Dziękuję Panterze za zbetowanie rozdziału :)


Półtorej godziny później na jednej z barek, zacumowanych na brzegu Tamizy we wschodniej części Londynu, wybuchła bomba.

Zwykła, taka, jaką byle gówniarz z gorszej dzielnicy w Londynie potrafiłby skonstruować w kilka godzin, jak ocenili to później mugolscy eksperci. Z resztek ładunku, bardzo drobnych i bardzo zniszczonych, nie udało się zdjąć ani kawałka odcisku; żadnych śladów nie było też ani na fragmentach barki, ani w porcie, co więcej nie wiadomo było zupełnie kto, jak i dlaczego. Terroryści? Po co terroryści mieliby rozwalać zniszczoną łajbę, należącą do jakiegoś drobnego przewoźnika? Jedne pytania, jak to z pytaniami często bywa, rodziły kolejne.

Całkiem przypadkiem – z czego mugolska policja nie zdawała sobie sprawy – była to ta sama barka, na której specjalna brygada aurorska spodziewała się schwytać pewnego śmierciożercę. Cztery osoby zostały ranne, jedna zginęła, ale o tym też nikt z mugoli nie wiedział. Dla uzdrowicieli ze świętego Munga ten dzień nie należał do najprzyjemniejszych. Ledwie zespół uporał się z przywiezionym z samego Ministerstwa aurorem, który na skutek paskudnej czarnoksięskiej klątwy znajdował się w bardzo ciężkim stanie, musiała zająć się nowymi pacjentami. A oparzenia, chociaż zostały zadane mugolską bronią, jakoś wyjątkowo nie chciały się goić.

Jancor rzecz jasna uciekł.

x

Większość tych informacji Auriga przeczytała w porannym wydaniu Proroka, które przeglądała, siedząc na szezlongu w królestwie madame Pomfrey. Trafiła tu przez przypadek. Schodząc na dół nieopatrznie wybrała drogę prowadzącą tuż obok skrzydła szpitalnego. A przecież chciała tylko ominąć robotników, którzy remontowali sufit w jednym z głównych korytarzy... Drzwi skrzydła szpitalnego uchyliły się akurat wtedy, kiedy przechodziła, jakby Poppy specjalnie na nią czekała. Sinistra stłumiła jęk i dała się zaprosić do środka, choć przesłuchanie w wykonaniu szkolnej pielęgniarki było w tej chwili ostatnią rzeczą, na jaką miała ochotę. Cóż, lepiej teraz niż później, w końcu miała całkiem dobrą wymówkę, żeby nie dać się męczyć przez całe przedpołudnie.

– Och, kochanie – westchnęła starsza czarownica, podając jej filiżankę z zieloną herbatą i kręcąc smutno głową. – Dlaczego ty zawsze musisz wplątywać się w takie awantury?

Sinistra, która sama się nad tym zastanawiała, tylko wzruszyła ramionami.

W skrzydle szpitalnym jak zawsze pachniało czystością i świeżością. Łóżka w sali przygotowano już na przyjęcie uczniów; wykrochmalone prześcieradła bielały w słońcu wpadającym przez duże jasne okna i nic nie wskazywało na to, że jeszcze kilka miesięcy temu prawie można było wyżymać je z krwi. Kantorek pani Pomfrey, do którego Auriga została zaprowadzona, sprawiał o wiele przyjemniejsze wrażenie, może przez fakt, że prawie nie dało się tutaj wyczuć charakterystycznej dla szpitala woni. Zamiast środkami czyszczącymi pachniało herbatą i kwiatami, których bukiet stał w wazonie na dużym dębowym biurku. Kolorowy, wyszywany we wschodnie wzory szezlong też był po stokroć wygodniejszy niż kozetka.

– Gladys... wiesz, ta uzdrowiciela z wydziału aurorskiego, fiukała do mnie wczoraj. Miałaś do mnie przyjść, Aurigo, powinnam była cię obejrzeć...

– Nic mi nie jest, Poppy, nie chciałam zawracać ci głowy.

– Daj spokój – fuknęła kobieta. – To musiało cię wystraszyć...

– Nawet jeśli, wszystko jest już w porządku.

– Nigdy nie podejrzewałam cię o lekkomyślność, ale to naprawdę nie było mądre.

– Nic mi nie jest – odpowiedziała Auriga cierpliwie.

