Trochę mi zeszło z nowym rozdziałem, ale wreszcie jest. Za zbetowanie go jak zwykle należą się podziękowania Panterze. Dziękuję też wszystkim, którzy skomentowali rozdział poprzedni – ogromnie się cieszę, że się Wam podobało :)


Na pierwszym tego typu zebraniu spotkali się u Minerwy pod koniec września, kiedy Carrowowie rozpanoszyli się w Hogwarcie na dobre, a pozostali nauczyciele coraz mniej mieli wpływu na to, co się działo w szkole. Już od dawna zupełnie jasne było, jaką politykę wobec niej obrał Voldemort, a w świetle bieżących wydarzeń przestawał nawet dziwić fakt, że starej kadrze pozwolono zostać. Rodzeństwo śmierciożerców pod protekcją nowego dyrektora w zupełności wystarczało, by zaprowadzić terror.

Widoczne za oknami wieczorne niebo zasnute było czarnymi chmurami, a deszcz i wiatr uderzały wściekle o szyby, jakby za wszelką cenę chciały się wedrzeć do niedużego pokoiku, oświetlonego rozedrganym blaskiem świec. Liza paliła przy uchylonym oknie, z namysłem, niespiesznie, ignorując przejmujący chłód i gęsią skórkę, która pokryła jej odsłonięte przedramiona. Siedząca w pobliżu Pomona zakaszlała wymownie i mocniej otuliła się szalem, posyłając jej karcące spojrzenie, więc Vector dla świętego spokoju zgasiła papierosa i zamknęła okno. Oparła się nonszalancko o parapet i rozejrzała po zatłoczonym saloniku. Pokój pachniał miętą i strachem.

Poczęstujesz się, Lizzie? – Poppy nagle zjawiła się obok niej, podsuwając zachęcająco tacę pełną fajansowych filiżanek. – Dobrze robi na nerwy.

Lepsza byłaby herbata z prądem – zażartowała ponuro Rolanda.

Nie jestem zdenerwowana – powiedziała Liza.

Jak uważasz. – Pielęgniarka tylko wzruszyła ramionami i odeszła, by poczęstować innych. Widać było, że myślami znajdowała się gdzieś daleko – najpewniej przy Gryfonie, którego zostawiła w skrzydle szpitalnym pod czujną opieką jednego ze skrzatów.

Heloiza wzdrygnęła się lekko na samo wspomnienie trzynastolatka, którego przed obiadem musiała odprowadzić do infirmerii. Chłopiec na porannej lekcji obrony przed czarną magią nie chciał rzucić jakiejś głupiej, niebezpiecznej klątwy na jednego z kolegów, a Amycus Carrow uznał, że odpowiednią karą będzie potraktowanie go Cruciatusem. Liza sama miała ochotę kogoś przekląć, gdy o tym myślała. Właściwie niewiele brakowało, by to zrobiła, gdy tego samego dnia natknęła się w pokoju nauczycielskim na szalenie zadowolonego z siebie Carrowa. Na szczęście – a może niestety – zdrowy rozsądek powstrzymał ją od zaatakowania śmierciożercy. W ten sposób nikomu by przecież nie pomogła...

Stojąca przy drzwiach Minerwa przywołała ją skinieniem dłoni, więc Liza z niejaką ulgą porzuciła nieprzyjemne rozmyślania i podeszła do niej szybko.

Zaczynamy? – zapytała niecierpliwie. – Więcej nas chyba nie będzie?

Auriga nie przyjdzie?

Ma zajęcia, przecież wiesz... – zdziwiła się Vector.

McGonagall milczała przez chwilę, jakby się nad czymś zastanawiała.

Lizo, czy wiesz, po co ona poszła wczoraj do Severusa? – zapytała w końcu.

A więc o to chodzi, pomyślała Heloiza, przygryzając wargę.

Czyli wiesz – stwierdziła kwaśno Minerwa. – Auriga musiała ci powiedzieć, o czym rozmawiali. Przyjaźnicie się, dlatego pewnie wiesz, co planuje...

Nic. Naprawdę nic. – Vector z trudem starała się ukryć narastający niepokój. – Ty też z nim rozmawiałaś, prawda? – zauważyła pozornie obojętnie.

Ja to co innego. Sama rozumiesz, że musiałam wyjaśnić pewne kwestie.

Ona pewnie też.

Minerwa nie wyglądała na przekonaną.

Wierzę, że Auriga nie zrobi nic głupiego – powiedziała cicho. – Przynajmniej nie świadomie. Ale powinna pamiętać, że Severus jest legilimentą i naprawdę potrafi oszukiwać ludzi. Wolałabym, żeby nikt z nas nie przebywał w jego towarzystwie dłużej, niż jest to konieczne.

Liza mechanicznie skinęła głową.

Wszystkim nam jest ciężko, Lizzie – westchnęła McGonagall. – Pilnuj jej, proszę...

Oczywiście.

Obie przez chwilę patrzyły na siebie; każda wyglądała, jakby chciała powiedzieć coś więcej. Dalszej rozmowie przeszkodziło jednak delikatne pukanie do drzwi. Minerwa zamarła w bezruchu, różdżka sama wysunęła się jej z rękawa. Heloiza zupełnie nieświadomie wstrzymała oddech.

To ja, Minnie...

Filius! – odetchnęła McGonagall, słysząc jego głos.

Szybko schowała różdżkę i poszła otworzyć. Mały czarodziej wsunął się do środka przez uchylone drzwi i oparł o nie z ulgą.

Severus – wyjaśnił zwięźle. – Przyłapał dwoje uczniów, którzy zasiedzieli się w bibliotece.

Minerwa zacisnęła usta w wąską kreskę.

Ślizgoni – uspokoił ją Flitwick z krzywym uśmieszkiem. – Wystraszył ich na śmierć i odesłał do dormitoriów, a mnie poradził wracać do siebie.

Jesteś pewien, że nie szedł za tobą?

Poszedł prosto do lochów, Prawie Bezgłowy Nick obiecał mieć na niego oko. Carrowowie zaraz po kolacji wyszli z zamku i jeszcze nie wrócili.

McGonagall pokiwała głową na znak, że o tym wiedziała.

Co z tym zrobimy? – spytał wzburzony Filius. Patrzył na koleżankę nagląco i ufnie. – Nie możemy dalej pozwalać na to, co się tutaj wyprawia. Masz jakiś plan, prawda, Minnie?

Liza odwróciła wzrok, by nie widzieć wyrazu jej twarzy.

xxx

Ponczu, Aurigo?

– Nie, dziękuję.

– A tobie, Lizo?

Vector skinęła głową i odebrała od Slughorna pękatą czarkę, pachnącą winem i owocami.

