Bardzo dziękuję Mefisto za komentarz. Jeśli chodzi o kałamarnicę, to przypuszczam, że Gustaw był bardziej zaskoczony niż wystraszony - w końcu to dość niecodzienny widok ;)

Poza tym, gdyby kogoś to interesowało, chciałam poinformować, że jakiś czas temu opublikowałam to opowiadanie na Forum Mirriel — pod nieco zmienionym tytułem „Jeszcze wszystko będzie dobrze" i nickiem Jakakolwiek. Linku nie podam, bo i tak wyleci, ale zapraszam.

Za zbetowanie poniższego rozdziału jak zwykle należą się podziękowania Panterze.


Nad zamkiem przechodziła burza, głośna i gwałtowna. Krajobraz za oknem rozmył się w deszczu, więc Gustaw odłożył szkicownik, w którym ołówkiem bazgrał pejzaż dla zajęcia rąk i uporządkowania rozbieganych myśli. Chociaż miał wiele spraw do przemyślenia, nie za bardzo uśmiechało mu się siedzenie w pustym mieszkaniu przez cały wieczór. Z drugiej strony sam nie był pewien, czy życzył sobie czyjegokolwiek towarzystwa, współczucia i odpowiadania na setki pytań, podczas gdy sam chciałby zadać ich jeszcze więcej. Mężczyzna złapał się na tym, że najchętniej wsiadłby do samochodu i pojechał gdzieś przed siebie. Zawsze najlepiej myślało mu się, gdy znajdował się w drodze...

„Gratuluję, wytrzymałeś prawie dwa tygodnie!" — pomyślał z przekąsem, wstając i rozprostowując zdrętwiałe od siedzenia nogi. Ruszył do drzwi, ale w pół drogi przypomniał sobie, że chyba nie powinien paradować po szkole w mugolskim ubraniu, więc zawrócił, by narzucić na siebie szatę. Po chwili namysłu wygrzebał jeszcze z walizki latarkę. Zapalił ją i zgasił na próbę, tak na wszelki wypadek. Działała niezawodnie, jak zawsze.

„Właściwie czego innego się spodziewałem?" — rozmyślał, kiedy chwilę później szedł przed siebie w bliżej niesprecyzowanym kierunku, wsłuchany w bębnienie deszczu o szyby i zawodzenie wiatru. Co prawda doskonale znał odpowiedź na to pytanie, ale sam przed sobą wolał udawać, że jest inaczej. — „Takich rzeczy nie da się ukryć. Prędzej czy później musieli się dowiedzieć" — westchnął w duchu, nie chcąc przyznać przed samym sobą, że czasem faktycznie miał nadzieję, że to się nie stanie.

Ale dość tych ponurych myśli, nie powinien się nad sobą użalać! Był kim był i już dawno zdążył się do tego przyzwyczaić, a teraz uczniowie także będą musieli i tyle. Zresztą nie to stanowiło obecnie jego największy problem...

Wiedział przecież o wojnie i mógł się domyślić, że coś takiego zostawiło ślady — konflikty rzadko kiedy naprawdę kończyły się wraz z ogłoszeniem zwycięstwa jednej ze stron. Świadomość tego nie zmieniała jednak faktu, że Gustaw miał zupełny mętlik w głowie i czuł się zagubiony i nieznośnie bezradny.

Nagle, pomiędzy jednym grzmotem a drugim, mężczyzna usłyszał coś dziwnego. Najpierw sądził, że tylko mu się zdawało, ale po chwili dźwięk się powtórzył, tym razem odrobinę głośniej. Odwrócił się prędko, ale korytarz za nim był pusty. Dopiero z dołu przywołało go głośne i niecierpliwe miauczenie. Zieleziński omal nie roześmiał się z ulgi.

— To ty... — powiedział, kucając. — Norris... Pani Norris, tak?

Kotka przechyliła głowę i Gustaw zauważył, że do szyi niebieską wstążeczką przywiązany miała ogryzek papieru.

Jak się pan miewa? Zapraszam do siebie, jeśli ma pan ochotę porozmawiać. Pani Norris pana zaprowadzi. A. Filch

Gustaw zamrugał lekko i spojrzał na zwierzę, które patrzyło na niego z chłodną ironią w żółtych ślepiach i wyzywającym wyrazem pyszczka.

— No dobra, idę — mruknął Zieleziński. Właściwie i tak nie miał lepszego pomysłu na spędzenie tego wieczoru.

x

Przyszedł pan. — Argus Filch wyglądał na zaskoczonego.

— Dostałem zaproszenie — zauważył Gustaw.

— Tak, wiem, ale zwykle... No, nieważne — mruknął woźny niezrozumiale. — Proszę dalej, niech pan się rozgości! — ożywił się, otwierając szerzej drzwi, by wpuścić Zielezińskiego do środka. — Pewnie się pan czuje niewesoło, co? Proszę usiąść, zrobię nam coś do picia.

Wprowadził gościa do pogrążonego w półmroku salonu, a sam wyszedł przez drzwi, za którymi musiała znajdować się kuchnia. Gustaw usiadł w jednym z wytartych pluszowych foteli — drugi zajęła Pani Norris — i rozejrzał się po pomieszczeniu.

