– Pisał pan, że nie był jeszcze nauczycielem. Czy ma pan jakieś doświadczenie w pracy z dziećmi?
Minerwa uniosła głowę znad pergaminu i spojrzała ponad biurkiem na siedzącego naprzeciwko mężczyznę. Był młody, wesoły, przystojny i nie spodobał jej się od pierwszego wejrzenia.
„Może powinnam kazać dodawać zdjęcia do podania o pracę?" – zastanowiła się ironicznie, próbując jednocześnie dociec, co takiego właściwie jej nie pasuje.
– Zajmowałem się moją siostrzenicą – odpowiedział – a w Czechach pomagałem w nauce dwójce dzieci mojego szkolnego przyjaciela. Kiedy byłem w Kongo także miałem do czynienia z dziećmi, choć to raczej całkiem inna sytuacja – dodał po namyśle. – Ale to nie problem, prawda? Lubię młodzież i myślę, że nie będę miał trudności, by się z nią dogadać.
– Cóż, zobaczymy, panie... – Dyrektorka urwała, by zerknąć do notatek. Mimo że sprawdzała tę informację już jakieś dwieście razy, wciąż nie potrafiła zapamiętać tego dziwnego słowa.
– Zieleziński – podsunął usłużnie mężczyzna.
Okropne nazwisko. Uczniowie będą musieli mówić mu po imieniu, inaczej połamią sobie języki...
– Zostańmy przy Gustawie, będzie łatwiej – zaproponował.
No właśnie. Minerwa skrzywiła się lekko.
– Dlaczego nie starał się pan o posadę we Francji? – spytała. – Albo we... – ponownie zerknęła w notatki – Włoszech, zdaje się, że ostatnio tam pan przebywał.
– O ile się orientuję w tamtejszych szkołach nie szukają nauczyciela.
– Tak bardzo zależy panu, by uczyć? Dlaczego?
– Sam nie wiem... Powiedzmy, że chcę nieść kaganek oświaty, by oświecić młode, niezapisane umysły? – Mężczyzna uśmiechnął się zawadiacko.
McGonagall skarciła go wzrokiem.
– Sporo pan podróżuje – kontynuowała.
– O tak – zgodził się z zapałem. – Dzięki temu mam pewną wiedzę i doświadczenie, którymi, jak sądzę, mógłbym się podzielić.
– Jednak z pańskiego życiorysu wynika, że raczej stronił pan od środowisk magicznych.
– Właśnie. Żyłem wśród mugoli i wiem o nich mnóstwo.
– W to nie wątpię. Skąd jednak taka zmiana, jeśli mogę spytać?
Gustaw spoważniał, uśmiech jednak nie zniknął z jego twarzy, stał się tylko trochę cierpki.
– Nie da się ukryć, że niewiele jest rzeczy, które mogę robić w świecie czarodziejów, pani profesor. Skoro nadarzyła się okazja, chciałem spróbować. Ale jeśli moja specyficzna sytuacja w czymś przeszkadza, to...
– Nie przeszkadza – przerwała mu szybko.
– Mimo to nie jest pani przekonana. – To nie było pytanie, Gustaw po prostu stwierdził oczywisty fakt. – Dlaczego?
„Właśnie, dlaczego?" – zastanowiła się Minerwa z lekkim zakłopotaniem. Kwalifikacje miał dobre, życiorys bez zarzutu, w listach polecających same pochwały. Coś podpowiadało jej jednak, że będą kłopoty. – „Zamieniasz się w Sybillę Trelawney!" – skarciła się w myślach. – „Ten człowiek przejechał pół kontynentu, bo napisałaś mu, że go przyjmiesz. Zresztą jaką masz alternatywę?"
Zadawanie kolejnych pytań było bez sensu.
Gustaw patrzył na nią uważnie swoimi chłopięcymi, jasnymi oczami, które pewnie zawrócą w głowie niejednej uczennicy. Uśmiechał się przy tym ponuro, zupełnie jakby już nie raz prowadził takie rozmowy i doskonale wiedział, do czego zmierzają. McGonagall chętnie pytałaby dalej, aż w końcu mogłaby z czystym sumieniem odprawić nieodpowiedniego aplikanta. Jednak nie chciała tego robić.
Odetchnęła głęboko.
– Mam nadzieję – zaczęła surowo – że zdaje pan sobie sprawę, że to szkoła z wieloletnią tradycją i renomą. Oczekuję od pana rzetelnego wypełniania swoich obowiązków, w których zakresie leży nie tylko prowadzenie lekcji, ale również dyżury na korytarzach, pilnowanie uczniów podczas posiłków, przerw, szkolnych imprez i wyjść do Hogsmeade, nadzorowanie szlabanów oraz inne, z którymi zapoznam pana później.
