Dziękuję Panterze za zbetowanie rozdziału.
– Nie nudzi cię to, Severusie? – zapytała Auriga, kiedy po raz kolejny w środku nocy przypadkiem natknęła się na patrolującego zamek Snape'a. Znajdowali się na siódmym piętrze, niedaleko wejścia do Wieży Gryffindoru, do której Sinistra odprowadziła przed chwilą znużonych drugorocznych. Wpadający przez okna blask księżyca oświetlał dużą część korytarza, ale Snape jak zwykle zatrzymał się tam, gdzie światło niemal nie sięgało. Spowity w swoją nieodłączną pelerynę, ponury i czujny, wydawał się Auridze podobny do jakiegoś zdziczałego zwierzęcia.
– Nie – odparł krótko na jej pytanie. Nie widziała dobrze jego oczu, ale mogła założyć się, że patrzył na nią nieprzyjaźnie.
– Ja na twoim miejscu wolałabym iść wcześniej spać, zamiast uganiać się za tymi biednymi dziećmi – zauważyła, zupełnie tym niezrażona.
– Wyobraź sobie, że nie każdy może wymówić się od pracy czymś tak banalnym jak niesprzyjająca pogoda i po prostu iść spać – odparł Snape wyniośle.
Auriga znała jego poglądy na temat wykładanego przez siebie przedmiotu i nie przejęła się ukrytą w tym stwierdzeniu złośliwością.
– Nocne patrole to zadanie duchów i pana Filcha, nie twoje – roześmiała się tylko.
Sądziła, że Severus wycofa się z tej absurdalnej dyskusji i jak zwykle oddali pospiesznie, powiewając złowieszczo peleryną. Na pewno nie spodziewała się, że podejdzie do okna, przy którym stała, i spojrzy na nią drwiąco, a potem odpowie:
– Miałem raczej na myśli, że do późna pracuję przy eliksirach.
– Naprawdę? – zapytała, uśmiechając się zadziornie. – I pracujesz nad nimi na odległość?
Snape przewrócił oczami.
– Cholerny wywar spokoju potrzebuje trzech godzin przerwy, nim będzie go można dokończyć – westchnął, krzywiąc się lekko. – Tak jest zresztą z większością eliksirów leczniczych, o czym wiedziałabyś, gdybyś nie była taką ignorantką w tej dziedzinie, Sinistra – dodał.
Auriga zignorowała przytyk i spojrzała na niego powątpiewająco.
– Nie lepiej poczytać w tym czasie książkę, zamiast polować na tych nieszczęsnych uczniów?
– Jak widać nie – usłyszała w odpowiedzi i nie mogła się powstrzymać, by nie parsknąć śmiechem. Zaczęła się też zastanawiać, czy Snape przypadkiem nie nawdychał się jakichś oparów w swojej pracowni. A może nie? Przypomniała sobie popołudnie sprzed kilku tygodni, które spędziła razem z nim i Minerwą w jego gabinecie i po raz kolejny złapała się na tym, że chociaż pracowała z Severusem przez prawie dwa lata, właściwie nie znała go ani trochę.
– Tak sobie myślę – zaczęła z namysłem – że ty to po prostu lubisz, prawda?
– Nie. Chodzi raczej o to, że płacą mi tutaj za uczenie tych smarkaczy, więc naprawdę lepiej, żeby ktoś przypilnował, by nie pozabijali się którejś nocy.
Uśmiechnęła się.
– Lubisz – powtórzyła z przekonaniem, opierając się wygodniej o parapet. – To ile czasu jeszcze ci zostało?
xxx
Auriga obudziła się wcześnie rano, zlana zimnym potem i pełna jakiegoś nieokreślonego niepokoju. Nie było szans na ponowne zaśnięcie, więc nawet nie zamierzała próbować. Szybko wyplątała się z rozgrzanej pościeli i poszła do łazienki, kuląc się od porannego chłodu.
W głowie tkwiły jej senne majaki – absurdalne i chaotyczne strzępy zdarzeń i obrazów, które ledwie pamiętała po przebudzeniu. Czuła się zupełnie rozstrojona. Głupia! Przecież miała wreszcie wziąć się w garść...
„Może to nie wina snu, a wczorajszego zebrania?" – rozmyślała, rozbierając się i wchodząc pod prysznic, gdzie strugi ciepłej wody otrzeźwiły ją do reszty. Poprzedniego wieczoru bawiła się całkiem nieźle. Przyjemnie było znów posiedzieć razem i beztrosko gawędzić o bzdurach, na pozór zupełnie tak, jak w poprzednich latach... Ale tamte czasy nigdy już nie wrócą. Auriga zamknęła oczy, zastanawiając się, czy kiedykolwiek zdoła się z tym pogodzić.
Kilka minut później, owinięta obszernym ręcznikiem, wróciła do sypialni, by ubrać się i pościelić łóżko. Było za wcześnie na śniadanie, zresztą nie czuła głodu, więc zaczęła snuć się po reszcie mieszkania, bezskutecznie starając się znaleźć sobie jakieś sensowne zajęcie. Kilkakrotnie brała do ręki niedoczytaną książkę albo pióro i list do rodziców, z którego dokończeniem zwlekała już od kilku dni, ale zaraz odkładała je i na nowo rozpoczynała nerwową wędrówkę, walcząc z wiatrakami w postaci własnych myśli. Niestety, u ludzi – a przynajmniej większości – myślenie było czynnością odruchową i z równym powodzeniem Sinistra mogła starać się nie oddychać.
Irytował ją taki nastrój i bezczynność, denerwowały ponure, puste pokoje, zalane porannym światłem. Jej nowe mieszkanie było o wiele większe od tego, które zawaliło się razem z Wieżą Astronomiczną. Auriga wybrała je dla siebie głównie dlatego, że posiadało kompletne umeblowanie, duże okna z widokiem na góry i przylegający do salonu niewielki balkon, stanowiący marną pociechę po obszernej platformie obserwacyjnej, do której miała dostęp na Wieży. Po gruntownym sprzątaniu dawno niezamieszkane komnaty zaczęły wyglądać w miarę znośnie. Sinistra wypełniła je swoim znacznie uszczuplonym dobytkiem, od Irmy wycyganiła trochę książek, a od Pomony kilka roślin w doniczkach. Spłowiałą kanapę przed kominkiem przykryła kolorową narzutą, na ścianach zaś zawiesiła reprodukcje ulubionych mugolskich obrazów – krótko mówiąc, wszelkimi siłami starała się na nowo uwić sobie przytulne gniazdko.