– Na pewno? Nie chwaląc się powiem, że wyszedł świetny... – Mistrz Eliksirów jeszcze raz spojrzał pytająco na Sinistrę, a kiedy ta z uśmiechem pokręciła przecząco głową, wzruszył ramionami i odszedł.

– Do końca życia nie będziesz piła ponczu, Aurigo? – spytała Liza niedbale, wybierając z naczynia cząstki pomarańczy.

– Nigdy za nim nie przepadałam.

Heloiza uniosła brwi, ale nie skomentowała tego. Ze smakiem oblizała łyżeczkę.

– Całkiem niezły – stwierdziła z uznaniem.

– Severus robił lepszy, jeśli chcecie znać moje zdanie – wtrąciła Rolanda. – Jak na mój gust zdecydowanie za dużo tu ananasa, a za mało alkoholu – dodała na tyle głośno, by Horacy mógł ją usłyszeć. Została jednak zignorowana.

– Idź do Sybilli, widziałam, że przyniosła Ognistą, może się podzieli – poradziła kpiąco Liza. – Jestem pewna, że niczym jej nie rozcieńczała.

Hooch uśmiechnęła się szeroko.

– A wiesz, że to nie jest taki zły pomysł?

– Tylko zanim się zaczniesz upijać, poczekaj aż usłyszysz, co ma do powiedzenia Minerwa.

– Pewno to, co zwykle – westchnęła. – Nie mamy pieniędzy, musimy oszczędzać, wypłaty w terminie nie będzie – wyliczyła na palcach. – Naprawdę nie wiem, co ja tu jeszcze robię...

Vector skarciła ją wzrokiem, ale jednocześnie w myślach przyznała jej rację. Większość nauczycieli trzymała w szkole jedynie głupia lojalność. Horacy na przykład chciał zrezygnować już w zeszłym roku i został jedynie po to, by nie zwalniać miejsca kolejnemu śmierciożercy. Podobnie było z profesor Babbling, która zdecydowanie powinna odejść na zasłużoną emeryturę. W tym roku oboje przedłużyli umowę tylko dlatego, że nie chcieli dokładać Minerwie zmartwień, sprawiając, że będzie miała jeszcze dwa wakaty do obsadzenia.

Prawdę mówiąc nawet sama McGonagall coraz częściej sprawiała wrażenie kompletnie wypalonej. Wszyscy zresztą byli zmęczeni i już chyba od wakacji marzyli jedynie o przerwie świątecznej, bo lato każdemu przyniosło więcej pracy i zmartwień niż odpoczynku. Tylko niektórzy zdołali wyrwać się ze szkoły na parę tygodni – zbyt krótkich, by odzyskać siły i nadrobić ośmiomiesięczną rozłąkę z bliskimi, spowodowaną tym, że w czasie wojny ich kontakt ze światem poza Hogwartem był mocno ograniczony. Heloiza wiedziała, że Pomona chętnie odwiedziłaby siostrę, Rolanda chciałaby spędzić więcej czasu z mężem, a Poppy dla odmiany zająć się własnymi wnukami, zamiast cudzymi dziećmi. Sama Vector nie posiadała żadnej bliższej rodziny, do której pragnęłaby wrócić, ale przez pewien czas miała nadzieję, że może w końcu uda jej się zrobić sobie przerwę od Hogwartu i pracy, by zająć się sprawami, które zdecydowanie za długo odkładała na bliżej niesprecyzowaną przyszłość. Nadzieję zupełnie niemądrą i naiwną, jak szybko się okazało...

„Może to i lepiej, że nic z tego nie wyszło" – pomyślała ponuro, chrupiąc kostkę ananasa.

– A właśnie – przypomniała sobie. – Dostałam dziś rano list od Dromedy. Przesyła wam wszystkim pozdrowienia.

– Co u niej? – zaciekawiła się żywo Hooch.

– W porządku. Mały Teddy nie daje jej spać. Podobny jest raz do Remusa, raz do Nimfadory, trudno ocenić. – Vector uśmiechnęła się blado, wybierając łyżeczką winogrona.

x

Towarzystwo zebrało się szybko, rozgadane i rozbawione. Rolanda oddaliła się w celu zdobycia mocniejszego alkoholu i wróciła prędko, wyraźnie zadowolona. Liza pozostała przy słabym ponczu i papierosie. Paląc, nieuważnie słuchała paplaniny koleżanki, która razem z Pomoną omawiała właśnie plan wyswatania Hailey z profesorem mugoloznawstwa. Oboje przyszli na zebranie razem, pogrążeni w ożywionej rozmowie. Zaraz po nich zjawiła się Irma z Argusem, ale o nich Hooch przezornie nie powiedziała ani słowa. Jeszcze kilka lat temu co roku z uporem i całą stanowczością twierdziła, że bibliotekarka i woźny w końcu zostaną parą i za każdym razem przegrywała. Albo tak dobrze się kryli, albo naprawdę nie było między nimi nic więcej prócz przyjaźni.

– Daję pięć... nie! Siedem galeonów, że będą razem jeszcze przed egzaminami – oznajmiła Rolanda. – Widać, że facet od początku wpadł jej w oko...

– Już się upiłaś? – prychnęła Vector.

– I cztery, że ty pogodzisz się z Julesem, Lizzie, najdalej w przyszłym tygodniu! – wykrzyknęła Hooch.

Heloiza poczuła przemożną chęć wylania jej na głowę swojego ponczu.

– W przyszłym tygodniu może i nie – wtrąciła Pomona z łagodnym uśmiechem – ale jestem pewna, że niedługo się dogadacie. Byliście taką ładną parą.

– Przyjmuję – odpowiedziała Liza zimno.

Tymczasem do pokoju weszła Minerwa. Poczęstowała się ponczem Slughorna i wypiła trochę, rozglądając się, by sprawdzić, czy nikogo nie brakuje, wreszcie uniosła nieco czarkę i zastukała w nią łyżeczką. Odczekała chwilę, aż zapadnie jako taka cisza, a potem zwięźle przekazała kilka najważniejszych zarządzeń i ogłoszeń, właściwie nic nowego, poza tym, co wszyscy już wiedzieli. Najważniejszą rewelację zostawiła na koniec.

– Do omówienia pozostaje jeszcze jedna kwestia – oznajmiła. – Nasza uczennica, Hermiona Granger, wystąpiła do mnie z propozycją, byśmy poprowadzili dodatkowe kursy przygotowawcze do owutemów dla uczniów, którzy z wiadomych względów nie mogli przystąpić do nich w zeszłym roku. Wstępnie się zgodziłam, ale chciałabym poznać wasze zdanie na ten temat.

