Dziękuję Mefisto za komentarz pod poprzednim rozdziałem i Panterze za zbetowanie poniższego.


Jezioro miało kolor intensywnej niebieskiej zieleni. Promienie wczesnego słońca odbijały się od jego tafli, a wiatr tworzył na niej niewielkie fale. Gustaw kucnął przy brzegu i podniósł z ziemi płaski kamyk. Przez chwilę z namysłem obracał go w palcach, a potem rzucił. Kamyk kilkakrotnie odbił się od powierzchni wody, po czym złapany został przez wielką różowawą mackę, która nagle wychynęła z głębiny i zaraz opadła w nią z pluskiem.

Gustaw odskoczył gwałtownie, przewracając się. Przez moment, siedząc na ziemi w stuporze, wpatrywał się w wodę.

– Bawi się pan z kałamarniczką? – usłyszał raźny głos za swoimi plecami.

Odwrócił się szybko.

– Macie tu kałamarnicę?! – jęknął, podnosząc się z ziemi i otrzepując spodnie z trawy.

Hagrid przytaknął pogodnie i zrzucił na ziemię wielki, płócienny wór, który niósł na plecach.

– Wystraszyła pana? – zapytał.

– Trochę – przyznał Gustaw, patrząc nieufnie na wodę. Hailey nie wspominała mu o żadnych morskich potworach, kiedy oprowadzała go po okolicy. W sumie nie było w tym nic dziwnego – informacja o olbrzymim głowonogu nie pasowała ani do płomiennej rozprawy o quidditchu, ani do szkolnych plotek i przyjaznego obgadywania reszty nauczycieli.

Zieleziński odetchnął głęboko, by uspokoić rozkołatane serce.

– Nie jest niebezpieczna? – zaniepokoił się.

Hagrid roześmiał się głośno.

– A skąd!

– Czym ją pan karmi?

– Jaki tam pan... – Rozbawiony półolbrzym machnął lekceważąco dłonią. – Proszę mi mówić po imieniu! A co zjada? Wszystko, sama se poluje, czasem uczniowie przynoszą jej z kuchni ciastka...

Ciastka?

– Bardzo je lubi, nie dziwota zresztą.

– Acha – zgodził się Gustaw, po raz kolejny od swego przybycia do Hogwartu solennie postanawiając nie dziwić się niczemu i nikomu. Zresztą, w porównaniu z innymi cudami czarodziejskiego świata, wizja karmienia kałamarnicy ciastkami nie wydawała się aż tak surrealistyczna.

– Co pan robi tu tak wcześnie? – zapytał Hagrid życzliwie.

– A, jakoś nie mogłem spać...

– Komnaty panu nie odpowiadają, profesorze? Może czegoś panu brakuje? – zatroskał się.

– Nie, nie, wszystko jest cudowne – zapewnił szybko Gustaw. – I również proszę mówić mi po imieniu – dodał. – To całe „profesorze" jest trochę przerażające, zresztą jaki tam ze mnie profesor...

– Rozumiem. Też tak miałem, jak zaczynałem uczyć. Pewnie wciąż masz nerwy, co, Gustawie?

– Jak diabli – westchnął.

Hagrid pochylił się ku niemu konspiracyjnie.

– Wiesz – powiedział ściszając głos – ja nie mam żadnych kwalifikacji. Tak między nami mówiąc, nie ukończyłem nawet szkoły... – przyznał z lekkim zakłopotaniem. – A jednak Dumbledore zatrudnił mnie tutaj, najpierw na gajowego, potem na nauczyciela opieki. No – dodał głośniej – to jak ja się sprawdziłem, to czemu ty nie masz?

Gustaw uśmiechnął się z wdzięcznością, nie dodając, że na razie jednak się nie sprawdza. Z oczywistych względów – głównie dlatego, że był dumnym mężczyzną, o czym sam rzecz jasna w kategorii „oczywistego względu" nie myślał – nie chciał obciążać innych własnymi problemami. Przecież nie mógł po prostu pójść do dyrektorki czy kogokolwiek innego i powiedzieć, że sobie nie radzi. Jak by to wyglądało? Zaraz zaczęłoby się gadanie, a McGonagall mogłaby nawet pomyśleć, że jednak źle zrobiła zatrudniając go. Z pewnością miała wielu innych, odpowiedniejszych kandydatów na to stanowisko...

Hagrid krzepiąco poklepał Zielezińskiego po ramieniu, omal go przy tym nie przewracając, i powiedział:

– No, miło się gawędzi, ale hipogryfy same się nie nakarmią. Wpadnij kiedyś do mojej chatki...

Gustaw wytrzeszczył na niego oczy, a wszystkie nieprzyjemne myśli natychmiast wywietrzały mu z głowy.

– Trzymacie tu hipogryfy?! – wykrzyknął.

– No, kilkanaście dla uczniów, żeby im na lekcjach pokazywać – wyjaśnił Hagrid, podnosząc z ziemi wór i ponownie zarzucając go sobie na plecy.

– Hipogryfy! – powtórzył Gustaw zupełnie oszołomiony. – Nie widziałem żadnego od wieków!

Półolbrzym zerknął na niebo.

– Do zajęć masz jeszcze sporo czasu – zauważył. – Chcesz je może zobaczyć?

x

Zwierzęta były piękne. Gustaw obserwował jej z zachwytem z bezpiecznej odległości. Zbyt mało miał w sobie magii i za bardzo przesiąkł światem mugoli, by mógł podejść bliżej. Jednak kiełkowała w nim gdzieś myśl, że może wystarczy trochę oswoić je ze swoją obecnością, by, kto wie, nawet mu się odkłoniły... Hagrid twierdził, że są nadzwyczaj łagodnymi okazami. Zieleziński bardzo chciał mu wierzyć i starał się nie zwracać uwagi na sposób, w jaki stworzenia rozszarpują płaty mięsa, którymi półolbrzym je karmił. Kiedy pół godziny później wracał do zamku, głowę wypełnioną miał marzeniami o lataniu.

Heloizę dostrzegł z daleka. Stała na dziedzińcu w cieniu krzewów z nieodłącznym papierosem w dłoni. Nie zauważyła go, bo twarzą była zwrócona ku wejściu do zamku, jakby na kogoś czekała. Na ramiona zarzuciła lekki płaszcz, a ciemne włosy, które w czasie lekcji i posiłków zawsze nosiła starannie upięte, zostawiła rozpuszczone. Niewiele myśląc, Gustaw skierował się w jej stronę. Od poniedziałkowego spotkania w pokoju nauczycielskim nie mieli okazji rozmawiać i zastanawiał się, czy czarownica zapyta go o to nagłe wyjście.