Niestety, pomimo tych wszystkich starań nowe komnaty wciąż nie mogły się równać z jej poprzednim mieszkaniem. Jedynym miejscem, w którym czuła się nieco lepiej, był jej gabinet. Chwilami, zakopana w książkach i pergaminach, bez reszty skupiona na pracy, Auriga czuła się niemal szczęśliwa.
Może również teraz praca pomogłaby się jej uspokoić...
Sinistra usiadła przy obszernym biurku i przerzuciła leżące na nim papiery, odczytując luźne notatki i uwagi do obserwacji, które obecnie prowadziła, przeglądając pobieżnie fragmenty swojego sprawozdania dla Europejskiego Towarzystwa Astronomicznego. Właściwie nigdy nie potrzebowała dodatkowego zatrudnienia, bo pensja nauczycielska w zupełności wystarczała na pokrycie jej skromnych potrzeb, ale współpraca z organizacją – w dodatku taką, która nie bała się korzystać z osiągnięć mugoli, wyprzedzających przecież pod niektórymi względami czarodziejów o lata świetlne! – była zawsze raczej formą rozrywki i stanowiła przyjemną odmianę od powtarzania w kółko tego samego znudzonym uczniom. Własne badania dawały jej dużo satysfakcji i nieco wynagradzały fakt, że nie została słynnym astronomem, a zwykłą nauczycielką. Podczas ostatniego roku bardzo jej tego brakowało.
Niestety, tego ranka nie potrafiła skupić się nawet na zagadnieniach astronomicznych. Z rezygnacją odsunęła od siebie papiery i ukryła twarz w dłoniach.
Tak naprawdę nigdy nie wyobrażała sobie, jak będzie wyglądało jej życie po wojnie. Może nie chciała zapeszyć, a może tak zdążyła się przyzwyczaić do nieustannego niepokoju, że zwyczajnie nie potrafiła. Owszem, kiedyś, gdy jeszcze wszystko układało się dobrze, dość często myślała o świecie bez Voldemorta – jednak nie tyle marzyła, żeby ktoś go wreszcie pokonał, ale by go po prostu nie było. Nigdy nie brała pod uwagę ceny, jaką przyjdzie zapłacić im za zwycięstwo. W tym tkwił błąd i przyczyna rozczarowania. Gdy wszystko się nagle posypało, Sinistra przestała widzieć przed sobą jakiekolwiek perspektywy.
Ten rok miał wyglądać zupełnie inaczej. Trzeba było żyć dalej, poukładać sobie wszystko od nowa i wrócić do normalności. Auriga starała się, ale sama musiała przyznać, że jak na razie szło jej to po prostu koszmarnie.
xxx
Sinistra uniosła dłoń, żeby zapukać, i zaraz ją cofnęła, przyciskając niepewnie do ust. Korytarz na szczęście świecił pustkami. Ludzie spali, duchy omijały to miejsce, a na ścianach nie wisiały żadne obrazy, więc nikt nie był świadkiem jej rozterki: zapukać czy nie zapukać?
Drzwi otworzyły się, kiedy po raz kolejny podnosiła rękę. Auriga odskoczyła od nich z cichym okrzykiem.
– Na litość, Severusie!... – urwała. – Wybierasz się gdzieś? – zapytała po chwili z pozornie beztroskim zainteresowaniem, widząc, że mimo późnej pory stojący w progu swych komnat Mistrz Eliksirów miał na sobie codzienną czarną szatę, skrupulatnie pozapinaną na wszystkie guziki.
– Nie – odparł kwaśno mężczyzna. – Zastanawiałem się tylko, kto sterczy pod moimi drzwiami. Powinienem był się domyślić – dorzucił drwiąco.
– I udawać, że cię nie ma? – zażartowała Auriga, żeby przykryć zmieszanie.
Snape uniósł pytająco brew.
– Chcesz czegoś? – zapytał rzeczowo.
– Tylko dać ci te obliczenia, o które mnie prosiłeś. – Dla podkreślenia swych słów kobieta machnęła w powietrzu rolką pergaminu.
Brew Severusa podjechała jeszcze wyżej.
– Jest... – Mężczyzna cofnął się o krok i zajrzał w głąb pokoju, by zerknąć na zegarek. – ...wpół do pierwszej, Sinistra. W nocy – dodał, jakby sądził, że jakimś cudem mogła tego nie zauważyć.
Auriga wzruszyła ramionami.
– Wspominałeś ostatnio, że późno się kładziesz. A ja właśnie skończyłam zajęcia i odprowadzałam pierwszorocznych. Bliźniacy Weasley notorycznie miewają problemy z trafieniem z powrotem do Wieży Gryffindoru po moich zajęciach.
– Więc o lochy oczywiście zahaczyłaś po drodze – zakpił Snape.
Czarownica przewróciła oczami, z zakłopotaniem splatając ręce na piersiach.
– Właściwie miałam nadzieję, że spotkam cię gdzieś na patrolu – przyznała.
– Akurat dziś cały wieczór pracuję – wyjaśnił jej, a potem, zupełnie nieoczekiwanie, machnął ręką i westchnął: – Wejdziesz? Mam eliksir na ogniu.
Zaskoczona skinęła głową.
– Chętnie.
Snape zamknął za nią drzwi i bez słowa ruszył w głąb mieszkania, a ona podążyła za nim, rozglądając się dyskretnie. Chyba nigdy wcześniej tu nie była. Kiedy raz czy dwa odwiedzała severusową pracownię, wchodziła przez gabinet, a nie prywatne pokoje. W półmroku nie mogła dobrze przyjrzeć się ich wystrojowi, zresztą naprawdę nie chciała być wścibska.
Dopiero w znajomym wnętrzu pracowni przestała czuć się tak nieswojo. Pomieszczenie było rozgrzane od buzującego na kominku ognia. Dla Sinistry stanowiło to przyjemną odmianę po godzinach spędzonych na szczycie smaganej gwałtownym wiatrem Wieży Astronomicznej i długim spacerze po równie zimnych i wietrznych korytarzach zamku. Czarownica podeszła do paleniska i wyciągnęła dłonie do płomieni. Mrużąc z zadowoleniem oczy, odetchnęła głęboko powietrzem przesiąkniętym delikatnym zapachem warzącego się eliksiru.
– Co to? – zapytała.
– Wywar Spokoju.
Dla Poppy?