W pokoju podniósł się szum, całkiem entuzjastyczny, jak oceniła Liza, spoglądając na twarze swoich współpracowników.

– Wiedziałaś? – szepnęła do uśmiechniętej Aurigi, na co ta skinęła głową.

Liza przewróciła oczami. „Jak zwykle niedoinformowana!" – pomyślała, zaciągając się papierosem. – „Przynajmniej nie tylko ja, inni wyglądają na równie zaskoczonych."

– To wspaniały pomysł! – ucieszyła się Pomona.

Hagrid potaknął z takim zapałem, że prawie rozlał swój poncz. Vector była pewna, że w tej chwili myśli o młodym Potterze i jego przyjaciołach, których darzył szczególną sympatią i którym z chęcią przedłużyłby karierę szkolną nawet o następne siedem lat, byleby tylko mieć ich blisko siebie w Hogwarcie. Liza potrafiła go zrozumieć. Sama, chociaż była przekonana, że zaprzyjaźnianie się z uczniami nie kończy się dobrze, całkiem lubiła swoją zeszłoroczną grupę owutemową i nie miała nic przeciwko, by jednak ją do tych owutemów doprowadzić – tym bardziej, że istniało realne prawdopodobieństwo, że większość uczniów je zda.

– Ale czy damy radę? – odezwał się sceptycznie Slughorn. – Ja na ten przykład mam mnóstwo zajęć, Minerwo, i...

– Lekcje będą odbywać się raz, najwyżej dwa razy w tygodniu, tak więc nie będzie to dla nikogo zbyt dużym obciążeniem – McGonagall ucięła jego wątpliwości. – Rzecz jasna dostaniesz też dodatkowe fundusze na potrzebne składniki – dodała przebiegle.

– A co z ich studiami, pracą? – zapytała Pomona. – Większość chyba ma już jakieś zajęcia...

– Postaramy się dostosować terminy tak, by każdemu pasowały. Profesor Powell, Hailey, panie Gustawie, nie było tego w naszej umowie, ale czy mogę na was liczyć? Lojalnie wszystkich uprzedzam, że na razie nie możemy spodziewać się żadnego wynagrodzenia, ale rada nadzorcza zaproponowała dopłatę do pomocy naukowych. Jeśli ktoś ma jakiekolwiek zastrzeżenia, proszę, by wyraził je teraz.

Potoczyła uważnym wzrokiem po zebranych.

– Za późno na protesty, skoro już się zgodziłaś – prychnęła panna Powell.

Minerwa spojrzała na nią spokojnie.

– Nie sądzę, abyś miała z nimi dużo pracy – powiedziała ze źle skrywaną dumą. – Co jak co, ale na obronie większość z nich się zna.

– Rzecz jasna nie mówimy o samej Gwardii Dumbledore'a, Minnie? – zaniepokoił się Filius. – Wyślemy listy do wszystkich?

– Do wszystkich Gryfonów, Puchonów i Krukonów... – zapewniła dyrektorka, na koniec jednak zawahała się lekko.

– I Ślizgonów – przypomniał Horacy.

– To również chciałam przedyskutować – powiedziała McGonagall sucho. – Zasugerowano mi... Cóż, jak wiemy, w maju większość pełnoletnich Ślizgonów przyłączyła się do Sami Wiecie... Voldemorta.

– Jak chcesz. Tak tylko myślałem... – wycofał się natychmiast Slughorn, unosząc dłonie w obronnym geście.

Zapadła cisza, zupełnie, jakby każdy czuł, że taki układ nie jest do końca sprawiedliwy, ale nikt nie miał odwagi, by podnieść veto. Większość nauczycieli wydawała się być nagle bardzo zaabsorbowana swoimi napojami. Liza właściwie nie była zaskoczona. Zerknęła na Aurigę – jej uśmiech zdążył już zblaknąć i wyglądała trochę jak szczeniak, którego kopnął ukochany właściciel. Patrzyła na Minerwę, ta jednak sprawiała wrażenie, jakby sama biła się z myślami. Sinistra odruchowo odwróciła się w lewo, błędnym wzrokiem spojrzała gdzieś w powietrze przed nosem Gustawa, momentalnie ocknęła się i ignorując pytające spojrzenie mężczyzny, znów gwałtownie zwróciła się do dyrektorki.

– Wy chyba sobie żartujecie – powiedziała cicho, głosem pełnym już nie zdziwienia, ale jakiejś niedowierzającej złości. – Nie możesz mówić poważnie, Minerwo! I pan, profesorze!

Horacy, nagle dziwnie zakłopotany, zaczął dolewać sobie ponczu. McGonagall odkaszlnęła.

– Przedstawiłam wam ofertę rady nadzorczej, Aurigo – wytłumaczyła, mimowolnie wpadając w protekcjonalny ton. – Downey kategorycznie zapowiedział, że nie zobaczymy pieniędzy, jeśli przyjmiemy choćby jednego Ślizgona, który nie opowiedział się po naszej stronie w maju... A niestety wszyscy wiemy, że nie zrobił tego ani jeden.

– To jakiś obłęd! – przerwała jej niegrzecznie Sinistra. – Przecież większość z nich zwyczajnie pouciekała! I to im najbardziej potrzebny będzie papierek z ocenami, bo każdy inny dostanie miejsce na uniwersytecie czy pracę tylko dlatego, że brał udział w bitwie! Wszyscy doskonale wiemy, że Hermiona Granger chce zdać owutemy jedynie dla formalności, bo i tak ma miejsce na studiach uzdrowicielskich. Z innymi jest pewnie tak samo... a nawet jeśli nie, to dlaczego mamy dawać szansę wszystkim, prócz Ślizgonów?

– Oni na to nie zasługują, Aurigo – odparła cicho, ale zadziwiająco twardo Pomona. Sinistra spojrzała na nią pusto. – Mieli wybór i...

– To nie była kwestia wyboru! To... to wpływ indoktrynacji! Oni byli wychowywani, żeby nienawidzić szlam i mugoli, żeby przyłączyć się do Voldemorta, kiedy przyjdzie czas... A my właściwie nic nie zrobiliśmy, żeby temu zapobiec.

– Teraz jesteś niesprawiedliwa. Wszyscy... staraliśmy się. A oni mogli odmówić – poparła przyjaciółkę Rolanda.

– I zginąć?

– To śmierciożercy – powiedziała Pomona.

– Na Merlina, nie bądź głupia! – wykrzyknęła Liza, czując, że dłużej tego nie zniesie. – To tylko smarkacze, nie wszyscy poparli Voldemorta! – Wstała gwałtownie i podeszła do swojego ulubionego miejsca przy oknie, szukając w kieszeni papierosów. Sinistra spojrzała na nią z wdzięcznością.