Liza obejrzała się przez ramię, słysząc jego kroki.

– A, to pan – przywitała go. – Zerwał się pan tak wcześnie, by nakarmić hipogryfy?

Gustaw zignorował jej kpiący ton.

– Są wspaniałe, prawda? – uśmiechnął się. – Zazdroszczę państwu – ciągnął, nie otrzymawszy odpowiedzi. – Macie cudowne zwierzęta, tyle przestrzeni i żadnych mugoli wokoło... Nic, tylko latać! A nie ma to jak lot na hipogryfie przed śniadaniem, nie sądzi pani?

Liza zmierzyła go ironicznym spojrzeniem.

– Nie sądzę – odparła.

Zbity z tropu Gustaw spojrzał na nią ze zdumieniem.

– Mówi pani poważnie? – zapytał po chwili wahania. Vector uniosła pytająco brwi. – Nie lata pani?

– Tylko na miotle. Nie znajdzie pan tu chyba amatora przejażdżek na hipogryfie, zbyt łatwo przy nich o wypadek.

– Ale jeśli się uważa i potrafi jeździć...

– Pan może potrafi? – Liza powątpiewająco zmrużyła oczy.

Gustaw wzruszył ramionami.

– Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się spaść, więc... tak, chyba potrafię – odparł nonszalancko, przygotowując się wewnętrznie na lawinę pytań.

Czarownica jednak nie okazała zdziwienia – może dlatego, że najwyraźniej mu nie uwierzyła.

– Na co więc pan jeszcze czeka? – zapytała.

– Aż mi się odkłonią – odpowiedział prosto.

– Ach, tak, z tym może być problem – przyznała ze śmiechem. – Choć skoro to tak inteligentne stworzenia jak mówią, to powinny mieć trochę oleju w tych swoich ptasich móżdżkach i zachowywać się nieco przystępniej po tym, co spotkało ich towarzysza kilka lat temu...

– A co takiego? – zaciekawił się Gustaw.

Heloiza machnęła ręką, patrząc ponad jego ramieniem.

– Innym razem – rzuciła niedbale, natychmiast tracąc zainteresowanie rozmową. – Auriga już jest.

– Dokąd się panie wybierają, jeśli mogę spytać? – zaciekawił się Gustaw.

– Do Hogsmeade.

– Nie ma pani lekcji?

– Dopiero po południu. I powinnam iść, jeśli chcę na nie zdążyć. Do widzenia. – Liza uśmiechnęła się zdawkowo i wyminęła go, by podejść do przyjaciółki.

Zieleziński patrzył za nimi przez chwilę, gdy oddalały się ścieżką prowadzącą do Hogsmeade, a potem ruszył do zamku.

x

Co ty właściwie sądzisz o tym całym Gustawie? – zapytała Liza w drodze do miasteczka.

– Jest całkiem sympatyczny – odparła Sinistra. – A co?

– Wydaje mi się dziwny...

Auriga spojrzała na przyjaciółkę karcąco.

– Potrafię zrozumieć, że niektórzy mogą być uprzedzeni, ale ty, Lizzie?

– Nie jestem uprzedzona – westchnęła Vector ze zniecierpliwieniem. – Ja tylko uważam, że on jest nieco... hm, szurnięty?

Auriga roześmiała się serdecznie.

Wczesnym wrześniowym przedpołudniem w środku tygodnia Hogsmeade wydawało się całkiem wyludnione. Wioska nigdy nie należała do zatłoczonych miejsc – może tylko czasami, kiedy przychodzili tu uczniowie albo jakaś wycieczka, chcąca odwiedzić jedyną miejscowość na Wyspach, zamieszkiwaną wyłącznie przez czarodziejów. Idąc główną ulicą nauczycielki zobaczyły tylko właścicielkę Miodowego Królestwa, starannie układającą słodycze na witrynie wystawowej, oraz grubego, pręgowanego kocura drzemiącego w słońcu na ławce przed budynkiem poczty.

Tu także wyraźnie dało się zauważyć ślady wojny. Po śmierci Voldemorta bitwa przeniosła się do Hogsmeade. Śmierciożercy próbowali wydostać się poza teren Hogwartu, ale ścigani przez aurorów i członków Zakonu Feniksa i zmuszeni do obrony przed ich zaklęciami, nie byli w stanie się aportować. Ci, którzy mieli w wiosce swoje siedziby, usiłowali zabrać z nich rzeczy i pieniądze konieczne do ucieczki, inni zaś starali wmieszać się w tłum zdezorientowanych i zaniepokojonych mieszkańców, udając, że nie wiedzą, co się wydarzyło. W ogólnym zamieszaniu trudno było cokolwiek zdziałać. Zaklęcia bezładnie świszczały w powietrzu. Ktoś dla wywołania jeszcze większego chaosu podłożył ogień pod kilka budynków. Spłonęły dwa domy na obrzeżach miasta, Wrzeszcząca Chata i parę sklepów przy głównej ulicy; nie udało się uniknąć przypadkowych ofiar...

Do dziś nie wszystkie fasady zostały odnowione i niektóre wciąż straszyły dziurami pozostałymi po klątwach i zabitymi na głucho oknami. Sinistra starała się na nie nie patrzeć.

– Po co w ogóle Rosmerta chce się z tobą widzieć? – zapytała Lizę ostrożnie, żeby zacząć rozmowę. – Znowu coś z Julesem?

– Pewnie tak – mruknęła kobieta. O dziwo, w jej tonie brzmiała raczej rezygnacja, nie złość. – Następnym razem powstrzymaj mnie, proszę, zanim zacznę się umawiać z takim durniem! Na Morganę, gdzie ja miałam oczy?

Auriga doskonale wiedziała, co kierowało jej przyjaciółką, mimo że Vector wciąż miała opory, by to przyznać Choć nie wiadomo jak mocno przysięgałaby, że ze wszystkim świetnie radzi sobie sama, Liza tak jak wszyscy po całym tym wojennym szaleństwie pragnęła po prostu mieć kogoś bliskiego, komu mogłaby się zwyczajnie wypłakać.

