Za zbetowanie rozdziału serdecznie dziękuję Panterze.
Zza stołu prezydialnego Wielka Sala wyglądała zupełnie inaczej, niż kiedy się na nią patrzyło z szarego końca ławy Ravenclawu. Kiedy w zeszłym roku Auriga zaczynała pracę w Hogwarcie, długo nie mogła przyzwyczaić się do tego nowego punktu widzenia i czuła się bardzo nieswojo, siedząc wśród swoich dawnych profesorów i słuchając ich prywatnych rozmów, żartów i narzekań na uczniów. Jednak ponieważ do wszystkiego można przywyknąć, tak i do tego szybko przywykła. I szczerze mówiąc sama nie wiedziała, czy to dobrze.
– Zestresowana? – zagadnęła siedząca obok niej Heloiza.
Auriga spojrzała na nią i uśmiechnęła się ponuro.
– Trochę – przyznała niechętnie, nie dodając, że coraz bardziej zastanawia się, co właściwie tutaj robi.
Nigdy nie zamierzała wracać do Hogwartu, a już z pewnością nie w roli nauczycielki. Miała plany. Ambitne plany. Tylko co z tego, skoro dla ambitnej czarownicy po studiach astronomicznych – w dodatku skończonych na mugolskim uniwersytecie – nie było pracy w zawodzie? Kiedy w zeszłym roku zjawił się u niej Dumbledore ze swoją ofertą – jak dobry duch w najlepszym ku temu momencie – zdesperowana Sinistra nie wahała się długo. Z satysfakcją porzuciła dorywcze prace, bez żalu opuściła ponure wynajęte mieszkanie i mimo wszystkich wątpliwości i obaw, mimo tego nawet, że niespecjalnie lubiła dzieci, cieszyła się na myśl o nowym zajęciu – tymczasowym, rzecz jasna. Tymczasem minął jeden rok, a ona wciąż tutaj tkwiła.
Auriga westchnęła cicho.
– Będzie dobrze – pocieszyła ją Liza. – Pamiętasz: nie daj się przekrzyczeć i za nic w świecie nie rzucaj klątwami...
Sinistra przewróciła oczami.
– O, spójrz, kto idzie – zmieniła temat Vector. – Widziałaś klepsydry? Gryffindor na dzień dobry stracił dwadzieścia punktów, zdaje mi się, że wiem u kogo.
Auriga podążyła za jej wzrokiem i ujrzała zmierzającego w ich kierunku profesora Snape'a... A właściwie Severusa, gdyż nawet z nim Sinistra była już po imieniu.
Nie znała go zanim została nauczycielką, mgliście tylko pamiętała ze szkoły – chuderlawego, tłustowłosego chłopca, który zawsze nieco odstawał od reszty swojej ślizgońskiej paczki, notorycznie wysadzającego pracownię starego Slughorna, przez co większość jej lekcji na czwartym roku polegała na doprowadzaniu sali do stanu względnej używalności. Oczywiście później słyszała jakieś plotki. Gazety rozpisywały się o procesach, ale nastoletnia Auriga, zajęta własnymi sprawami, po stokroć ważniejszymi niż wojna, nie zwracała na nie większej uwagi. Może dlatego teraz nie miała wobec Snape'a żadnych uprzedzeń i, mimo że zdecydowanie nie zależało mu na wzbudzaniu sympatii, całkiem go lubiła.
– Dzień dobry – powiedziała, kiedy po krótkim wahaniu Severus zajął krzesło obok niej. Nie zdziwiła się za bardzo – alternatywą było towarzystwo Trelawney.
Snape odpowiedział oszczędnym skinieniem głowy i krótkim „bry". W przeciwieństwie do innych nauczycieli, on po wakacjach wcale nie wyglądał lepiej niż przed nimi. Był jak zwykle blady i ponury, czarne włosy smętnie zwisały mu wokół twarzy. Auriga nie zdziwiłaby się wcale, gdyby okazało się, że całe lato spędził w swojej pracowni.
– Jak pierwszoroczni? – zainteresowała się uprzejmie, próbując nawiązać rozmowę.
– Jak zwykle nieznośni – odparł Severus, krzywiąc się lekko. – Nie spodziewałem się niczego innego.
– Kupili ten bełkot o „tajemnej sztuce warzenia"? – wtrąciła złośliwie Heloiza.
Snape spojrzał na nią wyniośle i zignorował zaczepkę. Spokojnie nalał sobie herbaty, a potem rozłożył przed sobą świeże wydanie jakiegoś czasopisma o eliksirach, osłaniając się nim jak parawanem, z miną obiecującą straszne tortury każdemu, kto ośmieli się mu przeszkadzać.
Auriga wzruszyła ramionami i wróciła do rozmowy z bardziej towarzysko usposobioną Lizą.
xxx
– Jak możesz w ogóle z nim rozmawiać?
– Daj spokój, zapytałam tylko, czy dalej będzie chodził na runy...
– Przecież to Ślizgon!
– Całkiem w porządku facet.
– Cath! Jak możesz...
– Muszę. – W głosie dziewczyny nazwanej Cath zabrzmiała irytacja. – Poza nami w grupie nie ma już nikogo, bo Emma i Patrick przenieśli się do Beauxbatons, a Roderick zrezygnował...
– Co z tego? Naprawdę nie powinnaś zadawać się z tym wężem... Dzień dobry, pani profesor.
Heloiza odpowiedziała skinieniem głowy połączonym z karcącym spojrzeniem, które spowodowało, że przyjaciółka Cath uciekła wzrokiem w bok. Vector minęła uczennice i weszła do Wielkiej Sali, w której w najlepsze trwało śniadanie. Po kilku schodkach wspięła się na podwyższenie, na którym stał stół prezydialny, i stamtąd rozejrzała się po sali. To, co zobaczyła, niestety nie przedstawiało się najlepiej. Przy stołach poszczególnych domów wciąż było zbyt wiele pustych miejsc i Liza nawet w myślach nie mogła okłamywać się, że to dlatego, iż część uczniów zwyczajnie zaspała. Zresztą przy stole nauczycieli także dało się dostrzec wakaty – starannie zamaskowane nowymi członkami grona, ale wciąż dostrzegalne.
Jednaknawet jeśli już nigdy nie miało to wyglądać tak, jak wcześniej, to przecież wciąż jeszcze mogło być dobrze. Ponowne otwarcie Hogwartu dla uczniów to pierwszy krok w tę stronę.
– I jak ci wczoraj poszło? – zapytała pogodnie Auriga, kiedy Liza usiadła przy stole obok niej.
O dziwo, Sinistra uśmiechała się i wyglądała, jakby podzielała optymistyczne przewidywania przyjaciółki. A nawet jeśli nie, to jak zwykle całkiem przekonująco udawała.
– Dobrze – odpowiedziała Vector. – Chyba się cieszą, że to jednak ja, a nie taka Trelawney czy Powell.
– Pewnie nawet nie wiedzą, co im groziło – roześmiała się Sinistra, sięgając przez stół po dzbanek z kawą.
– Pewnie tak – zgodziła się Liza. – To naprawdę sympatyczne dzieciaki, wiesz? Szczerze mówiąc, myślałam, że będzie gorzej.
– No widzisz – rzuciła Auriga tonem „a nie mówiłam?".
– Na siódmym roku mam tylko osiem osób – ciągnęła Vector, nalewając sobie kawy. – Martha McAdams nie przyjechała, nie wiem dlaczego, i chyba będę musiała znowu odwiedzić jej rodziców... No i z dziewczyn zostały tylko Weasleyówna i Robinsonówna. Za to Jack Sloper wrócił, prawie go nie poznałam, bo jeszcze nie zniknęły te wszystkie zaklęcia, jakimi go z Minerwą zamaskowałyśmy...
– Sloper? – powtórzyła Auriga przyjemnie zaskoczona. Wiedziała, że John Sloper był jednym z pierwszych mugolaków, którzy w zeszłym roku trafili do Azkabanu. Lizie i Minerwie cudem tylko udało się wysłać jego syna i żonę mugolkę za granicę, zanim zajęła się nimi Komisja.
– Sądziłam, że po tym wszystkim John nie będzie chciał wrócić i pośle syna gdzie indziej! – powiedziała.
– Widać moje listy odniosły wreszcie jakiś skutek – stwierdziła ironicznie Heloiza. – Chociaż przypuszczam, że to raczej zasługa Kingsleya. Nic by z tego nie wyszło, gdyby nie zaproponował mu jego dawnej posady w Ministerstwie... – Liza przewróciła oczami, ale widać było, że i tak jest zadowolona z takiego obrotu sprawy.