– Racja – wtrącił Flitwick nieco piskliwym głosem. – Nie wszyscy Ślizgoni to śmierciożercy i nie wszyscy, którzy opuścili szkołę przed bitwą, dołączyli do V-voldemorta... Tych niech osądzi Wizengamot, nie my, jesteśmy szkołą, nie sądem.

– Będą kłopoty z utrzymaniem porządku – ostrzegła Irma. – Pozostali uczniowie nie będą tak wyrozumiali, jak my. To jedyny argument.

– Jako... khem... doświadczeni pedagodzy chyba damy sobie z tym radę – powiedziała Heloiza z przekąsem.

– Drugi argument jest taki, że przepadnie nam dofinansowanie. – Hooch przypomniała o tym, o czym wszyscy wiedzieli. – Nie ma owutemów z latania na miotle, więc mi to wszystko jedno. Jednak nie wiem, jak wam, ale mnie kończą się galeony, tym bardziej, że ostatnio przyszło mi kupować pomoce i sprzęt z własnej kieszeni. Niektórzy z nas mają na utrzymaniu rodziny... Jeśli oni nie zgłoszą obiekcji...

Pomona milczała obrażona. Nikt inny się nie odezwał.

– Niech rada udławi się swoimi pieniędzmi – skomentowała Liza wystarczająco głośno, by wszyscy mogli ją doskonale usłyszeć. Zapaliła papierosa różdżką i uchyliła okno.

Minerwa powoli skinęła głową.

– Dobrze więc, przegłosujmy to – poprosiła. – Kto jest za tym, by przyjąć Ślizgonów?

Trzy dłonie bez wahania wystrzeliły w górę, po chwili niepewnie dołączyła do nich ręka Hagrida i Irmy. I to wszystko.

– Horacy! – Vector popatrzyła ostro na Slughorna, który wciąż starał się wtopić w swój fotel.

– Ach, tak, oczywiście macie rację... – bąknął i ledwie uniósł dłoń ponad oparcie.

Sinistra westchnęła ciężko. Jeszcze raz zerknęła nieuważnie na Gustawa, a raczej na miejsce, gdzie siedział. To wystarczyło, by mężczyzna natychmiast podniósł rękę. Za nim, zupełnie nieoczekiwanie, zrobił to Filch.

– Akurat wy nie powinniście się w tej kwestii wypowiadać – sarknęła dotychczas dziwnie milcząca panna Powell. Jej uwaga została zgodnie zignorowana.

– Ja nie mam nic przeciwko – wtrąciła Hailey, także unosząc dłoń.

– Dobra, wystarczy – westchnęła Liza, przewracając oczami. – Rolanda, jak rozumiem, się uchyla, ty, Minnie, też. Reszta chce, ale się boi, albo nie chce, mniejsza już o to, tak czy siak większość jest za.

Minerwa ponownie skinęła głową.

– W takim razie sprawa jest jasna – stwierdziła, a w jej głosie można było dosłyszeć ledwie wyczuwalną ulgę. – Jeśli znajdzie się choć jeden Ślizgon, który będzie chciał kontynuować tutaj naukę, będzie miał taką możliwość.

xxx

Sinistra?

Pogrążona w myślach Auriga nie usłyszała kroków i dlatego na dźwięk głosu drgnęła niespokojnie, wylewając przy tym trochę herbaty i parząc sobie palce. Z wyrzutem spojrzała na mężczyznę, który właśnie wszedł przez klapę w podłodze. Jego sylwetka stanowiła jedynie ciemniejszy kontur na tle nieba, ale nie dało się go pomylić z nikim innym.

Severus! Wystraszyłeś mnie! – wykrzyknęła, odstawiając kubek i zeskakując z murku, na którym siedziała. Sięgnęła do włosów i wyciągnęła z nich różdżkę, by zaklęciem zapalić stojącą obok wejścia latarnię.

Co tutaj robisz? – zdziwiła się, mrużąc przywykłe do ciemności oczy. – Coś się stało? Potrzebujesz czegoś?

Severus Snape nie zjawiał się na Wieży Astronomicznej często, a już z pewnością nie w środku nocy. Czasem, kiedy pilnie potrzebował jakichś informacji czy obliczeń z jej dziedziny, bez względu na porę posyłał do niej skrzata domowego, ale sam nie fatygował się na górę nigdy. Auriga zastanowiła się szybko. Ostatnio i tak nie zajmowała się niczym, co mogłoby być przydatne przy eliksirach...

A może i on po prostu przyszedł tu, by porozmyślać? Zaciekawiona, zerknęła na kolegę i zaraz odrzuciła ten pomysł. Snape zdecydowanie nie należał do ludzi, którzy znajdowali przyjemność w gapieniu się w noc i rozmyślaniu. Na takich, którzy to robili, raczej patrzył z wyższością, tak jak w tej chwili.

Co ty wyprawiasz, Sinistra? – prychnął, wchodząc o krok dalej i rozglądając się niechętnie dokoła. Wymownie spojrzał na ciemne od chmur niebo.

Auriga nie zamierzała dać się wyprowadzić z równowagi.

Piję herbatę – odpowiedziała spokojnie, jakby to była najoczywistsza rzecz, jaką można robić w środku nocy na szczycie Wieży Astronomicznej, gdy zbierało się na burzę.

To widzę – sarknął niecierpliwie Snape. – Dlaczego tutaj?

A dlaczego by nie? – westchnęła. – Nie mogłam zasnąć. A ty? Odpowiesz mi w końcu?

Drzwi na dole były otwarte i sądziłem, że jest tutaj któryś z uczniów. Jestem pewien, że ktoś się tu kręcił...

Owszem – przytaknęła pogodnie. – Nie dalej jak dziesięć minut temu wygoniłam stąd parkę twoich Ślizgonów.

Jesteś pewna? – Snape uniósł powątpiewająco brew. – Co niby Ślizgoni mieliby tu robić? – prychnął.

Jeszcze nim skończył to mówić, zdał sobie sprawę z tego, jak głupio to brzmiało. Auriga zareagowała natychmiast.

Och, Severusie... – uśmiechnęła się łobuzersko. – Przypuszczam, że na pewno nie chcieli dokształcać się z astronomii...

Mężczyzna posłał jej wściekłe spojrzenie, na które nie zwróciła uwagi, zajęta sadowieniem się z powrotem na murku.

Masz ochotę na herbatę? – wypaliła bez zastanowienia, sięgając po swój kubek.

Wyraźnie go zaskoczyła, a zaskoczony Severus nie był częstym widokiem.

