nasi nowi uczniowie? – zapytał z uśmiechem Dumbledore.
- Mamy dobrą grupę w tym roku – odezwała się McGonagall.
- To dobrze. A co z resztą uczni?
- Nie miałam z nimi problemów – powiedziała z uśmiechem Minerwa. – Sewerusie?
- To jak na razie… spokojny rok – przyznał Snape.
- Jak tam pana zajęcia, profesorze Hamilton? – Dumbledore zwrócił się do najnowszego nauczyciela.
- Wspaniale – odparł szybko Hamilton. – Potter jest niesamowity, zupełnie jakby materiał napisany był dla niego.
- Harry zawsze był dobry z obrony. – dodała McGonagall. – A co z panną Granger?
- Większość czasu spędza na obserwowaniu młodego Pottera.
- Hormony – prychnął Snape.
- Nie wydaje mi się – powiedział Hamilton, zanim McGonagall miała szansę cokolwiek odpowiedzieć. – Wygląda jakby się o coś martwiła.
- Pan Potter… Harry… zachowuje się inaczej odkąd wrócił z wakacji. – W pokoju zapadła cisza, dopóki Minerwa nie zdecydowała się jej przerwać następnym pytaniem. – Ma pan jeszcze kogoś na uwadze?
- Lavender Brown – powiedział z uśmiechem Hamilton. – Jak na razie tylko ona ma szansę pobić pana Pottera wynikami.
- Lavender Brown? – zapytała zszokowana Minerwa.
- Wygrała pojedynek zaklęciem kosmetycznym – wyjaśnił Hamilton. – A gdy zadałem klasie wypracowanie o kreatywnym użyciu zaklęć w czasie pojedynku, jej koleżanki miały najlepsze pomysły. Jedna wspomniała o użyciu zaklęć czyszczących do oślepienia przeciwnika, inna zastanawiała się ad zaklęciami pomagającymi w gotowaniu.
- Co to ma wspólnego z panną Brown? – zapytał Dumbledore.
- Zapytałem skąd wzięły takie pomysły – odparł z uśmiechem Hamilton. – Każda z nich mi odpowiedziała, że nie dałyby rady bez pomocy Lavender.
- Naprawdę? – zapytała zaskoczona Minerwa. – Może źle oceniłam tę dziewczynę.
- Potrzebowała tylko odpowiedniej motywacji. Zna dużo zaklęć kosmetycznych i powinniście zobaczyć jak rozjaśniła jej się twarz, gdy usłyszała o tym, że Pan Black zabił grupę wampirów za pomocą zaklęcia opalającego.
- Zdała sobie sprawę, że cały ten czas, który zmarnowała na byciu pięknym może zostać przeznaczony na coś pożytecznego – przetłumaczył Snape. – Dobrze zobaczyć chociaż jednego ucznia twojego domu, który używa mózgu, Minerwo.
- Ależ dziękuję, Severusie – powiedziała zadowolona z siebie McGonagall.
- Gdyby tylko zaczęła używać tego mózgu w czasie eliksirów – dokończył Snape, wzdychając. – Mogłaby być kimś wyjątkowym, gdyby tiara przydzieliła ją w odpowiednim domu.
- Przejdźmy dalej – przerwał szybko Dumbledore, próbując uniknąć kłótni, która zwykle wywiązywała się między dwoma nauczycielami.
-o-o-o-o-o-o-o-o-o-
Hermiona obudziła się wcześnie i biegiem ruszyła do pokoju wspólnego, żeby złapać Harry'ego, zanim ten pójdzie na śniadanie. Jej przyjaciel wyślizgnął się po zakończonym spotkaniu i nie miała szansy zapytać się go o to, gdzie się nauczył rosyjskich zaklęć.
- Hej, Hermiono – zawołał Ron, schodząc ze schodów. – Co tutaj robisz tak wcześnie?
- A co ty robisz tak wcześnie?
- Idę się spotkać z Hanną – odparł z uśmiechem chłopak. – A ty?
- Czekam na Harry'ego – przyznała Hermiona.
- Och, nie zejdzie – powiedział Ron.
- Jak to?
- Już poszedł na śniadanie – wyjaśnił Ron. – Budzi się wcześniej niż ktokolwiek inny, chyba szuka nowych zaklęć w bibliotece.
- Kurde – warknęła Hermiona.
- Hermiono? – Ron był zszokowany.