Poppy jednak nie dawała za wygraną.

– Marnie wyglądasz... Jak spałaś?

– W porządku.

– Na pewno? Mam nadzieję, że nie pracowałaś do późna?

– Wcale.

– Więc pewnie czytałaś?

– Nie, jak tylko wróciłam, wzięłam kąpiel i wcześnie się położyłam, nie było jeszcze dziesiątej.

– A kolacja?

– Poppy! – jęknęła Sinistra z wyrzutem. – Ja mam trzydzieści pięć lat! Umiem o siebie zadbać!

– Niech będzie, moja droga... – zgodziła się czarownica, choć nie wyglądała na przekonaną tym argumentem.

– Czuję się świetnie, a skoro to wszystko, to już pójdę. Dziękuję za herbatę...

Płonne nadzieje. Pielęgniarka wsparła ręce na biodrach i spojrzała na koleżankę z góry. „Nic z tego" – mówił jej wzrok.

– Hola, nie tak szybko! – zawołała. – Skoro już tu jesteś, to muszę cię obejrzeć. Miałaś przyjść w tym tygodniu, pewno nie miałaś czasu, co?

Auriga dyplomatycznie nie odpowiedziała, za to posłusznie opadła na siedzenie. Poppy znów zakrzątnęła się przy jednej z oszklonych szafek na eliksiry.

– Gladys mówiła, że z tym rannym aurorem jest już lepiej – powiedziała. – Biedak, tak z zaskoczenia... A ty...

– Mnie nic nie jest – powtórzyła Auriga odruchowo.

– Zawsze ta sama odpowiedź – mruknęła Pomfrey z przekąsem, podchodząc do niej z ligniną i fiolką eliksiru. – Zdejmij zaklęcie z łaski swojej. Co oni w ogóle jeszcze tam od ciebie chcą?

Dobre pytanie. Sinistra wzruszyła ramionami i wyciągnęła różdżkę, którą zatoczyła ósemkę na wysokości swoich barków. Poczuła lekki chłód, potem uczucie zniknęło, a razem z nim zaklęcie maskujące. Poppy zacmokała cicho z niezadowoleniem, wylała kilka kropli płynu na kawałek ligniny i odsunęła ramiączka bluzki i stanika, żeby przetrzeć nią ramiona pacjentki. Zapiekło.

– Powinni ci dać spokój – stwierdziła surowo czarownica. – Bez przesady, przecież nawet Minerwy tak nie wypytują...

– Tak trzeba – mruknęła Sinistra, wbijając sobie paznokcie lewej dłoni w prawą rękę.

W kwestii przesłuchań nie miała wielkiego wyboru – jeśli nie pofatygowałaby się do Fenimore'a, to Fenimore najpewniej pofatygowałby do niej kogoś innego, a ktoś inny mógł nie być tak uprzejmy i cierpliwy jak on. I nie tak inteligentny. Mógłby na przykład nie kojarzyć błyskawicznie wszystkich faktów i żądać wyjaśnień. Od tego blisko już było do pytania: „skąd pani to wie?", a odpowiedź, jakiej zwykle udzielała, spowodowałaby jedynie kolejne pytanie, tym razem brzmiące: „dlaczego?". Dla własnego spokoju wolała tego uniknąć.

"Zresztą to przecież ważne - pomyślała gorzko. - Żeby wyłapać tych zbrodniarzy, ukarać morderców, pomścić zabitych, zaprowadzić sprawiedliwość, przywrócić ład. Nawet, jeśli to wymaga burzenia mojej mozolnie odbudowywanej równowagi i spokoju ducha. I nie ważne, ile razy muszę sobie o tym przypominać, to prawda i nic nie może tego zmienić."

– Sama nie wiem, co jeszcze mogłabym zrobić... – powiedziała Poppy. – Nawet szczuroszczet nie pomaga...

– Nie jest źle. Już nie boli.

– Wiem, wiem, zagoiło się ładnie, całe szczęście – z tymi urazami pozaklęciowymi zawsze jest problem. No, ale te blizny!

– Nie szkodzi... – stwierdziła Auriga i uśmiechnęła się.

– Nie usunę ich. Nie umiem. Przykro mi.