Jules Shepard zjawił się w odpowiednim miejscu i czasie. Po bitwie jako auror często odwiedzał zamek. Najpierw zajmował się martwymi i rannymi śmierciożercami, którzy nie zdołali uciec, potem brał udział w dochodzeniu w sprawie Carrowów i Snape'a i przesłuchaniach personelu szkoły, a w końcu, kiedy już zabrakło innych pretekstów, regularnie wpadał, by informować nauczycieli o postępach w toczących się śledztwach. Przystojny i inteligentny mężczyzna nie potrzebował wiele czasu, żeby przekonać do siebie Heloizę, a i ona nie opierała się zbyt mocno. Wiedział przecież, co przeżyła i zdawał się tak świetnie ją rozumieć... To wystarczyło, by przez prawie trzy miesiące skutecznie wspierał ją i pocieszał.

Niestety, później okazało się, że Liza nie była jedyną kobietą, której w ten sposób pomagał.

Kiedy tylko Vector się o tym dowiedziała, rzuciła go z hukiem. Jules co prawda usiłował tłumaczyć się i przepraszać, twierdził nawet, że ją kocha, jednak ona ani trochę nie wierzyła w jego słowa. Nie zamierzała też dawać mu drugiej szansy – i to nawet nie dlatego, że złamał jej serce, czemu zresztą solennie zaprzeczała, a raczej przez to, że swoją zdradą śmiertelnie ją obraził. Od tamtej pory uparcie paliła jego listy, wyrzucała kwiaty, które jej przysyłał, i ignorowała przekazywane przez Rosmertę wiadomości, a poza tym wszystkim wściekała się na samą siebie, że przez wojnę ogłupiała na tyle, by w ogóle zacząć się zadawać z kimś takim jak on.

Auriga popatrzyła na przyjaciółkę z troską.

– Przykro mi, Lizzie. Naprawdę miałam nadzieję, że wam się uda... – westchnęła.

Miała świadomość, że to stwierdzenie także nieco mijało się z prawdą. Wtedy w maju była za bardzo pogrążona w czarnej rozpaczy, żeby przejmować się czymkolwiek innym. Nowy związek Lizy interesował ją o tyle, o ile uspokajał wyrzuty sumienia – wiedząc o nim, mogła wmawiać sobie, że Vector jej nie potrzebuje i że w przeciwieństwie do niej jest wreszcie spokojna i szczęśliwa...

Ale było, minęło. Żadna z nich nie lubiła poruszać tego tematu. Vector gniewnie potrząsnęła głową na znak, że nie ma o czym mówić. Zdenerwowana zaczęła szukać w kieszeniach papierosów, ale zbliżały się do Trzech Mioteł, więc zrezygnowała.

– Wchodzisz ze mną czy zaczekasz tutaj? – zapytała Sinistrę. – Nie zabawię tam długo.

– Przespaceruję się trochę – odparła Auriga z bladym uśmiechem.

– Pewnie na cmentarz? – Liza zmarszczyła brwi i zmierzyła ją surowym spojrzeniem.

Kobieta tylko wzruszyła ramionami.

– Będę z powrotem za godzinę. Trzymaj się, Lizzie.

x

Trzy Miotły otwierano późno ze względu na fakt, że klientela zwykle rzadko opuszczała bar przed północą, a właścicielka również musiała kiedyś spać. Liza nawet nie próbowała z frontowymi drzwiami, od razu przeszła na tył i po wąziutkich schodkach wspięła się na wysokość drugiego piętra, gdzie znajdowały się drzwi do prywatnego mieszkanka Rosmerty.

Czarownica otworzyła po czwartym dzwonku, pospiesznie otulając się szlafrokiem. Włosy miała potargane, a jej oczy błyszczały żądzą mordu.

– Lizo! Jest dziewiąta rano! – zawołała oburzona.

– No właśnie. – Vector obrzuciła ją ironicznym spojrzeniem. – Mogę wejść? Po południu mam lekcje.

– No dobra.

Rosmerta cofnęła się, wpuszczając ją do zabałaganionego salonu. Kobieta prawie cały swój czas spędzała w pubie i dbała, by jego wnętrze zawsze wyglądało czysto i przytulnie, tak że do zajmowania się mieszkaniem, w którym praktycznie tylko sypiała, brakowało jej już energii i chęci. Liza nie zdołała powstrzymać zdegustowanej miny, ale Rosmerta tylko machnęła ręką.

– Trzeba było się zapowiedzieć – mruknęła, prowadząc ją do położonej piętro niżej i pustej o tej porze kuchni. – Interes się kręci i mam ostatnio mnóstwo roboty – powiedziała. – Jeszcze trochę, a odbijemy sobie całą tę wojnę...

Wskazała Lizie jedno z krzeseł stojących przy dużym, drewnianym stole, a sama zabrała się za przygotowywanie kawy. Po chwili pojawiła się przy niej długoucha skrzatka, odziana w starannie wykrochmaloną poszewkę na poduszkę, niosąc pod pachą poranny egzemplarz „Proroka Codziennego", który podała jej usłużnie. Rosmerta niedbale odrzuciła gazetę na stół i poprosiła o przygotowanie śniadania, za co stworzenie zabrało się z entuzjazmem. Liza podziękowała za jedzenie i, zapalając papierosa, poprosiła o popielniczkę.

– Mówiłaś, że z tym skończysz – przypomniała jej przyjaciółka z kpiącym uśmieszkiem.

Heloiza wzruszyła ramionami.

– To nie takie łatwe, wiesz?

– Mogłaś rzucić palenie, zamiast Julesa.

Vector obojętnie wydmuchała dym, nie reagując na tę rzuconą pozornie niedbałym tonem uwagę.

– Facet jak głupi czekał tu na ciebie w zeszły poniedziałek – dodała Rosmerta, nie starając się już ukryć wyrzutu. – Czemu, u licha, nie powiedziałaś mu, że macie ucztę powitalną?

– Mógł się domyślić, nie uważasz? – odpowiedziała pytaniem Liza, starając się zachować spokój. Co za idiotą trzeba być, żeby prosić nauczycielkę o spotkanie pierwszego września?!

– Spił się – poinformowała ją przyjaciółka. – Zrobił awanturę.

– Przykro mi, ale nie odpowiadam za jego szaleństwa, Rose.

Czarownica załamała ręce.

– Jak możesz być taka oziębła? – wykrzyknęła. – On za tobą szaleje!