W układzie komnaty Filcha przypominały jego własne, ale były o wiele bardziej zamieszkane. Podczas gdy Gustawowe pokoje ziały pustkami, te tutaj zapełniono najróżniejszymi rzeczami. Na regałach stały równiutko poukładane książki i czasopisma, poprzetykane zakurzonymi bibelotami: złocistymi pucharami, statkami w butelkach, porcelanowymi słoniami, ciosanymi w drewnie kotami czy kolorowymi marionetkami o białych twarzach i karminowych ustach. Na ścianach wisiały obrazy, niektóre mugolskie, niektóre czarodziejskie — postacie na tych drugich witały Gustawa oszczędnymi ukłonami — oraz jakieś dyplomy. W kącie stał odrapany stolik do kawy, a na nim ogromny fikus; na podłodze obok znajdowało się usłane aksamitnymi poduszkami leże pani Norris. W powietrzu unosił się zapach starości i kota.

Filch przyniósł dzbanek z herbatą i dwie duże fajansowe filiżanki. Pani Norris miauknęła głośno, więc nalał jej trochę mleka na swój spodeczek i podsunął pod nos.

— Pij, kochana, pij... No, panie Gustawie. Możemy porozmawiać jak charłak z charłakiem.

— Więc pan też...? — Kilka elementów wskoczyło na swoje miejsce i Gustaw pokiwał głową ze zrozumieniem. — Mógł mi pan powiedzieć wcześniej!

— O takich rzeczach się nie mówi — westchnął woźny ponuro. — Mocno panu dokuczają?

— Na razie tylko gadają za moimi plecami.

— Będzie gorzej. Będą panu podrzucać łajnobomby do mieszkania i podkradać różne rzeczy z gabinetu. Specjalnie będą bałaganić w klasie, wrzeszczeć, wygłupiać się i wydurniać. Naślą Irytka i będą się śmiać, kiedy pan będzie się bronił. Lepiej, żeby pan wiedział.

Gustaw popatrzył na niego zdumiony.

— Jestem pewien, że nie...

Oczy woźnego błyszczały ponurą ekscytacją. Pani Norris wskoczyła mu na kolana. Zaczął głaskać ją powolnymi ruchami.

— Zobaczy pan. Inni nauczyciele będą udawać, że są po pana stronie, ale nic nie zrobią. Jedynym wyjściem są szlabany. Niech pan nie waha się karać ich za wszystko, wtedy może się odczepią. A może po prostu będą ostrożniejsi...

Zieleziński chciał się roześmiać, ale poważna mina Filcha wskazywała, że on wcale nie żartuje, żeby go nastraszyć.

— Em... dziękuję za rady — odparł więc Gustaw dyplomatycznie. — Czy naprawdę uważa pan, że będzie aż tak źle?

— Te wstrętne bachory nie szanują siebie nawzajem, a co dopiero ludzi, którzy są inni.

— A nauczyciele? Odniosłem wrażenie, że są całkiem mili...

— Bo są! Ale to wszystko podszyte jest litością — prychnął Filch gorzko. — Mają tę swoją magię i myślą, że są lepsi!

— W takim razie... jeśli mogę zapytać...dlaczego pan tutaj pracuje?

Woźny spojrzał na niego, jakby był niespełna rozumu.

— A gdzie indziej? Tu przynajmniej jeszcze dobrze karmią i płacą... no, płacili, do niedawna. Na tym świecie nigdzie nie ma miejsca dla takich jak my dwaj.

— Czemu więc nie spróbuje pan pracować z mugolami?

— Mugole! — wykrzyknął Filch. — A dlaczego pan od nich uciekł? No dlaczego?

Gustaw zawahał się przed odpowiedzią, ale mężczyzna najwyraźniej jej nie potrzebował.

— Bo tęsknił pan za magią! I to jest najgorsze. Tu źle, tam jeszcze gorzej... — westchnął i powtórzył sentencjonalnie: — Na tym świecie nie ma miejsca dla takich jak my!

xxx

Zimno jak diabli — zauważyła Sinistra, podchodząc do kominka, w którym na trzaskającym ogniu gotował się zaczyn na eliksir pieprzowy. — Można by pomyśleć, że to już listopad, a nie sierpień...

Odwróciła się, by spojrzeć na Severusa, który w skupieniu siekał składniki potrzebne do kolejnego wywaru i zdawał się zupełnie ignorować fakt, że ma gościa. Auriga nie zmartwiła się tym zbytnio. Przysunęła sobie do ognia fotel i usiadła w nim, podciągając pod siebie nogi. I tak dobrze, że Snape zdołał się oderwać od pracy choć na chwilę, by wpuścić ją do środka.

Mężczyzna szybko rozprawił się z pękiem ziół i wsypał je do kociołka, a potem sięgnął do pękatego słoika i wyciągnął z niego coś, co wyglądało jak wielki ślimak bez muszli. Sinistra skrzywiła się lekko, pospiesznie odwracając wzrok.