Yhym. Uparła się, że przed egzaminami potrzebuje cały kociołek.
Prawda, niektórzy uczniowie za bardzo się przejmują, a przecież został jeszcze miesiąc...
Jak dla mnie wystarczyłby porządny szlaban, żeby wyleczyć smarkaczy z histerii.
Auriga uśmiechnęła się pod nosem. Severus zakrzątnął się przy eliksirze, a ona przysiadła w dostawionym do ognia fotelu i obserwowała go w milczeniu. Po jakimś kwadransie pracownia wypełniła się intensywnym zapachem cynamonu, a mężczyzna ściągnął kociołek z ognia i zastąpił go czajnikiem. Ostrożnie zaczął sprzątać ingrediencje ze stołu.
– Gotowe – oznajmił w końcu. – Co przyniosłaś?
Sinistra podała mu pergamin.
– Narysowałam ci całą siatkę i zaznaczyłam odpowiednie kąty, chociaż naprawdę nie potrafię zgadnąć, do czego ci to potrzebne – powiedziała.
– I dobrze – mruknął, studiując rysunek. – O to mi chodziło. Dziękuję – ostatnie słowo dodał cicho i z lekkim niezadowoleniem.
– Wyjaśnisz mi, co wymyśliłeś? – zagadnęła kobieta.
– Żebyś znowu się wymądrzała? – powiedział Snape drwiąco. – Nie, raczej nie.
Zwinął pergamin w rulon i odłożył go na półkę, a potem wyciągnął różdżkę i wyczarował sobie fotel.
– Ostatnim razem miałam rację! – przypomniała mu Auriga z satysfakcją.
– Nie miałaś – prychnął, siadając.
– Miałam.
– Nie miałaś.
– Miałam!
– Na litość, Sinistra! – Severus popatrzył na nią z irytacją. – Zachowujesz się jak dziecko.
– Ja? To ty nie chcesz przyznać, że coś ci się nie udało – upierała się Auriga. – Zepsułeś eliksir, wysadziłeś kociołek i przy okazji pół swojej pracowni. Huk było słychać aż na mojej Wieży! – roześmiała się.
– Nie mam pojęcia, o czym mówisz – prychnął Mistrz Eliksirów wyniośle.
Doprawdy? – spytała czarownica słodkim głosem. – Więc może zapytaj Charliego Weasleya? Z pewnością pamięta szlaban, który dałeś mu specjalnie po to, żeby po tobie posprzątał. – Spojrzała na niego oskarżycielsko.
Snape skapitulował.
– Po prostu źle dobrałem proporcje składników – przyznał ze złością. – Tak czy inaczej, to nie miało nic wspólnego z tym, że była pełnia.
– Z pewnością – zgodziła się Auriga z przekąsem.
Zagwizdał czajnik, więc Severus wyniośle zignorował jej odpowiedź i wstał, by zdjąć go z ognia.
– Herbaty? – rzucił oschle przez ramię.
Sinistra uśmiechnęła się, mile zdziwiona.
– Poproszę.
xxx
Auriga zmusiła się do zjedzenia śniadania i wypicia kubka kawy, a potem postanowiła wybrać się na spacer. Długa, samotna włóczęga po błoniach albo lesie zwykle pomagała jej wrócić do równowagi. Nawet jeśli dzisiaj by nie podziałała to i tak Sinistra wolała to niż obijanie się o ściany w zamku.
Na prowadzących na parter schodach natknęła się na Gustawa. Nie miała najmniejszej ochoty na czyjekolwiek towarzystwo, ale nim zdołała się niepostrzeżenie ulotnić, mężczyzna odwrócił się i ją zauważył. Pomachał do Aurigi i zatrzymał się, by mogła do niego dołączyć, więc nie miała wyboru. Przywołanie na twarz uśmiechu nie sprawiło jej już większych trudności.
– Dzień dobry – zagadnął ją Gustaw pogodnie. – Wychodzi pani?
– Na spacer – potwierdziła, w duchu zaklinając go, by przypadkiem nie zechciał jej towarzyszyć.
– Pewnie, taka piękna pogoda, że szkoda siedzieć w zamku.
Skinęła głową i przez chwilę szli w milczeniu. Zieleziński znów odezwał się pierwszy.
– Odnoszę wrażenie, że ładnie się pani wczoraj zachowała – powiedział. – Sytuacja nie była zbyt przyjemna i cóż... Nie bardzo rozumiem, o co właściwie poszło – przyznał po chwili namysłu z rozbrajającą szczerością – ale mimo wszystko...
– Tak trzeba było – mruknęła Auriga, niespodziewanie stwierdzając, że chce jej się śmiać. – Nie orientuje się pan zbytnio w naszych sprawach, prawda? – westchnęła
– Ano nie da się ukryć.
– Chodzi o to, że... – zaczęła trochę wbrew sobie, ale Gustaw jej przerwał:
– Nie musi pani niczego tłumaczyć. Zdążyłem zauważyć, że podział na domy jest dla was ważny i że pewne z nich uważane są za gorsze od innych.
Czarownica pokręciła głową, ale już bez większego przekonania.
– Gdyby nie wojna... Cóż, dlatego że Voldemort był Ślizgonem i że żaden siódmoroczny Ślizgon nie walczył po naszej stronie w maju, panuje przekonanie, że Slytherin to wylęgarnia śmierciożerców... A tak nie jest! Przecież niektórzy Krukoni także przeszli na jego stronę... Nie wszyscy, prawda, ale jednak. A my jesteśmy od tego, żeby uczyć, a nie oceniać ich wybory.
Gustaw uśmiechnął się uspokajająco i Auriga umilkła, widząc, że nie ma potrzeby dalej bronić swych argumentów, bo mężczyzna nie miał zamiaru im zaprzeczać.
– Sądzę, że rozumiem – powiedział Zieleziński łagodnie. – Zastanawiam się tylko, dlaczego to pani nie jest opiekunką Slytherinu zamiast profesora Slughorna. Przecież widać, że pani o wiele bardziej na nich zależy...
Sinistra wzruszyła ramionami, uśmiechając się gorzko.
– Nie nadaję się do takich rzeczy... Zresztą jest zasada, że opiekun musi być z tego samego domu.
– Em... Czyli pani nie jest Ślizgonką? – zdziwił się Gustaw.
– Gdzie tam! Krukonką.
– Więc tym bardziej... – mruknął. – Dlaczego profesor Slughorn nie...