I tak ich już nie dogonisz – wyjaśniła lekkim tonem, wzruszając ramionami. – Nawet nie masz po co, bo poprosiłam mojego skrzata, by dyskretnie dopilnował, żeby dotarli prosto do własnych łóżek... Zresztą – dodała po chwili namysłu – i tak nie ukarałbyś ich, nawet, gdybyś sam ich przyłapał.

Ile punktów im odjęłaś? – zainteresował się.

Niewiele, nie bój się – prychnęła. – Więc jak? Mam na myśli herbatę.

Na widok jego miny natychmiast pożałowała, że w ogóle wyrwała się z tą propozycją. Z Severusem dobrze się rozmawiało w tych rzadkich, dość nieoczekiwanych chwilach, kiedy oboje nagle odkrywali, że prócz wymieniania zwykłych uprzejmości – w wypadku Snape'a były to raczej złośliwości – mają także inne wspólne tematy. Z pewnością nie był on odpowiednią osobą do nocnej pogawędki przy herbacie...

Snape patrzył na nią drwiąco.

Wybacz, Sinistra, ale naprawdę mam lepsze rzeczy do roboty.

Pewnie – mruknęła, przewracając oczami. – Zapomnij...

xxx

Aurigo?

Liza podeszła cicho do Sinistry i podsunęła jej pękaty kieliszek na smukłej nóżce.

– Masz, napij się. Nie poncz, wino. Chociaż i poncz by ci nie zaszkodził – mruknęła.

Auriga zignorowała jej ostatnią uwagę, wzięła trunek i upiła łyk. Liza odstawiła na parapet swoją do połowy opróżnioną czarkę i zapaliła kolejnego tego wieczoru papierosa. Zaciągnęła się, obserwując zamieszanie, jakie zapanowało w pokoju po zakończeniu oficjalnej części zebrania. Rolanda wyciągnęła oprawiony w skórę notesik i donośnym głosem zachęcała wszystkich do zakładów o wynik rozgrywek quidditcha, Pomona zbierała partnerów do kart, podczas gdy Irma i Poppy z szuraniem przesuwały na środek pomieszczenia stół. Reszta rozmawiała głośno, domagając się dolewki ponczu lub wina.

Zdawało się, że niesnaski, jakie miały miejsce przed chwilą, poszły w niepamięć. Przy takiej zbieraninie różnorodnych charakterów, jaką stanowili pracownicy Hogwartu, rozbieżność poglądów była rzeczą nieuniknioną. A skoro już wszyscy zmuszeni byli spędzać ze sobą większą część roku, to dla świętego spokoju musieli nauczyć się jak pójść na kompromis. Można było marudzić, kłócić się i obrażać, byleby tylko w istotnych kwestiach – i przed uczniami, rzecz jasna – trzymać się razem. Poza tym w porównaniu z konfliktami, jakie wybuchały między nimi w zeszłym roku, dzisiejsza scysja o Ślizgonów zdawała się być bez znaczenia.

Sinistra westchnęła cicho. Nie miała do nikogo żalu, ale potrzebowała chwili, żeby ochłonąć i zebrać myśli, zanim będzie mogła dołączyć do reszty.

– Jak my mamy teraz rozmawiać z tymi dziećmi? – odezwała się Vector cicho. – Jak mamy ich uczyć? Masz rację, oni zostali tak wychowani, całe życie robiono im wodę z mózgu, a my może faktycznie nie bardzo daliśmy im wybór, może za mało staraliśmy się pomóc... – wyrzuciła z siebie szybko i urwała, by zaciągnąć się papierosem.

Sinistra spojrzała na nią zaskoczona.

– Przecież nagle to wszystko, co im wpajano i co uważali za słuszne, okazało się kłamstwem – ciągnęła beznamiętnie Liza. – Ale teraz są już dorośli i trochę za późno na wychowywanie, nie sądzisz? Przecież musiałaś wziąć to pod uwagę, Aurigo.

Nie wzięła. Ociągała się z odpowiedzią, ale nie mogła zaprzeczyć.

– Chyba masz rację – westchnęła w końcu. – Ale tak trzeba było.

Ktoś musiał wyrównać ich szanse. Co prawda to nie ona była do tego najodpowiedniejszą osobą, ale skoro nikt inny się tego nie podjął...

– I... dzięki, że mimo wszystko mnie poparłaś.

Liza uśmiechnęła się ironicznie.

– Och, musiałam – odparła lżejszym tonem. – Bezsensowna dobroć i szlachetność to cechy Gryffindoru, kto to widział, żeby rozsądna Krukonka robiła z siebie męczennicę?

Auriga parsknęła śmiechem.

– Stereotypy! – prychnęła.

– Masz teraz okazję, by je łamać i udowadniać, że Ślizgoni to też ludzie. Może ci pójdzie lepiej niż jemu...

– A co on ma z tym wspólnego? – Sinistra próbowała udać zdziwienie, jednak Liza nie dała się nabrać.

– Akurat ja wiem, że niestety wszystko – stwierdziła.

Auriga zmarszczyła brwi, ale nie zdążyła odpowiedzieć, bo w tym momencie lekkim krokiem podeszła do nich Rolanda, wymachując trzymanym w ręce notesem.

– Na kogo stawiacie? – zagaiła wesoło.

Sinistra natychmiast przywołała na twarz blady uśmiech.

– Ravenclaw. Czuję, że w tym roku mamy szanse – powiedziała bardziej odruchowo, niż z przekonania.

Właściwie wcale się nad tym nie zastanawiała. Czasem wciąż trudno było jej uwierzyć, że po tym wszystkim, co się wydarzyło, znów można przejmować się takimi drobiazgami jak wygrany mecz...

– O, a nie Slytherin? – zakpiła przyjaźnie Rolanda, notując skrzętnie. – A ty Lizzie? Gryffindor?

– Jak zwykle – odparła lekko Liza.

– Jesteś pewna? Bez Pottera ciężko będzie wam utrzymać poziom.

– To samo mówiłaś, kiedy odszedł Weasley.

– No i Gryffindor stracił puchar na ładnych parę lat – przypomniała złośliwie Hooch.

– Cóż, Puchonom jakoś to nie pomogło.

Rolanda roześmiała się serdecznie. Pożartowała jeszcze przez chwilę, a potem odeszła do pozostałych.

– Och, nie ma mowy, żebyśmy nie wygrali – mruknęła Liza, mściwie zgniatając niedopałek w popielniczce. – Hufflepuff to żaden przeciwnik.