– Szkoda, że szaleje również za innymi kobietami – prychnęła Liza, czując, że traci cierpliwość. – Zresztą co tobie do tego? Najął cię na adwokata?

– Skoro nie chcesz rozmawiać z nim...

– Nie chcę. Nie zmierzam mieć z nim nic wspólnego i możesz mu to ode mnie przekazać, kiedy znów się tutaj zjawi. Jeśli nie zrozumie, poprzyj słowa jakąś klątwą. Ja z pewnością tak zrobię, jeżeli przypadkiem wpadnie na pomysł odwiedzenia mnie w Hogwarcie. To nie będzie przyjemna klątwa, więc lepiej zawczasu wybij mu to z głowy, skoro tak świetnie się dogadujecie.

– Zastanów się, Liz... Przyniósł kwiaty, dwa tuziny szkarłatnych róż! Siedział tu trzy godziny, pijąc wodę mineralną z nadzieją, że się jednak zjawisz. On cię kocha!

– Zawsze byłaś przesadnie sentymentalna... – ucięła Vector, gasząc papierosa na dnie popielniczki. – A skoro to wszystko o czym chciałaś ze mną porozmawiać, to lepiej będzie, jeśli już pójdę...

– Och, daj spokój – zirytowała się Rosmerta. – Wypij chociaż kawę! I opowiadaj, co słychać w Hogwarcie... – Machnęła energicznie różdżką, lewitując na stół cukiernicę i karton mleka, jednocześnie drugą ręką rozlewając napój do dwóch identycznych filiżanek.

Liza westchnęła z rezygnacją i chciała z powrotem usiąść, kiedy nagle jej wzrok przyciągnął nagłówek artykułu w leżącej na stole gazecie.

– Słyszałam, że Minerwa zatrudniła jakiegoś cudzoziemca, czy to prawda? – ciągnęła Rosmerta, odwracając się do niej. – Jest przystojny?... Wszystko w porządku, Liz? – Podeszła do stołu, przy którym zdumiona Liza wpatrywała się w straszące z pierwszej strony zdjęcie zrujnowanego Hogwartu. – Co tam takiego ciekawego napisali? – zainteresowała się.

Vector nic nie odpowiedziała. Szybko odszukała odpowiednie strony i przebiegła oczami artykuł, blednąc ze złości.

– Muszę iść – oznajmiła.

– Na Merlina, przecież nic już nie mówię o Julesie!

Liza lekceważąco machnęła ręką.

– Mniejsza o niego. Zajrzę do ciebie innym razem, obiecuję – zapewniła, a potem uniosła gazetę i pomachała jej przed nosem. – Mogę pożyczyć?

– Jasne, ale...

– Do zobaczenia!

x

To on... Idzie...

– Od razu wydawał mi się dziwny.

– Mówiłem ci, że...

– Jakby się zastanowić, to nigdy nie widziałam go z...

– Naprawdę? I myślisz, że serio... Dzień dobry, panie profesorze.

– Dzień dobry. Mamy zaraz lekcję, prawda? Piąty rok Gryffindoru i Ravenclawu?

Dziewczynka skinęła głową, a Gustaw uśmiechnął się, zadowolony, że zapamiętał.

– Wejdźcie do klasy, dobrze? Ja mogę się spóźnić, muszę zabrać kilka rzeczy z pokoju nauczycielskiego.

Dystans, mówiła McGonagall. Ograniczone zaufanie, podpowiadała ta część Gustawa, odpowiedzialna za sianie paniki. Litości, na pewno nie powyskakują z okien przez te pięć minut, kiedy będą w sali sami! – wołał zdrowy rozsądek.

Zieleziński wręczył Gryfonce klucz, w duchu wyśmiewając własne obawy, a potem szybkim krokiem ruszył w kierunku schodów. Tak naprawdę miał zamiar szybko wypić kawę i coś zjeść, bo przez Hagrida, hipogryfy i Heloizę nie zdążył na śniadanie, a wciąż jeszcze nie odgadł w jaki sposób miałby przywołać do siebie skrzata, którego mu przydzielono. Od początku roku nie widział go na oczy, choć musiał przyznać, że zawsze kiedy wracał z zajęć jego pokoje były wysprzątane, a rozrzucone po podłodze i meblach ubrania i papiery schowane w stosownych miejscach.

Gustaw przepchnął się przez tłum na schodach. Uczniowie wokół niego szeptali i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że szeptaniu towarzyszyły ukradkowe spojrzenia, rzucane nauczycielowi i momentalne spuszczanie wzroku i milknięcie, gdy przechodził. Mężczyzna zlekceważył to i nie przejmował się. Nawet do głowy mu nie przyszło, by zacząć.

Drzwi pokoju nauczycielskiego otworzyły się, zanim zdążył sięgnąć do klamki. Stanął twarzą w twarz z Hailey, patrzącą mu w oczy z wyraźnym wzburzeniem.

– Och, jesteś wreszcie! Widziałeś? – wykrzyknęła. – Jak tak w ogóle można... – Gustaw musiał mieć bardzo głupią minę, bo dziewczyna urwała i zmarszczyła brwi. – Jeszcze nie widziałeś – stwierdziła.

Pokręcił głową, nic nie rozumiejąc, a Hailey bez słowa pociągnęła go za rękaw w głąb pokoju. Zdziwił się, widząc w nim dużą część kadry, która tak jak on powinna zaraz zaczynać zajęcia. Profesor Sprout i Hooch stały nachylone przy fotelu pani Pince i w trójkę czytały jakiś artykuł z „Proroka Codziennego", który bibliotekarka miała rozłożony na kolanach. Obok nich dyrektor McGonagall rozmawiała o czymś cicho z Filiusem, a profesor Slughorn usiłował uspokoić roztrzęsioną panią Pomfrey, która ze złością ocierała oczy kraciastą chusteczką.

– To bezzasadne pomówienia, moja droga – mówił łagodnie. – Jestem pewien, że nikt w to nie uwierzy...

– Niekompetentna! – zachlipała czarownica. – Czy naprawdę starałam się za mało? Tak, wiem... Oni umierali mi na rękach... ale na Merlina, co mogłam jeszcze zrobić?

Slughorn z zakłopotaniem szarpał wąsa, nie wiedząc, co powiedzieć.

– Och, Poppy... – mruknął, łagodnie prowadząc ją do fotela, by usiadła. – Nie dało się zrobić nic więcej.