Mężczyzna zamrugał, najwyraźniej lekko zdezorientowany, po czym szybko skinął głową, uśmiechając się z niedowierzaniem.
– Najpóźniej do końca pierwszego tygodnia chciałabym się zapoznać z pańskim planem nauczania. Będzie musiał pan uwzględnić w nim podstawy programowe, wytyczone przez Ministerstwo, reszta zależy od pańskiego uznania.
– Zacząłem już nad tym pracować.
– Podpiszę z panem umowę na semestr, przez ten czas musi pan być w szkole. Przysługuje panu kilka dni wolnego, ale o ich wykorzystaniu muszę wiedzieć odpowiednio wcześniej, by móc ustalić zastępstwa. Niedziele ma pan wolne, ale o opuszczeniu szkoły również muszę wiedzieć wcześniej. Proszę wziąć pod uwagę, że uczniowie mieszkają w zamku cały rok, więc musi pan liczyć się z tym, że czasu wolnego będzie pan miał niewiele.
– Rozumiem.
– W kwestii wynagrodzenia, stawka taka, jaką proponowałam, plus zakwaterowanie...
– Wyżywienie, zaopatrzenie i skrzat domowy na posyłki – dokończył wesoło.
– Dokładnie. Argus Filch zaraz odprowadzi pana do pańskiego nowego mieszkania, o szesnastej proszę zjawić się w pokoju nauczycielskim na pierwszym zebraniu kadry. To wszystko, pan Filch powinien już czekać za drzwiami.
Gustaw wstał i skłonił się lekko, zabierając z biurka kapelusz.
– Dziękuję. Ale... Jeśli mogę wiedzieć... Dlaczego jednak ja?
„Bo choć nie jest pan najlepszym kandydatem na nauczyciela mugoloznawstwa, to jest pan jedynym, jakiego mam" – pomyślała Minerwa. – „No i, jakby nie patrzeć, mieliśmy tu większe indywidua..." Żadna z tych odpowiedzi nie wydawała się prawidłowa, więc dyrektorka tylko uśmiechnęła się pobłażliwie i wskazała brodą drzwi.
– Szesnasta – przypomniała. – Proszę się nie spóźnić.
x
Cieć imieniem Filch prowadził Gustawa przez zamek, gadając jak najęty. Za nim jak cień wlókł się kościsty, podobny do szczotki do toalet kot, na którego woźny co i rusz troskliwie spoglądał.
– ...o, a tymi schodami pan dojdzie pod wieżę Gryffindoru, zawsze się tam kręci mnóstwo dzieciaków, po ciszy nocnej też. A tędy do biblioteki i komnat Irmy, to znaczy pani Pince. Pańska klasa i gabinet znajdują się na trzecim piętrze... Tu są schody do sowiarni, ale to nie najlepsza droga...
– Dlaczego?
– Część korytarza jest mocno uszkodzona i profesorzy zamknęli przejście barierami.
– Pewnie dużo tu było roboty po wojnie...
– Ano, ciągle jest! Lepiej niech się pan na razie sam nigdzie nie zapuszcza, bo i wiadomo na co się pan natknie? Ostatnio podczas patrolu pani Norris – tu Filch z uczuciem zerknął na kotkę – wpadła w dziurę w podłodze i siedziała tam dobre pół godziny, zanim ją znalazłem.
– Zamek nie jest bezpieczny? – zdziwił się Gustaw.
– Nie, nie... Wszystko jest pod ścisłą kontrolą. Ale zawsze łatwo się było tu zgubić, a teraz, kiedy część przejść jest nieczynna, to już w ogóle. Trzeba czasu, żeby poznać zamek!
Cieć wypiął chuderlawą pierś i spojrzał na Zielezińskiego z dumą, jakby chciał koniecznie zaznaczyć, że kto jak kto, ale on zna Hogwart jak własną kieszeń.
Hol skończył się szerokimi schodami, ale woźny skręcił w jeden z wąziutkich korytarzy, machnięciem ręki nakazując Gustawowi iść za sobą.
– Schody lubią zmieniać położenie – wyjaśnił. – W niedziele lepiej nimi nie chodzić, proszę zapamiętać.
Szli, co chwila skręcając w coraz to inne, równie ciasne przejścia, a Gustaw jak gąbka chłonął widoki, usiłując wszystko zobaczyć i przyswoić. Wreszcie woźny zatrzymał się przed ozdobną archiwoltą, wpuszczoną w nagą, kamienną ścianę. W środku, zamiast drzwi, był lity mur.
– To tu – oznajmił zadowolony Filch. – Hasło brzmi... – Poklepał się po licznych kieszeniach drelichowego uniformu i po chwili zawziętego szukania wyciągnął świstek papieru, który z namaszczeniem podał Gustawowi.
Zdziwiony Zieleziński rozwinął go.