Sinistra uśmiechnęła się szeroko i uniosła swoją filiżankę w geście toastu.
Dalszą rozmowę przerwał nalot sów. Auriga przezornie nakryła swoją kawę dłonią, w samą porę, bo obok nakrycia Lizy niezgrabnie wylądowała mała płomykówka, gubiąc wkoło miękkie pierze. Sówka wyciągnęła przed siebie nóżkę, owiniętą wąskim paskiem pergaminu.
Liz, wiem, że rozpoczął się rok szkolny i masz mnóstwo pracy, ale wpadnij do mnie, gdy będziesz miała chwilkę. R. – głosił liścik.
Vector uniosła pytająco brwi, ale zwierzę nie udzieliło odpowiedzi na niezadane pytanie.
– Coś nie tak? – zapytała Auriga i Liza zorientowała się, że musiała mieć niewesołą minę. Westchnęła i pokręciła głową, mnąc papier w dłoni i chowając go do kieszeni szaty.
– Rosmerta – wyjaśniła lakonicznie.
Auriga ze zrozumieniem skinęła głową, jednak zanim zdążyła zadać pytanie, Liza zmieniła temat.
– Czym zaczynasz? – spytała.
– Teorią z mieszanym szóstym rokiem – odpowiedziała Sinistra, stwierdzając, że lepiej dać spokój listowi, skoro Vector sama nie chce o nim mówić. – A ty?
– Trzecioroczni. Nie powiem, jestem ciekawa... – rzuciła Liza, jednocześnie bezskutecznie próbując przegonić ze stołu sówkę, która już zdążyła ściągnąć na siebie uwagę siedzących najbliżej nauczycieli. Tylko Gustaw nie podniósł głowy, bezmyślnie przelewając łyżką swoją owsiankę. Minę miał taką, jakby sam nie do końca wiedział, co tutaj robi.
– Czy my też się tak denerwowałyśmy, gdy zaczynałyśmy? – mruknęła z rozbawieniem Sinistra. – Myślisz, że on się sprawdzi? – dodała, ściszając głos.
Vector wzruszyła ramionami, z niesmakiem odsuwając od siebie kawę z pływającymi w niej piórami.
– Cóż – odparła z roztargnieniem – gorszy od Carrowów już i tak nie będzie.
x
...Nauczanie jest fajne – pisał nazajutrz Gustaw. – No, śmiejcie się, śmiejcie... Powiem więcej – dzieci też są fajne, ot co!
Przerwał i uśmiechnął się do siebie, wyobrażając sobie miny adresatów. Przez chwilę kontemplował tę wizję, przygryzając końcówkę długopisu, a potem znów pochylił się nad papierem.
...szczególnie pierwszoroczni. Jak się okazało, większość z nich to dzieci mugolskiego pochodzenia, więc nieco obawiałem się, że mój przedmiot nie wyda im się zbyt pasjonujący, ale było całkiem zabawnie i chyba mogę powiedzieć, że udało mi się ich zainteresować. Wszyscy są tak otwarci i pełni zapału, że wprost nie mogę doczekać się kolejnych zajęć z nimi.
Zupełnie inaczej jest ze starszymi uczniami. Wczoraj miałem lekcje z szóstymi i siódmymi klasami (ze wszystkich domów, prócz Slytherinu, którego po prawdzie nieco się obawiam) i kontrast jest wyraźnie dostrzegalny. Oni pozajmowali swoje miejsca w grobowej wręcz ciszy, patrząc na mnie z jakąś dziwną mieszaniną ciekawości i niechęci, jakby nie wiedzieli, czego mogą się spodziewać. Wydawali mi się strasznie smutni. Nie odzywali się za wiele, dopiero gdy później trochę się ośmielili, zaczęli narzekać na to, że w tym roku mugoloznawstwo znów jest obowiązkowe, i że szkoda na nie czasu. Trochę się tego spodziewałem, więc nie przejąłem się za bardzo. Przyznam, że to, co mnie najmocniej zdziwiło i przeraziło, to ich wiedza na temat mugoli, która w dużej mierze jest, krótko mówiąc, zerowa. Co prawda będę tu uczył jedynie kilka miesięcy, ale mam szczerą nadzieję, że uda mi się choć w części zmienić ich stan wiedzy i nastawienie. Rozmawiałem o tym z Aurigą Sinistrą (tutejszą nauczycielką astronomii), która jest jak dotąd jedną z niewielu osób traktujących mnie zupełnie normalnie, przyjaźnie, ale bez tego irytującego zdziwienia... Nie chcę powiedzieć, że spotkałem się tutaj z jakimiś uprzedzeniami, bo byłbym niesprawiedliwy! Wiadomo, niektórzy są zwyczajnie ciekawi, jak to jest być mną, zaś inni...
Gustaw znowu przerwał i przez chwilę zastanawiał się nad odpowiednim doborem słów. Rozejrzał się w poszukiwaniu inspiracji. W pokoju nauczycielskim było cicho i spokojnie. Profesor Babbling drzemała w swoim fotelu, a znudzona Hailey wyglądała przez okno, porzuciwszy lekturę jakiejś opasłej księgi. Prócz nich nie było tu nikogo. Ledwie przed chwilą wyszedł Filius, kolejny już raz przyjaźnie upewniając się czy Gustaw nie ma żadnych problemów i przypominając, że w razie czego jego drzwi są zawsze otwarte. W chwilę po nim pokój opuścił niekompletny sabat w składzie madame Sprout, Pomfrey i Pince, który część wieczoru – sądząc po natężeniu ukradkowych spojrzeń – spędził na beztroskim obgadywaniu nowego kolegi. Auriga, z którą Zieleziński rozmawiał przy popołudniowej kawie, poszła przygotować się do zajęć. Na moment do środka zajrzała wyraźnie poirytowana czymś profesor Liza Vector. Kobieta wymieniła kilka zdawkowych uwag z Hailey, po czym natychmiast wyszła, zabrawszy ze swego fotela stosik papierów, zostawiony tam dla niej przez dyrektorkę.
...zaś inni mają mnie kompletnie gdzieś – dopisał Gustaw – na tym jednak cierpi jedynie moje ego.
Trzeba wam wiedzieć, kochani, że hogwarcka kadra jest dość... osobliwa – tak, to najlepsze słowo...
– Cóż też pan tam pisze tak zawzięcie?
Gustaw uniósł głowę znad kartki, odruchowo przesłaniając ją dłonią. Hailey, która beztrosko opierała się o jego... a właściwie o czyjś fotel, który zajmował, i bezczelnie patrzyła mu przez ramię, roześmiała się głośno.
– Nie musi pan tak się kryć – powiedziała. – I tak kompletnie nic z tego nie zrozumiem.
– Przyzwyczajenie – wyjaśnił zakłopotany mężczyzna. – Piszę do rodziny.
– Do Polski? – zainteresowała się.
Gustaw przytaknął krótko.
– Chce się pan pochwalić wrażeniami?
– Raczej uporządkować myśli.
– Acha... – westchnęła ze zrozumieniem dziewczyna, po czym odsunęła się od fotela i znowu podeszła do okna.
Gustaw ponownie pochylił się nad listem i przebiegł wzrokiem ostatnie akapity. Z niejakim zdziwieniem zorientował się, że zrozumienie z nich czegokolwiek może okazać się dla adresatów nieco trudne...
– Z czego się pan śmieje? – zapytała natychmiast Hailey.
Mężczyzna tylko pokręcił głową.
– Z niczego – mruknął. Starannie poskładał niedokończony list i schował go do kieszeni, po czym uśmiechnął się do Hailey, która tylko czekała, aż zwróci na nią uwagę. – A jak pani się tu podoba?
x
Labirynty korytarzy... Plątanina rozmaitych przejść, krzyżujących się ze sobą w najdziwniejszych kombinacjach tylko po to, by wreszcie zakończyć się ślepym zaułkiem w jakimś zapomnianym zakątku zamku. Przemieszczające się schody, na pierwszy rzut oka przypominające te z grafik Eschera, prowadzące za każdym razem gdzie indziej. Chaos pokoi i sal, tysiące drzwi donikąd. Magia aż wisiała w powietrzu, nawet jeśli nieco przytłumiło ją zniszczenie i starość.
Gustaw całym sobą chłonął atmosferę zamku, jednocześnie notując w pamięci położenie co ciekawszych zakamarków i obiecując sobie odwiedzić je jeszcze raz ze szkicownikiem. Był oczarowany. Z miny jego towarzyszki można było wyczytać, że ona trochę mniej. Nie przeszkadzało jej to jednak w beztroskim rozprawianiu o... wszystkim, jak się Gustawowi zdawało.