Zdumiony Gustaw spojrzał na Hailey pytająco, ale dziewczyna nie odpowiedziała, tylko porwała ze stołu egzemplarz „Proroka" i podała mu go bez słowa. Gazeta była wymięta i naddarta w jednym miejscu, jakby przeszła już przez wiele rąk. Na stronie, na której ją otwarto, widniał duży, wytłuszczony nagłówek: „Czy Hogwart jest bezpiecznym miejscem dla Twojego dziecka?", pod nim zaś wielkie zdjęcie zamku, skadrowane tak, by jak najlepiej wyeksponować ruiny Wieży Astronomicznej.

Jak informowaliśmy kilka tygodni temu, nowy Minister Magii, Kingsley Shacklebolt, oraz tymczasowa dyrektorka Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart, profesor Minerwa McGonagall, wspólnie zdecydowali, że Hogwart przyjmie uczniów w normalnym terminie. Mimo protestów wielu autorytetów w dziedzinie szkolnictwa, a także samych rodziców i dzieci, plan ten został zrealizowany, i w zeszły poniedziałek zgodnie z odwiecznym rozkładem z dworca King Cross odjechał Hogwart Ekspres, uwożąc w siną dal przyszłość magicznej Wielkiej Brytanii...

„Bełkot" – pomyślał Gustaw i przerwał czytanie, by spojrzeć pytająco na koleżankę.

– Czytaj, czytaj – ponagliła go Hailey, więc pobieżnie przebiegł kolejny akapit wzrokiem.

Ktoś, Zieleziński nie wiedział kto, ale nie miał o nim zbyt dobrego zdania, pisał, że powojenny Hogwart roi się od pułapek i wszelkiego rodzaju niebezpieczeństw, a rada nadzorcza musiała, łagodnie mówiąc, zwariować, żeby zgodzić się na jego ponowne otwarcie. Pierwsza kolumna, naszpikowana wierutnymi kłamstwami i nonsensami, kończyła się patetyczną wypowiedzią jakiejś zrozpaczonej matki, brzmiącą – Gustaw aż się skrzywił – „moje dziecko przeżyło wojnę z Voldemortem, niech nie ginie teraz pod gruzami walącej się sali zaklęć!". Co jak co, ale sala profesora Flitwicka niewiele ucierpiała, pomyślał...

– To same bzdury! – westchnął z niesmakiem.

– Dalej, czytaj dalej... – nakazała Hailey, opiekuńczo sadzając go w pierwszym lepszym fotelu.

Mężczyzna posłusznie wrócił do lektury.

Można mieć zastrzeżenia nie tylko do stanu technicznego szkoły, ale i do kompetencji osób w niej zatrudnionych – zaczynał się kolejny akapit. – Nowa pani dyrektor widać nie nauczyła się niczego na błędach swoich poprzedników, bo w tym roku znowu przyjęła do grona pedagogicznego osoby o wątpliwych kwalifikacjach.

Dalej Rita Skeeter, która, jak informował podpis, była autorką artykułu, przypominała o poprzednich nauczycielach, dość obszernie rozpisując się o Carrowach i Severusie Snape'ie, który „choć niewątpliwie zasłużył się w wojnie z Voldemortem, to nie miał absolutnie żadnego przygotowania pedagogicznego ani tym bardziej uprawnień i predyspozycji do bycia nauczycielem czy dyrektorem." Potem dziennikarka przerzucała się na obecną kadrę, stawiając im paskudne zarzuty, którym trudno było dać wiarę. Nie oszczędzała także nowego nauczyciela mugoloznawstwa.

– To jeszcze nie wszystko, dalej jest jeszcze gorzej! – oznajmiła Hailey z oburzeniem, ale widząc minę kolegi zawahała się lekko – W porządku? – zapytała niepewnie. – Och, chodzi o to, że napisali, że jesteś...

Gustaw prędko pokręcił głową, zmuszając się do krzywego uśmiechu.

– Pomyliła się w nazwisku – powiedział z niesmakiem.

– Słucham? – zdziwiła się Hailey.

Uniósł głowę i spojrzał na nią spokojnie.

– Pomyliła się w nazwisku. Pisze się Ziele-ZIŃ-ski.

Dziewczyna parsknęła śmiechem.

x

...także zachowanie kadry pedagogicznej podczas ostatniej bitwy budzi poważne wątpliwości. Rażące uchybienie stanowiło już samo wszczęcie walki bez odpowiedniego przygotowania i wsparcia profesjonalnych służb aurorskich. Poza tym, mimo formalnie zarządzonej ewakuacji, pracownicy Hogwartu nie dopilnowali, aby ich małoletni i bezbronni podopieczni opuścili teren szkoły. Przypomnijmy w tym miejscu niewyjaśnioną wciąż sprawę śmierci jednego z niepełnoletnich uczniów, Colina Creeveya, który zginął, trafiony klątwą jednego ze śmierciożerców. Zaklęcie nie było śmiertelne i chłopiec prawdopodobnie przeżyłby, gdyby zapewniono mu na czas opiekę medyczną, czego niestety nie zrobiono. Dodajmy, że wśród świadków całego zdarzenia znajdowała się jedna z nauczycielek, która powinna udzielić mu pierwszej pomocy. Wiele mówiący jest tu fakt, że dyrektorka szkoły starannie zadbała o zatuszowanie zarówno tego wypadku, jak i wielu innych, które miały miejsce w szkole podczas ostatniego roku szkolnego. Wciąż nie ma pewności, że prócz Carrowów i Snape'a żaden z nauczycieli nie współpracował z Tomem Riddle'em, znanym szerzej jako Voldemort. Ani jeden członek starej kadry nie porzucił swego stanowiska, gdy przejął on kontrolę nad szkołą, ani nie buntował się potem przeciw karygodnym działaniom zatrudnionych w niej śmierciożerców. Mało prawdopodobne wydają się tłumaczenia obecnej dyrektorki, która twierdzi...

Liza odpaliła kolejnego papierosa od niedopałka poprzedniego.

„Nie udzielono pomocy!" – pomyślała z wściekłości. – „Też coś! Cholerna pismaczka! Nie było jej tam, niczego nie widziała..."

Vector przeszła obok bramy hogsmeadowskiego cmentarza i zawróciła na pięcie. Zaciągnęła się mocno, żeby się uspokoić. Nie podziałało.

– A niech to szlag! – warknęła na głos i z rezygnacją opadła na ławkę.