Kiedy przyjechałaś? — zapytał Snape bez większego zainteresowania.

Dziś rano — odparła, patrząc w ogień. — Zamierzałam odwiedzić cię wcześniej, ale Minerwa powiedziała, że zamknąłeś się w pracowni i lepiej ci nie przeszkadzać. Ponoć od tygodnia nie przychodzisz nawet na posiłki.

Byłem zajęty. Ostatnio dostałem kilka ciekawych zamówień.

Zerknęła na niego, by zobaczyć jak z najzupełniej obojętną miną sprawnie ćwiartuje stworzenie.

Rzeczywiście muszą być ciekawe — powiedziała z przekąsem. — Nie znudziło ci się jeszcze babranie w... ech, tym czymś. To obrzydliwe!

W odpowiedzi Mistrz Eliksirów uśmiechnął się ironicznie i położył przed sobą kolejnego ślimaka, który natychmiast zaczął pełznąć po stole, zostawiając za sobą ścieżkę śluzu. Auriga wzdrygnęła się lekko. Czasem zastanawiała się, czy Severus specjalnie nie wynajduje sobie podobnych prac, żeby zniechęcić ją do tych wizyt w środku nocy. Cóż, jak na razie mu się to nie udało, więc mógłby sobie odpuścić.

Co z tego będzie? — mruknęła.

Właściwie nie wiedziała, czy w ogóle chce poznać odpowiedź. Nigdy go o to nie zapytała, ale podejrzewała, że nie wszystkie zlecenia, dzięki którym sobie dorabiał, były do końca legalne i bezpieczne.

Snape uniósł głowę i spojrzał na nią przenikliwie.

Eliksir wzmacniający — rzucił z absolutnie kamienną twarzą. — Poppy zażyczyła sobie coś specjalnego dla tego kretyna, Quirrella.

Auriga skrzywiła się z odrazą.

Niee... — jęknęła. — Żartujesz sobie, prawda?

Mężczyzna przewrócił oczami.

To dla testrali Hagrida. Mają jakieś problemy z powłoką skrzydeł — wyjaśnił. — Eliksir dla Quirrella już zrobiłem, choć ogromnie kusi mnie, żeby przypadkiem pomylić fiolki...

Sinistra powinna się oburzyć, ale musiała zasłonić dłonią usta, żeby ukryć uśmiech. Tajemnicą poliszynela było, że Snape nie lubił Quirrella tylko dlatego, że to on dostał posadę nauczyciela obrony przed czarną magią. Auriga powstrzymała się przed przypomnieniem mu o tym głośno i powiedziała tylko:

Widziałam go dziś rano, biedak rzeczywiście nie wygląda najlepiej. Czy to prawda, że spotkał w Albanii wampiry?

Wątpię — prychnął Severus, wrzucając do kociołka ostatnie cząstki ślimaka. — Ale trzeba przyznać, że broni się przed nimi skutecznie. Śmierdzi czosnkiem na milę...

Auriga uśmiechnęła się. Pogłoski o wampirzej naturze Snape'a były równie powszechne jak te o jego ciągotach do czarnej magii...

Można wiedzieć, co cię tak bawi? — syknął mężczyzna, widząc jej minę.

Nic, nic — odparła szybko. — A tobie jak minęły wakacje? — zagadnęła z nutą złośliwości. — Wyjeżdżałeś gdzieś dalej niż do Hogsmeade po ingrediencje?

Severus spojrzał na nią kpiąco.

Odwiedziłem Pragę — odparł lakonicznie.

O, byłeś na tym zjeździe Mistrzów Eliksirów? — zaciekawiła się. — Czytałam o tym. I jak?

Nudno. Przerażająca większość to kretyni, którzy nie potrafiliby uwarzyć zupy.

Sinistra zaczęła wypytywać go o szczegóły. Przez jakiś czas odpowiadał, mechanicznie siekając kolejne składniki, ale nigdy nie lubił mówić o sobie zbyt wiele.

A ty? — rzucił w końcu, ucinając jej pytania.

Auriga dla odmiany chętnie opowiadała mu o swoich podróżach, pracy, a nawet wizycie w domu i spotkaniu z rodzicami i bratem. Severus dosypywał i dolewał czegoś do kociołka, wtrącając swoje uwagi, a ona nawet nie czuła się już tak niepewnie, jakby nie dostrzegała nic niezwykłego w tym, że w środku nocy rozprawia o głupstwach z akurat tym konkretnym człowiekiem...

Ale niestety musiałam wracać — westchnęła wreszcie, kończąc swoją relację. — Chociaż muszę przyznać, że ten rok zapowiada się całkiem ciekawie.

Severus spojrzał na nią znad kociołka i uniósł brwi.

Nie wiesz? — zdziwiła się Auriga przesadnie, a potem zniżyła głos, jakby zdradzała mu jakąś wielką tajemnicę: — Do Hogwartu przyjeżdża Chłopiec, Który Przeżył!

Na widok miny kolegi po prostu musiała się roześmiać.

Przepraszam, nie mogłam się powstrzymać! — powiedziała, chichocząc. — Wszyscy mówią tylko o tym! Cóż, przyznaję, to całkiem ekscytujące, ale niektórzy trochę przesadzają.