Zaczęła od obszernej relacji ze swoich pierwszych lekcji, spostrzeżeń na temat uczniów i nowych współpracowników oraz Hogwartu i zmian, jakie w nim zaszły od czasu, gdy Hailey sama była uczennicą. Budząc cichą zazdrość mężczyzny, wspominała swoje lata szkolne, mówiła o nauce magii, o quidditchu, o wycieczkach do Hogsmeade i włóczęgach po zamku. W pewnej chwili, opowiadając z żalem o widokach roztaczających się z zawalonej podczas bitwy Wieży Astronomicznej, zatrzymała się jak wryta, a potem, równie nagle, roześmiała się głośno. Zaskoczony Gustaw spojrzał na nią pytająco, a wtedy wyjaśniła, że właśnie zorientowała się, że jest już dobrze po dziesiątej i wystraszyła, że powinna być z powrotem w dormitorium.
– Wciąż nie mogę przyzwyczaić się, że nie muszę wracać do pokoju przed ciszą nocną! – wyznała ze śmiechem.
Zieleziński słuchał jej opowieści z przyjemnością, jednocześnie rozglądając się ciekawie. Wzdłuż ścian ciągnęły się niekończące rusztowania wyczarowane za pomocą zaklęć, podłogi pokrywały kobierce zapylonych i poplamionych folii ochronnych, a niektóre partie zamku ogrodzono wściekle żółtymi taśmami z napisem „uwaga, niebezpieczeństwo" – potem, jak mówiła Hailey, dodano magiczne bariery, kiedy okazało się, że ów napis więcej osób zachęca niż odstrasza. Idąc korytarzem, nikt nie mógł być pewien, czy nagle nie osypie mu się na głowę kawał sufitu albo czy pod jego stopami nie otworzy się nagle piekielna czeluść, przez którą spadnie kilka pięter niżej – bądź wyżej, bo czemu by nie? Ponownie uśpione po bitwie zbroje były jeszcze bardziej niestabilne niż wcześniej i skłonne do przewracania się nawet bez destrukcyjnego wpływu Irytka, schody miały zwyczaj utykania pomiędzy kondygnacjami, niektóre sale lekcyjne tajemniczo zniknęły, inne pojawiały się jedynie w piątki po południu. Magia budynku szalała, jakby w ramach protestu wobec tego, co z nim zrobiono, i trzeba było jeszcze wiele trudu, by doprowadzić go do porządku.
– Szkoda, że nie widziałeś tego wcześniej – powiedziała Hailey z żalem. – Hogwart był taki piękny!
– Jest piękny – odparł Gustaw, chociaż po cichu żałował, że sam nie miał porównania.
W końcu, gdy Hailey zaczęła długie zdania przetykać jeszcze dłuższymi napadami ziewania, Zieleziński odprowadził ją do jej komnat.
– Przepraszam – rzuciła już z ręką na klamce. – Chyba za dużo gadam, co? – Przewróciła oczami i roześmiała się, kiedy mężczyzna żywo zaprzeczył. – Jesteś absolutnie niesamowity – oznajmiła. – Niewielu ludzi potrafi znieść moje gadulstwo, a ty nie dość, że znosiłeś je przez cały wieczór, to jeszcze naprawdę wydawałeś się mnie słuchać!
– Słuchałem – zapewnił Zieleziński. – To wcale nie było specjalnie trudne.
– W każdym bądź razie dziękuję – powiedziała. – Dobranoc, Gustawie. Kolorowych snów.
Kiedy zamknęły się za nią drzwi, mężczyzna przez chwilę zastanawiał się, w jakiej części zamku w ogóle się znajduje. Określiwszy mniej więcej swoje położenie, ruszył w drogę powrotną do swoich komnat, całą siłą woli powstrzymując się, by co i rusz nie skręcać w jakieś nieznane, pogrążone w półmroku wąskie korytarze, które przywodziły mu na myśl czytane w dzieciństwie powieści i kusiły obietnicą tajemnicy.
Przy jednym z takich korytarzy Gustaw natknął się na panią Norris. Kotka dumnie wyłoniła się z cienia, obrzuciła nauczyciela krzywym spojrzeniem i oddaliła się szybko, chwiejąc na boki jak kaczka.
Gustaw szedł dalej niespiesznie, wsłuchany w postukiwanie i świszczenie uśpionego zamku. Za oknem porywisty wiatr przetaczał po niebie czarne chmury, płomienie świec chwiały się w przeciągu...
I zgasły.
Zaskoczony Zieleziński podskoczył niespokojnie. Jego dłoń odruchowo dotknęła ściany, jakby chciała na niej szukać włącznika światła, i zaraz opadła szybko, kiedy mężczyzna zorientował się, gdzie jest. Prawie natychmiast przypomniał sobie, że profesor Flitwick wspominał mu, że dla oszczędności o jedenastej na korytarzach gasi się światło. Zaabsorbowany tysiącem innych rzeczy Gustaw musiał o tym zapomnieć.
„Idiota" – przeklął się w myślach. Owszem, wiedział, gdzie mieszka, a w ciągu tych kilku dni, które minęły od jego przybycia do szkoły, zdążył wyryć sobie w pamięci kilkanaście charakterystycznych punktów, według których się kierował, ale cóż – teraz było ciemno. Gustaw pluł sobie w brodę, że nie pomyślał wcześniej, by się jakoś przygotować. Wystarczyłaby jego kieszonkowa latarka, którą w świecie mugoli praktycznie zawsze miał pod ręką! Obecność magii zdecydowanie rozleniwiała i ogłupiała.
„No, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem... eliksirem czy jak to tutaj mówią..." – pomyślał, oddychając głęboko. Był na drugim piętrze, za nim na lewo znajdowały się schody, przed nim korytarz, który kończył się barierą. Zatem musiał iść prosto, przed ową barierą skręcić w lewo, potem wejść w wąską klatkę schodową, po schodach wspiąć się na trzecie piętro i wyjść niedaleko swojej sali, a stamtąd droga była już prosta. Nic skomplikowanego.
Zieleziński raźno ruszył przed siebie i prawie natychmiast się potknął. Coś miauknęło donośnie i umknęło mu spod nóg, prawie przyprawiając o zawał serca. Mężczyzna zaklął pod nosem i ostrożnie zrobił kolejny krok, rękoma na wszelki wypadek macając przestrzeń przed sobą. Kilka razy o mało co nie wpadł na ścianę, ale w gruncie rzeczy posuwał się w odpowiednim kierunku. Bez większych problemów znalazł też miejsce, gdzie miał skręcić – po prostu odbił się od magicznej bariery nałożonej na przejście. Co jakiś czas półksiężyc wynurzał się zza chmur i oświetlał korytarz bladym blaskiem, by zaraz znów zniknąć, zostawiając Gustawowi przed oczami tylko migocące widmo. Kotka pana Filcha czasem się pokazywała i, świecąc w ciemności oczami, towarzyszyła mu w milczeniu. Zieleziński miał głupie wrażenie, jakby stał się bohaterem jakiegoś absurdalnego horroru.
Nagle, akurat kiedy księżyc znów się schował, w rzadkim mroku coś się poruszyło. Pierwsza zatrzymała się pani Norris, stawiając pognieciony ogon w słup i nadstawiając uszu. Gustaw również się zatrzymał, mrużąc oczy, by dostrzec cokolwiek.
– Jest tu kto? – zapytał niepewnie.
Coś przemknęło z jego lewej strony, zadudniły ciężkie kroki, jakby z obu stron naraz. Zdezorientowany odwrócił się, ale zdążył tylko przyuważyć koniec ogona pani Norris znikającej za rogiem, a potem korytarz zalało blade światło i ktoś złapał go za ramię, wołając tryumfalnie:
– A-cha! Mam cię!
Zdumiony Zieleziński odwrócił się i zamrugał, oślepiony blaskiem lampy, którą woźny Filch trzymał tuż przed jego nosem.
– Och... To pan, profesorze! – zdziwił się cieć. – Co pan tu robi?
– Wracam do siebie – odparł Gustaw. – Czy mógłby pan...?
– A, tak...
Cieć puścił go i odsunął lampę, która zamigotała łagodnie. Filch przesunął nią wokół siebie, oświetlając kamienne ściany.
– To pan przyszedł od strony Wieży Gryffindoru? – zapytał.
– Nie, chyba nie...
– A niech to – mruknął ze złością. – Jakiś uczeń, wiedziałem! Nie mogą wytrzymać, żeby się nie wałęsać, a jak który wreszcie wpadnie w jakąś dziurę, to będzie na mnie albo na nauczycieli, że nie upilnowali – zrzędził. – Ja tam od zawsze mówię, że porządne lanie nikomu jeszcze nie zaszkodziło... Sprać tak jednego z drugim, a zaraz by im się odechciało łazęgi.