Słowa huczały jej w głowie. Tym razem Skeeter naprawdę przeszła samą siebie. Liza nie przejęłaby się tak bardzo – a przynajmniej to sobie powtarzała – gdyby chodziło tylko o kłamstwa wypisywane o niej czy pozostałych nauczycielach, ale doskonale zdawała sobie sprawę z konsekwencji, jakie one za sobą poniosą. Co prawda od dawna powszechnie wiadomo było, że „Prorok" nie jest wiarygodnym źródłem informacji, ale Hogwart już i tak nie cieszył się najlepszą opinią, a głupi ludzie potrafili uwierzyć w każdą bzdurę, jeśli tylko odpowiednio im ją sprezentowano... Szkoła miała wystarczająco wiele problemów bez najazdu zdenerwowanych rodziców, pragnących zabrać swoje pociechy do domu, by chronić je przed bandą zidiociałych i niebezpiecznych belfrów. Przecież nie po to Vector stoczyła latem te wszystkie bitwy z nadopiekuńczymi matkami i upartymi ojcami, żeby teraz ta głupia Skeeter zepsuła wszystko jednym zjadliwym tekstem! Nie po to wysyłała tysiące listów do zagranicznych szkół z prośbami o przyjęcie uczniów, którzy nie widzieli dla siebie miejsca w Hogwarcie, nie po to rozpatrywała sytuację każdego dziecka z osobna...

Liza uspokajała się powoli.

„Nie" – pomyślała. – „Przecież żadna rozsądna rodzina, która miała do czynienia ze mną, Filiusem, Pomoną czy kimkolwiek z nas, nie uwierzyłaby w coś takiego... Prawda?"

Czarownica rozejrzała się wokoło, ale w okolicy wciąż nie było żywego ducha. Słońce z coraz większym trudem przedzierało się przez chmury, a kiedy za nimi znikało, robiło się chłodno. Liza wyciągnęła z kieszeni klamrę i spięła nią włosy, które wzmagający się wiatr zawiewał jej na twarz, a potem odchyliła się na oparcie ławki i bez pośpiechu wypaliła do końca papierosa.

Cmentarz znajdował się na niewielkim wzniesieniu, dlatego przed sobą jak na dłoni widziała całą okolicę. Otoczone przez wybujałe ogródki kolorowe domy, rozstawione tu, na obrzeżach Hogsmeade, o wiele rzadziej niż przy głównej ulicy, wyglądały szczególnie urokliwie w blasku jesiennego słońca. W oddali, przy samej granicy wioski, majaczyły poczerniałe ruiny Wrzeszczącej Chaty. Przez chwilę Vector patrzyła na nie w zamyśleniu, a potem ponownie sięgnęła po gazetę, którą wiatr zdążył przekartkować i zwiać na drugi koniec ławki.

Kiedy dziesięć minut później w bramie pojawiła się Auriga, Liza prawie całkowicie odzyskała opanowanie i chyba nawet domyślała się, o co w tym wszystkim chodzi.

– Wiedziałaś, że ten cały Gustaw jest charłakiem? – zadała obojętnym tonem pierwsze z pytań, jakie nasuwały się jej na myśl. Widząc minę przyjaciółki, odpowiedziała sobie sama: – Oczywiście, że wiedziałaś. Na Merlina, czy tylko ja jestem taka niedoinformowana?

– No... Minerwa mówiła nam o tym na którymś zebraniu...

– Na którym przypadkiem byłam nieobecna, bo użerałam się z przewrażliwionymi rodzicami?

Auriga zastanawiała się chwilę.

– To możliwe – przyznała. – Przepraszam, sądziłam, że wiesz... A co? Powiedziałaś mu coś nieprzyjemnego?

Czarownica machnęła lekceważąco ręką. Właściwie powinna się domyślić, choćby po zakłopotanym wzroku mężczyzny, kiedy mówiła o naprawieniu zbroi czy wyczarowaniu własnego fotela, ale facetowi też nic by się nie stało, gdyby wyprowadził ją z błędu... Cóż, jeśli teraz uważał Lizę za wredną jędzę, to jego problem.

– Mniejsza o to – powiedziała Vector. – Przeczytaj sobie.

Podała Auridze „Proroka" i przez kolejny kwadrans obserwowała, jak na jej twarzy pojawia się kolejno zdumienie, osłupienie, niedowierzanie, a w końcu irytacja, przechodząca w gorącą złość.

Skeeter nie oszczędziła także pozostałych nauczycieli i właściwie prawie każdemu się dostało. Hagridowi po raz kolejny wypomniała, że jest półolbrzymem i nie skończył szkoły, wspomniała o profesor Babbling, która z powodu zaawansowanego wieku nie powinna uczyć, o Sybilli Trelawney, którą nazwała starą wariatką i oszustką – niby każdy o tym wiedział, ale po co o tym pisać? – i o Slughornie, rzekomo pokątnie zdobywającym fortunę na sprzedaży rzadkich eliksirów warzonych przy użyciu szkolnych składników. Nie pominęła pani Pomfrey, której najbezczelniej w świecie wytknęła niekompetencję, jaką miała wykazać się po ostatniej bitwie, i nawet o Minerwie napisała, że kompletnie nie radzi sobie z zarządzaniem zamkiem, wpędza Hogwart w długi i zupełnie nie nadaje się na dyrektorkę. Prócz tego wyraźnie zarzucała im wszystkim bierne wspieranie śmierciożerców.

– Co... za... świnia! – wybuchnęła Sinistra, doczytując ostatnie zdania. – Na Merlina, Lizzie, jak się czujesz? Nie bierzesz tego do siebie, prawda?

Śmierć młodego Creeveya, jak zresztą śmierć każdego z uczniów, dręczyła wszystkich nauczycieli. Chłopak pomimo nakazu opuszczenia zamku dołączył do walczących i zginął – głupio, niepotrzebnie i właściwie zupełnie przypadkowo. Auriga wiedziała, że Vector gryzła się tym bardziej niż inni. Którejś z tamtych koszmarnych nocy po bitwie, po dwóch czy trzech kieliszkach whisky, Liza zalewając się łzami opowiedziała jej, co dokładnie wydarzyło się wtedy na dziedzińcu. Nie ulegało wątpliwości, że to nie była jej wina i że nic nie mogła zrobić, jednak jeszcze długo to przeżywała...

Czarownica prędko pokręciła głową na znak, że nie ma o czym mówić.