Kobieta bezradnie potrząsnęła głową. Nie potrafiła mu tego wytłumaczyć. Horacy bał się, bał od samego początku, od kiedy tylko wrócił do Hogwartu i Sinistra naprawdę nie miała mu tego za złe. Ale jako opiekun i jedyny „dobry" dorosły Ślizgon w szkole powinien – ba! miał obowiązek wstawić się za swoimi podopiecznymi! Był jednym z nich i przecież łatwiej przyszłoby mu spojrzenie im później w oczy. Nikt nie oczekiwał od niego niczego więcej. Nie chciał odpowiedzi na pytania, na które odpowiedzi nie dało się uzyskać, ani wytłumaczenia tego, czego nie można było wytłumaczyć. Wystarczyłoby, żeby po prostu postarał się ich wspierać. Ale nie zrobił nawet tego.
Auriga nie potrafiła jednak się na niego gniewać, skoro sama doskonale wiedziała, jak to jest bać się i zamiast zrobić to, co trzeba, nie zrobić niczego. Potem mogła tylko gorąco żałować bezczynności i pogardzać samą sobą za tchórzostwo.
Dlatego powiedziała:
– Profesor Slughorn jest dobrym człowiekiem i świetnym nauczycielem... tylko trochę marnym opiekunem, szczególnie, że Slytherin to dość specyficzny dom...
Tymczasem zeszli już z ostatnich stopni i zatrzymali się w holu. Kilkoro uczniów minęło ich w biegu, ścigając się do Wielkiej Sali. Auriga umilkła, z zakłopotaniem zastanawiając się, czy nie powiedziała za dużo.
– Powinnam już iść.
Gustaw uśmiechnął się.
– Pewnie, życzę miłego spaceru. I dziękuję za wyjaśnienia. Jeszcze bardziej zamotała mi pani w głowie, ale może z czasem jakoś się w tym wszystkim odnajdę.
x
Pożegnawszy się z Aurigą, Gustaw zawrócił sprzed drzwi, kierując się do Wielkiej Sali.
– Na pana miejscu uważałabym, profesorze... – usłyszał nagle i zaskoczony odwrócił się gwałtownie.
Z półcienia przy rozsłonecznionym oknie wynurzyła się spowita w kilometry połyskującego szala koścista czarownica. Jej wodniste oczy, powiększone przez grube szkła okularów, wpatrywały się w niego hipnotyzująco. Gustaw dopasował do niej nazwisko Sybilla Trelawney i przelotnie zastanowił się, jakim cudem udało jej się tu dotrzeć, skoro według wszelkiego prawdopodobieństwa powinna teraz leczyć kaca-giganta w zaciszu swych komnat.
„Czary-mary" – odpowiedział sobie szybko z przekąsem w myślach, a na głos zapytał uprzejmie:.
– Dlaczego?
– Widziałam pańską filiżankę, a fusy nie kłamią. Same nieszczęścia i rozczarowania, oto co zobaczyłam – oznajmiła Trelawney natchnionym głosem. – Nie powinien był pan tu przyjeżdżać.
– Na litość, Sybillo, dajże mu spokój! – usłyszał Gustaw za sobą i znów się odwrócił, tym razem, by zobaczyć na pół poirytowaną, na pół rozbawioną Lizę Vector, stojącą przy drzwiach prowadzących do Wielkiej Sali.
– Nie powinnaś lekceważyć przeznaczenia, moja droga... – Wróżbitka wydawała się być urażona.
– Doprawdy?
– Twoją filiżankę również sobie obejrzałam – oznajmiła, bez powodzenia starając się znów przybrać swój wieszczy ton, a widząc, że jej słowa nie wywarły odpowiedniego wrażenia, dodała odrobinę złośliwie: – Może gdybyś w odpowiednim czasie zechciała posłuchać tego, co mówią znaki, nie pozwoliłabyś, żeby ten człowiek tak cię zranił.
Heloiza pobladła lekko ze złości.
– Plotkowałaś z Rolandą i Pomoną? – warknęła. – A może Rosmerta zaprosiła cię na kieliszek Ognistej?
– Od dawna wiedziałam, że tak to się potoczy – zaprzeczyła Trelawney wyniośle.
– Jaka szkoda, że wtedy nie raczyłaś mnie ostrzec – zakpiła Vector. – Teraz już trochę za późno, więc byłabym wdzięczna, gdybyście wszystkie przestały wreszcie wtrącać się w moje sprawy.
Przez chwilę obie kobiety mierzyły się wzrokiem, a potem Sybilla fuknęła cicho, obronnym gestem otuliła się szalem i obrażona odeszła w stronę schodów. Zakłopotany Gustaw spojrzał na Lizę pytająco.
– Wszystko gra? – zagadnął niepewnie.
Czarownica z irytacją zmarszczyła brwi.
– Proszę ją ignorować – powiedziała sucho, starając się uspokoić. – To zwykła oszustka, wieszczenie tragicznej śmierci jest dla niej formą powitania. Rzecz jasna nikt jeszcze nie umarł, przynajmniej nie wtedy, kiedy mu wywróżyła. Wchodzi pan?
Śniadanie trwało już w najlepsze, ale Wielka Sala nie była pełna. Siadając za stołem, Gustaw zauważył, że przy stole brakuje nie tylko Aurigi, ale też Hailey, Hagrida i kilku innych osób. Przyjaźnie przywitał się z pozostałymi. Liza w milczeniu zajęła swoje miejsce i nalała sobie kawy z taką miną, że natychmiast odeszła mu chęć do nawiązania rozmowy. Zamiast tego zabrał się za posiłek.
Po kilku pierwszych dniach spędzonych w szkole doszedł do wniosku, że warto było zostać nauczycielem choćby dla samego jedzenia. Gustaw nigdy nie potrafił przyrządzić nic bardziej skomplikowanego niż jajecznica albo zapiekanka, do której zwykle wrzucał wszystko, co akurat znajdowało się w jego lodówce. Gdy miał pieniądze, z czym czasem bywało krucho, żywił się na mieście albo korzystał z dobroci przyjaciół i gospodyń, u których wynajmował mieszkania lub pokoje. I choć dotąd raczej nie narzekał, to musiał przyznać, że regularne i obfite posiłki w Hogwarcie były przyjemną odmianą od tego, co znał.
Podczas gdy on zachwycał się jedzeniem, do stołu podeszła Rolanda. Liza obrzuciła ją pełnym niechęci spojrzeniem, ale czarownica wcale się tym nie przejęła.