Od konieczności udzielenia odpowiedzi wybawił Gustawa powrót pani Norris. Kotka miauknęła przeciągle, jakby z wyrzutem, a potem otarła się przymilnie o nogi właściciela.
– Pogoniłaś go, moja śliczna? – zapytał czule Filch. – Następnym razem go złapiemy... A pan, panie Gustawie – zwrócił się do nauczyciela – też nie powinien się pałętać samemu po korytarzach i to po ciemku. Oszczędności! – prychnął. – Im to dobrze, bo sobie zapalą różdżkę, wcale nie pomyślą o in...
Pani Norris miauknęła cicho i cieć urwał w pół słowa. Gustaw spojrzał na niego pytająco, ale Filch przyłożył palec do ust i przytłumił blask lampy dłonią, cofając się do jakiejś wnęki w ścianie. Zieleziński poczuł, że kotka ociera się o jego nogi i zrozumiał, że powinien zrobić to samo. Ledwie wcisnął się w kąt, usłyszał kroki. W korytarzu pojawiło się małe światełko, które zaczęło zbliżać się ostrożnie.
– Kto się tu chowa? – zapytał spokojny, kobiecy głos.
– Profesor Sinistra! – jęknął Filch z rezygnacją, wyłażąc z kryjówki i unosząc lampę. – Pewno nie widziała pani tego smarkacza, co się tu kręcił, hę?
– Nie, Argusie... – urwała, bo w tej chwili również Gustaw wnurzył się z cienia. Popatrzyła na niego zdumiona.
– Ja właśnie wracam do siebie – wytłumaczył szybko. – Zwiedzałem i zapomniałem o ciszy nocnej.
– Och, jasne... – powiedziała. – Nie ma pan lampki?
– Hm, zapomniałem – przyznał.
– Cóż, odprowadzę pana. Argusie, myślę, że pan też powinien wracać do siebie. Duchy dziś dyżurują i z pewnością pana obudzą, gdyby coś się działo.
– Jeszcze trochę pochodzę... – zaprzeczył Filch, a potem skłonił się lekko i odszedł powoli za panią Norris.
Auriga westchnęła cicho i ruszyła w drugą stronę, a Zieleziński za nią. Maleńkie światełko jej różdżki zadziwiająco dokładnie oświetlało cały korytarz, jednak Gustaw przypuszczał, że to tylko po to, by on widział, gdzie idzie. Sama Sinistra zdawała się nie potrzebować światła – szła szybko i pewnie, jakby przemierzała własne czteropokojowe mieszkanie, a nie ogromny, mroczny zamek.
– Naprawdę musicie patrolować nocą korytarze? – zapytał Gustaw.
Auriga zerknęła na niego z uśmiechem.
– Od czasu do czasu trzeba, ale Argus zwyczajnie lubi polować na uczniów. Pewnie już się panu pożalił na obowiązujący tu zakaz stosowania kar cielesnych?
– Istotnie, porządne lanie i tak dalej... A pani? Co pani robi tutaj o tej porze?
Czarownica zmrużyła oczy, wciąż się uśmiechając. Gustaw uderzył się otwartą dłonią w czoło.
– Przepraszam, głupi jestem – mruknął. – Pani ma lekcje!
– Właśnie szłam po pierwszorocznych – przytaknęła.
– Ale o tej porze? Przecież jutro będą nieprzytomni!
– Tylko przez pierwsze tygodnie – uspokoiła go. – Wie pan, lekcje o północy, na szczycie Wieży... No, tak żeby była Atmosfera i Tajemnica, koniecznie takie z dużej litery – zniżyła głos, a Gustaw roześmiał się. – Potem zajęcia będą wcześniej – wyjaśniła już normalnie. – Zimą po kolacji , wiosną o dziesiątej wieczorem, no i teoria też jest w ciągu dnia, więc nie zabieram im czasu na sen. Inaczej Poppy do spółki z radą nadzorczą i rodzicami by mnie zamordowali... No, ale już jesteśmy, a ja powinnam iść, zanim uczniowie pomyślą, że mogą wrócić do łóżek. Dobranoc panu, Gustawie.
Odeszła szybko, stukając obcasami na kamiennej podłodze.
xxx
Pogoda nie sprzyjała obserwacjom, więc tej nocy Sinistra skończyła zajęcia wcześniej niż zwykle. Odprowadziła rozespanych uczniów do domów, a sama wybrała okrężną drogę powrotną – spacer po pustych korytarzach zamku zawsze pomagał jej zebrać myśli. Jeszcze w czasach gdy była uczennicą, często popołudniami wymykała się z dormitorium i godzinami snuła po szkole. Rzecz jasna zawsze starała się wracać przed ciszą nocną, więc może dlatego nawet teraz, kiedy nocna włóczęga była dla niej najzupełniej legalna, wciąż miała ten sam posmak tajemnicy i magii.
Wzrok Aurigi przyciągnął ruch w zaciemnionym końcu korytarza, do jej uszu doleciał cichy szelest i odgłos kroków. Sinistra westchnęła w duchu i sięgnęła do kieszeni po różdżkę, zastanawiając się, czy nie lepiej byłoby po prostu udać, że nic nie widziała i odejść. Nigdy jakoś nie bawiło jej przyłapywanie uczniów na nocnych wojażach czy schadzkach.
Zanim zdążyła cokolwiek zdecydować, pogrążony w półmroku korytarz zalało blade światło zaklęcia Lumos. Auriga odruchowo zmrużyła oczy.
– Sinistra? – usłyszała znajomy głos.
– Severus – zdziwiła się. – Co tutaj robisz?
Co prawda wiedziała, że Snape ma w zwyczaju patrolować korytarze, co w praktyce oznaczało zwykle polowania na nieprzestrzegających regulaminu Gryfonów, ale nie natykała się na niego zbyt często. Bądź co bądź zamek był duży, a Wieża Astronomiczna znajdowała się bardzo daleko od lochów.
Severus opuścił nieco różdżkę, by nie świecić jej w oczy. W blasku zaklęcia jego twarz poorana była głębokimi cieniami i wyglądała jeszcze gorzej niż zwykle.
– Mam patrol – wyjaśnił lakonicznie, potwierdzając domysły Aurigi. – A ty? Nie powinnaś przypadkiem pracować, zamiast włóczyć się po korytarzach?
– Już skończyłam zajęcia – odpowiedziała sucho. – Właśnie odprowadziłam pierwszorocznych i teraz wracam do siebie. Ty też byś mógł, uczniowie z pewnością przeżyją jedną noc bez twojej troskliwej opieki – dodała złośliwie, nie mogąc się powstrzymać.
Snape obdarzył ją nieprzyjemnym spojrzeniem, ale nie zrobiło to na niej wrażenia.
– Daj spokój. – Uśmiechnęła się przyjaźnie.
– Jeżeli kogoś widziałaś...
Pokręciła głową.
– Nie. Naprawdę nie, Severusie.
Mężczyzna przez chwilę patrzył na nią z irytacją, w końcu jednak stwierdził, że nie warto tracić czasu na jałową dyskusję i tylko skinął głową.
– W takim razie dobranoc, Sinistra – mruknął krótko, gasząc różdżkę.
– Dobranoc, Severusie – westchnęła, odchodząc w swoją stronę.
xxx
Od kiedy Auriga pamiętała, lubiła te ciche godziny po śniadaniu, kiedy jako jedna z niewielu żywych osób w zamku nie miała żadnych zajęć. A przynajmniej lubiła je w pierwszych tygodniach roku szkolnego, zanim zaczynały ją nudzić – zwykle dość szybko zaczynała przeklinać swój wywrócony do góry nogami grafik, który prawie całkowicie wykluczał ją z wszelkich przejawów życia towarzyskiego, toczącego się wieczorami w pokoju nauczycielskim albo komnatach prywatnych profesorów.
Jednak zanim to następowało, Sinistra lubiła po śniadaniu spacerować po pustych korytarzach i rozmawiać z portretami, po wakacjach stęsknionymi za ludzkim towarzystwem, albo – tak jak miała zamiar zrobić to teraz – zaszywać się w pokoju nauczycielskim i w spokoju pić kawę oraz sprawdzać wypracowania czy przygotowywać testy.