– W porządku – mruknęła. – To wszystko wierutne bzdury, wiem.

– Ciekawa jestem, co Kingsley zamierza z tym zrobić...

– Ma związane ręce. Nie może nalegać, by ją ukarano, bo tylko w „Proroku" da się jeszcze jakoś kontrolować to, co pisze.

– Właśnie widzę – stwierdziła Auriga ponuro i z westchnięciem usiadła na ławce obok Lizy. – Wredna harpia... – prychnęła. – Przynajmniej martwych mogłaby zostawić w spokoju!

– Ja jednak wolałabym, żeby odczepiła się od żywych. Snape'owi nie zaszkodzi, że kolejny raz ktoś go nazwał mordercą i śmierciożercą, a Minerwa będzie musiała się użerać z tonami sów od wściekłych rodziców. Albo ten cały Gustaw – przypuszczam, że usłyszałabym o jego charłactwie, gdyby uczniowie wiedzieli.

– Masz rację, Lizzie.

Vector uśmiechnęła się blado, starając się przekonać samą siebie, że już przeszła jej ochota, by rozszarpać Skeeter na strzępy.

– Tylko dlaczego ten artykuł ukazał się teraz? – zapytała Auriga nagle. – Przez całe wakacje mieliśmy spokój. Dlaczego akurat teraz się nas uczepiła?

Heloiza spodziewała się tego pytania, ale i tak umknęła wzrokiem przed zdziwionym i smutnym spojrzeniem przyjaciółki. Niedbale przekartkowała „Proroka".

– Nie pozwolili jej niczego napisać na bardziej krwiste tematy, więc wyżyła się na nas. Przykro mi, Aurigo.

Złożyła gazetę na pół i pokazała jej dolny róg jednej ze stron, w którym widniało niewielkie, zamazane zdjęcie gładko uczesanego mężczyzny w garniturze. Poniżej znajdowała się notatka:

Mulciber znów poszukiwany. Groźny śmierciożerca wczorajszej nocy uciekł z Azkabanu. Może być uzbrojony i niebezpieczny...

xxx

Wiedziałeś o tym? – Wzburzona Auriga wyminęła Severusa w drzwiach i weszła do jego gabinetu, nie czekając na zaproszenie. Rzuciła na biurko poranne wydanie „Proroka Codziennego", a potem ciężko opadła na stojący przed nim fotel.

Snape ze stoickim wręcz spokojem zamknął drzwi i zajął miejsce naprzeciwko niej, obrzucając gazetę pełnym niesmaku spojrzeniem.

Wiedziałeś? – powtórzyła natarczywie Sinistra.

Tak.

Sądziła, że będzie zaprzeczał i już szykowała się do kolejnych pytań, więc takie otwarte przyznanie się nieco wytrąciło ją z rytmu. Odetchnęła głęboko, usiłując zastanowić się, co właściwie chce powiedzieć. Złość powoli z niej ulatywała.

Dlaczego? – zapytała w końcu. – Lestrange, Dołohow, Rookwood... Nie rozumiem. Dlaczego ich nie powstrzymaliście? Dumbledore też musiał wiedzieć, prawda?

Severus spojrzał na nią, nie kryjąc irytacji.

To była ściśle tajna akcja – oznajmił. – Dowiedziałem się w ostatniej chwili.

Nie wierzę, że nic nie mogłeś zrobić, Sev! Jeżeli nie aurorzy, to przynajmniej członkowie Zakonu...

Mężczyzna uciszył ją wściekłym syknięciem.

Na Merlina! – wykrzyknęła Sinistra. – Przecież to najgorsze szumowiny, jakie kiedykolwiek popierały Czarnego Pana! Jakie będziemy mieli szanse, jeśli on zdoła zebrać wszystkich swoich popleczników...

Uspokój się, Aurigo – poprosił cicho Snape. – Ja i Dumbledore wiemy, co robimy.

xxx

Charłak...

– ...charłakiem...

– ...charłaka.

Gustaw czuł się, jakby znów miał siedem lat i szedł z rodzicami na niedzielny spacer. We wsi, gdzie mieszkali, plotki rozchodziły się szybko, więc wszyscy mieszkający w sąsiedztwie czarodzieje mijani na ulicy obgadywali ich, ukradkiem przyglądając się chłopcu. Jego matka szła dumnie wyprostowana w swojej błękitnej sukience w grochy, pogrążona we własnych myślach i niedostępna. Ojciec co prawda śmiał się i żartował, próbując zająć uwagę syna, ale to nie pomagało, bo Gustaw wciąż słyszał wokół siebie nieprzyjemne szepty, z których wyławiał tylko to jedno słowo.

Teraz wyglądało to całkiem podobnie, tyle tylko, że miał o trzydzieści lat więcej i maszerował zatłoczonym korytarzem Hogwartu. Czuł się paskudnie. Jakoś zniósł obiad i popołudniowe lekcje, na których musiał wytłumaczyć się uczniom. Właściwie nigdy nie zamierzał taić przed nimi informacji o swoim charłactwie, tylko poczekać kilka tygodni, aż lepiej go poznają i sprawa sama wypłynie... Cóż, nie spodziewał się, że w taki sposób. Tym bardziej było mu przykro, że większość jego podopiecznych zaczęła traktować go jak kogoś chorego na rzadką, zaraźliwą chorobę. Miał tylko nadzieję, że to zmieni się, gdy minie im pierwsze zaskoczenie.

Niewielkie pocieszenie stanowił fakt, że nie tylko on znajdował się w nieciekawej sytuacji. Artykuł wywołał istną burzę w szkole i ci uczniowie, którzy akurat nie roztrząsali przypadku Gustawa, z równym ożywieniem dyskutowali na temat pozostałych profesorów. Większość inteligentnej młodzieży zgodnie twierdziła, że Skeeter to – żeby nie powiedzieć dosadniej – zakłamana wariatka, ale zdarzały się wyjątki. Szczególnie młodsi uczniowie wydawali się coraz bardziej przerażeni...

Po kolacji, która upłynęła w dość ponurej atmosferze, potęgowanej przez szare, deszczowe chmury, kłębiące się pod zaczarowanym sklepieniem, Zieleziński nie poszedł do pokoju nauczycielskiego, jak to zwykle robił w poprzednich dniach, ale od razu skierował się do swojego mieszkania. Wziął ze sobą egzemplarz „Proroka", który ktoś zostawił w jego sali. Przypuszczał, że jeszcze może mu się przydać.