Snape spojrzał na nią nieprzyjemnie, z jakąś nagłą niechęcią, mimo że przecież nie mogła wiedzieć, że właśnie to jest jedną z przyczyn, dla których wziął parę dodatkowych zleceń i zamknął się w pracowni...

Coś nie tak, Severusie? — zapytała, poważniejąc. Popatrzyła na niego badawczo, nieco zdziwiona tą nagłą zmianą humoru, wciąż nie zdając sobie sprawy, na jak grząski grunt wkroczyła.

Severus skrzywił się cierpko i ze złością zamieszał eliksir.

Zastanawiam się — syknął nieprzyjemnie — jak zamierzacie nauczyć czegokolwiek tego bachora, jeśli będziecie się przy nim zachowywać jak zgraja podnieconych fanów.

Kiedy Auriga wybuchnęła serdecznym śmiechem, wyglądał na zaskoczonego.

xxx

Deszcz zacinał prawie poziomo, wściekle uderzając o szyby. Porywisty wiatr wdzierał się przez nieszczelne okna i hulał po korytarzach, świszcząc w starych zbrojach i usiłując pogasić pochodnie. Na próżno, bo płomienie były zaczarowane i jedynie chwiały się lekko, kładąc dokoła migotliwe cienie.

Błysnęło i na moment w całym korytarzu zrobiło się jasno jak w dzień. W oddali przetoczył się grzmot.

Auriga mocniej otuliła się szalem i zwolniła kroku, wsłuchując się w odgłosy szalejącego żywiołu. Starała się nie myśleć o porannej wizycie na cmentarzu, rewelacjach Rity Skeeter ani o niewątpliwie czekającym ją w najbliższych dniach kolejnym wezwaniu od inspektora Fenimore'a.

Do jej spokojnych kroków dołączyły inne, pospieszne i niecierpliwe. Sinistra odwróciła się i zatrzymała, by poczekać na Lizę, zmierzającą ku niej korytarzem.

— Nie masz lekcji? — zdziwiła się Vector.

— Przy takiej pogodzie? — odpowiedziała pytaniem na pytanie. — Zadałam im esej i wysłałam do łóżek. Po co mamy się męczyć?

— Ty to przynajmniej masz dobrze — mruknęła Liza z przekąsem. — Uważaj, żeby Minerwa nie zorientowała się, że tak robisz, bo ci utnie wypłatę za te wszystkie odwołane zajęcia.

— Przepraszam bardzo, ale nadrabiam każdą minutę. Nikt się nie przyczepi.

Heloiza machnęła ręką i wyciągnęła z kieszeni papierosy.

— A ty czemu nie jesteś u siebie? — zainteresowała się Auriga.

— Gruby Mnich do spółki z Szarą Damą twierdzą, że po zamku kręcą się jacyś uczniowie. Z zupełnie niezrozumiałych dla mnie powodów uznali, że to ja powinnam się o tym dowiedzieć i zareagować.

— Może zobaczyli któregoś z Krukonów? Właśnie odprowadziłam ich do Wieży, dalej mieli iść sami.

Vector wzruszyła ramionami, zapalając papierosa.

— Gruby Mnich twierdził, że widział ich przy tym zamkniętym korytarzu. Chyba, że jakiś uczeń umknął ci po drodze?

— Potrafię upilnować dziesięcioro dzieci, Lizzie.

— Tak myślałam — westchnęła. — Przejdziesz się ze mną kawałek? Nienawidzę tamtędy chodzić...

Auriga doskonale ją rozumiała, więc zgodziła się i przez chwilę szły w zgodnym milczeniu. Liza spokojnie wypaliła papierosa, a potem zapytała:

— Będziesz musiała wybrać się do Ministerstwa?

— Nie dostałam jeszcze wezwania, ale pewnie bez tego się nie obejdzie.

— Masz mu w ogóle jeszcze coś do powiedzenia?

— Fenimore'owi? — Auriga odetchnęła głęboko. — Sama nie wiem... Mulciber... oni się przyjaźnili w szkole, wiedziałaś? — wypaliła.

Heloiza skinęła głową.

— Może znowu wystarczy jakieś zdanie — ciągnęła Sinistra — słowo-klucz, z pozoru błaha informacja... Tak jak z Jancorem. Fenimore uczepił się jednego nazwiska i tej współpracy z mugolami i prawie, prawie go dopadł... — powiedziała, uśmiechając się niewesoło.

Siódme piętro było ciche i opustoszałe, a bariera prowadząca do zakazanej części korytarza nienaruszona, więc po sprawdzeniu wszystkiego czarownice zawróciły. Jednak kiedy znajdowały się przy jednej z klatek schodowych, prowadzących na niższe piętra, ze ściany nagle wynurzył się Gruby Mnich.

— Profesor Vector! — wykrzyknął. — W starej sali do transmutacji... Szybko...

Po całym roku usilnych prób chronienia uczniów przed Carrowami i po bitwie w maju to był już odruch: obie kobiety bez zbędnych pytań rzuciły się we wskazaną stronę, w biegu wyciągając różdżki.

