Rozdział został zbetowany przez Panterę – dziękuję :)
wrzesień
Kochani!
No i jestem. W brytyjskiej Szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwart!
Dobra, dobra, już widzę, jak uśmiechacie się z politowaniem, pochylając we dwójkę nad tym kawałkiem papieru. Ale wierzcie lub nie – ja sam jeszcze nie do końca wierzę – dostałem pracę w Hogwarcie i od jutra będę nauczał tu mugoloznawstwa. Wczoraj podpisałem umowę na jeden semestr z dyrektorką szkoły, Minerwą McGonagall. Pani profesor raczej nie zapałała do mnie wielką sympatią, tym bardziej dziwi mnie to, że nie siedzę właśnie w jakimś wynajętym pokoiku w Londynie, a tu, w moim własnym gabinecie, przy wielkim, dębowym biurku, które stoi tuż pod oknem, tak, że wystarczy tylko się odwrócić, by zobaczyć rozległe hogwarckie łąki i las – ponoć zakazany – w oddali... Biurko ma szałwiowe obicie. Na nim stoi elegancka lampka z zielonym kloszem, czarny kałamarz (jaka szkoda, że nie mam pióra!) oraz cały stos papierzysk, które moja szanowna przełożona przesłała mi dziś rano z adnotacją, że mam się z nimi jak najszybciej zapoznać. Rzecz jasna, na razie papiery leżą odłogiem, tak jak i śniadanie, którego z nerwów i podekscytowania nie mogę tknąć. Czekam teraz na profesora Flitwicka, który obiecał pokazać mi salę, w której mam uczyć, i pomóc mi się tam urządzić. Mam nadzieję, że nie zajmie mi to całego dnia, bo przed wieczorną ucztą powitalną, która zgodnie z tradycją rozpoczyna tu rok szkolny, chciałbym jeszcze obejrzeć zamek. Kiepsko by było, gdybym gubił się w nim jak jakiś pierwszak...
Szczerze mówiąc, jestem przerażony. Bądź co bądź, trochę czasu minęło i nie wiem, jak sobie dam teraz z tym wszystkim radę. Staram się być dobrej myśli, a Wy trzymajcie za mnie kciuki, nawet jeśli sądzicie, że zwariowałem – cóż, to całkiem prawdopodobne.
I możecie teraz powiedzieć drogiej Zosi (która pewnie w tej chwili wciąż się zamartwia, ale kiedy dostaniecie ten list, będzie już świetnie się bawić w Akademii, zapomniawszy o wszelkich wątpliwościach...), no więc możecie jej powiedzieć, że jej nowi nauczyciele pewnie denerwują się tak samo jak ona. Może nieco pocieszy ją fakt, że ja też będę się w tym roku męczył nad zadaniami domowymi i...
Gustaw przerwał pisanie, słysząc pukanie do drzwi.
Ktoś puka. Pewnie ów zapowiedziany profesor Flitwick. Poznałem go wczoraj na zebraniu kadry – jest bardzo niski i najwyraźniej uważa, że skoro mieszkałem we Francji, to świetnie znam francuski, co niestety nie jest prawdą – poza tym jednak jest całkiem miły. W ogóle wszyscy tutaj...
Może lepiej pójdę otworzyć?
Filius zapukał jeszcze raz, po czym spojrzał pytająco na Hailey. Dziewczyna tylko wzruszyła ramionami.
– Może gdzieś wyszedł? – wyraziła przypuszczenie. – Wygląda na takiego, co to długo nie usiedzi w jednym miejscu.
– Ale sam? – zmartwił się Flitwick. – Minnie prosiła go, by nie włóczył się nigdzie samotnie... Och, no wreszcie!
– Przepraszam, byłem zajęty – powiedział Gustaw, wychodząc na korytarz i zamykając za sobą drzwi. Uśmiechnął się przepraszająco do Hailey, której obecność chyba nieco go zaskoczyła.