– Tu masz terminarz rozgrywek, Lizzie – oznajmiła z uśmiechem, podając jej jakiś pergamin. Potem zwróciła się do Zielezińskiego: – Jakie ma pan plany na dziś, panie Gustawie? Hailey prosiła, żeby przekazać, że jest pan strasznym śpiochem i że ona już dawno jest nad jeziorem. Jeśli ma pan ochotę, to pokaże panu okolicę, tak jak obiecała. Hailey pana lubi, co?
– Tak przypuszczam – odparł zdziwiony mężczyzna.
Rolanda mrugnęła do niego porozumiewawczo.
– Jeśli chce pan zwiedzać błonia, to radzę iść tam teraz. Kto wie, czy pogoda się nie popsuje – zauważyła pogodnie.
Liza prychnęła cicho i oboje spojrzeli na nią pytająco.
– Chciałabym wiedzieć, dlaczego Gryfoni grają ze Slytherinem dopiero przed egzaminami? – zapytała z niezadowoleniem.
– Ach, o to ci chodzi! – Rolanda uśmiechnęła się słodko. – Tak wypadło, przykro mi. Poproś pannę Weasley – bo to ona zostanie kapitanem, prawda? – żeby dała mi znać, kiedy chce zrobić eliminacje do drużyny, dobrze?
Liza skinęła głową, krzywiąc się lekko.
– Mecz Puchonów i Ślizgonów na otwarcie sezonu? – zauważyła. – Widzę, że zadbałaś, aby Hufflepuff dostał najlepsze terminy.
– Przypadek – odparła Rolanda niewinnym tonem.
– I na pewno nie ma to związku z faktem, że postawiłaś na nich dziesięć galeonów?
– Och, nie marudź, Lizzie. Jeśli jesteście tak dobrzy, jak twierdzisz, takie drobnostki nie powinny wam przeszkadzać.
x
Niedziela upłynęła Gustawowi całkiem przyjemnie. Hailey pokazała mu boisko do quidditcha, gdzie przez dłuższą chwilę obserwowali trening Krukonów, którzy jako pierwsi zorganizowali eliminacje do drużyny. Mogli poćwiczyć dzięki temu, że na razie nie mieli zbyt wiele nauki. Trzeba było przyznać, że podeszli do tego z iście krukońską powagą i starannością, ale nie minęło pół godziny, nim ich gra zmieniła się w bezładną lataninę, pełną śmiechów, pisków i rzucania w siebie piłkami, która mało przypominała quidditcha.
Nauczyciele szybko pozostawili uczniów samym sobie i ruszyli dalej. Spacerując, dotarli aż do skraju Zakazanego Lasu, który wywołał u Gustawa dreszcze. Ciemna ściana drzew wydawała mu się dziwnie groźna i z ulgą zgodził się na propozycję Hailey, by wrócić do zamku na obiad – tym bardziej, że od śniadania minęło już kilka godzin i zdążył porządnie zgłodnieć.
Resztę popołudnia Zieleziński spędził w jednym z ogródków, który w geście nadspodziewanej uprzejmości pokazała mu profesor Sprout, na zmianę doczytując regulaminy i pogrążając się w rozmyślaniach. W pewnym momencie przypomniały mu się słowa, które usłyszał rano od Sybilli Trelawney.
Nie powinien pan tu przyjeżdżać... Choć Gustaw nie przyznałby się do tego głośno, nieco go to zaniepokoiło. Nigdy nie uważał się za specjalnie przesądnego, ale na takie rzeczy zwykle lepiej było uważać.
Zieleziński zganił się za głupie myśli i wrócił do nudnej lektury, po czym po przeczytaniu zaledwie kilkunastu wersów najzwyczajniej w świecie zasnął w fotelu. Przez resztę dnia nic odbiegającego od normy się nie wydarzyło i do wieczora mężczyzna zdążył prawie wyrzucić z pamięci słowa Sybilli. Następnego ranka w ogóle o nich nie pamiętał, zaabsorbowany innymi sprawami.
x
Gustaw starał się, naprawdę starał się przekonać do siebie uczniów. I po pierwszym tygodniu, mimo kilku zgrzytów, zdawało mu się, że jakoś to wychodzi – ba, wydawało się, że pierwszaki całkiem go lubią i nawet Ślizgoni nie byli aż tak strasznie niemili... Zieleziński czuł się jak młody bóg i na poniedziałkowe zajęcia szedł zadowolony i pełen zapału.
Zaczęło się od lekcji z drugą klasą, na której jedna ze Ślizgonek prawie wpadła w histerię, kiedy poprosił ją, by poszła z nim do składziku i pomogła przynieść pomoce naukowe. Kiedy po kwadransie udało mu się nieco ją uspokoić i w asyście zdziwionej koleżanki wysłać do skrzydła szpitalnego, większa część klasy patrzyła na niego, jakby był co najmniej Hannibalem Lecterem. Zapytał, czy ktoś potrafi mu wyjaśnić, co się właściwie stało, ale nie usłyszał żadnej konkretnej odpowiedzi, prócz wystraszonych pomruków, że to nic, nie trzeba nikomu mówić. Poprosił jedną z przyjaciółek małej histeryczki, żeby została po zajęciach, bo chciał z nią porozmawiać, ale dziewczątko wręcz błagało go, by pozwolił jej iść na następną lekcję, więc dał jej spokój.
Grupa trzeciorocznych nie była lepsza. Kiedy Gustaw, pomny doświadczeń sprzed godziny, zaczął od zwyczajnej rozmowy, by nieco zorientować się w ich wiedzy, usłyszał gorliwe zapewnienia, że żaden z uczniów nie ma nic wspólnego z tymi wstrętnymi mugolami. Zirytowany do granic możliwości rzucił jednemu z uczniów jakąś ostrzejszą uwagę, co spowodowało, że skarcony chłopiec skulił się jak pies, który oczekuje kopniaka.
Zieleziński z ulgą powitał dzwonek na przerwę i fakt, że popołudnie miał wolne. Zjadł w pośpiechu i zaszył się w pokoju nauczycielskim, który zwykle po obiedzie świecił pustkami. To było mu na rękę – zaparzył sobie mocnej, czarnej kawy i usiadł w pierwszym lepszym fotelu, żeby pomyśleć.