Pielęgniarka odsunęła się, wyrzucając ligninę do śmietnika, a potem podeszła do szafki, żeby schować resztę eliksiru. Sinistra wiedziała, że każdy taki moment, kiedy okazywało się, że nic więcej nie mogła zrobić, był dla niej ciężki. Nawet jeśli chodziło tylko o kilka blizn, które po prostu brzydko wyglądały. Nic, czego nie dałoby się zamaskować iluzją.

– Naprawdę nie szkodzi – powtórzyła, wstając. – Powinnam już iść, obiecałam przywitać tego nowego.

– Przyjeżdża już dzisiaj? – zdziwiła się Poppy, zerkając na wiszący na ścianie kalendarz, bezlitośnie informujący, że jest trzydziesty pierwszy sierpnia.

Auriga skinęła głową i sięgnęła po kapelusz.

– To lecę, dziękuję za herbatę i... za wszystko.

„Nawet jeśli uważam, że przesadzasz" – dodała w myślach.

– Gdybyś miała problemy ze snem, przyjdź po eliksir. A może chciałabyś coś na polepszenie apetytu?

– Nie, Poppy, raczej nie...

– Nie zmuszę cię, Aurigo. Ale proszę cię, zadbaj o siebie. Jedz więcej. Śpij więcej. Jesteś taka chuda, że niedługo znikniesz! Nie przewracaj oczami, bo to prawda.

– Nie bój się o mnie – zapewniła Sinistra. – Radzę sobie.

„Jakoś muszę..." – pomyślała.

x

Ścieżka była szeroka i wiła się niczym wąż. Lekki wolant podskakiwał na kamieniach i chwiał się na każdym zakręcie; kurz z drogi wzbijał się spod kół złocistymi tumanami i osiadał na powozie i ubraniu pasażera, który był na etapie zastanawiania się, co u licha podkusiło go, by założyć na tę podróż swój najlepszy jasny garnitur.

Poprzez otaczający wolant obłok pyłu dało się dostrzec zielone łąki, aż do bólu rozświetlone przez upalne letnie słońce. Wśród traw połyskiwały jaskrawe plamki czerwieni, fioletu czy błękitu, gdzieniegdzie coś się bieliło – może mickiewiczowska gryka, choć dość daleko stąd do Litwy, a i pora chyba nie ta. Zainteresowania Gustawa w zakresie zielarstwa były nikłe, umiejętności w rozpoznawaniu roślin takoż, a literatura jaką czytywał nie dostarczała pełnych informacji. Poprzestał zatem na pobieżnym zastanowieniu się nad florą i przeszedł do dalszych obserwacji. Po prawej stronie ciągnęło się jezioro. Od jego powierzchni odbijały się słoneczne refleksy. Brzeg miało czarny, skalisty i niedostępny. Jeszcze z Hogsmeade było widać wznoszący się po jego drugiej stronie zamek – dostojną i tajemniczą ciemną bryłę najeżoną strzelistymi wieżyczkami – ale teraz zniknął on za lasem. Z tego miejsca nie dało się również dostrzec wioski, tylko wznoszące się za nią szczyty wciąż górowały nad okolicą.

Ścieżka skręciła lekko i powóz wtoczył się w przyjemny cień drzew. Piasek zmienił się w bruk, przestało tak pylić, trzęsło za to jeszcze bardziej. Po chwili wśród pni zamajaczyła strzelista brama; wolant zwolnił i podróżny miał chwilę, by się jej przyjrzeć. Jego uwagę szczególnie przykuły wieńczące ją dwa skrzydlate zwierzęta, zanim jednak zastanowił się czy to naprawdę dziki – a jeśli tak, to dlaczego i czemu jeden z nich nie ma głowy – powóz znów ruszył z kopyta, zarzucając nim na boki. Gwałtowny start zrzucił mu kapelusz, a upchnięte pod przeciwległym siedzeniem walizki najechały na stopy. Zanim zdołał nad wszystkim zapanować minęła dłuższa chwila, a kiedy znów mógł spojrzeć przed siebie, był już prawie przed zamkiem. Koła zaturkotały na bruku dziedzińca i powóz wyhamował ostro tuż przed wrotami.

Gustaw ostrożnie wstał, przytrzymując się burty wolantu, zdjął kapelusz i zadarł głowę do góry, by przyjrzeć się fasadzie budynku. Kąt nie sprzyjał obserwacji, więc opuścił wzrok i obejrzał wielkie, podniszczone dębowe drzwi i stare, omszałe kamienie. Zamierzał właśnie rozejrzeć się po dziedzińcu, kiedy pojazdem zatelepało. Usiadł gwałtownie.