– Nie szkodzi, nie szkodzi – mruknął szybko Filius. – No, to możemy już iść? Sala dość długo nie była używana i z pewnością trzeba będzie trochę ją ogarnąć. Panna Simms nam pomoże.
– Świetnie – stwierdził Gustaw i w trójkę ruszyli korytarzem.
Cisza, jak zwykle w towarzystwie Hailey, nie trwała długo.
– Jak się panu podobają komnaty? – zainteresowała się przyjaźnie dziewczyna, ledwie zaczęli iść.
– Cudownie, nie ma porównania z pokojem, który wynajmowałem w Londynie.
– W Dziurawym Kotle mają całkiem wygodnie – zdziwiła się.
– Będę pamiętał następnym razem – obiecał.
– Profesor Gustaw pewnie zatrzymał się w mugolskiej części miasta – wyjaśnił Flitwick zdumionej dziewczynie.
Oczy Hailey rozbłysły ciekawością, ale zanim zdołała zasypać kolegę gradem pytań, Filius zatrzymał się przed podniszczonymi, dębowymi drzwiami i podał jej mały, zaśniedziały klucz.
– Pan jej wybaczy pustą ciekawość – szepnął do Gustawa, kiedy zajęła się walką z zamkiem. – I proszę nie dać się zamęczyć – poradził życzliwie.
Klucz przekręcił się ze zgrzytem i drzwi ustąpiły. Zadowolona z siebie Hailey pchnęła je ramieniem i śmiało przestąpiła próg. Zbudzony ruchem kurz wzbił się w powietrze i zawirował w jasnych smugach słońca, wpadających przez dwa duże okna.
Sala była niewielka i zaniedbana, rzędy pustych, odrapanych ławek i oblepione siateczkami pajęczyn krzesła sprawiały, że wydawała się martwa. Dziewczyna skrzywiła się lekko, a potem wyciągnęła z kieszeni spodni różdżkę i machnęła nią kilka razy, otwierając szeroko okna.
– Trochę się ogarnie i będzie cacy – stwierdziła, machając rękami, jakby chciała w ten sposób wygonić cały kurz na zewnątrz.
Gustaw w kilku długich krokach przemierzył salę, rozglądając się uważnie.
– I co pan myśli? – zapytał Flitwick.
Zieleziński zastanawiał się przez chwilę.
– Przestawiłbym te ławki... Katedrę przesunął dalej, nie będzie mi potrzebna... A to... – Spojrzał ze zdziwieniem na stojącą w kącie pomieszczenia obszarpaną, wypchaną pakułami kukłę na kiju. – Co to w ogóle jest?
– Worek treningowy – burknęła Hailey z niesmakiem. – Pewnie ta wariatka, Carrow, go przytargała.
– Alecto Carrow nie miała tu zajęć – zaprzeczył Filius.
– Więc kto?
– Zdaje mi się, że któraś z nauczycielek ją tu przyniosła, może Liza... Zresztą, to nieważne...
Hailey najwyraźniej tak nie uważała. Jednak na jej pytające spojrzenie Flitwick odpowiedział jedynie wzruszeniem ramion.
– Bierzmy się lepiej do roboty, bo nas tu noc zastanie. No, niech się pan nie krępuje. Te ławki gdzie?
Gustaw odwrócił się od kukły i rozłożył ręce, jakby chciał objąć środek klasy.
– Tu. W taką podkowę, żeby na środku było miejsce...
– Będzie praktyka? – ucieszył się Filius, zupełnie, jakby to on, a nie uczniowie, miał brać udział w lekcji. – Świetnie! W schowku powinno być radio, Auriga schowała je, kiedyśmy się dowiedzieli, że Carrowowie będą tu uczyć. Ach, pan pozwoli...! Hailey, pomóż nam.