Otaczała go cisza i spokój. Jedynie profesor Babbling, która zdrzemnęła się na swoim miejscu podczas sprawdzania wypracowań, poświstywała cicho przez sen. Myśli Gustawa zjechały z wyznaczonego toru i przez chwilę mężczyzna rozważał kwestię wieku emerytalnego dla czarodziejów, ale zaraz przypomniał sobie o profesorze Binnsie i wszystko stało się przerażająco jasne. „Jeden semestr" – przypomniał sobie dla pociechy.
Pociągnął łyk kawy. Smakowała dobrze, co prawda nie tak jak kawa, którą pijał w maleńkich kawiarenkach w Wiedniu, ale całkiem nieźle... Zresztą podobno Brytyjczycy woleli herbatę, przypomniał sobie. Tymczasem jak zauważył, wszyscy rozpijali się w kawie – być może też musieli zarywać noce, żeby czytać jakieś durne wytyczne czy regulaminy, pisane przez ludzi, którzy zapewne nigdy nie mieli do czynienia z grupką dzieci, które trzeba czegoś nauczyć...
Zorientował się, że znów omija zastanawianie się nad wiodącym problemem. Nic dziwnego, skoro na jego wspomnienie miał ochotę uderzyć głową w najbliższą ścianę. Najlepiej czyjąś głową.
Zdawał sobie sprawę z tego, że z jego poprzedniczką coś było nie tak. Trwała wojna, której echa docierały do reszty czarodziejskiej Europy, a pośrednio nawet do mugoli, którzy na swój uroczo naiwny sposób usiłowali racjonalnie tłumaczyć sobie każdy przejaw magii. Zieleziński z listów od rodziny mniej więcej wiedział, co się dzieje i potrafił powiązać ze sobą niektóre wydarzenia, ale to było wszystko. Dopiero gdy przybył do Hogwartu, dowiedział się nieco więcej.
Profesor McGonagall wspominała mu, że Alecto Carrow była popleczniczką Voldemorta, podłą i okrutną, wyżywającą się na dzieciach i głoszącą na lekcjach nienawiść do mugoli. Ale Gustaw nie potrafił sobie nawet wyobrazić, jak musiały wyglądać jej zajęcia, jeśli nawet teraz, kilka miesięcy później, przed całkiem innym człowiekiem uczniowie reagowali tak, jak reagowali...
Drzwi do pokoju nauczycielskiego otworzyły się cicho i do środka wśliznęła się Heloiza. Nie zauważyła go, zajęta jednoczesnym zapalaniem papierosa i przytrzymywaniem wysuwających się spod pachy książek. Wymruczawszy zaklęcie, wskazała różdżką na woluminy, nawet na nie nie patrząc, a te posłusznie wzniosły się w powietrze i poszybowały prosto w stronę Gustawa, który w ostatniej chwili odsunął kubek z kawą, ratując go przed kolizją. Jedna z książek uderzyła go w brzuch, prawie pozbawiając oddechu. Jęknął cicho.
Liza natychmiast uniosła głowę i spojrzała na niego wzrokiem spłoszonego królika, który po sekundzie zmienił się w spojrzenie mówiące mniej więcej: „co pan tu robi, do jasnej cholery?".
– Na Merlina, przepraszam – mruknęła, odsyłając książki na najbliższy stolik. – To mój fotel, założyłam, że będzie wolny – dodała cierpko.
– Przegapiłem jakąś rezerwację? – zażartował Gustaw, starając się uśmiechnąć.
– Została złożona dobre paręnaście lat temu – odparła czarownica poważnie.
– Och, czyli jestem zmuszony kogoś podsiadać albo spędzać przerwy u siebie?
Mina Vector mówiła, że sama nie miałaby nic przeciwko temu drugiemu rozwiązaniu, ale powstrzymała się przed wypowiedzeniem tego na głos.
– Albo wyczarować sobie własny fotel – zauważyła spokojnie.
Gustaw zamrugał zdziwiony. Kpiła z niego czy naprawdę nie wiedziała...?
– Zresztą – ciągnęła – myślałam, że zaanektował pan miejsce Severusa. Jemu już nie będzie potrzebne, a skoro dotąd nikt nie zaprotestował, to teraz raczej też tego nie zrobi... – Wskazała na ciemnozielony fotel, na którym Zieleziński siedział na zebraniach.
– Skoro tak, to natychmiast się przesiadam... – Chciał wstać, ale Vector powstrzymała go machnięciem ręki.
– Niech pan już siedzi – stwierdziła, podchodząc do kredensu i nalewając sobie kawy, co tylko, nawiasem mówiąc, potwierdzało dotychczasowe spostrzeżenia Gustawa.
Mężczyzna bezmyślnie obserwował, jak czarownica trzaska drzwiczkami szafek w poszukiwaniu mleka, które znowu przypadkiem musiał odłożyć na niewłaściwe miejsce. W końcu stanęła przy oknie, w tym samym miejscu, co ostatnio, z kawą w jednej ręce i papierosem w drugiej.
Gustaw zastanawiał się czy i ona miała podobne problemy na swoich zajęciach... „Pewnie nie – pomyślał – uczniowie ją znają, wiedzą, czego mogą się spodziewać... Właśnie!"
Zerwał się tak gwałtownie, że Liza spojrzała na niego z zaskoczeniem i lekkim niepokojem. Zignorował nieme pytanie w jej oczach i rzucił się w kierunku wiszącej obok kredensu tablicy korkowej, na której dyrektor McGonagall umieszczała informacje dla nauczycieli. Odnalazł plan zajęć i przejechał po nim palcem, szukając wzrokiem odpowiedniego nazwiska.
Zerknął na zegarek, a potem, jeszcze w miarę spokojnie, umył swój kubek, namyślając się przy tym głęboko. Kiedy skończył, szybko zgarnął z fotela swoje książki i prawie wybiegł z pokoju, uśmiechając się do czarownicy i rzucając jej krótkie „do widzenia". Na plecach czuł jej zdumione spojrzenie i przelotnie pomyślał, że jeżeli Heloiza jeszcze jakimś cudem nie wątpiła w jego równowagę psychiczną, to chyba właśnie musiała zacząć. Zbyt mu się jednak spieszyło, by to roztrząsać.
x
Nie minął kwadrans, a Gustaw szedł korytarzem na drugim piętrze, chwiejąc się lekko pod krzywą wieżyczką z papieru. Przed drzwiami klasy panny Powell zatrzymał się i spróbował jakoś ją uporządkować. Wskutek tego pulchna, zapłakana blondynka, która wybiegła przez owe drzwi w chwilę później, prawie zwaliła go z nóg. Zaraz za nią z sali wypadła jej koleżanka, drobniejsza, ciemnowłosa i odrobinę spokojniejsza. Na widok Zielezińskiego zatrzymała się w pół kroku jak spetryfikowana.