– Niech pan lepiej wysiądzie – usłyszał. – To pora obiadu, więc nieco się niecierpliwi.

Mężczyzna spojrzał na uśmiechniętą czarownicę w dużym, słomkowym kapeluszu na głowie, która jakby znikąd pojawiła się przed drzwiami i wyciągniętą ręką gładziła powietrze w miejscu, gdzie powinno znajdować się stworzenie ciągnące pojazd.

– To testral? – spytał, gramoląc się z powozu.

Kobieta przytaknęła skinieniem głowy i wyciągnęła różdżkę, zatkniętą za otaczającą rondo kapelusza tasiemką. Energicznym machnięciem wylewitowała z wolantu walizki. Kolejne sprawiło, że zniknęły w powietrzu.

– Będą czekały w pańskich komnatach – powiedziała. – Czy ma pan jeszcze jakiś bagaż?

– Nie, to wszystko.

– Świetnie. Możesz jechać – zwróciła się do powozu. Wolant ruszył gwałtownie, niemal zwalając ją z nóg. Pokręciła głową z dezaprobatą, wygładzając kwiecistą spódnicę.

– Trafi sam? – zagadnął Gustaw.

– Jasne, skrzaty go wyprzęgną i wróci do Zakazanego Lasu.

– Żyją dziko? – zdziwił się.

– A jak inaczej? – Tym razem to ona wyglądała na zaskoczoną. – To testrale, nie konie.

– A pani jest pewnie nauczycielką opieki nad magicznymi stworzeniami?

– Nigdy w życiu! – zaprzeczyła żywo. – Astronomii. Auriga Sinistra – przedstawiła się, wyciągając rękę.

– Odpowiednie imię – zauważył mężczyzna z uśmiechem. – Gustaw Zieleziński. Mam tu objąć posadę nauczyciela mugoloznawstwa.

Czarownica skinęła głową i otworzyła drzwi.

– Mam nadzieję, że nie jest pan zmęczony podróżą. Minerwa prosiła, bym zaprowadziła pana prosto do niej.

– Oczywiście. Bardzo chętnie ją poznam.

Gustaw przytrzymał drzwi i przepuścił kobietę przodem. Wchodząc, zdjęła kapelusz i odsunęła na włosy duże, przeciwsłoneczne okulary. Miała drobną, opaloną twarz z dużymi, błyszczącymi oczami, okoloną krótkimi jasnobrązowymi lokami; mogła mieć trzydzieści, trzydzieści parę lat. Gustaw nie przyglądał się jej długo, bo i nie było czemu. Zamek był o wiele bardziej fascynujący.

Sala wejściowa była obszerna i niezwykle wysoka – jej sufitu nie dało się dostrzec, bo ginął gdzieś ponad ozdobnym białym belkowaniem, zdającym się ciągnąć przez następnych kilka pięter. Na wprost wejścia znajdowały się szerokie schody z elegancką kamienną poręczą, zakończoną rzeźbioną głową smoka, na prawo uchylone dwuskrzydłowe drzwi, prowadzące do Wielkiej Sali, na lewo inne, węższe i niższe, w bok uciekał wąziutki korytarzyk, strzeżony przez czarną zbroję. Po obu stronach drzwi stały po dwie szklane klepsydry, wypełnione kolejno szafirami, szmaragdami, rubinami i topazami, mieniącymi się we wpadającym przez dwa gotyckie okna słońcu. Biała podłoga rozmigotana była zajączkami światła.

Gustaw zatrzymał się w progu – jego przewodniczka uprzejmie odczekała, aż się wszystkiemu dobrze przyjrzy – i dopiero po chwili wszedł dalej, rozglądając się z podziwem.

– Wspaniałe! – zawołał, odwracając się do Aurigi.

– Prawda – zgodziła się cicho z uśmiechem.

– Ile lat ma zamek?

Pytanie chyba ją zaskoczyło, ale odpowiedziała:

– Jakieś dziewięćset.

– Wczesny gotyk?

– Wielokrotnie przebudowywany, ale tak...