Czarodziej wyciągnął z kieszeni różdżkę i zatoczył nią koło nad swą głową, szepcąc pod nosem zaklęcia, co sprawiło, że stoliki natychmiast poderwały się i same zaczęły ustawiać w półokrąg. Ławka, którą Gustaw zaczął przesuwać, zatrzepotała pod jego dłońmi, więc puścił ją i odsunął się trochę, żeby nie przeszkadzać szalonemu zamieszaniu. Hailey wskoczyła na jedno z krzeseł i stamtąd zawzięcie wymachiwała różdżką, raz po raz krzycząc: „Chłoszczyść!" Blaty pokryły się pianą, w powietrzu zatańczyły mydlane bańki. Krzesła zatupotały niecierpliwie i skacząc jak źrebaki zaczęły ustawiać się za ławkami. Hailey pisnęła cicho, zamachała gwałtownie rękoma – co sprawiło, że pianą pokryła się również część sufitu, wraz z jednym bardzo brudnym kandelabrem – i niezdarnie zeskoczyła na ziemię. Gustaw przytrzymał ją, żeby nie upadła, a ona roześmiała się wariacko, chwiejnie stając na nogi.
– Uważaj, moja droga! Evanesco! – zawołał Filius, anihilując wokół siebie pianę, która zaczęła wymykać się spod kontroli. Dziewczyna pochwyciła pomysł i zaczęła krążyć po pomieszczeniu, czarując zawzięcie. Gustaw pootwierał resztę okien – nic więcej nie mógł zrobić.
Po kilku minutach po pianie nie został żaden ślad, tylko w powietrzu unosił się przyjemny zapach środka czyszczącego i róż. Filius dumnym wzrokiem potoczył po sali – zatrzymując tylko na moment łagodne, karcące spojrzenie na Hailey – a potem zabrał się za przetrząsanie schowka.
Hailey wysuszyła się zaklęciem i podeszła do Gustawa.
– Mogę? – Wskazała na jego przesiąknięte wodą ubranie. Nie czekając na odpowiedź, stuknęła go w głowę różdżką. – Jak to jest... No wie pan...
Zieleziński wzruszył ramionami.
– Normalnie.
– Panie Gustawie! – Filius wychylił się ze schowka. – Mamy tu mnóstwo rzeczy Charity. Auriga i Liza wszystko zaczarowały, żeby Carrow przypadkiem się do nich nie dorwała. Może teraz panu coś się przyda...
Gustaw podszedł do niego i zajrzał do ciasnego pomieszczenia, z góry na dół wypełnionego szafkami. W jednej, ciągnącej się prawie na całą ścianę, przez otwarte drzwi widać było starannie poukładane modele samochodów, samolotów i statków, podniszczone tostery, mikrofalówki, suszarki do włosów, a nawet jakiś stary model telewizora.
Zaciekawiona Hailey zajrzała mu przez ramię.
– Rolling Stones – odczytała z grzbietu jednej z płyt kompaktowych, ułożonych w długim rzędzie. – The Doors, Led Zeppelin, Guns N'Roses... Co to?
– Muzyka.
– Proszę ze mnie nie żartować! – obruszyła się.
– Mówię zupełnie poważnie.
– Na takich... płytkach?
Gustaw przytaknął.
– Yhym. Kiedyś pani pokażę... – obiecał. – Możemy tu trochę ogarnąć, profesorze? I schowajmy tu tę kukłę, myślę, że może mi się jeszcze przydać.
x
W miarę upływu dnia, Gustaw denerwował się coraz bardziej. Popołudnie było jeszcze do zniesienia. Kiedy już skończył porządkować klasę, zjadł obiad z resztą grona, a potem pomagał, a raczej razem z Hailey przyglądał się Filiusowi, Auridze i Pomonie, którzy w Wielkiej Sali nadzorowali nakrywanie pięciu długich stołów i magicznie rozwieszali w powietrzu świece. To było fascynujące: znajdować się w tym miejscu i patrzeć na całą tę magię i wreszcie znów czuć przyjemne odurzenie, jakie powodowała...
Teraz, kiedy wszystkie przygotowania zostały ukończone, pojawiły się wątpliwości. Spacerując po korytarzu i na każdym kroku potykając się o skraj swej przepisowej, absurdalnie długiej czarodziejskiej szaty, w którą zaopatrzył się zaraz po przyjeździe do Londynu, Zieleziński czuł się trochę – a nawet trochę bardziej – nie na miejscu.