Z daleka usłyszały krzyki i coś w rodzaju szlochu, dobiegające zza niedomkniętych drzwi. Auriga pierwsza wpadła do sali i zatrzymała się tuż za progiem, zdumiona zastaną tam sceną. Na środku pomieszczenia znajdowało się dwóch chłopców: jeden kulił się, zasłaniając twarz dłońmi i zawodził głośno, a drugi z przerażoną miną celował różdżką w stojącą przy ciężkim, dębowym biurku Alecto Carrow. Sinistra gwałtownie zaczerpnęła powietrza.

L-lumos! Allo-homara... — zawołał chłopiec, ale to rzecz jasna nie wywołało żadnego efektu, prócz tego, że śmierciożerczyni roześmiała się nieprzyjemnie i zaczęła okrążać biurko, by do niego podejść.

„Nie, to niemożliwe!" — pomyślała Auriga, a wtedy Carrow odwróciła się w jej stronę, spojrzała na nią martwymi oczami i jakby rozmyła się w konturach... Potem wszystko zaczęło dziać się jednocześnie.

Ktoś stanął w otwartych drzwiach i zapytał ze zdumieniem:

— Co się tutaj dzieje?

Riddiculus! — wrzasnęła Liza.

Trzasnęło i nieprzemieniony bogin rozpadł się na tysiąc kawałeczków, które z głośnym brzękiem posypały się na podłogę. Zanim upiór zdążył się pozbierać, kobieta nieco spokojniej wyrecytowała kilka kolejnych zaklęć, którymi z powrotem uwięziła go w szufladzie biurka. Mebel zadrgał gwałtownie, a potem zapadła cisza, przerywana jedynie urywanym szlochem.

— Łał! — padło z tyłu.

Skołowana Auriga odwróciła się i ujrzała Gustawa, który z cokolwiek niestosownym zachwytem wpatrywał się to w biurko, to w Lizę. Vector krótko zgromiła go spojrzeniem i podeszła do przerażonych uczniów.

— Natychmiast macie mi wyjaśnić, co tutaj robicie — powiedziała nieznoszącym sprzeciwu tonem. — I lepiej, żeby to było naprawdę dobre wyjaśnienie.

x

My... my wracaliśmy do Wieży — tłumaczył zawstydzony Logan Cartwright, nie patrząc Lizie w oczy. Siedział sztywno na krześle, wlepiając wzrok w zakurzoną podłogę. Zajmujący miejsce obok, wciąż zapłakany Gareth Hartley, miął nerwowo kołnierzyk szaty, starając się nie drżeć za każdym razem, gdy biurko, w którym Vector zamknęła bogina, podskakiwało z hurgotem.

— Czy dobrze rozumiem — powiedziała Liza surowo, choć nie bez pewnego niedowierzania — że próbujecie mi wmówić, że zwyczajnie się zgubiliście!? Mimo tego że dostaliście mapki z zaznaczonymi przejściami? Przecież wyraźnie powiedziałam wam, byście nie włóczyli się po zamku! Tobie nawet dwa razy, Logan!

Chłopiec skulił się lekko, a Gareth spojrzał na niego z przestrachem.

— Czy ostatnim razem pan Hartley był z tobą? — zapytała nauczycielka, tknięta złym przeczuciem. — Tylko nie kłam.

— ...ak — bąknął Logan.

— Dlaczego kręciliście się po tym korytarzu? Co zamierzaliście zrobić?

— Nic, pani profesor. Naprawdę...

— Nie kłam! — powtórzyła Heloiza ze złością. — Dwa razy przyłapałam was w tej samej części zamku — ciągnęła już z większym opanowaniem. Przychodziło jej to z niejakim trudem, gdyż wciąż była zła, tym bardziej, że też nieźle się wystraszyła. Na samą myśl, że mimo wszystkich środków ostrożności dwóch drugorocznych — w dodatku Gryfonów, za których ponosiła szczególną odpowiedzialność! — bez żadnych przeszkód pałętało się po zamku w czasie ciszy nocnej, podskoczyło jej ciśnienie. Przecież gdyby tak padły bariery...

Nagle Liza uświadomiła sobie, że zna odpowiedź.

— Szukaliście pewnego pomieszczenia... — powiedziała powoli, uważnie obserwując uczniów. — Magicznego pokoju, w którym można coś znaleźć bądź ukryć...

Miny obojga stanowiły niezbity dowód na to, że trafiła w sedno.

— FinnAbney nam o nim opowiadał... — odparł cicho Logan. — W zeszłym roku chował się w nim przed profesorami...

— Przed Carrowami — poprawiła go Auriga spokojnie. Chłopiec spojrzał na nią niepewnie i szybko skinął głową. — Ów pokój był ukryty i pojawiał się, gdy pan Abney tego potrzebował, czy tak? — Najwidoczniej i ona zaczynała rozumieć. Wymieniły z Lizą porozumiewawcze spojrzenia.