– To po francusku! – zawołał. – Edith Piaf?
Woźny wzruszył ramionami, patrząc mu przez ramię.
– Ano, być może. Profesor Flitwick ją lu...
Głośny huk przerwał mu w pół słowa. Filch odwrócił się prędko, potem jeszcze raz spojrzał na Gustawa, a ten zauważył, że oczy mu płonęły.
– To Irytek! Przepraszam, muszę iść... – wykrzyknął, po czym chwycił kota pod pachę. – Gdyby miał pan jakieś problemy, proszę się nie krępować i mnie wezwać! – dorzucił jeszcze, zanim odszedł w pośpiechu.
Gustaw patrzył za nim przez moment, potem skupił się na karteczce.
– Non, rien de rien. Non! Je ne regrette rien – odczytał na głos łamaną francuszczyzną.
Jedynym skutkiem było to, że świstek w jego dłoni buchnął ogniem. Mężczyzna upuścił go szybko i zgasił obcasem, klnąc pod nosem ze zdumienia. Co, u licha...?
Coś huknęło. Zieleziński zastygł w pół ruchu, w pół myśli.
Rozległ się łomot. Taki dźwięk mogłaby wydać rozsypująca się zbroja, jedna z tych, których całkiem sporo stało pod ścianami. Potem rozległo się kilka niewybrednych przekleństw, zapewne wygłoszonych przez nieszczęśnika, na którego owa zbroja spadła, a potem trzask zaklęcia, bez wątpienia posłanego przez tego kogoś w stronę osoby, która zbroję przewróciła. Do kanonady dźwięków dołączył mokry odgłos chluśnięcia, jaki wydaje woda, która nagle opuszcza wiadro, a po nim radosny chichot, urwany nagle przez kolejny trzask, tym razem niewątpliwie oznaczający celnie rzucony urok.
Niewiele myśląc, mężczyzna pobiegł w kierunku źródła hałasów. U stóp schodów, którymi ledwie przed chwilą prowadził go Filch, stała ociekająca wodą kobieta, wygrażająca zaciśniętą w dłoni różdżką powietrzu pod sufitem.
– Wszystko w porządku? – zapytał Gustaw, idąc w jej stronę.
Kiedy jednak czarownica się odwróciła, przystanął w pół kroku, bo minę miała taką, jakby miała zamiar zaavadować pierwszą osobę, która stanie jej na drodze. I nie była ani trochę mniej przekonująca przez fakt, że oblepiała ją przemoczona płócienna sukienka i mokre zielsko przypominające wodorosty, przez co wyglądała trochę jak jakaś dziwna odmiana morskiego potwora, chociaż całkiem zgrabnego i na obcasach.
– Ekhem... Słyszałem hałas...
– Nie wątpię. Cały zamek pewnie słyszał – burknęła w odpowiedzi i zajęła się oczyszczaniem swojej sukienki – Byłabym wdzięczna, gdyby przestał się pan na mnie gapić, a zamiast tego wyciągnął różdżkę i na przykład naprawił tę zbroję – dodała po chwili cierpko, wskazując na stos czarnego złomu na podłodze.
– Ehem... – zmieszał się Gustaw.
– Och, Reparo! – mruknęła i przeczesała palcami mokre włosy. Skrzywiła się, próbując przejrzeć się w okiennej szybie.
– Jeszcze tutaj...
Gustaw wyciągnął rękę i ostrożnie wyjął jej z włosów maleńką, błękitną rybkę, trzepoczącą się rozpaczliwie. Zdziwiony przyjrzał się jej pod światło. Czarownica usunęła ją z jego rąk stanowczym machnięciem różdżki.
– Woda z jeziora, świetnie! – stwierdziła ze złością i zabrała się za suszenie zaklęciem sukienki. – Och, zabiłabym go, gdyby już nie był martwy!
– Kogo?
– Irytka, rzecz jasna! – Podniosła głowę i przez chwilę patrzyła na niego jakby spadł z księżyca, a potem zreflektowała się. – Pan musi być tym nowym od mugoloznawstwa? – stwierdziła z niejaką irytacją.
Skinął głową.
– Gustaw Zieleziński – przedstawił się, wyciągając rękę.
Uścisnęła ją, patrząc na niego podejrzliwie.
– Czemu nie jest pan u siebie?
– Właśnie miałem wejść, kiedy usłyszałem hałas. Czy Irytek to poltergeist?
– Nietrudno się domyślić, prawda? – Jej wymuszony uśmiech podszyty był ironią. – Jeśli go pan spotka, proszę przywalić mu czymś jeszcze zanim się odezwie. Zna pan pewnie jakieś klątwy, działające na duchy, co?
– Cóż...
– Świetnie. No, to niech pan lepiej wraca do siebie, zanim pan się tu zgubi. Do widzenia.