- Co? – warknęła dziewczyna, ale od razu tego pożałowała – Przepraszam za to.
- Spokojnie – powiedział zmartwiony Ron. – Po prostu powiedz mi, co cię tak dręczy od samego rana?
- Chciałam się zapytać Harry'ego, gdzie się nauczył tych rosyjskich zaklęć, których nas nauczył – przyznała Hermiona.
- Chciałaś wiedzieć, czy nauczył się ich z tej samej książki, co ty?
- Nie, nie nauczyłam się ich z książki.
- Nie z książki? – zapytał zdziwiony Ron. – To gdzie się ich nauczyłaś?
- Pan Black uratował mnie i Tonks przed grupą śmierciożerców. Poprosił Profesora o odszukanie nas.
- Co się stało dalej? – zapytał Ron. – Coś ci stało? Dlaczego nic nie powiedziałaś?
- Nic mi się nie stało i nie chciałam cię martwić – wyjaśniła dziewczyna.
- To co się działo dalej? – zapytał Ron, bicie jego serca wracało do normy.
- Patrzyłyśmy z oddali jak Pan Black ich zabija. Najpierw użył jakiegoś urządzenia, które wybuchło, a potem zaczął ich atakować rosyjskimi zaklęciami.
- Och. Może się ich nauczył na ślubie Percy'ego.
- Może. Ale chciałabym usłyszeć to z jego ust.
- Tylko nie przeginaj – ostrzegł ją Ron.
- Postaram się.
- To dobrze. Chodź, spotkajmy się z Hanną i chodźmy na śniadanie.
- Czy ty tylko o tym myślisz? Przytyjesz jeśli będziesz tak ciągle jadł.
- Zazdrościsz mi filigranowej figury – odparł Ron, przechodząc przez portret i kierując się w stronę pokoju wspólnego Puchonów.
- Co sobie Hanna pomyśli, gdy to usłyszy? – zapytała w udawanym przerażeniu Hermiona. – Musi być ciężko dla dziewczyny, tak konkurować ze swoim chłopakiem.
- To twarda dziewczyna – powiedział Ron, wzruszając ramionami. – Jakoś to przeżyje.
- Ja… - Hermiona urwała na widok pierwszoklasistów, którzy do nich podchodzili.
- Przepraszam. Możecie mi pomóc? – zapytał jeden z nich.
- Czego potrzebujesz? – zapytała Hermiona z przyjaznym uśmiechem.
- Zgubiłem moją ropuchę i zastanawiałem się, czy moglibyście mi ją pomóc znaleźć?
- Oczywiście, że tak – zgodziła się Hermiona.
- Dziękuję – odparł radośnie pierwszak. – Nie chciałem iść do ślizgońskich prefektów, bo bałem się, że znowu będą się ze mnie śmiać.
- Ja nie będę – obiecała Hermiona. Jej oczy przeskoczyły na zielono-srebrny herb na szatach.
- Muszę iść się spotkać z Hanną – odezwał się Ron. – Pogadamy później.
- Do zobaczenia.
- Tędy – powiedział cicho pierwszoroczny. – Jest gdzieś w lochach.
- Tego można się było spodziewać – zapewniła go Hermiona. – Ropuchy lubią ciemne, wilgotne miejsca, a niedaleko jest wasz pokój wspólny.
Pierwszak poprowadził Hermionę przez kilka pięter schodów i labiryntem korytarzy.
- Po raz ostatni widziałem ją tutaj – powiedział, wpychając młodą czarownicę do zaciemnionego pokoju.
- To zacznijmy szukać tutaj – zgodziła się Hermiona. Jej uśmiech zniknął, gdy zobaczyła, że nie jest w tym pokoju sama.
- Witaj, szlamo – warknął Draco. – Miło cię widzieć.
- Powiedziałeś, że ją oddasz. – Głos pierwszaka lekko się załamał.
- Masz. – Draco rzucił ropuchę. – Teraz idź i czekaj z innymi… nie skończy się to dobrze dla ciebie, jeśli mnie nie posłuchasz.
- Przepraszam – wyszeptał pierwszoroczny kiedy przechodził koło Hermiony.
- Nic się nie stało – odszeptała dziewczyna.
- Pora udowodnić raz a porządnie, że twój typ nie ma miejsca w moim świecie. Wyzywam cię na pojedynek.