Do rozpoczęcia uczty zostało jeszcze sporo czasu, a w Wielkiej Sali na razie nie było nikogo – widać jedynie on z nerwów przyszedł za wcześnie. Przez chwilę zastanawiał się, czy wejść już do środka, ale dobrze wiedział, że długo nie usiedziałby przy pustym stole. Dreptanie w tę i we w tę pod ostrzałem ciekawskich spojrzeń, rzucanych niedyskretnie z wiszących na ścianach portretów, powoli zaczynało go nużyć. W końcu po kilku kolejnych dłużących się minutach, chcąc nieco ochłonąć, a także zabić czymś czas i niepokój, Gustaw postanowił wyjść na dziedziniec, by stamtąd wypatrywać uczniów. Okazało się, że nie on jeden wpadł na ten pomysł.
Liza stała przy przekwitłym krzaku rododendronu, w plamie światła rzucanego przez jedno z wysokich, strzelistych okien. Przygarbiona, z pochyloną głową czytała jakiś list. Jego treść najwyraźniej nie była przyjemna, bo w pewnej chwili czarownica wyszarpnęła z kieszeni różdżkę i podpaliła nią trzymany w dwóch palcach pergamin. Z jakąś złośliwą satysfakcją obserwowała, jak papier kurczy się i czernieje, a kiedy płomień sięgnął jej ręki, upuściła go na ziemię i zgasiła obcasem.
– Odpowiedzi nie będzie – oznajmiła sowie, która przycupnąwszy na gałęzi, czekała na list zwrotny.
Ptak zerwał się do lotu, a Liza nagle odwróciła w stronę drzwi, jakby poczuła, że ktoś ją obserwuje.
Gustaw szybko puścił wrota, które zamknęły się z głośnym trzaskiem. Miał szczerą nadzieję, że wyglądało to, jakby właśnie wyszedł, a nie stał w progu i przyglądał się kobiecie od dobrej chwili.
– Dobry wieczór, pani profesor – powiedział, uśmiechając się przyjaźnie.
– A, to pan – mruknęła w odpowiedzi, raczej bez entuzjazmu. Wyprostowała się dumnie, wygładziła rękawy eleganckiej czarnej szaty wyjściowej i znów spojrzała gdzieś w mrok, w którym ginęła reszta dziedzińca. Gustaw ostrożnie zszedł ze schodów i podszedł do niej. Kobieta wyciągnęła z kieszeni srebrną papierośnicę, wyjęła papierosa, zapaliła go różdżką i zaciągnęła się mocno, jakby gniewnie. Potem, najwyraźniej przypominając sobie o zasadach dobrego wychowania, wyciągnęła rękę z papierośnicą do niego.
– Pali pan?
Pokręcił głową, a ona wróciła do wypatrywania czegoś w ciemnościach.
– Zaraz powinni być, prawda? – zapytał Gustaw, machając dłonią w bliżej nieokreślonym kierunku.
Czarownica skinęła głową.
– Hagrid już po nich wyszedł – odparła nieuważnie.
– Denerwuje się pani?
Liza wreszcie zerknęła na niego, unosząc ironicznie brwi. Gustaw uśmiechnął się.
– No tak, pani jest pewnie przyzwyczajona – zgodził się. – Ale mnie, muszę przyznać, zżerają nerwy.
– Ach tak – mruknęła bez większego zainteresowania i powoli wydmuchała strużkę srebrnego dymu.
Zieleziński milczał przez chwilę, przyglądając się, jak pali.
– Wie pani – odezwał się nagle – że nawet nie wiem, jak ma pani na nazwisko?
– Vector – poinformowała go sucho. – Przedstawiałam się.
– Nie, na pewno bym zapamiętał! – zaprzeczył żywo. – Liza Vector... – powtórzył z namysłem. – Czy Liza to zdrobnienie od Elizabeth?