Zaczęła wchodzić po schodach. Gustaw patrzył za nią przez chwilę, a potem odwrócił się z zamiarem odejścia i zatrzymał się jak wryty. Korytarz rozwidlał się na trzy strony.
– Już się pan zgubił?
Obejrzał się za siebie. Kobieta przyglądała mu się kpiąco ze szczytu schodów. Wzruszył ramionami, posyłając jej zakłopotany uśmiech, na co ona przewróciła oczami.
– Na prawo i cały czas prosto. Zakładam, że wie pan które drzwi?
– Oczywiście.
– Jeszcze jakiś problem? – spytała, bo wciąż nie ruszał się z miejsca.
Gustaw pokręcił głową.
– Dziękuję – zawołał jeszcze, ale ona już zniknęła na piętrze.
x
Trzasnęły drzwi, a wychudzone białe pawie, przechadzające się niemrawo po ogrodzie, umknęły za żywopłot. Widząc jednak, że nikt nie zamierza przeganiać ich z trawnika, wróciły, rozglądając się ostrożnie, a potem znów zaczęły grzebać leniwie w ziemi w poszukiwaniu czegoś jadalnego. Jak kury a nie pawie.
„Durne ptactwo" – pomyślała z obrzydzeniem Narcyza Malfoy, a na głos powiedziała:
– Lucjusz powinien zaraz wrócić.
– Poczekam – usłyszała. – Nie musi pani dotrzymywać mi towarzystwa, poradzę sobie sam.
– Przyślę go do pana zaraz, jak się zjawi – zapewniła chłodno.
Jej gość – wysoki, szpakowaty czarodziej w ohydnym białym garniturze w granatowe prążki – skinął głową i zszedł po stopniach tarasu, po czym ruszył szeroką, żwirowaną alejką, prowadzącą w głąb ogrodu. Narcyza wróciła do domu i przez chwilę patrzyła za nim przez firankę.
– Mamo?
Odwróciła się szybko. W drzwiach stał jej syn, przystojny, wyrośnięty; przez ramię przewieszoną miał skórzaną kurtkę, w szarych oczach wyraz najwyższej pogardy.
– Znowu on? – prychnął, krzywiąc się ostentacyjnie.
– Wychodzisz gdzieś, Draco?
Przez jego usta przewinął się nieprzyjemny uśmieszek.
– Do Zabiniego – odpowiedział. – Nie czekajcie z kolacją.
– Draco...
– Do widzenia – rzucił twardo i wyszedł, zanim Narcyza zdążyła coś dodać.
Przez chwilę patrzyła za nim pusto, w końcu zacisnęła usta w wąską linijkę i znów spojrzała przez okno. Jeden z pawi buszował właśnie w grządce białych nasturcji. Narcyza stłumiła złość i wyszła z pokoju.
Dom był idealnie spokojny i cichy – taki, jaki zawsze był i miał być. Przez Malfoy Manor nigdy nie przewijało się wielu ludzi – z pewnością pod tym względem nie można go było porównywać do Nory – i Narcyza ceniła sobie ten stan rzeczy. Ale nawet gdy wyglądało to inaczej, rezydencja miała wystarczająco duże rozmiary, by zawsze dało się znaleźć w niej kąt, w którym nie będzie słychać czy to pracujących w kuchni skrzatów, hałaśliwych rozrywek Lucjusza i jego przyjaciół, muzyki Dracona, kiedy przyjeżdżał na wakacje, kapryśnych krzyków Belli, gdy ich odwiedzała, czy nawet wrzasków gości Czarnego Pana, który w swoim czasie zrobił sobie z ich domu kwaterę główną.
Błoga cisza i spokój...
Narcyza miała ochotę czymś rzucić. Opanowała się jednak i przeszła przez dom do salonu we frontowej części. Stanęła przy oknie.
Lucjusz powinien już wrócić. Czy nie pamiętał, że miał przyjść ten okropny facet w brzydkim mugolskim ubraniu? Te prążki sprawiały, że wyglądał jak robak, jak długi, łysy robak z twarzą świecącą się od potu... Dlaczego jeszcze go nie było, przecież doskonale wiedział, że Narcyza nie cierpiała tego człowieka, jego wzroku, jego głosu, nie cierpiała prowadzić go tam do...
Jest! Narcyza puściła ażurową firankę, którą nieświadomie się bawiła i prawie pobiegła do drzwi. Opanowała się szybko i do holu weszła już całkiem niewzruszona. Lucjusz właśnie oddawał laskę i kapelusz gnącemu się w ukłonach skrzatowi domowemu.
– Dzień dobry, Narcyzo.
– Cordice już jest – poinformowała go chłodno.
– Świetnie – odparł. – Zaraz do niego pójdę.