Skinął głową. Od wrażeń i wiszącej w powietrzu magii nieco kręciło mu się w głowie. Nie było to uczucie nieprzyjemne, raczej oszałamiające, jakby człowiek znalazł się właśnie na szczycie bardzo wysokiej góry i z przestrachem pomieszanym z zachwytem spoglądał w przepaść.

„Zdecydowanie zbyt długo unikałem magicznych miejsc" – pomyślał.

Auriga stała u stóp owych szerokich schodów, subtelnie dając mu do zrozumienia, że powinni już iść, więc ruszył za nią. Poprowadziła go labiryntami korytarzy i klatek schodowych tak, że kiedy wreszcie zatrzymali się przed kamienną chimerą z obłupanym kopytkiem, Gustaw czuł się zupełnie zagubiony.

– To tutaj – poinformowała go i zwróciła się do chimery, by podać jej hasło. Rzeźba skrzywiła się z niezadowoleniem, ale posłusznie przesunęła kamienny zad, ukazując wąskie drzwi.

– Zmyślne – pochwalił Gustaw.

Czarownica uśmiechnęła się i brodą wskazała wejście. Przez jakąś minutę wspinali się krętymi schodami, aż do kolejnych niewielkich drzwi. Zapukali i po otrzymaniu zaproszenia weszli do sporego, okrągłego gabinetu. Na środku, przy dużym, dębowym biurku, zarzuconym stosem pergaminów, siedziała czarownica w lekkiej butelkowozielonej sukni. Miała ciemne, gładko zaczesane i spięte na karku włosy, suchą, pomarszczoną twarz i ostry nos, do połowy którego zsunęły się prostokątne okulary w drucianej oprawie.

– Jesteś wreszcie, Aurigo – powiedziała z pewnym roztargnieniem, ledwie unosząc głowę znad papierów. – I pan też. Witam, proszę dalej.

Gustaw przywitał się i wszedł niepewnie, rozglądając się z zainteresowaniem po zagraconym wnętrzu, które – o czym nie wiedział – nie zmieniło się wiele od czasów panowania Albusa Dumbledore'a. Sam niedawny właściciel, którego portret, opatrzony podpisem z nazwiskiem i czasem urzędowania, wisiał po prawej stronie biurka, uśmiechnął się do niego łagodnie i skinął uprzejmie głową – on jako jedyny nie starał się udawać, że nie ciekawi go nowy nauczyciel. Reszta albo drzemała, albo w skupieniu wertowała namalowane wokół nich księgi. Następnie były dyrektor przeniósł swe przenikliwe spojrzenie niebieskich oczu na Aurigę; Gustaw odniósł wrażenie, że jego uśmiech stał się odrobinę smutniejszy, jakby współczujący. Zdziwiona astronomka zmarszczyła lekko brwi, ale czarodziej już odwrócił wzrok, znów skupiając uwagę na gościu. Również profesor McGonagall odsunęła na bok dokumenty, nad którymi pracowała i spojrzała na niego badawczo.

– Proszę usiąść.

– To ja już pójdę – wtrąciła Auriga.

– Oczywiście, dziękuję ci. Poppy mi mówiła... – urwała. – Jak się czujesz? – powiedziała nieco cierpko.

– W porządku, naprawdę.

– To dobrze. Czy Liza już wróciła?

– Nie, jeszcze nie.

Czarownica zerknęła niespokojnie na zegarek.

– Już późno – stwierdziła. – Cóż, mam nadzieję, że zdąży.

x

Salonik, do którego została wprowadzona Heloiza Vector, był duży i przestronny, urządzony przytulnie i ze smakiem. Miał kolorowe ściany, obwieszone mnóstwem zdjęć, przestawiających głównie trójkę roześmianych dzieci, i doskonale wręcz pasował do energicznej, pulchnej blondynki w wyciągniętym t-shircie i workowatych spodniach, która otworzyła jej drzwi, a teraz z szerokim, choć nieco zakłopotanym uśmiechem poprosiła ją, by usiadła.

– Cieszę się, że pani nas odwiedziła, profesor...

– Vector, mamo – podsunął szczupły trzynastolatek siedzący na podłodze przed hałaśliwym czarnym pudłem, które mugole nazywali telewizorem. Czarownica patrzyła na nie nieufnie, choć z pewnym zainteresowaniem. Szary kot, poruszający się na dwóch łapach jak człowiek, gonił właśnie małą brązową mysz, po drodze tracąc wszystkie swoje dziewięć żyć, a nawet więcej.