– Jeszcze możesz się zdziwić – odparła Auriga. – To co, może usiądziemy? – zapytała, nie chcąc wracać do tematu, który poruszały zanim przerwała im Hooch. – Chyba że idziesz grać w karty, ale widzę, że do dziewczyn dosiadła się Powell... – dodała, wskazując na zgromadzone wokół stolika czarownice. Nawet stąd słychać było skrzekliwe dyspozycje wydawane przez najstarszą z nich.

Liza przewróciła oczami.

– Raczej podziękuję.

x

Kompletnie nie znam się na quidditchu – powiedział Gustaw do Rolandy. – Ostatni raz latałem na miotle jakieś dwadzieścia lat temu i jedyne, co z tego pamiętam, to że witki powinny być z tyłu.

– Przynajmniej tyle – roześmiała się nauczycielka latania. – Czasem mam wrażenie, że niektórzy pierwszoroczni nie wiedzą nawet tego...

Liza i Auriga prześliznęły się obok niej, by zająć swoje miejsca. Normą było, że w pokoju nauczycielskim każdy miał własny fotel i że wraz z właścicielami krążyły one po całym pokoju, zależnie od tego, gdzie ów właściciel miał kaprys usiąść. Zwykle, szczególnie podczas zebrań, powodowało to niesamowity bałagan i chaos, jednak nikt nie pomyślałby nawet, żeby kogoś podsiąść – to byłoby zwyczajnie niegrzeczne i w pewien absurdalny sposób nawet nieprzyzwoite. Zasada ta mogła dziwić, ale każdy szybko się przyzwyczajał.

– Tak właściwie – ciągnął Zieleziński, odchylając się wygodnie na wytarte, ciemnozielone oparcie – to sądziłem, że nauczyciele nie mogą kibicować żadnej drużynie. Tak było napisane w regulaminie – dodał prędko, widząc wlepione w siebie zdziwione spojrzenia starszych stażem kolegów.

– No właśnie – poparła go Hailey. – Pani Minerwa przypominała mi o tym ze trzy razy.

– Doprawdy? – odezwała się Liza ironicznie, wymieniając porozumiewawcze spojrzenia z Aurigą i Filiusem.

Rolanda parsknęła głośnym śmiechem.

– Dajcie spokój! Chodzi o to, że na meczach macie być neutralni: żadnych transparentów, proporczyków, wrzasków, oklasków i przekleństw. Uczniowie mają myśleć, że jesteście ponad to, ale to przecież nie znaczy, że tak ma być naprawdę!

– Żebyście widzieli, jak sama Minnie przeżywa rozgrywki – dodał Flitwick, uśmiechając się lekko. – Pamiętacie, jak się uparła na Pottera? Od lat darła, że tak powiem, koty z Severusem o drużyny, ale kiedy do Gryfonów dołączył Harry, tylko czekałem, aż zaczną się pojedynkować... Najpierw była ta afera z Nimbusem, potem miotły Malfoya, Błyskawica, Umbridge... – wyliczył z nostalgią. – A kiedy już wygrali, całe wakacje chodziła dumna jak paw.

– Nie dziwię się, zgarnęła tyle galeonów... – prychnęła Hooch. – Więc jak? – zwróciła się znów z pytaniem do dwójki nowych nauczycieli.

Hailey postawiła na Hufflepuff dziesięć galeonów, ale Zieleziński stanowczo odmówił. Rolanda dała więc spokój i beztrosko zaczęła rozprawiać o szansach poszczególnych domów, zarzucając ich nazwiskami zawodników, których spodziewała się ujrzeć w tym roku w drużynach. Temat ten jak zwykle wywołał burzliwą dyskusję i Liza przez chwilę zaciekle broniła swoich podopiecznych, ale Rolandy i Hailey nie dało się przegadać, więc dała spokój, a rozmowa zeszła na inne tematy.

Wkrótce za oknami pociemniało i w pokoju pozapalano świece. Skrzaty podały przekąski, więc gwar nieco przycichł i przez chwilę słychać było nawet koncertujące na dworze cykady. Horacy chodził po pokoju i hojnie uzupełniał czarki alkoholem. Auriga obracając w dłoni do połowy pełny kieliszek, przysłuchiwała się anegdocie, którą opowiadał Gustaw. Mężczyzna mówił dużo i barwnie, sypał żartami jak z rękawa, beztroski i szczery, mimo że nawet nie wypił za dużo. Wstawiona ponczem Hailey chichotała w dłoń, choć jeszcze nie dotarł do puenty, a Filch, który dosiadł się do nich nieśmiało, zadławił się kęsem pasztecika. Lizę nieco dziwiło jego zachowanie, bo woźny zwykle stronił od towarzystwa nowych członków grona pedagogicznego, szczególnie, jeśli byli młodzi i głośni, a na spotkaniach takich jak to zwykle grał w karty z Irmą i resztą, nie udzielając się w rozmowach. Imponowała mu władza i osobom, które ją miały potrafił się bezwstydnie podlizywać, ale co takiego ciągnęło go do nauczyciela mugoloznawstwa, Vector nie wiedziała. Zanurzona wygodnie w poduszkach na swoim fotelu, sączyła poncz i słuchała.

– …i mieszkałem u jednej znajomej w Londynie – opowiadał Gustaw na prośbę Hailey. – Świetna kobieta, zgodziła się nawet przechować mój samochód. Powiedziałem jej, że będę uczył w szkole z internatem i w kampusie nie będzie mi potrzebny, cóż, nie skłamałem za bardzo.

– Co to jest ten samo-chód? – zdziwiła się dziewczyna i mężczyzna spojrzał na nią zszokowany.

– Miotła na czterech kółkach – przyszedł mu z pomocą Flitwick. – Takie metalowe pudełka, którymi mugole jeżdżą po ulicach, musiałaś je widzieć.

– Aa – Hailey szybko pokiwała głową. – Fajnie, zawsze mnie ciekawiło, jak one mogą działać bez magii!

Gustaw wzruszył ramionami.

– To skomplikowane – powiedział. – Prawie jak magia, tylko że mugolska.

Rozentuzjazmowana Hailey zaczęła wypytywać go o najdrobniejsze szczegóły życia mugoli. Zieleziński, początkowo zaskoczony, odpowiadał cierpliwie, wspomagany przez Filiusa, Rolandę i nawet Aurigę. Vector co prawda była czarownicą półkrwi, ale nigdy nie miała zbyt wielu kontaktów z mugolami – choć i tak zapewne więcej niż Hailey. Niemagiczni należeli do całkiem innego świata, który akceptowała, ale do którego nie chciała się wtrącać, bo jej własny wystarczająco ją absorbował. Jednak w ustach tego całego Gustawa to wszystko zdawało się całkiem ciekawe... Lizę coś tknęło, nagłe deja vu, jakby już kiedyś uczestniczyła w podobnej rozmowie z kimś, kto mówił o mugolach z takim samym entuzjazmem i w czyim głosie brzmiała taka sama ulga, że jest tu jeszcze ktoś, kto to rozumie i nie ma uprzedzeń...