– Spóźniłeś się.
– Były drobne kłopoty...
Narcyza poczuła nieprzyjemne szarpnięcie w żołądku, przez jej twarz przebiegł skurcz. Ale przecież nie wypuściliby go do domu, gdyby coś znaleźli, prawda? Prawda?
– Czego znowu chciał od ciebie Fenimore? – spytała, z trudem hamując drżenie głosu. – I to w niedzielę?
Lucjusz uśmiechnął się uspokajająco.
– Pytał o Mulcibera i Jancora.
– A ty?
– Skwapliwie udzieliłem wszelkich informacji – roześmiał się Malfoy. – Nic na mnie nie mają, Narcyzo – zapewnił chełpliwie. – Absolutnie nic.
x
– ...matkę Logana udało mi się przekonać, ale ta krowa, Mal, nie zmieniła zdania... – relacjonowała rozzłoszczona Heloiza z łazienki Aurigi, ściągając przez głowę śmierdzącą jeziorną wodą sukienkę.
– Zrobiłaś wszystko, co mogłaś! – odkrzyknęła Auriga przez drzwi.
– Wiem, ale i tak jestem wściekła! Czy oni naprawdę sądzą, że tak jest lepiej?
– Nie wiem, ale pospiesz się, bo zaraz się spóźnimy.
Vector założyła czystą sukienkę, dostarczoną z jej komnat przez skrzata i poprawiła włosy.
Cholerny Irytek nie mógł wybrać gorszej chwili, żeby na nią napaść! Zebranie miało rozpocząć się za kwadrans, w ciągu którego Liza nie zdążyłaby nawet zajść do swoich kwater, które nieszczęśliwie znajdowały się piętro wyżej w zupełnie innej części zamku. Czarownica musiała się więc zadowolić błyskawiczną toaletą u przyjaciółki, mieszkającej tuż obok miejsca wypadku. Dzięki wodzie, szamponowi i odrobinie magii wyglądała zaledwie w porządku, ale to musiało wystarczyć, bo naprawdę wolała nie narażać się dziś Minerwie, tym bardziej, że w ostatnim czasie i tak bywała na zebraniach kadry sporadycznie.
Rzuciwszy ostatnie zbolałe spojrzenie w lustro, wyszła do pokoju.
– To niesprawiedliwe. Przez takie nadopiekuńcze idiotki w końcu nie będziemy miały kogo uczyć – oznajmiła.
Auriga wzruszyła ramionami, podnosząc się z kanapy.
– Nie dręcz się tym. Nic nie poradzisz na to, że oni są tak głupi.
Vector skinęła głową, przyznając jej rację.
– A co z Boydem? – zapytała. – Fenimore kontaktował się z tobą w sprawie Mulcibera?
– Nie, wciąż wiem tylko tyle, co napisali w Proroku.
Liza skinęła głową, obserwując przyjaciółkę uważnie. Śmierciożerca po przyspieszonym postępowaniu został zesłany do Azkabanu, proces miał się rozpocząć za kilka tygodni, by dać aurorom czas na zebranie do kupy wszystkich dowodów. Fenimore pewnie nie zażyczy sobie, by Auriga brała w tym udział. Z nie do końca zrozumiałych dla Lizy względów, inspektorowi zależało na oszczędzaniu Sinistrze przykrych doświadczeń prawie tak mocno jak jej. Jednak czarownica przypuszczała, że nie obędzie się bez kolejnej wizyty w Ministerstwie, choćby w charakterze świadka zajścia z Boydem. I tak dobrze, że dziennikarzy na tyle zaabsorbowała afera z Jancorem, że wypadek w Ministerstwie przeszedł bez echa, a co za tym idzie udział nauczycielki astronomii w całej tej sprawie także.
Auriga potrząsnęła głową, jakby chciała zrzucić z siebie badawczy wzrok przyjaciółki.
– Przynajmniej ty daj mi spokój ze współczującymi minami, Lizzie – poprosiła. – Nic mi nie jest.
Heloiza nie uwierzyła, ale nie zamierzała się sprzeczać.
– Chodźmy już – rzuciła. – Powinnam mieć w pokoju suchą paczkę papierosów...
Sinistra uśmiechnęła się i obrzuciła ironicznym spojrzeniem jej potargane włosy i niezadowoloną minę.
– Trzeba było uważać, wiesz, że Irytek zawsze jest bardziej nieznośny przed rozpoczęciem roku.
– Ciężko zauważyć, że leci za tobą niewidzialny pomyleniec, wiesz? – odparła Liza kwaśno. – Szczególnie, że się spieszyłam.
Auriga uśmiechnęła się tylko.
– A jak ci się podoba pan Gustaw? – zagadnęła.
– Wcale – stwierdziła Vector krótko.