Kobieta zmarszczyła brwi.
– Od Heloizy, jestem pewna, że wczoraj mówiłam...
Gustaw z uśmiechem pokręcił głową.
– Oryginalnie, pasuje do pani.
Liza uśmiechnęła się kpiąco i skinieniem głowy podziękowała za komplement.
– I uczy pani numerologii? – kontynuował swój wywiad Gustaw. – Zawsze uważałem, że to ciekawe... – ciągnął, kiedy przytaknęła lakonicznie. – Wie pani, że mugole uważają to za pseudonaukę? A przecież to prawie jak matematyka, prawda? Czarodzieje tylko wychodzą o krok dalej, dodając szczyptę magii. Poza tym to to samo...
Vector zmrużyła oczy.
– Tak przypuszczam – zgodziła się uprzejmie, gasząc papierosa. – Powinnam już iść, Hagrid z uczniami zaraz tu będą – dodała szybko, zanim znów się odezwał. – Panu też radziłabym wracać do Wielkiej Sali, zanim zrobi się tłoczno.
x
W tych wieczorach zawsze było coś magicznego. A raczej magiczniejszego, jak należałoby powiedzieć, może nie do końca poprawnie. Cały zamek odżywał, ożywał, budził się z wakacyjnego letargu w jaki zapadał po wyjeździe uczniów. Postacie z portretów tłoczyły się na obrazach na parterze, a duchy porzucały swoje kryjówki. Nawet Sybilla Trelawney, która zwykle zaraz po zakończeniu roku zamykała się w swojej wieży, niczym bajkowa księżniczka, zmuszona przez Minerwę opuściła swoją samotnię, by zejść na dół. Kto żyw – i nie żyw też, jeśli tylko był zdolny do poruszania się – ciągnął w pobliże Wielkiej Sali, by chociaż rzucić okiem na nią i uczniów.
Auriga zwolniła, przepuszczając przed drzwiami pogrążonych w rozmowie Pomonę i Horacego.
Odmachała znajomym postaciom, które kiwały do niej z obrazu przedstawiającego dość zatłoczoną łączkę. Potem odetchnęła głęboko, uśmiechnęła się do siebie i weszła do środka, próbując zrozumieć dziwne uczucie, jakie ją ogarnęło.
Bywała tu niemal codziennie przez ostatnie dziesięć lat, a wcześniej jeszcze przez siedem jako uczennica; jadała tu posiłki, uczyła się, czytała, rozmawiała z przyjaciółmi, tańczyła, prowadziła zajęcia, zdarzyło jej się nawet spać... A także walczyć. Może właśnie z tego powodu uczucie było inne niż zwykle, kiedy pierwszego dnia września przekraczała próg Wielkiej Sali w poprzednich latach?
Już prawie nie było widać zniszczeń. Blask tysiąca świec, wiszących w powietrzu ponad stołem prezydialnym i czterema stołami poszczególnych domów, odbijał się w świeżo wyfroterowanej podłodze i złotej zastawie, roziskrzał perłowobiałą ektoplazmę duchów. Nikt, kto by nie wiedział, nie pomyślałby nawet, że to tutaj w maju Harry Potter pokonał Voldemorta, kończąc jeśli nie całą wojnę, to przynajmniej najważniejszy jej rozdział.
Przygryzając lekko wargę, Auriga spojrzała w rozgwieżdżone niebo. W zeszłym roku na ucztę powitalną szła z trudnym do nazwania uczuciem, będącym pomieszaniem wściekłości, żalu, rozpaczy i strachu. Dwa lata temu była zirytowana i rozżalona, trzy – chyba niespokojna. Teraz wreszcie przepełniało ją coś w rodzaju optymizmu.
Z roztargnionym uśmiechem zajęła miejsce obok Gustawa, który w zamyśleniu bawił się widelcem, przysłuchując rozmowie siedzącej obok niego Hailey i Rolandy.
– Gotowy? – zagadnęła Sinistra.