– Oczywiście, Vector, pamiętam – zgodziła się pani Cartwright i zaraz dodała twardo: – Nie zmienię zdania. To... czego właściwie pani uczy? – zainteresowała się uprzejmie. Nauczycielka oderwała wzrok od kreskówki i odpowiedziała:

– Numerologii.

Zaklęcie łagodnie tępiące pamięć działało bez zarzutu. Heloiza nie cierpiała go rzucać – nie cierpiała też powtarzać sto razy informacji, które już podawała – ale tak było bezpieczniej.

„Będzie chyba można już je cofnąć" – pomyślała.

– Ehm... To z pewnością bardzo ciekawe... – odparła tymczasem mugolka.

– Jak matma, mamo – wtrącił chłopiec. – Liczby, cyferki, wzory i tak dalej, mówiłem ci.

„Minus dziesięć punktów dla Gryffindoru!" – zirytowała się Liza, ale powstrzymała się od komentarza na temat ignorancji i upraszczania pojęć kluczowych. Numerologia to nie matematyka, aczkolwiek występowały pomiędzy nimi pewne podobieństwa...

W telewizorze huknęło; czarownica spojrzała na niego ze zdziwieniem. Kot właśnie podnosił się z ziemi, na której rozpłaszczyło go olbrzymie kowadło.

– Wyłącz to, Logan. Przynieś lepiej pani Vector lemoniady. No już... Jest strasznie gorąco... – zwróciła się do gościa, kiedy chłopiec niechętnie wyszedł.

Liza przytaknęła grzecznie.

– Z pewnością podróż do Londynu była męcząca...? Ta pogoda... I w radio mówili, że pociągi mają duże opóźnienia...

– Całe szczęście, przyleciałam świstoklikiem. Magia jest naprawdę bardzo przydatna – powiedziała, delikatnie naprowadzając niezręczną rozmowę na właściwe tory. Nie dodała, że ów świstoklik wyrzucił ją gdzieś na obrzeżach osiedla i niemal pół godziny szukała domu Cartwrightów w gąszczu identycznych uliczek i bliźniaczych domków.

– Och, nie wątpię... – mruknęła gospodyni.

– Mimo to wczoraj napisała pani dyrektor McGonagall, że rozmyśliła się pani i nie chce posłać do nas syna na drugi rok – zauważyła nauczycielka bez zmiany tonu, choć faktycznie miała ochotę nawrzeszczeć na durną mugolkę. Takie cyrki na dwa dni przed rozpoczęciem roku szkolnego! Czy oni naprawdę sądzili, że Minerwa nie będzie miała czasu interweniować – albo raczej zlecić interwencji któremuś ze swych podwładnych?

– Dziwi się pani? – zapytała Lizę mugolka.

– Właściwie to nie – odpowiedziała Vector zgodnie z prawdą, co spowodowało, że kobieta zmieszała się trochę. – Rozumiem, że w zeszłym roku mieli państwo pewne... jeśli powiem nieprzyjemności będzie to duży eufemizm. Nie zamierzam kolejny raz tłumaczyć pani powodów, bo zrobiłam to i w zeszłym roku, kiedy pomagałam wam się ukryć, i w tym, na początku czerwca. Miałam nadzieję, że rozumie pani, że sytuacja diametralnie się zmieniła...

Cartwright przerwała jej, gwałtownie kręcąc głową.

– Zabraliście mi na rok dziecko, pokazaliście mu te wasze czary-mary, zawróciliście w głowie, a potem wykluczyliście ze swojego świata, kazaliście się przeprowadzić i zapomnieć! Logan miał dwanaście lat, przywiązał się, zdobył przyjaciół... a potem musiał to zostawić! Wie pani, jak takie dziecko to przeżywa?

Liza skinęła głową, z trudem hamując chęć, by podejść do kobiety i mocno nią potrząsnąć.

– Jestem pedagogiem od dwunastu lat, myślę, że wiem – powiedziała. – Loganowi na pewno jest ciężko, ale jeśli nie nauczy się kontrolować swojej magii, będzie miał problemy. Sama doskonale pani wie, że już się pojawiały...