Przekomarzały się przez całą drogę do pokoju nauczycielskiego. Przed drzwiami było już tłoczno, pozostali pracownicy szkoły gadali jeden przez drugiego, witając tych, którzy dopiero przyjechali i wymieniając najświeższe plotki. Liza i Auriga przywitały się z panią Pince i profesor Sprout i przepchnęły się dalej. Vector zaraz zaanektowała sobie okno i niedbałym Accio przywołała z szafki paczkę papierosów i popielniczkę, a Auriga przysiadła na oparciu swojego fotela. W milczeniu rozglądały się, przyglądając współpracownikom.
Urlop dobrze zrobił Pomonie i Irmie, obie były opalone i wyglądały na wypoczęte, przez co jeszcze bardziej rzucało się w oczy, że stojąca obok nich Poppy ostatnio wyszczuplała i nie sypiała zbyt dobrze. Hagrid, który ledwie wcisnął się przez drzwi, miał obandażowane palce – ciekawe, czy jego nowe zwierzątko już się wykluło? – i pielęgniarka obrzuciła go pełnym nagany spojrzeniem. Zaraz za nim weszła Minerwa, lewitując przed sobą stos papierów – pewnie planów zajęć i dyżurów. Zrzuciła je na swój fotel i ruszyła w stronę Vector i Sinistry. Lizie nie po raz pierwszy przyszło na myśl, że czarownica wyglądała na zmęczoną. Cóż – w tych czasach bycie dyrektorem nie należało do zadań łatwych i przyjemnych.
– I jak? – zapytała krótko. Vector streściła jej swoją dzisiejszą wyprawę. Mówiła spokojniej, większość bezproduktywnej złości już z niej uleciała, pozostawiając irytujące uczucie zawodu.
McGonagall skinęła głową.
– Trudno – stwierdziła spokojnie, choć Lizie zdawało się, że w jej głosie również pobrzmiewa coś na kształt rozczarowania pomieszanego ze smutną zgodą na taki stan rzeczy.
Kolejny remis. O ile przyjemniejsze byłoby w końcu jakieś zwycięstwo.
x
Pokój nauczycielski pełen był nauczycieli i reszty pracowników. Jedni już rozsiedli się w swoich fotelach, inni dopiero do nich zdążali, niosąc zdobyczne szklanki mrożonej kawy bądź miętowej herbaty, rozdawane przez jakiegoś skrzata przy kredensie, gdzie – jak usłużnie poinformowała Gustawa poznana chwilę temu Rolanda Hooch – umieszczony był ekspres do kawy i cała reszta utensyliów, potrzebnych do przygotowania boskiego napoju, który nierzadko był jedyną rzeczą, utrzymującą hogwarcką kadrę przy życiu i pozwalającą zachować przytomność na lekcjach.
Świeżo upieczony nauczyciel mugoloznawstwa obserwował współpracowników z kąta przy kominku, w którym schował się przed uprzejmym, acz natarczywymi nagabywaniami nowych kolegów. Konkretniej koleżanek, konkretniej jednej już wspomnianej, która obecnie na szczęście przerzuciła swe zainteresowania na dwie kobiety, które przybyły właśnie via kominek. Jedna przypominała trochę sępa, a pod pachą trzymała opasłą książkę, druga miała miłą pomarszczoną twarz i kapelusz przyozdobiony jakimiś pędami. Ucałowały się serdecznie i zaraz pogrążyły w ożywionej rozmowie. Po chwili do tego sabatu dołączyła jeszcze czwarta uczestniczka, wysoka, jasnowłosa kobieta z ciasno związanymi włosami.
Czarownica, przed którą Zieleziński zbłaźnił się przed kilkunastoma minutami, stała przy otwartym oknie, oparta niedbale o parapet. Paliła papierosa i rozmawiała z Aurigą Sinistrą i dyrektor McGonagall. Nie miała już na sobie – owa nieznajoma – przemoczonej sukienki, zmieniła ją na inną, beżową, zapinaną na przodzie na dwa rzędy guzików, z brązowym paskiem, za który zatknęła swoją różdżkę. Włosy miała rozwiane i nieco potargane, minę niezbyt zadowoloną.
– Kontempluje pan naszą Lizę?
– Słucham?
Zdziwiony Gustaw przeniósł wzrok z okna na stojącą przed nim młodziutką i uśmiechniętą dziewczynę.
– Ach, nie. Zamyśliłem się – odparł nie do końca zgodnie z prawdą.
– Ładna, ale jędza, jakich mało – ciągnęła nieznajoma, patrząc na niego filuternie.
Była niska, pulchna i opalona, miała ładną, okrągłą twarz, otoczoną chmarą jasnych włosów. Ubrana była w wytarte jeansy z kilkoma podłużnymi dziurami na kolanach, wściekle żółty podkoszulek i czerwone Conversy, przez co wyglądała bardziej na niesforną uczennicę, niż nauczycielkę.