– Och, to tylko dzieci, prawda? – westchnął mężczyzna, trochę tak, jakby próbował samego siebie przekonać. – A może pani też twierdzi, że dzisiejsza młodzież jest do gruntu zepsuta? – upewnił się szybko.
– Panna Powell? – zapytała Auriga ze zrozumieniem.
– Pani też się żaliła?
– A komu nie? – roześmiała się.
Rolanda odeszła od stołu i Hailey odwróciła się do nich.
– Musiała mocno dopiec dziś pani Minerwie, skoro dostała miejsce między Sybillą i profesor Babbling – wtrąciła nieco złośliwie. – Jak sądzisz, Aurigo?
Odchyliła się do tyłu na krześle i brodą wskazała na Trelawney, która owinięta szalami jak mumia, siedziała naburmuszona nad szklanką soku dyniowego. Obok niej profesor Powell z wymalowanym na twarzy wyrazem uprzejmego znudzenia słuchała jakiegoś niezwykle entuzjastycznego wywodu Batsheby.
Sinistra z trudem zachowała powagę.
– To nie było miłe, Hailey...
– Och, osobiście to ja przecież do żadnej z nich nic nie mam – zapewniła szybko dziewczyna.
Postawiła swoje krzesło na wszystkich czterech nogach i pochyliła się nad stołem.
– Ale nawet pan, Gustawie, musiał już zauważyć, że panna Powell szczerze gardzi nami wszystkimi. Nie zniży się, by odezwać się do Sybilli, z kolei do profesor Babbling musi czuć jakiś respekt z powodu wieku. Mamy więc prawie pewność, że nie popsuje uczty żadnym wyskokiem. Bo gdyby tak dostała miejsce obok Lizy...
Auriga skarciła ją wzrokiem, ale nie mogła ukryć rozbawienia. Nie mogła też się nie zgodzić.
– No, wiadomo, nie? – Hailey wzruszyła ramionami, po czym nagle zerwała się z miejsca. – Och, czy to nie pan Minister! – zawołała cicho, energicznie otrzepując szatę i poprawiając włosy. – Rolanda obiecała mnie przedstawić – wyjaśniła podekscytowana. – Idziesz ze mną, Aurigo?
– Znam Kingsleya.
Hailey tylko machnęła ręką i odbiegła, by poszukać pani Hooch.
– Trzpiot – mruknęła Sinistra, patrząc za nią pobłażliwie. Potem przeniosła wzrok na czarnoskórego czarodzieja w wytwornej śliwkowej szacie, który właśnie zmierzał do pustego krzesła, znajdującego się tuż obok miejsca dyrektora, prawie pośrodku stołu – tego krzesła, na którym zwykle zasiadał ktoś inny.
Shacklebolt pochwycił jej spojrzenie i skinął głową z uśmiechem. Auriga odpowiedziała tym samym.
– To starsze roczniki, tak? – zagadnął Gustaw, wskazując brodą na drzwi, przez które do sali zaczęli wsypywać się uczniowie.
– Yhym – odparła czarownica, odwracając się do niego pospiesznie. – Młodszych zaraz przyprowadzi Filius.
– A potem dacie tu ten kapelusz, który ich poprzydziela?
– Tak, Tiarę Przydziału…
Następny kwadrans spędziła na wyjaśnianiu Gustawowi specyfiki poszczególnych domów i odpowiadaniu na pytania, których nowy nauczyciel miał niezliczoną ilość.
Tymczasem uczniowie rozproszyli się po sali, zajmując miejsca, głośno witając się ze znajomymi i wymieniając się plotkami i wspomnieniami z wakacji, bo najwyraźniej nie wystarczył im na to cały dzień podróży pociągiem. Horacy i Pomona wstali, aby ich uciszyć i porozsadzać, ale zaraz sami zostali zasypani pytaniami i wciągnięci w rozmowy.