Tylko w zeszłym roku nie spacerowała, bo zbyt bała się natknąć na dyrektora, który swoim zwyczajem patrolował korytarze albo po prostu szedł do gabinetu czy biblioteki. Nie siedziała w pokoju, w którym lubili przebywać Carrowowie, nie omijały ją rozrywki, tylko tajne zebrania, a zamiast nudy dręczyła głęboka depresja...
Auriga potrząsnęła głową, jakby chciała w ten sposób odegnać przykre myśli. Właściwie już się do nich przyzwyczaiła. W przeciwieństwie do tych wesołych, zawsze były gdzieś pod ręką, gotowe przyczepić się do każdego najbłahszego skojarzenia...
Magiczny dzwon na dziedzińcu zadzwonił głośno, wyrywając ją z zamyślenia. Hogwart powoli zaczął wypełniać się zwyczajnym hałasem, jaki wywołuje duża ilość młodzieży, która chce powetować sobie minione godziny przymusowego milczenia. Schody momentalnie zaroiły się od uczniów, spieszących się na kolejne zajęcia i żywo plotkujących z przyjaciółmi, a Sinistra pożałowała, że nie wyszła chwilę wcześniej, by uniknąć tłoku. Ścisk i harmider zdecydowanie nie należały do tych rzeczy, za którymi tęskniła w wakacje.
O dziwo, były inne. Lekcje, sprawdziany, rozregulowany sprzęt i pary obściskujące się na... „Cóż, na Wieży Astronomicznej w najbliższym czasie nikt się nie będzie obściskiwał, ale uczniowie są kreatywni" – pomyślała Auriga pogodnie. Chyba po raz pierwszy w życiu naprawdę cieszyła się na myśl o sprawdzaniu stosów wypracowań, żmudnym poprawianiu map i nużącym tłumaczeniu namolnym uczniom w kółko tego samego. Kryła się za tym cicha nadzieja, że zwyczajne życie i nawał obowiązków pozwolą jej wreszcie przestać myśleć o sprawach, o których pragnęła zapomnieć.
Tłok i hałas narastały w miarę, jak Auriga zbliżała się do głównych schodów, by wreszcie w rejonach sali mugoloznawstwa osiągnąć apogeum. I nawet, jak zauważyła czarownica po chwili, nie chodziło o to, że uczniów było tu więcej niż przy innych klasach, a o to, że każdy gadał za trzech. Do tego z sali lekcyjnej dobiegała głośna muzyka. Sinistra rozpoznała utwór, ale nie potrafiła nazwać tytułu ani wykonawcy. Zaintrygowana podeszła bliżej i zajrzała przez wpółotwarte drzwi.
Kiedy Charity jeszcze żyła, Auriga i Liza czasem wpadały do niej na długiej przerwie, żeby wypić kawę i posłuchać płyt w mugolskim odtwarzaczu, który Burbage jakimś cudem udało się zmusić do działania. W zeszłym roku Sinistra była tu tylko raz, po to, by uprzątnąć salę i zamknąć ją na cztery spusty. Potem na obraz przytulnej klasy Charity nałożył się trudny do zapomnienia widok pracowni Alecto Carrow: makabrycznych obrazków, którymi poobklejane były ściany, przerażonych uczniów i zerkającej na nich zza katedry, pławiącej się w samozadowoleniu nauczycielki. Dlatego teraz, mimo że Auriga wiedziała czego się spodziewać, poczuła zaskoczenie.
Sala wyglądała trochę inaczej, niż kiedy uczyła w niej Charity, ale główne elementy się nie zmieniły – na samym środku stał stolik, a na nim odtwarzacz, z którego płynęła muzyka. Nieco dalej, oparty niedbale o ławkę, stał Gustaw, otoczony wianuszkiem rozbawionej młodzieży ze starszych klas. Wszyscy gadali jeden przez drugiego.
Auriga uśmiechnęła się nieświadomie, czując nieznośne dławienie w gardle. Patrzyła jeszcze przez chwilę, a potem wycofała się cicho.
x
Pokój nauczycielski był pusty, jak zwykle o tej porze. Myślami wciąż będąc w sali mugoloznawstwa, Sinistra zaparzyła sobie kawę i przysunęła swój fotel pod okno. Parapet był tu dość nisko, więc miała dobry widok na mokre od deszczu błonia i powleczone szaroburymi chmurami niebo. Na kolanach rozłożyła sobie plik notatek ze swych ostatnich obserwacji, które miała zamiar przejrzeć i uporządkować, ale na razie nie miała ochoty się nimi zajmować. Zamyślona wpatrywała się w chmury, które tu i ówdzie przerzedzały się, a słońce podmalowywało je bladą żółcią i wyrywało się dalej, złocąc mokrą trawę i kwiaty. Lato, niezwykle gorące tego roku, kończyło się i ustępowało miejsca mokrej i zimnej jesieni.
Cicho szczęknęły drzwi i Auriga spojrzała w ich stronę, zastanawiając się przelotnie, kto o tej porze może mieć okienko. Nieco zaskoczył ją widok Minerwy, obarczonej jak zwykle stosem papierzysk i kilkoma grubymi książkami. Zaraz za nią do środka wsunęła się niepewnie rudowłosa dziewczyna, w której Sinistra natychmiast rozpoznała Ginny Weasley. Gryfonka zauważyła ją i przywitała, uśmiechając się przyjaźnie.
– Dzień dobry – powiedziała McGonagall pogodnie, odkładając papiery na stół. – Jak pierwszoroczni? Byłaś może w Wielkiej Sali? – spytała, ściszając głos.
– Nie. Coś nie tak?
– Osłony znowu trochę osłabły, miałam nadzieję, że może... – urwała, zerkając na uczennicę.
– Zostawić was same? – zapytała Auriga szybko.
– Nie, chyba że panna Weasley koniecznie chce porozmawiać na osobności? – Dyrektorka spojrzała na nią pytająco, ale dziewczyna pokręciła głową przecząco.
– Chciałam tylko pomówić o pomyśle Hermiony – wyjaśniła.
– Oczywiście, kilka dni temu panna Granger przysłała mi dość obszerny list wraz z zarysem całego przedsięwzięcia – powiedziała Minerwa.
– Siedziała nad tym całe lato. Bardzo jej zależy, zresztą zna ją pani, pani profesor...
– Panna Granger zawsze bardzo dbała o dobre wyniki egzaminów. Czy wybiera się na jakieś studia, jeśli mogę spytać?
Auriga nie była zaskoczona, kiedy Ginny potaknęła i powiedziała:
– Chce zostać uzdrowicielką. Miejsce ma już załatwione, nie było z tym żadnych problemów, ale ona uważa, że bardziej w porządku byłoby, gdyby startowała jak wszyscy, z punktami z owutemów.
Przez wąskie usta dyrektorki przemknął cień uśmiechu. Ginny czekała w napięciu.
– Więc jak?
– Mam nadzieję, że panna Granger zdaje sobie sprawę, że to będzie dość skomplikowane...
– Och, to tylko jedne zajęcia tygodniowo! To chyba nie jest duże obciążenie dla żadnego z profesorów – zdziwiła się dziewczyna z lekką irytacją. – To ważne, pani profesor, nie tylko dla Hermiony, ale dla reszty. Nie każdy jest tak zdolny i zdeterminowany, jak ona, żeby nadrobić wszystko samemu...
– Doskonale zdaję sobie z tego sprawę, panno Weasley – przerwała jej McGonagall. – I bynajmniej moja uwaga nie odnosiła się do nauczycieli, a do twoich przyjaciół właśnie. Studia magiczne już na pierwszym stopniu pochłaniają zwykle dość dużo czasu i energii.
Ginny zamrugała gwałtownie.
– Organizacja zajęć dodatkowych w szkole i dodatkowych egzaminów w czerwcu nie przekraczają naszych możliwości – mówiła dalej Minerwa. – Rzecz jasna muszę jeszcze zapytać o zgodę resztę nauczycieli, ale sądzę, że nie będą mieli nic przeciwko.
– Więc zgadza się pani, pani profesor?
– Chyba właśnie powiedziałam, że tak, panno Weasley.
Gryfonka uśmiechnęła się szeroko.
– Panna Granger otrzyma mój list do poniedziałku, pozostali powinni spodziewać się informacji do końca miesiąca, ale pewnie pani powiadomi ich wcześniej.
– Oczywiście, zaraz do nich napiszę!
– Proponowałabym odłożyć to na wieczór. Zdaje się, że za kwadrans ma pani zaklęcia?
– Oczywiście, już idę. Dziękuję bardzo!
Ucieszona Ginny wyszła szybko i Auriga była prawie pewna, że zaraz za drzwiami zaczęła skakać z radości. Minerwa odprowadziła ją wzrokiem, a potem spojrzała na Sinistrę.