– Jestem Hailey. Hailey Simms – przedstawiła się, wyciągając rękę. – Będę tu uczyć transmutacji.
– Gustaw Zieleziński... – zaczął Gustaw.
– Tak, domyśliłam się – przerwała mu. – I niech mnie pan wcale nie słucha – dodała.
Zdziwienie musiało odbić się na jego twarzy.
– Co do Lizzie, rzecz jasna. Nie znam jej za dobrze, nigdy nie chodziłam na jej zajęcia, a tak w ogóle jestem tu dopiero od tygodnia. Niech starczy, że jest ładna, zgodzi się pan?
Gustaw nie wiedział, czy powinien przytaknąć, że jest ładna, czy raczej zaprzeczyć, że sama uroda nie wystarcza. Widząc jego zakłopotanie, Hailey uśmiechnęła się znowu, ukazując rząd drobnych zębów.
– Naprawdę proszę nie zwracać na mnie uwagi – powiedziała. – Widzi pan tę wiedźmę? – Brodą wskazała na wysuszoną damę w kwiecie wieku, która ze swego eleganckiego, obitego bordowym pluszem fotela łypała ponuro na towarzystwo.
– To Eskarne Powell. Panna, niech pan pamięta i się jej nie naraża – szepnęła konspiracyjnie dziewczyna. – Twierdzi, że jestem nieznośną wariatką. Pomyślałby pan?
Panna Powell, jakby wyczuwała, że o niej mówią, zwróciła na nich swą pomarszczoną twarz i przeszyła świdrującym, karcącym spojrzeniem. W odpowiedzi profesor Simms uraczyła ją promiennym uśmiechem, a Gustaw uprzejmie skinął głową, ale czarownica tylko zacisnęła usta i odwróciła wzrok.
– Stara krowa – mruknęła Hailey, pokazując jej za plecami język.
Zieleziński nie zdążył nic na to odpowiedzieć, bo zebranie najwyraźniej miało się rozpocząć. Do pokoju weszła przygarbiona, ciemnoskóra staruszka, prowadzona pod ramię przez grubego, wąsatego mężczyznę, który troskliwie usadził ją w fotelu, a potem sam usiadł z głośnym sapnięciem. Zamknięto za nimi drzwi i reszta również zaczęła zajmować miejsca. Hailey pożegnała Gustawa klepnięciem w ramię i odeszła, by zwinąć się w owalnym, przypominającym jajko fotelu, i tylko Liza pozostała przy oknie, leniwie ćmiąc papierosa.
Minerwa potoczyła wzrokiem po zebranych, jakby sprawdzając, czy nikogo nie brakuje.
– Witam wszystkich – zaczęła.
– Dzień dobry, Minnie – odezwała się uprzejmie, choć nieco nieprzytomnie staruszka. – Blado wyglądasz, coś cię boli? Powinnaś poprosić Severusa o jakiś eliksir. To taki zdolny chłopiec, na pewno ci pomoże...
Jeśli przed tym stwierdzeniem jeszcze ktoś rozmawiał, to po nim nastąpiła kompletna cisza. Gustaw dyskretnie potoczył wzrokiem po twarzach współpracowników – prawie wszystkie miały podobny zmieszany wyraz. Staruszka również uniosła się i rozejrzała, mrużąc krótkowzroczne oczy.
– Jeszcze go nie ma? – zdziwiła się. – Nie poczekamy?
– Severusa dziś nie będzie, Batshebo – odparła Minerwa łagodnie.
– A Albus? – W jej głosie zabrzmiała surowa nuta. – Znowu mają jakieś kłopoty?
– Nie, Batshebo, wszystko jest w porządku. Zaczniemy już, dobrze?
Batsheba skinęła głową i zapadła się w oparcie, gdzie wkrótce pogrążyła się w drzemce.
Przez przytłaczającą ciszę przedarł się nieprzyjemny głos panny – Zieleziński nie potrafił teraz myśleć o niej inaczej – Powell:
– Im prędzej zaczniemy, tym prędzej skończymy, a jestem pewna, że każdy ma tysiąc ciekawszych zajęć niż siedzenie tutaj. – Kobieta skrzywiła się, jakby była szalenie zdegustowana faktem, że zmuszona jest marnować swój czas na coś tak prozaicznego jak zebranie kadry.
Ponura atmosfera ustąpiła atmosferze irytacji i wszystkie spojrzenia, dotąd wbite w podłogę, ścianę czy okno, zwróciły się na nauczycielkę.