Jednak gdy w drzwiach stanęła dyrektor McGonagall, niosąc w ramionach stołek z jeszcze bardziej niż zwykle wyświechtaną Tiarą Przydziału, cały szum natychmiast ustał. Wszyscy natychmiast powracali za swoje stoły, a Minerwa uroczyście postawiła stołek na środku sali i odeszła, by usiąść obok Kingsleya. Za nią wkroczył dumny profesor Flitwick, prowadząc gromadę pierwszaków. Młodzież szeptała do siebie, wstając i wyciągając szyje, by lepiej widzieć nowych. Było ich znacznie więcej, niż zwykle, bo dołączyli do nich również ci, którzy z oczywistych względów nie mogli rozpocząć nauki w zeszłym roku. Wszyscy wyglądali na jednakowo przerażonych i z niepewnością pomieszaną z zachwytem rozglądali się dokoła, szczególnie podejrzliwie patrząc na Tiarę.
Prawie równocześnie z Flitwickiem zjawiła się Liza. W milczeniu wsunęła się za stół i usiadła obok Aurigi.
– Filius miał problemy z pierwszakami – wyjaśniła cicho, widząc jej pytające spojrzenie. – To chyba nie był najlepszy pomysł, żeby wprowadzał ich ktoś, kto jest niższy od niektórych z nich.
Sinistra przygryzła wargę, żeby się nie roześmiać.
– A ja myślałam, że Tiara spłonęła w czasie ostatniej bitwy – zauważyła szeptem Hailey, pochylając się w ich stronę.
– Udało nam się ją odnowić – odparła Liza. – Filius siedział nad tym całe lato. Zresztą, ona nie takie rzeczy już przeżywała...
– Naprawdę?
– Sza... – syknął Gustaw, bo właśnie za ostatnim pierwszakiem zamknęły się drzwi, a wszyscy uczniowie zamarli w oczekiwaniu. Nawet Liza spojrzała na Tiarę wyczekująco, jakby spodziewała się, że kapelusz zmienił zdanie i jednak zaśpiewa.
Ale on milczał, więc Filius spokojnie wyciągnął różdżkę i wskazał nią na swoje gardło, a potem rozwinął długi zwój pergaminu i odwrócił się do pierwszorocznych.
– Kiedy usłyszycie swoje nazwisko – powiedział głośno – podejdziecie tu i założycie na głowę Tiarę, która przydzieli was do odpowiedniego domu...
– A piosenka? – zdziwiła się półgłosem Hailey.
– Minerwa uprzedzała... – przypomniała Liza.
– Myślałam, że tak tylko mówi... Ale przydział będzie? Na pewno?
Sinistra wzruszyła ramionami. Co prawda Filius zrobił co w jego mocy, a sama Tiara obiecała, że wykona swój obowiązek, ale czy na pewno? Nawet Minerwa, sądząc po jej minie, miała wątpliwości.
– Bailey, Marius – odczytał piskliwie Flitwick, a drobny, jasnowłosy chłopiec wyszedł z tłumu i trzęsąc się, założył kapelusz i usiadł na stołku. Palce Lizy, zaciśnięte na szklance z sokiem, pobielały lekko. Usta McGonagall zacisnęły się w wąziutką kreskę. Cisza stawała się powoli nie do zniesienia.
I wreszcie jeden ze szwów rozdarł się. Tiara przemówiła:
– Slytherin!
Zdecydowanie jeszcze nigdy żaden przydział do Domu Węża nie był tak długo i entuzjastycznie oklaskiwany przez wszystkie domy, jak ten.
x
Uczta była wspaniała, jak zwykle. Na półmiskach piętrzyły się góry rumianych frytek i złocistych ziemniaków, talerze pełne były kotletów w chrupiącej panierce, brązowych udek z kurczaka, kawałków soczystej pieczeni w jedwabistym sosie. Z rąk do rąk przechodziły salaterki z surówkami i sałatkami; dzbany kompotu i soku dyniowego pustoszały w zadziwiającym tempie.
Minerwa nie mogła przełknąć ani kęsa, siedziała więc sztywno, popijając wino i surowym wzrokiem lustrując Wielką Salę. Uczniowie zajadali się ze smakiem, co wcale nie przeszkadzało im w prowadzeniu ożywionych rozmów. Wyglądali na zadowolonych.