Komnaty, które mu przydzielono, były duże i przestronne. Gustaw podejrzewał, że w samej sypialni zmieściłaby się kawalerka, w której pomieszkiwał we Włoszech, a w łóżku spokojnie wyspało nie tylko małżeństwo, ale i jeszcze kilkoro dzieci. Meble stały puste, gdyż Zieleziński, nawet gdyby bardzo chciał, nie zdołałby wypełnić ich zawartością swoich dwóch walizek. Te na razie wepchnął nierozpakowane do szafy, między półkę, na której skrzaty zostawiły mu równiutko poskładany komplet zapasowej pościeli i drugą, w której, ku jego zaskoczeniu, schowały trzy butelki Ognistej Whisky. Tylko garnitur mężczyzna powiesił na wieszaku, żeby się nie pogniótł.

Teraz dołożył mu do towarzystwa wierzchnią szatę. Była szalenie niewygodna i zdaniem Gustawa wyglądała nie jak strój codzienny, a bardziej jak szlafrok lub toga, dlatego nie zamierzał paradować w niej dłużej niż tego od niego wymagano. Zdjął też białą koszulę i zamienił ją na wygrzebany z walizki niebieski t-shirt. Potem wrócił do salonu i opadł na kanapę, otwierając przyniesioną gazetę. Szybko odszukał artykuł i jeszcze raz przebiegł tekst wzrokiem. Jeśli się zignorowało wszystkie bzdury i czytało między wierszami, można się było z niego całkiem sporo dowiedzieć...

Wciąż nie ma pewności, że prócz Carrowów i Snape'a żaden z nauczycieli nie współpracował z Tomem Riddle'em, znanym szerzej jako Voldemort – pisała Skeeter. – Ani jeden członek starej kadry nie porzucił swego stanowiska, gdy przejął on kontrolę nad szkołą, ani nie buntował się potem przeciw karygodnym działaniom zatrudnionych w niej śmierciożerców. Mało prawdopodobne wydają się tłumaczenia obecnej dyrektorki, która twierdzi, że wszystkie decyzje jej i jej współpracowników miały na celu zapewnienia uczniom jak największego bezpieczeństwa, tym bardziej, że sami uczniowie mówią co innego. Znaczna część młodzieży po przeżytym w zeszłym roku szkolnym koszmarze musiała przenieść się do zagranicznych szkół, gdyż psychicznie nie mogła poradzić sobie z traumatycznymi doświadczeniami. Pani Anna Lewis (lat 39) pisze do nas w liście: „Przeniosłam syna do innej szkoły po tym, co przydarzyło mu się w Hogwarcie. Dziecko wciąż skarży się na koszmary senne i bóle po tym, jak ta nędzna imitacja profesora potraktowała go Cruciatusem na lekcji mugoloznawstwa!"

Wiemy, że Carrowowie stosowali na uczniach różnorakie niebezpieczne i okrutne zaklęcia, w tym także Klątwy Niewybaczalne, mało tego, zmuszali też dzieci, by rzucały je na siebie nawzajem. Robili to nie tylko podczas szlabanów w ramach kary – często niesłusznej i niesprawiedliwej zresztą – ale także podczas przerw oraz lekcji, „w celach poglądowych". Praktyki te nie spotkały się z powszechnym potępieniem i nie zostały ukrócone – jak można by się spodziewać po „chcącej zapewnić uczniom bezpieczeństwo" kadrze nauczycielskiej – można wręcz pokusić się o stwierdzenie, że panowało milczące przyzwolenie na nie. Dotąd nie wszczęto śledztwa w tej sprawie...

Gustaw zorientował się, że zaciska dłonie w pięści. Nigdy nie doświadczył Cruciatusa na własnej skórze, ale znał jego działanie z książek i opowieści dziadka, który przeżył nie tylko dwie mugolskie wojny, ale także jedną czarodziejską z Grindelwaldem. Zaklęcie to, jak twierdził, było najgorszym, co go kiedykolwiek spotkało. Do końca życia zdarzało mu się budzić z krzykiem na samo wspomnienie.

A tutaj nauczyciel miał rzucać Crucio na ucznia, na dziecko, bezbronne i wystraszone... I za co? Za przyznanie się do pokrewieństwa czy znajomości z mugolem albo za oprotestowanie bzdur wygadywanych przez profesora? Za drobne spóźnienie, nieposłuszeństwo, krzywe spojrzenie, nieuwagę? Gustaw przypomniał sobie poniedziałkowe lekcje. Na moment przed oczami stanął mu chłopiec, kulący się w ławce, kiedy do niego podszedł. Możliwe, że trzymał rękę przy kieszeni albo za plecami, jakby chował tam różdżkę, a może wystarczyło już samo ostrzejsze słowo... I jeszcze te dzieci w klasie panny Powell, śmiertelnie przerażone perspektywą rzucania na siebie niegroźnych zaklęć... Zieleziński aż wzdrygnął się ze zgrozy.

„Gdzie podziewała się wtedy reszta kadry?" – pomyślał. – „Czy to możliwe, by nikt nie zareagował na to, co się dzieje?" Nie chciało mu się w to wierzyć. Dotąd sądził, że uczniowie zachowują się nieswojo jedynie przy nowych nauczycielach, po których nie wiedzą, czego się spodziewać. Ale skoro tak, to czy nie powinni zaufać osądowi nowej dyrektorki i reszcie grona pedagogicznego, które nie widziało w nich zagrożenia? Przecież opiekunowie domów rozmawiali z podopiecznymi i musieli wiedzieć o ich obawach, dlaczego więc nie podjęli żadnych działań, by im pomóc? Chyba, że nie wiedzieli. Albo woleli udawać, że nie wiedzą.

Przez chwilę Gustaw bezmyślnie wsłuchiwał się w bębnienie deszczu o okienną szybę. Co teraz? Nie ulegało wątpliwości, że trzeba coś zrobić, niestety mężczyzna nie miał zielonego pojęcia, co takiego. Kiedy decydował się na podjęcie pracy w szkole, miał wiele obaw, ale nie podejrzewał, że przyjdzie mu radzić sobie z podobnymi problemami. Dotąd łudził się, że przyjazd do Hogwartu nie okaże się takim szaleństwem, jakim się wydawał, teraz jednak znów opadły go wątpliwości.

„Na litość boską!" – pomyślał. – „W co ja się wpakowałem?"

x