– Co o tym sądzisz? – zagadnęła.
– To cudowny pomysł!
Dyrektorka uśmiechnęła się krzywo, ale była raczej zadowolona.
– Nie mów na razie innym – rzuciła. – Czekam, co powie na to rada nadzorcza.
– Jeszcze nie wiedzą? – zdziwiła się Auriga.
– Napisałam do nich przedwczoraj. Nie zdążyli mi dać odpowiedzi.
– A jeśli się nie zgodzą? Pannie Weasley powiedziałaś...
Minerwa zerknęła na nią ironicznie.
– Teraz już nie mają wyjścia.
xxx
– A więc to prawda – stwierdziła Auriga głosem wypranym z wszelkich emocji.
Spojrzała na Lizę, ta jednak uciekała wzrokiem gdzieś w bok, jakby bała się tego, co może zobaczyć w oczach Sinistry. Czarownica dość gwałtownie zaciągnęła się kolejnym już papierosem i strząsnęła popiół do popielniczki z taką złością, jakby czuła do niego jakąś osobistą urazę. Najwyraźniej w pewien sposób ją to uspokajało.
Sinistra zazdrościła jej tego gniewu. Sama już go nie czuła, była najzupełniej obojętna, jakby ktoś wydrążył jej wnętrze i zostawił tylko pustą, kruchą skorupkę. Miała wrażenie, że jeszcze chwila i po prostu się rozpadnie.
– A więc to prawda – powtórzyła bezbarwnie, by przerwać ciężką ciszę. – Nie sądziłam, że tak to się potoczy.
– Domyślaliśmy się, że Sama-Wiesz-Kto przejmie Hogwart – zauważyła Liza cicho.
Auriga nieznacznie skinęła głową. Żeby zająć czymś ręce, podniosła stojący na parapecie kubek z herbatą i parząc sobie język upiła kilka łyków, zupełnie nie czując smaku. Nie ufając drżącym dłoniom, szybko odstawiła naczynie. Jej spojrzenie jak magnes przyciągnął lśniący w oddali w słońcu kurhan, kontrastujący z czernią drzew w Zakazanym Lesie. Nie chciała na niego patrzeć, ale nie mogła zmusić się, by odwrócić wzrok.
– Nie spodziewałam się... – urwała, by zapanować nad zdławionym głosem. – Nie spodziewałam się, że po tym wszystkim on ośmieli się tutaj wrócić.
– Tego chyba nikt się nie spodziewał – zgodziła się Vector, nieco uspokojona opanowaniem przyjaciółki. – Co zamierzasz? – zapytała.
– To znaczy?
– Odejdziesz?
Auriga spojrzała na nią gwałtownie.
– Postanowiłyśmy, że cokolwiek się stanie, zostajemy, prawda? – zapytała ostro.
– Wtedy jeszcze nie wiedziałaś...
– Czy dla ciebie to cokolwiek zmienia? – przerwała jej.
– Dla mnie nie – odparła Liza spokojnie.
– Dla mnie tym bardziej. Minerwa ma rację, skoro Czarny Pan nie pozbył się nas na samym początku, musimy zostać ze względu na uczniów. Dopóki śmierciożerców jest tylko trzech, może będziemy mieli tu jeszcze coś do powiedzenia... Dopóki nie podzielimy losu Charity i na nasze miejsce nie przyjdzie ich więcej...
– Dopóki będziemy mogli – ucięła Liza twardo, gasząc papierosa o ściankę popielniczki. – Rozumiem. Powiedz mi jednak, co ze Snape'em?
Na dźwięk tego nazwiska kobieta drgnęła niespokojnie.
– Będziesz chciała z nim porozmawiać, prawda? – zapytała Liza szorstko. – I co mu powiesz? Masz jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, Aurigo? ...Na Merlina, ktoś musi ci to powiedzieć... Przestań się łudzić! To zdrajca i śmierciożerca, on...
– Wiem!
xxx
– Dlaczego panowie znowu tu siedzą? – zapytała ostro Heloiza, splatając ręce na piersi.
– Przerwę mamy – burknął w odpowiedzi chuderlawy mężczyzna, oparty nonszalancko o ścianę. Miał na sobie brudny, roboczy kombinezon, a w ręce trzymał butelkę z ciemnego szkła, z której co jakiś czas leniwie pociągał. Liza mogła się założyć, że nie zawierała ona wody. Różdżka mężczyzny leżała jakiś metr dalej, porzucona niedbale wśród innych narzędzi do pracy.
Vector groźnie zmrużyła oczy.
– Profesor McGonagall nie płaci panom za przerwy – fuknęła. – Do roboty, ale już!
– Ale...
– Przerwa będzie, jak panowie skończą, nie wcześniej.
Odpowiedział jej zgodny jęk, wydobywający się z trzech przepitych gardeł. Liza zmierzyła mężczyzn pełnym politowania spojrzeniem. Wyglądali, jakby się mieli zaraz poprzewracać – nic dziwnego, skoro pewnie wczoraj, jak wiele razy wcześniej, zaraz po pracy poszli do Trzech Mioteł albo Świńskiego Łba.
Gdyby Liza trochę lepiej znała świat mugoli i orientowała się w krążących w nim stereotypach, mogłaby dojść do wniosku, że pod pewnymi względami mugole i czarodzieje nie różnią się wcale. Owszem, budowlańcy magiczni zamiast wielkich, hałaśliwych maszyn do pracy używali różdżek, ale bądź co bądź byli tylko ludźmi i dlatego pracowali tak, by się przypadkiem nie przemęczyć, nie mogli niczego zacząć bez odpowiedniego zapasu zimnego piwa pod ręką i mniej więcej co pół godziny urządzali sobie przerwę na papierosa. Od czasu do czasu udawało im się coś naprawić, ale równie często coś psuli, a to pozbawiając całe skrzydło ciepłej wody, a to całkowicie odcinając dojście do którejś z wież...
Liza naprawdę nie oczekiwała cudów. Miała świadomość, że przez ostatnie cztery miesiące zrobiono bardzo dużo – odbudowano mury zewnętrzne, wyremontowano cały hol, Wielką Salę, kilkanaście głównych komnat i korytarzy, na nowo postawiono najważniejsze osłony magiczne... Tylko, że to wciąż było za mało. Zawalona pozostała duża część lochów, Wieża Astronomiczna i kilkadziesiąt mniej ważnych miejsc, a magia, która dotąd trzymała zamek w kupie, zdawała się wyciekać powoli wszystkimi szczelinami. Fundusze na odbudowę topniały w zastraszającym tempie, a pracy, wbrew pozorom, nie ubywało. Jakby mało było problemów, szkołę nawiedzały różnorakie kontrole z Minsterstwa, łącznie z jakimś wydziałem do spraw ochrony magicznych zabytków, który groził sankcjami za wprowadzanie jakichkolwiek, najdrobniejszych nawet zmian do architektury zamku i z zapałem godnym lepszej sprawy nalegał na dokładną rekonstrukcję każdego gzymsu czy kolumny. W efekcie tego wszystkiego w Hogwarcie wciąż panował chaos i bałagan, jakby ledwie wczoraj stoczyła się w nim bitwa. Albo i gorszy.
Myśląc o tym, Liza poczuła się nagle bardzo zła i bardzo, bardzo bezradna. Nie mogła mieć zbytniego żalu do skacowanych robotników – nawet pracując, mogli naprawiać ledwie pomniejsze zniszczenia, gdyż na realizację dużych projektów nie było czasu ani środków.
Mimo to czarownica dopilnowała, by mężczyźni pozbierali się z ziemi i zabrali do pracy, a potem poprosiła portret Damy z Gumochłonem, by miała na nich oko. Dopiero potem Liza mogła ponownie zająć się swoim dobrowolnym obchodem. Nie musiała się spieszyć, gdyż do rozpoczęcia lekcji pozostało jeszcze kilkanaście minut. W zasięgu wzroku nie było żadnego ucznia, więc wyciągnęła z kieszeni papierosy i zapaliła jednego, rozluźniając się nieco dzięki wpływowi nikotyny.
Korytarz był przyjemnie cichy i pusty. Większość uczniów i nauczycieli przebywała jeszcze w Wielkiej Sali, tylko ona wymknęła się wcześniej, żeby pospacerować i porozmyślać. Rano dostała od Julesa kolejny natarczywy i niegramatyczny list z przeprosinami i błaganiem o spotkanie, pisany zapewne w jakimś pijackim szale w knajpie Rosmerty. List od niej pewnie przyjdzie wkrótce, też już kolejny. Czarownica z zupełnie niezrozumiałych dla Heloizy powodów najwyraźniej uważała, że cała sytuacja jest wyjątkowo dramatyczna i romantyczna, a Vector powinna wybaczyć Julesowi, zanim ten z miłości popełni samobójstwo albo zrobi coś równie niedorzecznego.