— Ale to nie jego wina — odezwał się nagle Gareth. — My sami chcieliśmy go znaleźć, on nawet nie wie, że poszliśmy go szukać... — wyrzucił z siebie, po czym zamarł w bezruchu, zaciskając dłonie na swoich kolanach.

— No, ja mam nadzieję, że nie było was tu więcej — fuknęła Liza. Siódme piętro, Pokój Życzeń, wszystko się zgadzało. Tylko, u licha... — Dlaczego w ogóle szukaliście tego miejsca?! — wykrzyknęła.

Obaj chłopcy spojrzeli na nią, potem na stojącego obok Gustawa, potem na siebie nawzajem, a w końcu pospuszczali głowy, jak gdyby zakurzona podłoga stała się nagle najbardziej interesującą rzeczą na świecie.

Vector westchnęła ze zniecierpliwieniem.

— Odpowiedzcie — nakazała surowo.

— My... — Logan uniósł głowę i dzielnie spojrzał jej w oczy, jakby prosząc, by się zlitowała i uwierzyła w ich wyjaśnienia, choćby nie wiadomo jak grubymi nićmi szyte. — My byliśmy zwyczajnie ciekawi.

— Ciekawi — powtórzyła czarownica z namysłem. Napięcie powoli z niej ulatywało. Nawet gdyby chłopcy zdołali odnaleźć odpowiedni korytarz, byliby zbyt słabi, by pokonać magiczne bariery, które przecież, gdy ostatnim razem sprawdzała, trzymały dobrze. Jeśli same nie osłabły, nie poradziliby sobie ze zdjęciem ich, nie przy swoim poziomie umiejętności...

„Przecież oni próbowali unieszkodliwić bogina Lumosem!" — przypomniała sobie Liza, nie mogąc się zdecydować, czy bardziej ją to bawi, czy przeraża.

— W takim razie — zaczęła spokojnie — wyjaśnijcie mi, jak trafiliście tutaj?

— Usłyszeliśmy jakieś głosy — odpowiedział Logan nieco śmielej. — Nie chcieliśmy, żeby ktoś nas przyłapał, więc się schowaliśmy, a potem to biurko... Sądziłem, że to Irytek, więc otworzyłem, żeby kazać mu... no, powiedzieć, że ma sobie iść. I wtedy pojawił się ten upiór, a Gareth... — Chłopiec wyraźnie się zawahał.

— To była profesor Carrow! — syknął jego kolega. — Ona... ty jej nie znasz... Ale pani przecież wie, pani profesor... — Spojrzał rozpaczliwie na zdumioną Aurigę.

— To był bogin — wyjaśniła czarownica łagodnie. — Stwór, który zmienia się w to, czego człowiek najbardziej się boi. Kiedy się o tym wie, łatwo go pokonać.

— Profesor Flitwick się nim zajmie — dodała Liza.

— Przepraszam — wtrącił Gustaw, który dotąd z ciekawością, choć w milczeniu, przysłuchiwał się całej rozmowie. — Czy nie lepiej powiedzieć o nim profesor Powell? Jestem pewien, że to byłaby ciekawa lekcja praktyczna...

Obie nauczycielki spojrzały na niego ze zdziwieniem, więc nie zauważyły, jakie wrażenie te słowa zrobiły na uczniach. Liza zmarszczyła brwi.

— Cóż, możliwe — zgodziła się. — A wy dwaj... — zwróciła się do chłopców, którzy wyglądali na jeszcze bardziej przerażonych niż chwilę wcześniej — macie szlaban.

— I minus pięć punktów za każdego z was — dodała Auriga spokojnie.

Vector skrzywiła się lekko, ale nie zaprotestowała.

— Zaraz odprowadzę was do dormitorium, poczekajcie na mnie na zewnątrz — nakazała.

Chłopcy rzucili się do drzwi, a ona podeszła do biurka i dźgnęła w nie różdżką, upewniając się, że jest zamknięte.

— Naprawdę sądzi pan, że profesor Powell będzie chciała się zająć boginem? — spytała Sinistra z powątpiewaniem.

— Czemu nie? Porozmawiam z nią.

— Jak pan uważa — mruknęła Liza. — Dobrze, że to tylko bogin, a nie nic gorszego. Różne paskudztwa pozalęgały się tu ostatnio... Cóż, lepiej z nimi pójdę. Naprawdę nie wiem, co im strzeliło do głowy...

— Może naprawdę byli tylko ciekawi, łatwo to zrozumieć — powiedziała Auriga pocieszająco. — Na szczęście nic się nie stało, Lizzie.

Strach, który i ją zmroził w pierwszej chwili, zniknął i teraz Sinistra miała ochotę się roześmiać. Nerwowo, ale jednak. Alecto Carrow i jej brat pod czujnym nadzorem strażników odsiadywali w Azkabanie swój wyrok. Powinna o tym pamiętać, a nie reagować jak niemądre dziecko.

Wszyscy troje wyszli na korytarz. Liza skinęła na uczniów i odeszła z nimi w kierunku Wieży Gryffindoru, a Auriga z Gustawem powoli ruszyli w przeciwną stronę.