- Chcesz się ze mną pojedynkować? – zapytała rozbawiona Hermiona.
- Chcę udowodnić, że czarodziej czystej krwi zawsze pokona zwykłą szlamę – poprawił ją Draco. – Jesteś najlepszą szlamą w szkole, więc pokonanie ciebie będzie najlepszym dowodem.
- Dlaczego myślisz, że wezmę udział w tej farsie? – zapytała Hermiona z szerokim uśmiechem.
- Bo Potter myśli, że porwał cię czarny pan. Jeśli wkrótce nie pojawisz się w wielkiej sali, to będzie za późno, żeby go powstrzymać.
- Co? – Hermiona spoważniała.
- Nie mam zamiaru wypuścić cię z tego pokoju. Jesteś pewna, że nie chcesz się pojedynkować?
- Dobra – warknęła dziewczyna.
Draco poprawił swój chwyt na różdżce, po czym zaczął tworzyć nią skomplikowany wzór. Myśląc o tym, co za chwilę się stanie z tą zarozumiałą szlamą uśmiechnął się.
Hermiona zmarszczyła brwi, z łatwością rozpoznała zaklęcie, które Draco chciał rzucić. Sama uniosła różdżkę i przygotowała się do rzucenia szybkiego zaklęcia, żeby przerwać przygotowania swojego przeciwnika i zakończyć pojedynek, zanim miał szansę się zacząć.
Przepraszam
Jestem z powrotem. Nie wiem po raz który to mówię, ale jestem. Zdrowie psychiczne nie wybiera. Obiecuję, że ostatni rozdział wstawię najszybciej jak się da.
Nie mam sił na pytania, za to też przepraszam. Chyba, że są jakieś pytania do mnie?
Niech żyje Święta Kaczka i do następnego!
. ! Przypomnienie, że Omake nie mają nic wspólnego z główną historią. To tylko popisy czytelników inspirowane Panem Blackiem i ekipą !
Omake część 3: koniec pokoju życzeń
Harry, w pełnym wyposażeniu i w pełnym uzbrojeniu wstał i zamrugał powoli, gdy w jego głowie pojawiła się natrętna myśl.
- Wiesz co, Ron? Ja nawet nie muszę wychodzić. Mogę po prostu poprosić pokój o śmierciożercę. Jak tylko się pojawią, mogę ich uwięzić w tych czerwonych kulach… - Chłopiec, który przeżył zapomniał jak się nazywały artefakty, które miały schwytać śmierciożerców bez robienia im krzywdy.
Ron przeszedł nad mamroczącą Hermioną, której mózg nadal przypominał „niebieski ekran śmierci" Windowsa 98.
- Wieki zajęłoby ci schwytanie WSZYSTKICH śmierciożerców… i wydaje mi się, że ten pokój ściąga rzeczy z alternatywnych rzeczywistości. W całym multiświecie jest najprawdopodobniej nieskończona ilość śmierciożerców.
- Masz rację, Ron! Ale co mogę zrobić? Nie chcę zabijać śmierciożerców na całym świecie, jeśli nie muszę. – Harry usiadł z powrotem w swoim krześle i zaczął kręcić głową-Voldemorta-w-kuli-do-kręgli najszybciej jak mógł jedną ręką.
Harry spojrzał na zieloną kulę.
- Proszę, żeby kula z głową Toma Riddle'a została znaleziona na biurku dyrektora Dumbledore'a z kartką „z uprzejmości Pana Blacka i Harry'ego Pottera".
Kula z głową czarnego pana, któremu wirował świat prędko zniknęła.
- To ty tu jesteś mistrzem strategii, co sugerujesz?
Ron poprosił o podobne krzesło i szybko na nim usiadł.
- Co jeśli poprosiłbyś pokój, żeby przestali być śmierciożercami? Nie… to głupie.
- Tak, Ron. To głupie – powiedział Harry. – Tak głupie, że może zadziałać.
Hermiona otworzyła usta, żeby z przyzwyczajenia zaprzeczyć temu zdaniu, ale jedyne co wyszło z jej ust to długi strumień śliny i „uh".
Harry, z drugiej strony, podniósł głowę i wyraźnie powiedział.
- Chciałbym, żeby ta część mózgu, która sprawia, że każdy śmierciożerca jest ohydnym, złym człowiekiem, została wysłana do świata zombie.