„Najlepiej, gdybym we łzach rzuciła mu się w ramiona na oczach całych Trzech Mioteł, ot tak, dla reklamy" – pomyślała Liza z irytacją wydmuchując kłąb dymu.
– Żałosne – prychnęła do siebie cicho, starając się pozbyć sprzed oczu powracające wspomnienia twarzy mężczyzny, jego ciemnych oczu i uśmiechu...
„Dość!"
Zaciągnęła się mocno.
Gdzieś w głębi korytarza zadudniły kroki, więc Vector szybko zgasiła papierosa i skinieniem różdżki usunęła niedopałek i zapach tytoniu. Jak na razie żaden z uczniów nie wiedział o jej nałogu i lepiej, żeby tak pozostało, jeśli Liza nie chciała mieć do czynienia z Poppy Pomfrey, która zmyłaby jej głowę za dawanie złego przykładu albo coś w tym rodzaju.
Akurat schowała różdżkę z powrotem do kieszeni szaty, kiedy zza załomu korytarza wynurzył się szczupły, jasnowłosy chłopiec. Patrzył nerwowo gdzieś za siebie, więc w pierwszej chwili nie dostrzegł nauczycielki. Liza nie znała dobrze wszystkich swoich podopiecznych, szczególnie tych, z którymi nie miała jeszcze zajęć, ale tego akurat pamiętała.
– Dzień dobry, panie Cartwright – powiedziała głośno.
Chłopiec podskoczył i odwrócił się do niej z przestrachem.
– A, pani profesor! ...bry. – Uśmiechnął się niepewnie. – Jak się pani miewa?
Liza z trudem powstrzymała śmiech.
– Dziękuję, dobrze. Co tutaj robisz? – zapytała. – Nie powinieneś być na śniadaniu?
– Już zjadłem, teraz idź... idę na mugoloznawstwo – odparł szybko.
Nauczycielka uniosła pytająco brwi.
– O ile pamiętam, sala do mugoloznawstwa znajduje się na trzecim piętrze – zauważyła spokojnie. – Pamiętam również, że akurat tutaj nie wolno wam się kręcić, Logan. Masz mapkę, którą dałam wam zaraz po uczcie powitalnej?
Chłopiec skinął głową i wyciągnął z kieszeni złożony w kostkę papierek. Wyprostował go z namaszczeniem, wygładził i przyjrzał mu się z najwyższą uwagą. Zmarszczył brwi, jakby się głęboko zastanawiał, a potem nagle wciągnął głośno powietrze i pacnął się dłonią w czoło w przerysowanym geście zdziwienia.
– To siódme piętro? – wykrzyknął z przerażeniem. – O matko, musiałem źle skręcić, o tutaj, widzi pani... – Podsunął Lizie pod nos mapkę, stukając w nią palcem. Czarownica uśmiechnęła się lekko, przygryzając nieznacznie wargę.
– Postaraj się być bardziej ostrożny – nakazała, starając się zabrzmieć poważnie i surowo. – Na tych korytarzach trwają prace remontowe i nie jest tu do końca bezpiecznie.
– Przepraszam, pani profesor, to już się więcej nie powtórzy! – obiecał chłopiec gorliwie.
Rozbawiona Vector pobłażliwie skinęła głową.
– Trafisz stąd do sali? – zapytała.
– Jasne!
– Którędy pójdziesz?
Logan rzucił rozpaczliwe spojrzenie na mapkę, potem na korytarz, z którego przyszedł, w końcu znowu podniósł wzrok na Lizę.
– W prawo... a potem w lewo... Nie, znowu w prawo, tam, po schodach... Nieee? – jęknął, widząc ironiczną minę nauczycielki.
– W takim razie najlepiej będzie, jeśli odprowadzę cię kawałek – zaproponowała.
– A pani lekcje?
– Mamy po drodze, od mojej klasy do klasy mugoloznawstwa jest prosta droga. Może być?
Chłopiec energicznie pokiwał głową, jeszcze raz obejrzał się za siebie, a potem wzruszył ramionami i podążył za Lizą w przeciwną stronę. Szedł w milczeniu, najwyraźniej chyba zakłopotany jej pomocą, więc Vector zagadnęła go o jego pobyt w szkole. To spowodowało, że chłopiec znów chętnie się rozgadał, skutecznie odciągając jej myśli od bardziej ponurych spraw. Liza starannie wybierała korytarze tak, by ominąć pracujących – czy raczej obijających się – robotników, jednocześnie upewniając się, że chłopiec nie miał problemów ze zdobyciem podręczników i materiałów szkolnych, których nie zdążył kupić w wakacje.
– A co pani tam robiła? – zapytał w pewnym momencie Logan, bez związku z wcześniejszym tematem tak, że czarownica przez chwilę nie wiedziała, o co mu chodzi. – Na siódmym piętrze, tam gdzie nie wolno – wyjaśnił.
– Mnie wolno. Pilnowałam, żeby tacy jak ty się nie pogubili – odparła. – Naprawdę wolałabym, żebyście nie chodzili po zamku w pojedynkę – dodała jeszcze. – Mówiłam wam o tym pierwszego dnia, nie słuchałeś?
– Oczywiście, że słuchałem! – obruszył się. – Ja tylko chciałem wyjść wcześniej, a wszyscy jeszcze jedli i tak jakoś wyszło, no co ja poradzę...
– Dobrze, dobrze – przerwała mu. – Po prostu postaraj się więcej nie włóczyć samemu, bo będę musiała odjąć ci punkty albo dać szlaban.
– Teraz pani tego nie zrobi?
– Powiedzmy, że obowiązuje jeszcze okres ochronny.
– Dzięki!
– Ale nie gwarantuję, że profesor... ehm, mugoloznawstwa nie odejmie ich za spóźnienie.
Chłopiec wyraźnie się zmartwił. Heloiza spojrzała na niego pytająco, ale on tylko spuścił głowę, wlepiając wzrok w swoje sznurówki.
– Jeśli nie zdążysz, po prostu powiedz mu, że się zgubiłeś – poradziła.
Odpowiedź utonęła w dźwięku dzwonu.
– Ja skręcam tutaj, ty idź prosto, musisz tylko zejść po schodach i zaraz zobaczysz swoją klasę – poinstruowała ucznia pospiesznie. – Trafisz?
– No ba. – Logan podniósł głowę i uśmiechnął się uspokajająco. – Dziękuję bardzo, do zobaczenia! – zawołał, zrywając się do biegu.
Liza przez chwilę patrzyła za nim zamyślona, a potem szybko skręciła w swój korytarz, z niejakim zdziwieniem stwierdzając, że jej humor jest nieco lepszy, niż jeszcze pół godziny wcześniej.
x
Piątkowy poranek nie różnił się wiele od poprzednich. Wrześniowe słońce nieprzyzwoicie wręcz grzało przez okna, rozleniwiając Gustawa, który wstał dziś koszmarnie wcześnie, zbudzony przez koncertujące za jego oknem ptaki. Uczniowie – drugi rok Ravenclawu i Gryffindoru – w większości siedzieli sztywno w ławkach i wpatrywali się w niego cielęcymi, niespokojnymi spojrzeniami, które Zieleziński zanotował w głowie pod zakładką „dziwne", a potem postanowił zignorować.
Pierwsze drobne sukcesy – a przynajmniej brak spektakularnych katastrof – w karierze nauczycielskiej dodawały mu skrzydeł. Prawie wszyscy uczniowie, których dotychczas poznał, byli całkiem inteligentni i sympatyczni. Nawet Ślizgoni, o których krążyły tak ponure legendy i którymi z upodobaniem straszyła Gustawa połowa tej części kadry, która się do niego odzywała – czyli Hailey, pan Filch i profesor Hooch – okazali się nie tacy znowu straszni. Chwilami wręcz Zieleziński odnosił wrażenie, że sami są wystraszeni. Zwykle, niezależnie od roku, na którym byli, stosowali podobną taktykę, mianowicie w ciszy wchodzili do klasy, w ciszy zajmowali miejsca i w ciszy pozostawali do końca lekcji. Nie odpowiadali na pytania nauczyciela, jeśli nie zwrócił się bezpośrednio do nich, i nie przyłączali się do dyskusji, ale też nie okazywali jawnego znudzenia czy pogardy. Gustaw nie wiedział jeszcze, jak rozumieć ten ich milczący bunt wobec jego przedmiotu i na razie postanowił nie zaprzątać sobie tym głowy, tylko poczekać na to, co przyniosą kolejne lekcje.