— Tak pan polubił nocne spacery? — zagadnęła Sinistra dziwnie zamyślonego i milczącego mężczyznę.

— Byłem z wizytą — odparł.

Spojrzała na niego ciekawie.

— U Hailey?

— U pana Filcha.

W jej oczach błysnęła podejrzliwość.

— Nie chciałabym zabrzmieć jak wredne, wtrącające się babsko — powiedziała z wahaniem — ale Argus nie jest najlepszym materiałem na powiernika i przyjaciela, choć może się wydawać, że rozumie pańską sytuację. To dość... skrzywdzony człowiek...

Gustawowi nie pozostało nic więcej, jak tylko potaknąć.

— Chyba nie spotkało go zbyt wiele dobrego, zarówno od strony mugoli jak i czarodziejów.

Nie zabrzmiało to jak wyrzut, ale zawstydzona Auriga odwróciła wzrok.

— Nie każdemu można pomóc — powiedziała obronnym tonem.

— Jasne — zgodził się Gustaw. — Przepraszam, nie chciałem nikomu nic zarzucać.

Sinistra uśmiechnęła się blado. Milczeli przez dłuższą chwilę, a potem Zieleziński odetchnął głęboko i zapytał:

— Ten artykuł... Czy to wszystko prawda? To znaczy to, co napisano o Carrowach?

Auriga skinęła głową.

— Niestety.

— A tamten chłopiec?

Zawahała się na moment, ale odpowiedziała:

— Carrow musiała mieć wyjątkowo paskudny humor, bo Cruciatus był silniejszy niż zwykle... Oczywiście Poppy zajęła się chłopcem i szybko go wykurowała, a potem trzymała jeszcze jakiś czas w infirmerii, żeby doszedł do siebie... i chyba przez to sprawa wyglądała dużo poważniej niż w rzeczywistości... Zresztą sam fakt, że doszło... że dochodziło tu do czegoś takiego... — Auriga urwała, ale już po chwili ciągnęła bardziej opanowanym głosem: — Jego matka wie, że to nie nasza wina. Liza sama pomagała załatwić chłopcu miejsce w Beauxbatons, zresztą nie jemu jedynemu. Nie zamierzam nas tłumaczyć, profesorze, zdajemy sobie sprawę, jak to wygląda i jak trudno będzie nam teraz odbudować zaufanie do szkoły... Ale proszę nie wierzyć we wszystko, co pisze Rita Skeeter.

Gustaw z namysłem skinął głową.

— Pański korytarz — powiedziała Sinistra, zatrzymując się na rozwidleniu.

— A, tak. — Mężczyzna zdobył się na krzywy uśmiech. — Cóż, dziękuję pani. Życzę dobrej nocy.

xxx

Auriga przygotowała teleskop i w zasięgu ręki umieściła pergamin i pióro, a potem usiadła w fotelu i czekała, aż pokrywające niebo chmury zechcą choć trochę się przerzedzić. Według prognoz noc miała być pogodna, a porywisty wiatr podtrzymywał nadzieję, że jeszcze taka będzie. Czarownica mocniej otuliła się szalem. Nalała sobie do kubka gorącej kawy z termosu i upiła łyk.

Nocną ciszę przerwało skrzypnięcie klapy w podłodze. Sinistra odwróciła się w jej stronę i uśmiechnęła lekko na widok gościa.

Dobry wieczór, Severusie. Zapraszam.

Mężczyzna mruknął coś w ramach powitania i niechętnie wszedł dalej. Wyraźnie widziała, że nie czuł się tutaj najlepiej.

Pewnie chciałbyś wyliczenia, hm? — Auriga ani przez chwilę nie miała wątpliwości, że nie przyszedł z towarzyską wizytą.

Severus przytaknął, a ona odstawiła kubek na stolik i sięgnęła po leżącą obok teczkę z notatkami, które dla niego przygotowała. Właściwie sądziła, że Mistrz Eliksirów przyśle po nie swojego skrzata...

Pewnie akurat patrolował siódme piętro i wpadł po drodze" — pomyślała.

Proszę, tu masz wszystko — powiedziała, podając mu teczkę. Zawahała się, nim dodała: — Słyszałam, że pokłóciłeś się z Minerwą, czy to prawda?

Snape skrzywił się lekko i przez moment sądziła, że warknie, że to nie jej sprawa i odejdzie. On jednak tylko prychnął z rozdrażnieniem i odpowiedział:

Śmie zarzucać mi, że faworyzuję Ślizgonów, podczas gdy sama nagięła regulamin, kupując Potterowi miotłę! I to jaką! Najnowszy model Nimbusa!

Auriga skinęła głową. Od Lizy, która była świadkiem porannej awantury w pokoju nauczycielskim, wiedziała mniej więcej o co poszło. Co prawda nie uważała zachowania McGonagall za szczególnie naganne — w końcu oczywistym wydawał się fakt, że każdy opiekun domu będzie wspierał własną drużynę — ale potrafiła zrozumieć Severusa. Mężczyzna nawet nie starał się ukryć, że nienawidzi Harry'ego Pottera i od jego przybycia do Hogwartu jawnie manifestował swą niechęć, co stanowiło zarzewie nieustannych konfliktów między nim a Minerwą, która brała chłopaka w obronę. Nie było tajemnicą, że Severus darzy opiekunkę Gryffindoru głębokim szacunkiem, a nawet czymś w rodzaju sympatii, a Auriga podejrzewała, że w świetle obecnych wydarzeń czuje się on zwyczajnie urażony jej zachowaniem.