Jak dotąd wszystko szło dobrze.
„No, może prócz braku piosenki Tiary Przydziału" – pomyślała natychmiast McGonagall. – „Ale to może nawet i lepiej? Bo czy naprawdę trzeba przypominać o różnicach dzielących poszczególne domy? Poza tym czy tylko Krukoni są inteligentni, Gryfoni odważni, Puchoni pracowici, a Ślizgoni sprytni? Może coś się zmieni, jeśli kolejnym pokoleniom przestanie się zaraz na wstępie wpajać taką segregację? Cóż, czas pokaże..."
Jak na razie nic się nie zawaliło, zaklęcia trzymały, nawet Irytek się nie pokazywał – choć w tym akurat wypadku mogło to zwiastować jedynie kłopoty.
Minerwa nie była optymistką. Sama twierdziła, że jest realistką, trzeźwo i racjonalnie patrzącą na świat – choć inni nazwaliby to raczej zwyczajnym pesymizmem. Rzecz w tym, że obejmując stanowisko dyrektorki Hogwartu – i to w takich czasach – McGonagall ani przez chwilę nie łudziła się, że będzie łatwo. Przez pewien czas miała poważne wątpliwości, czy szkoła jest gotowa na przyjęcie uczniów we wrześniu i czy nie powinna raczej odłożyć rozpoczęcia roku o kilka tygodni czy nawet miesięcy, by zdążyć doprowadzić wszystko do porządku. Czarownica dokładnie analizowała każde za i przeciw i niestety – tych drugich było zdecydowanie więcej. Ale w końcu stało się. I teraz Minerwa nie mogła zrobić nic więcej, jak tylko patrzeć na swoich rozgadanych podopiecznych i hamować narastający gdzieś w środku niepokój.
– Może ciasta, Minnie?
– Nie, dziękuję, Filiusie.
– Coś panią gryzie, Minerwo?
Kobieta spojrzała na Kingsleya i lekko pokręciła głową.
– To naprawdę wielki sukces. Muszę przyznać, że nie byłem pewien, czy się pani uda, ale teraz widzę, że nie doceniałem umiejętności pani i pani pracowników.
– To Gryfonka, King – powiedział Flitwick, nakładając sobie na talerz kolejny kawałek ociekającego malinowym sosem sernika. – A jak Gryfonka się uprze, to już nie ma rady. Ja tam od razu wiedziałem, że kiedy Minerwa zajmie się szkołą, to nie będziemy długo czekać na jej otwarcie dla uczniów.
McGonagall uśmiechnęła się wymuszenie. Flitwick chyba to zauważył.
– Daj spokój, moja droga. Nadal sądzisz, że to za wcześnie? – zdziwił się nauczyciel zaklęć.
– Cóż – stwierdziła sucho – remont nie jest zakończony, w niektórych partiach zamku wciąż jest niebezpiecznie, nie mówiąc już o tym, że bariery ochronne są tak słabe, że każdy, przeciętny nawet czarodziej, z łatwością mógłby je złamać...
Shacklebolt przeszył ją badawczym spojrzeniem.
– Proszę uwierzyć, że będzie dobrze – powiedział. – Na wszystko przyjdzie kolej i jestem pewien, że pod pani dyrekturą Hogwart stanie na nogi szybciej, niż ktokolwiek przewiduje. Poza tym, rzecz jasna, w każdej sytuacji może pani liczyć na całkowite poparcie i pomoc Ministerstwa.
Flitwick roześmiał się głośno.
– Zdajesz sobie oczywiście sprawę jak to brzmi?
Kingsley odpowiedział uśmiechem.
– Sądzę, że wszystkich ludzi pokroju Umbridge już się pozbyliśmy.
Uniósł swój kieliszek.
– Za owocną współpracę – zaproponował toast.
Minerwa skinęła głową i podniosła swój.
– Za Hogwart – dodał Filius.
– Za Hogwart!
x