Pod wpływem impulsu Vector sięgnęła po papierosy, choć stanowczo za dużo ich już dziś wypaliła. Rozejrzała po pokoju. Wszyscy w końcu odchodzili, zostawały tylko puste fotele, czekające, aż zajmie je ktoś inny... I tak należało uznać za cud, że podczas ostatniej bitwy nie zginęło więcej nauczycieli, choć może lepiej by było, gdyby ginęli oni, a nie te głupie dzieci, myślące, że ich udział może cokolwiek zmienić. Liza wydmuchała dym i zaciągnęła się mocno, aż poczuła drapanie w gardle. To ją uspokoiło.

– A dlaczego przyjechał pan do Anglii? – usłyszała kolejne niedyskretne pytanie Hailey. – We Włoszech musi być o wiele lepiej niż tu...

– Cóż, jest pięknie, ludzie są mili i życzliwi – zgodził się Gustaw. – Jak wszędzie. A ja... nie lubię długo przebywać w jednym miejscu. W Anglii jeszcze nie byłem, więc skoro trafiła się okazja...

– Skąd pan w ogóle o nas wiedział, skoro żył pan wśród mugoli? – zainteresował się Filius.

– Przez przypadek. Dowiedziałem się od przyjaciela męża koleżanki mojej siostry – Gustaw roześmiał się. – Trudno byłoby wytłumaczyć.

– I nie bał się pan? – zapytała cicho Hailey.

Mężczyzna spoważniał odrobinę.

– Czego? – zdziwił się.

– Mieliśmy wojnę!

– Już się skończyła – odpowiedział prosto, wzruszając ramionami.

xxx

Dzień dobry, Severusie. Przyniosłam ci notatki, o które prosiłeś – powiedziała Auriga, kiedy Snape otworzył drzwi. Uśmiechając się przyjaźnie, pomachała mu przed nosem plikiem kartek, gęsto zapisanych jej drobnym pismem i pokrytych schematycznymi rysunkami.

Dzięki – odparł krótko, zabierając od niej papiery i natychmiast pogrążając się w lekturze.

Sinistra przez chwilę przyglądała mu się w milczeniu, czekając cierpliwie tylko po to, by w końcu stwierdzić, że chyba niczego się nie doczeka. Severus nie wyglądał, jakby miał ochotę przedyskutować z nią problem, właściwie tak pochłonięty był treścią zapisków, że zdawał się zupełnie zapominać o jej obecności.

Myślałam o tym trochę – odezwała się – i doszłam do wniosku, że najlepszy będzie przyszły wtorek.

Tak, wiem, podczas pełni – zgodził się Snape nieuważnie.

Dwa dni po pełni – poprawiła go spokojnie.

Dopiero wtedy na nią spojrzał. Wydawał się być nieco zdziwiony, że jeszcze sobie nie poszła.

Niemożliwe – prychnął krótko i cofnął się do gabinetu, usiłując zamknąć jej drzwi przed nosem. Zirytowana czarownica przytrzymała je i wśliznęła się za nim do środka. Nie zamierzała dać się spławić tak łatwo.

Wcale nie! – zaoponowała. – Zaciekawiło mnie to, co mówiłeś, więc poszperałam trochę w bibliotece... O, dzień dobry, Minerwo...

Zaskoczona Auriga spojrzała na wicedyrektorkę, siedzącą w przysuniętym do kominka fotelu. Naprzeciw niej stał drugi fotel, należący najwyraźniej do Snape'a, a pomiędzy nimi nieduży stolik, na którym rozłożona była szachownica

Witaj, Aurigo. – McGonagall także wydawała się być zdziwiona. – Co tutaj robisz? – Uśmiechnęła się uprzejmie .

Przyniosłam mu moje notatki – wyjaśniła Sinistra, patrząc z wyrzutem na Severusa, który nie zwrócił na nią uwagi, zajęty porównywaniem jej zapisków z zawartością jednej z opasłych ksiąg, zalegających na jego biurku. Wodząc palcem po tekście, mamrotał coś pod nosem. Auriga przewróciła oczami i odwróciła się do koleżanki.

Przeszkodziłam wam? – zapytała niepewnie.

Minerwa machnęła ręką.

I tak przegrywałam. Siadaj, napijesz się herbaty?

Sinistra wzruszyła ramionami, nagle dziwnie zakłopotana. Jeszcze raz zerknęła na Snape'a. Co innego było kłócić się z nim o zagadnienia naukowe, a co innego wpraszać się na herbatę do jego gabinetu...

McGonagall skwitowała jej wątpliwości ironicznym uśmieszkiem i bez słowa wyczarowała dodatkową filiżankę. Wobec takiego postawienia sprawy Auridze nie pozostało nic innego, jak tylko nieśmiało przysiąść w wolnym fotelu.

Nie wiedziałam, że współpracujecie nad jakimś projektem – powiedziała Minerwa, podając jej herbatę. – Co to takiego?

Ach, nie, nie pracujemy razem! – zaprzeczyła Sinistra szybko. – Ja tylko pomagam mu przy astronomii, jest z niej beznadziejny – oznajmiła, nawet nie ściszając głosu. – Teraz akurat spieramy się na temat właściwości kamienia księżycowego. Severus chce go użyć do wzmocnienia eliksiru nasennego, ale nie uda mu się to, bo zamierza warzyć go podczas pełni. Trochę poczytałam i jestem prawie pewna, że skończy się to malowniczym wybuchem.

Szkoda, że przy okazji nie dowiedziałaś się, że z reszty składników, których mam zamiar użyć, tylko podczas pełni nie wyjdzie mi śmiertelna trucizna, Sinistra.

Auriga spojrzała spłoszona na Snape'a, który podszedł do nich bezszelestnie, porzuciwszy lekturę.

Oczywiście zapomniałem poprosić, byście się rozgościły – dodał drwiąco, patrząc na Minerwę. Ta tylko wzruszyła ramionami i transmutowała jeden ze swoich pionków w fotel dla niego.

Sam sprawdź, Severusie – powiedziała Auriga, odzyskując rezon. – Wypisałam ci źródła, przynajmniej pomyśl o tym...

Znam teorie, na które się powołujesz – odparł protekcjonalnie. – Każda z nich to bezwartościowy stek bzdur, niepotwierdzony żadnymi dowodami.

Ale...

Czyżbym przegapił moment, w którym zdobyłaś dyplom Mistrza Eliksirów, Sinistra?