- Myślisz, że istnieje świat zombie? – zapytał po chwili Ron.
Harry tylko wzruszył ramionami.
Świat zombie:
- Zombie Dumbledore mówi zombie Harry'emu Potterowi, że czarny zombie pan jest zły. Czarny zombie pan zabiera całe mózgi dla siebie. Nie dzieli się.
- Zombie Harry Potter też myśli, że to źle. Zombie Harry Potter chciałby, żeby mózgi spadały z nieba.
-Zombie Dumbledore myśli, że to głupie życzenie!
Dwa rozpadające magiczne zombie spojrzały w górę i powiedziały pierwsze co im naturalnie przyszło do głowy.
- Mózgi!
- Mózgi!
- Mózgi!
- Cytrynowe dropsy… znaczy… MÓZGI!
Hogwart:
Pokój życzeń został stworzony tysiąc lat temu przez czterech założycieli Hogwartu w tylko jednym celu: żeby tworzyć jedzenie dla skrzatów domowych, żeby można było nakarmić powiększające się grono studentów. To było tysiąc lat temu i bez innowacji rolniczych z naszych czasów o jedzenie było ciężko. Założyciele pomyśleli, że z każdym rokiem uczniów będzie więcej – stworzyli więc pokój, który będzie pochłaniał otaczającą zamek magię. Za każdym razem, gdy czyjeś zaklęcie uderzyło w ścianę, gdy ktoś opróżniał kociołek, albo po prostu, gdy ktoś używał magii, pokój wchłaniał część energii jak ogromna magiczna bateria. Ale w przeciwieństwie do zwykłych baterii, które mają limit na to, ile energii mogą wchłonąć, pokój życzeń używał tej mocy do powiększania swoich możliwości. W ten sposób powstało największe skupisko czystej magii na całej Ziemi.
Harry w końcu zdał sobie sprawę, że ten pokój to rozwiązanie wszystkich jego problemów i obowiązków, które narzucił mu świat czarodziejów i zrobił jedyną rzecz, która miała dla niego sens.
- Chciałbym, żeby Ron Weasley i Hermiona Granger pojawili się w swoich pokojach, nie mając wiedzy o tym, co się tutaj wydarzyło.
Przyjaciele Harry'ego zniknęli.
- Chciałbym, żeby nikt, poza mną, nie pamiętał, że pokój życzeń w ogóle istnieje. – Harry spojrzał na wszystkie artefakty, które leżały porozkładane po pokoju. Wiedział, że już do niczego mu się nie przydadzą. – I proszę, żeby wszystkie przedmioty zostały odłożone tam, skąd przybyły. Chyba, że są złe, wtedy mają zostać zniszczone.
Wszystkie przedmioty zniknęły.
Harry Potter stał w centrum pokoju, o którym wiedział tylko on. Do głowy przyszła mu jeszcze jedna myśl.
- Chciałbym, żeby pokój życzeń się ze mną połączył. Żeby pokój i cała jego moc były we mnie i na moje zawołanie.
Harry stał teraz na korytarzu, za ścianą którego znajdował się kiedyś pokój przychodź-wychodź.
Chłopiec-który-przeżył uśmiechnął się.
- Proszę duży tropikalny drink.
Idąc na następne zajęcia, popijając swój koktajl, Harry zastanawiał się nad wymazaniem pamięci o Harrym Potterze. Mógłby po prostu być Panem Blackiem. Nie musiałby paradować jako Chłopiec-który-przeżył, albo zbawiciel magicznego świata. Mógłby zrobić sobie wakacje, ale takie o WIELE dłuższe jako Pan Black. Forteca na wyspie i firma działały bez niego. I miał dobrą załogę, z którą mógłby podróżować po świecie i pomagać ludziom na pełen etat.
Ale im bardziej się zastanawiał, tym bardziej uświadamiał sobie, że to była jedyna szansa, żeby mieć jakiekolwiek dzieciństwo. Jedyna szansa, żeby spędzić czas z przyjaciółmi, grając w Quidditcha, nie martwiąc się o nic innego.
I tak oto szczęśliwy Harry Potter usiadł na swoim miejscy, gotowy do nauki o eliksirach.
Severus Snape, jak to miał w zwyczaju, wparował do klasy i stanął za biurkiem.
- Gaa! – powiedział bez sensu, dodając jeszcze – Duh!
To były najlepsze zajęcia eliksirów na świecie.