Jak błyskawicznie odrastające włosy po niechcianej wizycie u fryzjera, potrzebne przedmioty same przylatujące do rąk czy przypadkowa transmutacja krzesła w psa, który do teraz obszczekiwał gości w ogrodzie. Zwyczajne codzienne przejawy magii, pojawiające się u każdego czarodziejskiego dziecka, które nie miało styczności z magią. Mugolka skrzywiła się niechętnie, ale nie mogła zaprzeczyć.

– To nienaturalne... – zaczęła, ale zrezygnowała. – Czy ma pani dzieci? – spytała zamiast tego.

Liza zmarszczyła brwi.

„Oto największy argument!" – pomyślała gorzko, doskonale wiedząc, co ją czeka.

Kiedy dwa lata temu przybyła do domu Cartwrightów, by powiedzieć im, że ich syn jest czarodziejem, nie spotkała się z żadną niechęcią, niedowierzaniem – przynajmniej po tym, jak już udowodniła, że naprawdę umie czarować – czy wrogością. Przyjęto ją bardzo uprzejmie i gościnnie, wysłuchano z najwyższym zainteresowaniem. Ale i tak początkowo Cartwrightowie nie zgodzili się na Hogwart. Kategorycznie. Bo „to ich syn, nie chcą rozstawać się z nim na cały rok, ani posyłać do szkoły, w której jedyną możliwością kontaktu będą listy". I to do znudzenia powtarzane pytanie...

– Niech pani odpowie – poprosiła mugolka twardo.

– Nic się w tej kwestii nie zmieniło od czasu, kiedy ostatni raz o to pani pytała – odparła Liza dość cierpko.

– No właśnie.

– Mam ponad setkę dzieci pod swoją opieką i sądzę, że jednak coś o nich wiem.

– Ale nie jest pani ich matką, nie rozumie pani...

– Pani nie rozumie, że to jedyna szansa, by pani syn mógł żyć normalnie.

– On jest taki wrażliwy...

– I właśnie dlatego chce pani narazić go na problemy z powodu jego zdolności, które w waszym świecie nie zostaną zrozumiane i zaakceptowane?

– Ale... – Kobieta bliska była płaczu.

– No weź, mamooo... – mruknął z zażenowaniem chłopiec, wyłaniając się zza framugi, zza której pewnie podsłuchiwał całą rozmowę.

– Idź pobaw się z psem, Logan. Rozmawiamy.

Chłopiec przewrócił oczami i podszedł do matki, przytulił ją, uśmiechając się przepraszająco do nauczycielki. Vector odwzajemniła uśmiech. Poza kompletną ignorancją w kwestii numerologii i matematyki – którą mogła mu podarować, bo nie miał przecież jeszcze z nią lekcji – był bardzo inteligentnym dzieciakiem. W końcu Gryfon...

– Chcesz do nas wrócić, Logan? – spytała, obserwując go uważnie.

Chłopiec skinął głową.

– Ale jeśli chcesz, to zostanę, mamo – powiedział poważnie.
Kobieta wciąż jeszcze walczyła ze sobą. – Będę chodził do tej paskudnej szkoły i męczył się z głupią gramatyką – dodał, krzywiąc się cierpiętniczo.

Liza uśmiechnęła się pod nosem.

„Jutro oczekujemy pana w Hogwarcie, panie Cartwright" – pomyślała.

x

Kiedy jednak dwie godziny później profesor Vector wychodziła z kolejnego domu, do którego została skierowana, po jej dobrym humorze nie było ani śladu. Z trudem hamowała chęć przeklęcia budynku i wszystkich jego mieszkańców, na czele z irytującą panią Mal, która przed chwilą praktycznie wyrzuciła ją za drzwi. To jednak tylko potwierdziłoby opinię, jaką owa mugolka miała na temat czarodziejów i czarodziejskiego świata. A szkoda, bo wizja zamienienia jej w ropuchę – którą po prawdzie nieco przypominała – była kusząca.

Liza pozostała przy kilkakrotnym „a niech cię szlag" – wieloletnia praca w szkole oduczyła ją soczystszych przekleństw – i w ten sposób wyładowawszy złość zeszła ze schodków kamienicy na ulicę. Idąc wąskim chodnikiem wciąż nie mogła pozbyć się niesmaku, jaki pozostawiła w niej wizyta w tym domu.