– Przepraszam... my nie... tylko do skrzydła szpitalnego... profesorze... – wyjąkała, a potem puściła się biegiem za blondynką, która czekała na nią kilka metrów dalej, zanosząc się szlochem i kurczowo przyciskając do piersi lewą rękę.
– Wszystko w porządku? – zawołał za nimi zaniepokojony Gustaw.
Nie usłyszały go, a może wolały nie słyszeć, i prędko odeszły, szepcząc coś między sobą.
Zieleziński pozbierał papiery, których kilka sfrunęło z jego objęć na podłogę i zajrzał do środka przez uchylone delikatnie drzwi. W polu widzenia miał jedynie wąski pasek sali, ale to wystarczyło, by zobaczył panujący w niej bałagan. W powietrzu śmigały zaklęcia, a wystraszeni drugoroczni – ci sami, którzy na jego lekcjach bali się spojrzeć mu w oczy – kulili się rozpaczliwie przy każdym błysku i świście. Profesor Powell stała gdzieś poza zasięgiem wzroku Gustawa; słyszał tylko jej komendy, rzucane ostrym, nieco desperackim tonem:
– Na brodę Merlina, niechże będzie pani rozsądna, panno Stretton! To tylko zaklęcie rozbrajające! No, proszę się wyprostować, różdżka w górę, już! Raz... Dwa... Dlaczego płaczesz, głupia dziewczyno? Ustawcie się wszyscy, spróbujemy jeszcze raz...
Na chwilę zapanował względny spokój i drugoroczni stanęli naprzeciwko siebie, formując dwa roztrzęsione rzędy. Panna Powell nakazała unieść różdżki, co wszyscy niechętnie uczynili, a potem zaczęła odliczać:
– Raz, dwa, trzy... Expelliarmus!
Uczeń, w którym Zieleziński rozpoznał Garetha Hartley'a, pisnął i szeroko machnął różdżką, uderzając kolegę stojącego obok. Jego zaklęcie, zamiast w stronę partnerki, poszybowało gdzieś w bok i wyrwało różdżkę jakiemuś zdezorientowanemu chłopcu. Siła zaklęcia odrzuciła ją gdzieś w głąb sali, Gustaw usłyszał tylko brzęk tłuczonego szkła. Ktoś wrzasnął, Gareth pisnął jeszcze raz, a panna Powell zawyła:
– Koniec zajęć! Minus dziesięć punktów dla Gryffindoru! Na następną lekcję macie poćwiczyć ruch nadgarstka i prawidłową wymowę, a jeśli dzisiejsza sytuacja się powtórzy, wszyscy dostaną szlaban! Nie pozwolę sobie na takie kpiny!
Gustaw usunął się sprzed drzwi w chwili, gdy wysypał się przez nie tłumek zdenerwowanych dzieciaków. Gdy uczniowie rozpierzchli się po korytarzu, ledwie go zauważając, zapukał cicho i wszedł do środka. Panna Powell stała przy kredensie, chowając do niego puchowe poduchy, które ułożone były za uczniami na wypadek, gdyby któryś się przewrócił. Czarownica oddychała głęboko, plecy lekko jej drżały.
– Dzień dobry – zaczął Gustaw niepewnie.
Nauczycielka odwróciła się natychmiast, patrząc na niego wściekłym wzrokiem.
– Czego pan chce? – zapytała opryskliwie. Minę miała wyniosłą, ale od wcześniejszego krzyku na policzkach wykwitły jej dwa brzydkie rumieńce.
– Ja... przyniosłem regulaminy. Pani dyrektor prosiła, bym je pani przekazał, kiedy przeczytam...
„Wyszło idealnie" – pomyślał Gustaw nieskromnie. Profesor Powell zerknęła na niego spode łba.
– Proszę zostawić na biurku – zażądała oschle.
Mężczyzna chętnie pozbył się ciężaru i oparł nonszalancko o mebel. Właściwie zobaczył już to, co chciał, teraz musiał tylko naprowadzić rozmowę na właściwy tor... To niestety mogło okazać się nieco trudniejsze niż przypuszczał. Nauczycielka nie tylko nie wydawała się chętna, by wymienić się doświadczeniami, ale także wyraźnie nie miała ochoty na towarzystwo młodszego współpracownika. Gustaw zaczynał powątpiewać w to, że przyczyną jej nastawienia była jedynie złość i zmęczenie po ostatniej lekcji.
Profesor Powell odwróciła się, by przywołać resztę poduszek, a jemu przyszedł do głowy kolejny pomysł.
– Co prawda pozwoliłem sobie jeszcze zostawić foliał dotyczący quidditcha, ale odniosę go pani w najbliższym czasie – dodał z nieco tylko wymuszonym uśmiechem i kiedy nie patrzyła, ściągnął z wierzchu wieży najmniejszy zeszycik i wsunął go do obszernego rękawa szaty.
– Nie trzeba – rzuciła nauczycielka lekceważąco. – Coś jeszcze? – warknęła po chwili, widząc, że Gustawowi wcale nie spieszy się do wyjścia.
– Ach, nie – skłamał. – Pomyślałem tylko, że poczekam na panią, w końcu i tak oboje idziemy teraz na obiad, prawda?
– To zbyteczne, ja muszę jeszcze wpaść do swojego gabinetu.
„Zła odpowiedź" – stwierdził Gustaw z irytacją. Na szczęście panna Powell zaczęła tracić do niego cierpliwość, co objawiło się tym, że zbyt mocno szarpnęła różdżką i naraz parę poduszek poleciało na nią z kilku stron.
– Ja może pomogę... – Gustaw rzucił się, by pozbierać je z podłogi. – Ciężka godzina, prawda? – zagadnął, starając się brzmieć, jakby doskonale ten stan rzeczy rozumiał. – Młodzież jest wspaniała, choć niektórzy zachowują się doprawdy osobliwie...
Kobieta zamarła w pół ruchu, jej zaciśnięte na poduszce sękate dłonie pobielały lekko. Zieleziński uśmiechnął się przyjaźnie.
– Oczywiście to rozumiem – zaczął. – Sam, szczerze mówiąc, mam pewne...