Tymczasem, zupełnie nieoczekiwanie, sprawy zaczęły komplikować się na lekcji z drugim rokiem.
Gustaw siedział na jednej z pustych ławek, odczytując listę obecności, kiedy nagle drzwi otworzyły się powoli i do klasy nieśmiało wkroczył zdenerwowany dwunastolatek.
– Ja... Prze-przepraszam... – wyjąkał, oddychając ciężko.
– Coś się stało? – Zaniepokojony Gustaw zerwał się na równe nogi, by do niego podejść.
Chłopaczek skulił się i zadrżał. Klasa wstrzymała oddech.
– To Irytek... wskazał mi złą drogę i się zgubiłem – prawie zaszlochał uczeń, wbijając wzrok w podłogę.
– To wszystko? – zdziwił się Zieleziński, a kiedy chłopiec niepewnie pokiwał głową, w duchu odetchnął z ulgą. Sprzed jego oczu zniknęły wizje krwawych katastrof, jakie mogły się przydarzyć małolatom posiadającym różdżki i niewielkie rozumki. Pojawiło się za to pytanie, co w takim razie się stało?
– Nie szkodzi – powiedział Gustaw łagodnie. – Jak masz na imię?
– Mrrmmrr... – wymamrotał chłopiec, wciąż obserwując własne buty.
– Spójrz na mnie. I głośniej.
– Gareth Hartley, panie profesorze – odpowiedział, nie patrząc mu w oczy.
– Masz siostrę na czwartym roku? – spytał Zieleziński przyjaźnie, przypominając sobie sympatyczną chudą Krukonkę, która na wtorkowej lekcji nieśmiało wyznała, że lubi mugolską literaturę.
Na wzmiankę o niej Gareth głośno wciągnął powietrze. Był bliski płaczu.
– No dobrze, usiądź już – powiedział szybko zdezorientowany Gustaw.
Chłopiec natychmiast odbiegł do ławki, tak prędko, jakby od tego zależało jego życie. Klasa odetchnęła.
x
– Proszę poczekać, profesorze... – Minerwa wyjrzała przez uchylone drzwi swojego gabinetu i przywołała gestem Gustawa, wracającego właśnie z popołudniowych zajęć do swoich komnat. – Chciałabym zamienić z panem dwa słowa, zapraszam...
Zniknęła w środku, gestem nakazując mu wejść za sobą. Jej gabinet był całkiem podobny do tego, który przydzielono Gustawowi; miał wysokie strzeliste okna, przez które do środka wpadało dużo światła, poza tym urządzony był dość surowo. Dyrektorka podeszła do swojego biurka – dużego, mahoniowego mebla, stojącego po prawej stronie pomieszczenia – i z jednej z wielu szuflad wyciągnęła plik papierów. Przesunęła go po wytartym blacie w stronę Gustawa.
– To dla pana – powiedziała i zaczęła wyliczać, rozkładając pergaminy na mniejsze stosiki: – Regulamin szkoły, regulamin wyjść do Hogsmeade wraz z tegorocznym harmonogramem, regulamin meczów quidditcha, wytyczne co do szlabanów, dyżurów i zajęć dodatkowych oraz informator ministerialny... Proszę zapoznać się z tym w wolnej chwili.
Gustaw otworzył usta. Minerwa tymczasem jakby o czymś sobie przypomniała, otworzyła inną szufladę i wyjęła z niej kolejny stos papieru, związany żółtą wstążką.
– Jeszcze to. Notatki Charity z jej programem zajęć. Może się panu przydadzą.
Zieleziński opanował zaskoczenie i uśmiechnął niepewnie.
– Coś nie tak z programem, który pani oddałem? – zapytał.
– Nie – stwierdziła sucho czarownica. – Wszystko się zgadza, nie mogę mieć zastrzeżeń. To jedynie materiał uzupełniający.
– Acha. No dobrze, przeczytam... Do końca semestru powinienem zdążyć...
Minerwa ściągnęła ironicznie brwi.
– Proszę się tym zająć przez weekend, a potem przekazać profesor Powell. I proszę czytać ze zrozumieniem, chciałabym uniknąć konieczności wyjaśniania panu tego osobiście.
– Och, jasne...
Gustaw zaczął zbierać wszystkie papiery do kupy – objętościowo mogły równać się kilkutomowej encyklopedii powszechnej napisanej w wersji dla osób słabowidzących. Zapowiadał się fascynujący wieczór...
Mężczyzna musiał mieć nieciekawą minę, bo McGonagall nieco złagodniała.
– Jak pan się czuje po pierwszym tygodniu? – zapytała uprzejmie.
– Hm, sądzę, że dobrze – Gustaw spojrzał na nią i uśmiechnął się.
– Żadnych problemów?
Zawahał się i pokręcił głową, postanawiając na razie nic nie wspominać o zachowaniu drugorocznych.
– Nie odjął pan żadnych punktów...
– Nie było to konieczne. Dałem kilka...
– ...naście – dokończyła Minerwa cierpko. – Widziałam. Ślizgoni nie sprawiali problemów?
– Nie. – Gustaw pokręcił głową – To dobre dzieciaki i myślę, że zdołam je do siebie przekonać.
– Jest pan bardzo pewny siebie.
Zieleziński wzruszył ramionami.
– Proszę pamiętać, że jest pan nauczycielem – powiedziała surowym tonem, choć wciąż patrzyła na niego przyjaźnie. – Lepiej, żeby zachował pan dystans i nie spoufalał się z nimi za bardzo.
Zaskoczony mężczyzna skinął głową.
– Hm... dziękuję – mruknął. – Zapamiętam.
x
...i tak jakoś to idzie... Aż trudno mi uwierzyć, że jeszcze nie wysłałem tego listu, mimo że zacząłem go pisać prawie tydzień temu. Cały czas jednak dochodzą nowe sprawy, o których pragnę Wam opowiedzieć, z każdym jednym zdaniem mam w głowie dziesięć innych, gubię się w skojarzeniach i wątkach, bo jest ich zwyczajnie zbyt wiele. Czuję się tutaj, w Hogwarcie, jak odkrywca, który przemierza nowe, nieznane lądy i na każdym kroku znajduje coś tak fascynującego, że natychmiast chciałby się tym podzielić. Mam tylko nadzieję, że nie zanudzam Was tą moją pisaniną. W razie czego nie czytajcie – tylko rzecz jasna nie przyznawajcie mi się do tego!
Cóż, pozostaje mi tylko pożegnać się i iść wreszcie do sowiarni po jakiegoś gońca. Pewnie wieki zajmie mi samo trafienie tam, bo co chwila będę się zatrzymywał albo skręcał w inne, nieznane mi korytarze.
Na wieczór zapowiedziane zostało zebranie kadry, a wcześniej jeszcze chciałbym...
Widzę, że znów zaczynam mieć słowotok. Na szczęście wypisuje mi się długopis, więc jest możliwość, że wkrótce skończę. Nie, żartuję. Kończę już. Gorące uściski dla Zosi, kiedy do Was wróci, i dla Mamy – tylko błagam, nie czytajcie jej tego wszystkiego! O Hogwarcie powiedzcie jakoś delikatnie, ok? I odpiszcie coś więcej niż ostatnio! Wasze listy są dla mnie, biednego tułacza, nieustającym i jedynym źródłem pocieszenia i rozrywki.
Pozdrawiam jak zwykle serdecznie,
Gustaw
(profesor mugoloznawstwa
w Szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwart)
x
– No, gotowe. – Hailey podniosła sowę w górę i wyrzuciła ją w powietrze. – Leć i wracaj szybko. Bo jak pani Minerwa się dowie, że wysyłamy międzykontynentalne to się z lekka wścieknie...
– Może lepiej, gdybym skorzystał z poczty w Hogsmeade? – zapytał Gustaw. – Jeśli mają być przez to kłopoty...
– Daj spokój, po coś te sowy tutaj są – odparła uspokajająco dziewczyna, chowając do kieszeni szaty pustą fiolkę po eliksirze priorytetowym. – No, ale chodźmy już, bo wścieknie się na pewno, jeśli się spóźnimy na zebranie. To ponoć tradycja, wiesz? – W jej głosie zabrzmiało niezdrowe podekscytowanie. – Co roku w pierwszą sobotę nauczyciele mają spotkanie, na którym odreagowują przyjazd uczniów upijając się Ognistą Whisky, grając w karty i robiąc zakłady co do tego, kto wyleci ze szkoły, kto wygra rozgrywki quidditcha i tak dalej...
x