– Dziękuję ci za tę cenną uwagę, Eskarne, ale jakbyś dotąd nie zauważyła, zebrania kadry są obowiązkowe, a żadne z nas nie jest tutaj, żeby sobie poplotkować – odparła Minerwa, tonem tak ostrym, że Sybilla Trelawney, dla której zwykle był on przeznaczony, aż skuliła się w swoim fotelu.
Na Powell nie zrobiło to żadnego wrażenia.
– Nie musisz być nieuprzejma, moja panno – zaskrzeczała tylko. – Wyświadczam ci wielką przysługę, będąc tu.
Nawet Gustaw, niewtajemniczony w nauczycielskie konwenanse, nie mógł nie zauważyć, jaki wywołało to efekt. Reszta kadry prawie wstrzymała oddechy. McGonagall poczerwieniała lekko, ale szybko się opanowała.
– Przejdźmy wreszcie do rzeczy – warknęła. – Pragnę wszystkim przedstawić nowego nauczyciela mugoloznawstwa, pana Gustawa... Pana Gustawa. No, niech pan już usiądzie...
Zieleziński skłonił się uprzejmie, po czym szybko rozejrzał się w poszukiwaniu wolnego miejsca. Dostrzegł pusty fotel obok profesor Sinistry i zajął go pospiesznie. Auriga najpierw spojrzała na niego... dziwnie, musiał przyznać, zaraz jednak uśmiechnęła się przyjaźnie.
– Testrale gotowe, sorko – zaczął mówić gajowy Hagrid, więc oboje odwrócili się w jego stronę. – Powozy wyszorowane na glanc, łódki sprawne, jesteśmy gotowi. Przyprowadzić pirszorocznych, jak zwykle?
– Tak, Rubeusie. Potem przejmie ich Filius. Ja przyniosę Tiarę Przydziału. Rozmawiałam z nią już, zgodziła się przydzielić uczniów, ale nie będzie śpiewać.
– Dlaczego? – wyrwało się komuś.
– Fanaberia jakaś – orzekła panna Powell, ale umilkła obrażona, widząc skierowane na siebie nieprzychylne spojrzenia.
– Bo tak – odpowiedziała twardo dyrektorka. – Nie chce, to nie, nie mogę jej zmusić. Po uczcie opiekunowie domów zaprowadzą uczniów do pokojów wspólnych i przedstawią im nowy plan zamku oraz szczegółową listę miejsc zakazanych wraz z obrazowym wyjaśnieniem kary, jaka zostanie zastosowana w razie nieposłuszeństwa... Tak, Eskarne? – wycedziła na końcu, nie potrafiąc dłużej ignorować nauczycielki.
– Kto zajmie się Gryfonami, Minerwo?
– Zdawało mi się, że już to ustaliliśmy.
Temperatura w pokoju wyraźnie się obniżyła.
– Nadal nie sądzę, by ona – tu panna Powell wycelowała kościsty palec w Lizę – była odpowiednią osobą.
Czarownica zmrużyła z irytacją oczy, nie zdążyła się jednak odezwać.
– Wystarczy, że ja tak sądzę. – Chłód w głosie dyrektorki wystarczyłby, by zapewnić długie i szczęśliwe życie kilkunastu pingwinom. – Liza jest nową opiekunką Gryffindoru i to decyzja nieodwołalna.
Panna Powell wyglądała na wściekłą, podobnie jak Liza. McGonagall zignorowała je obie i ciągnęła dalej:
– Jutro rano trzeba będzie pomóc skrzatom przygotować Wielką Salę. Pomono, Filiusie, zajmiecie się tym?
Maleńki, łysiejący czarodziej i czarownica w ozdobionym zielskiem kapeluszu spojrzeli po sobie i potaknęli.
– Poppy, Horacy, skończyliście już z eliksirami?
– Tak, w zeszłym tygodniu, Minnie – zapewnił łagodnie otyły czarodziej, podkręcając wąsa.
– No to macie wolne, chyba że pomożecie z Wielką Salą. Irmo, jak biblioteka?
– Dziś dostanę nowe książki, przydałby się ktoś, kto pomógł by mi przy sortowaniu.
– Sybilla?
Podobna do sępa bibliotekarka zmarszczyła brwi.
– Mam własne zajęcia – zaprotestowała słabo owinięta połyskliwymi szalami czarownica, od której lekko zalatywało jarzębiakiem.
– Ja pomogę – odezwała się Hailey wesoło. – Ona niech zajmie się trzeźwieniem.
Dyrektorka skrzywiła się lekko, ale skinęła głową.
– Wieża Astronomiczna zabezpieczona, Aurigo?
– Mysz się nie wśliźnie.
– Co z lochami, Horacy?
– Myszy może się znajdą, ale uczeń nie przejdzie...
x
Za betę jak zwykle serdecznie dziękuję Panterze.
Dziękuję też za – wszystkie dwa! – komentarze pod ostatnim rozdziałem ;)