„Biedne dziecko" – pomyślała, a zaraz potem nie mogła się powstrzymać, by nie dodać kilku niewyszukanych inwektyw pod adresem jego matki. Cóż, w konfrontacji z ludzką głupotą człowiek mądry, choćby nie wiadomo jak argumentował, zawsze przegra – to kwestia doświadczenia – i Vector powinna być zadowolona, bo przecież naprawdę nie dało się zrobić nic więcej. Logan Cartwright wróci do szkoły, Susan Mal nie. Jeden do jednego, można powiedzieć: remis.

Liza odruchowo sięgnęła do kieszeni – niestety wyciągnęła z niej jedynie pomięte, puste opakowanie. Tak bardzo miała ochotę zapalić... Jakiś pacan zatrąbił klaksonem, przejeżdżając obok niej. Zaklęła cicho pod nosem i przyspieszyła, chcąc jak najszybciej wydostać się z tego miejsca, choć po prawdzie sandałki na szalenie efektownym ośmiocentymetrowym słupku nie bardzo przystosowane były do dziurawych chodników podmiejskiego osiedla. Gdyby wiedziała, że te dwie wizyty zajmą tyle czasu, wzięłaby wygodniejsze obuwie. Jej świstoklik do Hogwartu wygasł jakąś godzinę temu, więc musiała się deportować, a w tym celu znaleźć jakieś bardziej odpowiednie miejsce. Na szczęście czego jak czego, ale zaułków w tej dzielnicy nie brakowało. Z jednego, szczególnie parszywego, ale pustego, deportowała się do Hogsmeade.

Wylądowała przed Trzema Miotłami i zaraz uskoczyła szybko, żeby nie zderzyć się z idącym zygzakiem mężczyzną, od którego mocno zalatywało whisky. Było jeszcze stosunkowo wcześnie, ale knajpa żyła i to dość głośno; z ogródka po drugiej stronie budynku dobiegały wrzaski i śmiechy pomieszane z dźwiękami gitary. Pewnie znowu jakaś grupa turystów, domyśliła się Liza i skrzywiła się lekko.

Frontowe drzwi otworzyły się i rozgrzane powietrze zabrzmiało śpiewem i szczękiem naczyń. Kilkoro rozgadanych ludzi w lekkich kolorowych szatach wyszło na ulicę, od progu żegnała ich roześmiana madame Rosmerta. Liza szybko ruszyła w stronę zamku, ale kobieta zauważyła ją i już machała do niej, jednocześnie rzucając ostatnie słowa do swoich barwnych znajomych.

– Dawno cię tu nie było, Liz. Co słychać? – zagaiła.

– W porządku, po prostu mam dużo pracy.

– Nie wątpię, w końcu początek roku! No, ale może wejdziesz? Kufel zimnego piwa dobrze ci zrobi.

Przez chwilę Liza miała ochotę skorzystać z zaproszenia – rzeczywiście mało co tak poprawiało humor jak chłodne kremowe z Trzech Mioteł – ale szybko pokręciła głową.

– Dziś nie mogę, Rosmerto. Już i tak za długo zabawiłam w Londynie.

– Sprawy Hogwartu czy prywatne? – Barmanka uśmiechnęła się ciekawie.

– Hogwartu – odparła Liza sucho.

– Ach, myślałam... No, bo Jules tu wczoraj był... Pytał o ciebie. Jakieś problemy?

– Prócz tego jednego, że go rzuciłam? – odpowiedziała pytaniem Vector, czując, że ta rozmowa coraz bardziej jej się nie podoba. Nie dlatego, że nie lubiła Rosmerty – nie lubiła raczej wtrącania się w nie swoje sprawy.

– Przez tę magomedyczkę? – spytała kobieta ze zrozumieniem.

– Magomedyczkę? – zdumiała się Liza.

– Frankie, Franny czy jak jej tam... Nie wiedziałaś?

– Wiedziałam tylko o kelnerce – odparła cierpko, usiłując stłumić nieprzyjemne uczucie chłodu rozchodzące się gdzieś w środku. W zasadzie nie powinna być nawet zdziwiona.

– Może jednak wejdziesz? Pogadamy...

– Innym razem. Mamy dziś zebranie kadry.

– Wpadnij kiedyś. Julesa najwyżej się wyrzuci...

Liza skinęła głową i pożegnała ją wymuszonym uśmiechem.

x