Auriga popatrzyła na niego ze złością.

No właśnie – sarknął.

McGonagall zakryła usta dłonią, by stłumić śmiech. Severus spojrzał na nią ostro, a potem przeniósł wzrok na rozłożoną na stole planszę.

Jeśli w piątek twoi Gryfoni będą grać w quidditcha tak, jak ty dziś w szachy, Minerwo, to puchar jest nasz – stwierdził złośliwie, pochylając się, by przesunąć figurę gońca. – Szach i mat. Masz ochotę na rewanż?

Czarownica zignorowała jego jadowity ton, choć widać było, że nie jest zadowolona z jego triumfu.

Dziękuję – odpowiedziała. – I tak brak nam pionka. Chyba, że ty chcesz zagrać, Aurigo? Severus posiedzi na podłodze.

Sinistra roześmiała się i szybko pokręciła głową, zanim mężczyzna zdążył zasztyletować starszą koleżankę wzrokiem.

xxx

Dobrze wiedzieć, że Severus nie był ostatnią osobą, która czuła się odpowiedzialna za interesy Ślizgonów w tej szkole – powiedział Dumbledore cicho. – Jednak dziwię się, że to nie ty się za nimi wstawiłaś, Minerwo...

Kobieta odwróciła się od ciemnego okna i spojrzała na portret byłego dyrektora, który patrzył na nią surowo znad okularów połówek. W jego błękitnych oczach błyszczało coś na kształt smutnego wyrzutu i czarownica nagle poczuła palącą potrzebę wytłumaczenia się.

– Nie mogę sama podejmować takich decyzji, Albusie. Poza tym potrzebne są nam pieniądze!

– Pieniądze to nie wszystko, moja droga.

– To słowa kogoś, kto ani przez moment nie musiał się o nie martwić – fuknęła.

To była prawda. Od prawie czterdziestu lat, prócz pełnienia funkcji nauczycielki, opiekunki domu i wicedyrektorki, dbała o rozporządzanie funduszami i dotacjami i była pewna, że bez jej starań szkoła nie przetrwałaby ani jednego roku. I właśnie teraz, mimo całego nakładu pracy, jaki w nią włożyła, widmo upadku unosiło się nad nimi jak sęp nad dogorywającą zwierzyną. Remont zamku przeciągał się ponad miarę, skarbiec szkoły pustoszał w zastraszającym tempie, a ludzie, którzy dotychczas wspomagali Hogwart hojnymi dotacjami, w większości nie żyli albo mieli na głowie inne sprawy, takie jak własny proces o śmierciożerstwo. Sytuacji ani trochę nie poprawiał fakt, że dyrektorka musiała odrzucić pierwszą od wielu miesięcy sensowną propozycję, która pozwoliłaby im na jakiś czas wyjść z dołka.

Minerwa usiadła w swoim fotelu za biurkiem i ukryła twarz w dłoniach.

– Powinnaś się przespać, moja droga – zauważył Albus spokojnie.

Było już bardzo późno. Zebranie dopiero co się skończyło i wszyscy porozchodzili się do swoich komnat, świadomi, że chociaż jutro jest niedziela, to i trzeba będzie wstać tak samo wcześnie jak zwykle. McGonagall była chyba jedyną osobą w zamku, która zamiast do swego mieszkania, udała się do gabinetu. Miała mnóstwo pracy i zdawała sobie sprawę, że czas, który spędziła w pokoju nauczycielskim, powinna poświęcić właśnie na nią. Nie potrafiła jednak odmówić sobie tej drobnej przyjemności, jaką – choć nigdy głośno o tym nie mówiła – dawały jej zawsze te wspólne wieczory.

Minerwa lubiła, kiedy wszyscy rozsiadali się w swoich niedopasowanych do niczego, prócz nich samych, fotelach, w całkowitym bezładzie, gdzie komu było najwygodniej. Z upodobaniem patrzyła, jak w kącie skupiony Severus przygotowywał poncz, a potem rozsyłał go po sali w niedużych czarkach, ozdobionych zależnie od kaprysu kwiatem albo plastrem pomarańczy. Zawsze, zanim zaczęła pić, najpierw długo wdychała alkoholowo-owocowy aromat. Albus żartował i rozprawiał o jakichś głupstwach; nigdy nie wiedziała, czy to przejaw jego ekscentryczności czy po prostu próba odwrócenia myśli podwładnych od nadchodzącej wojny, i zwykle irytowała się jego beztroską. Innym to jednak nie przeszkadzało, oni także rozmawiali na najróżniejsze tematy, grali w karty albo robili te absurdalne zakłady: kto z kim zacznie chodzić, kto wygra puchar domowy, a kto quidditcha, kto zarobi pierwszy szlaban – o ile już nie zarobił pierwszego dnia u Severusa. Czasem co prawda trzeba było hamować ich zapędy, bo chwilami zdawali się być mniej dojrzali niż ich podopieczni. McGonagall patrzyła na nich z łagodnym politowaniem i tłumiła wzbierający śmiech.

A potem Dumbledore zginął. I nawet jeśli już wcześniej nie było kolorowo, to wtedy zaczęło być po prostu koszmarnie. Śmierć dyrektora i zdrada Severusa uderzyły we wszystkich, ale Minerwa po cichu przypuszczała, że to ją zabolały najbardziej. Jednocześnie straciła dwóch ludzi, których uważała za swych najlepszych przyjaciół – i po prawdzie nie wiedziała, odejście którego było gorsze.

Teraz obaj byli równie martwi, a ona została z plajtującą szkołą na głowie i okropnymi wyrzutami sumienia.

– Naprawdę uważam, że powinnaś się położyć, moja droga. – W głosie Dumbledore'a zabrzmiała surowa nuta. McGonagall spojrzała na portret ostro. Owszem, wspierał ją rozmową i zawsze mogła liczyć na jego dobre rady, za co była mu wdzięczna, ale przecież był jedynie namiastką tamtego Albusa... I nawet, jeśli czasami brzmiał zupełnie jak ten prawdziwy, Minerwa nie potrafiła o tym zapomnieć.

– A sposób na zorganizowanie pieniędzy wymyśli się sam? – zapytała sarkastycznie.

– Być może.

– Na litość, Albusie!

– Trzeba mieć nadzieję, Minerwo. A zmęczenie z pewnością nie jest twym sprzymierzeńcem.

– Czas również – fuknęła. – Zamek jest nieodbudowany, sufit we wschodnim skrzydle się sypie, część lochów jest zawalona, nie mówiąc już o Wieży Astronomicznej...

– Wszystko będzie dobrze.

– Akurat.

x