– Dziękuję – przerwała mu Powell gwałtownie, wyrywając z jego rąk ostatnią poduszkę i pospiesznie przytrzaskując ją drzwiczkami szafki. – Naprawdę nie mam teraz czasu na pogawędki, proszę pana. A teraz proszę już iść.
xxx
– Rozmawiałaś z nim? – To właściwie nie było pytanie, a wyrzut, dlatego Auriga nie uznała za stosowne odpowiadać. – Dlaczego? – zapytała Liza łagodnie, widząc brak reakcji. – Wiesz, że nie powinnaś, to niczego nie zmieni. Mówiłaś, że nie masz wątpliwości. To już nie jest ten sam człowiek, musisz to sobie uświadomić! Nie próbuj... Nie wystawiaj mu się... Ja cię rozumiem, Aurigo, naprawdę... No dobra, może i nie rozumiem. Ale mogę sobie wyobrazić, przez co przechodzisz, i na Merlina, tak bardzo mi przykro, przecież wiesz! Martwię się o ciebie... Minerwa także i chyba zaczyna coś podejrzewać, a Poppy to już z pewnością! Co będzie, jeśli Snape również zauważy, co się z tobą dzieje i zechce wykorzystać... Przepraszam, ale czy naprawdę sądzisz, że nie byłby do tego zdolny, Aurigo?
Sinistra, która na moment uniosła głowę znad sterty prac domowych, by spojrzeć na przyjaciółkę nieprzyjaźnie, znów ją opuściła. Vector westchnęła ciężko.
– Co ci powiedział?
– Skąd wiesz, że w ogóle z nim rozmawiałam? – burknęła Auriga.
– Byłaś u niego, Minerwa widziała cię przy gabinecie...
Kobieta skrzywiła się ironicznie.
– Nie można było tak od razu, bez tego całego monologu? Dlaczego Minerwa nie zapytała mnie o to sama?
– Może dlatego, że nie chciała być niedelikatna i wścibska? – odparła Liza pytaniem.
– I dlatego przysłała ciebie, żebyś mnie wypytywała?
Z nich dwóch to Auriga zawsze była tą, która bez słowa skargi potrafiła znosić wszystkie humory drugiej. Liza nigdy nie należała do osób specjalnie cierpliwych i zwykle byle co wystarczyło, by wyprowadzić ją z równowagi. Teraz także w jednej chwili całe jej współczucie i troska wyparowały, ustępując miejsca ciężkiej irytacji.
– Nie wyżywaj się na mnie, Aurigo – powiedziała ostro. – Twoje tajemnice zawsze były u mnie bezpieczne i nie dałam ci żadnego powodu, byś tak mnie traktowała.
Przez chwilę obie kobiety mierzyły się wzrokiem. Sinistra pierwsza odwróciła spojrzenie. Ramiona jej opadły i skurczyła się w sobie, jak gdyby złość uszła z niej razem z powietrzem.
– Masz rację, przepraszam – mruknęła zawstydzona. – Po prostu mam już dość tych ciągłych przesłuchań. Poppy nie daje mi spokoju, a ja mam ostatnio mnóstwo pracy i jestem zwyczajnie zmęczona.
Liza taktownie powstrzymała się od ironicznego prychnięcia. Machnięciem różdżki przysunęła sobie krzesło i usiadła obok przyjaciółki, patrząc na nią uważnie. Auriga rzeczywiście sprawiała wrażenie zmęczonej, ale raczej nie pracą, a wszystkim innym. Ostatnie wydarzenia bezlitośnie odbiły się na jej wyglądzie. W ciągu zaledwie czterech miesięcy mocno schudła, a że zawsze była raczej drobna i szczupła, teraz wyglądała po prostu upiornie. Jej twarz straszyła zgasłymi, smutnymi oczami i zapadniętymi policzkami, które kobieta nieudolnie starała się ukryć, rezygnując z fantazyjnych fryzur i rozpuszczając włosy.
Vector wcale nie dziwiła się pani Pomfrey, która zaniepokojona tą zmianą, wmuszała w młodszą koleżankę różnorakie eliksiry wzmacniające i dręczyła ją pytaniami, próbując dociec głębszych przyczyn jej stanu. Gdyby tylko poznanie ich miało pomóc Poppy w doprowadzeniu Sinistry do normalności, Liza pierwsza wyznałaby jej wszystko. Niestety, nie istniało lekarstwo, które w cudowny sposób potrafiłoby uleczyć jej przyjaciółkę. Vector mogła tylko trwać przy jej boku, dbając o to, żeby Sinistra nie popełniła żadnego głupstwa, i cierpliwie czekać. Miała nadzieję, że to wystarczy.
Auriga wróciła do sprawdzania wypracowań.
– Co ustaliliście na wczorajszym zebraniu? – zapytała pozornie niedbałym tonem.
– Nic konkretnego – westchnęła Liza. – Minnie sama nie bardzo wie, co robić i na razie po prostu chciała przypomnieć nam wszystkim o ostrożności. Powinnaś przyjść następnym razem.
Nauczyciele niewiele mogli, ale sama świadomość, że robili coś za plecami śmierciożerców, dziwnie podnosiła ich na duchu. Lizę podbudowywało już samo spotkanie z ludźmi, którym mogła ufać, i rozmowa z nimi bez obawy, że zostaną podsłuchani. Niczego nie zmieniał nawet fakt, że wszyscy byli tak samo bezradni jak ona. Może Auriga też poczułaby się dzięki temu lepiej.
Sinistra skinęła głową, starając się uśmiechnąć.
– Z pewnością przyjdę, jeśli tylko nie będę miała zajęć – obiecała.
– Coś się wymyśli. Porozmawiam z Minerwą.
Liza nie wiedziała, co więcej mogłaby powiedzieć. Chciała dowiedzieć się, jak wyglądały sprawy z Severusem, ale nie miała zamiaru dalej naciskać. Pod ostrzałem pytań Auriga zwykła tylko zamykać się w sobie jeszcze bardziej. Lepiej było poczekać, aż sama zechce się zwierzyć.
Nie musiała czekać długo. Sinistra z namysłem napisała komentarz pod tekstem jakiegoś ucznia i odsunęła od siebie pergaminy.
– Ja wcale do niego nie poszłam – powiedziała opanowanym głosem, wpatrując się w pióro, które powoli obracała w palcach. – To prawda, chciałam z nim porozmawiać, ale stchórzyłam i zawróciłam sprzed gabinetu. – Nagle uniosła głowę i spojrzała na nią spokojnie. – No bo co ja miałabym mu powiedzieć, Lizzie?
xxx