Co na to Dumbledore? — zapytała.

Ten stary głupiec o wszystkim wiedział i zgodził się na to!

Nie mów tak o nim — skarciła go cicho.

Snape spojrzał na nią z irytacją, a potem nieoczekiwanie odpuścił. Oparł się o blanki wieży i popatrzył gdzieś w dal. Auriga gorączkowo zastanawiała się, co powinna teraz powiedzieć.

Och, nie przejmuj się tak — westchnęła w końcu rozpaczliwie. — Wciąż macie szansę na zwycięstwo. Jeden Harry Potter chyba nie wygra sam całych rozgrywek, nie?

Severus zerknął na nią drwiąco.

Nie potrzebuję, żebyś mnie pocieszała, Sinistra — sarknął.

Świetnie — mruknęła z przekąsem. — Bo tak naprawdę uważam, że ani Gryffindor, ani Slytherin nie ma najmniejszych szans. To Krukoni mają w tym roku najlepszą drużynę.

Ku jej zaskoczeniu, Snape roześmiał się chrapliwie.

Nie bądź głupia! Prędzej Longbottomowi uda się uwarzyć poprawnie eliksir, niż Ravenclaw zdobędzie Puchar.

Auriga odwróciła się, by ukryć uśmiech. Sięgnęła po różdżkę i wyczarowała dodatkowy kubek, a potem bez pytania napełniła go kawą i podała mężczyźnie.

Założę się, że Longbottom byłby całkiem niezły z eliksirów, gdyby tak bardzo się ciebie nie bał — oznajmiła, ignorując severusowe uniesienie brwi, które miało oznaczać: „Kawa? O tej porze?", tak jakby Snape zamierzał położyć się przed świtem. — Pomona nie może się go nachwalić i bardzo żałuje, że nie trafił do jej domu — dodała.

Nic dziwnego, bo o wiele bardziej by się tam nadawał. Jest głupi i niezdarny.

Jestem pewna, że przesadzasz, Severusie...

xxx

Wczoraj odpisałam na dwa tuziny listów, a dziś przyszło drugie tyle — poskarżyła się Liza Flitwickowi, który po kolacji odwiedził ją w gabinecie, żeby ponarzekać na sowy od rodziców uczniów. Od czasu ukazania się artykułu Skeeter minęły dwa dni i w szkole emocje z nim związane już nieco opadły, jednak opiekunowie domów i dyrektorka wciąż nie mieli spokoju.

— Ile razy można im tłumaczyć jedno i to samo?! — westchnęła Vector. — Doprawdy, cieszę się, że nie mam dzieci, skoro ich posiadanie aż tak ogłupia.

Flitwick spojrzał na nią ze zrozumieniem i ponuro pokiwał głową.

— Ja dostałem ze trzydzieści listów — powiedział. — Pal licho tych, którzy żądali wyjaśnień, ale co najmniej pięciu rodziców chciało natychmiast przyjeżdżać i zabierać potomstwo do domu.

— Ale udało ci się ich od tego odwieść? — zapytała Liza z niepokojem.

— Zdaje się, że tak. Nie wiem jednak, jak poradzi sobie Pomona. Miała wieczorem spotkać się z kilkoma matkami. — Filius z namysłem obrócił w dłoniach do połowy opróżnioną filiżankę herbaty. — Nie ma się co oszukiwać, Lizzie. Zawiedliśmy. Straciliśmy zaufanie ludzi.

„Dziwi cię to?" — pomyślała Liza gorzko, ale na głos powiedziała:

— Niech dadzą nam trochę czasu, a sami przekonają się, że wszystko wróciło do normy.

— Dopóki to nie nastąpi, będą martwić się o swoje dzieci. Takie ich prawo — podsumował krótko nauczyciel zaklęć.

Ponurą ciszę, jaka zapadła, przerwało pukanie do drzwi. Liza zerknęła na zegarek.

— To pewnie moi Gryfoni na szlaban — stwierdziła. — Cóż, przynajmniej w tym jednym względzie nic się nie zmieniło i chyba już nie zmieni. Zapraszam! — zawołała.

Filius potaknął z rozbawieniem i duszkiem dopił resztki herbaty. Drzwi otworzyły się i w progu stanęło dwóch wystraszonych drugorocznych, którzy niewyraźnie wymamrotali jakieś powitanie.

— W takim razie do widzenia, pani profesor. — Flitwick zsunął się z krzesła i skłonił koleżance lekko. — A panom życzę miłego wieczoru. — Posłał chłopcom krzepiący uśmiech, a potem wyszedł.

Heloiza machnięciem różdżki uprzątnęła z biurka filiżanki.

— Panie Cartwright, panie Hartley, proszę dalej — powiedziała. — Czy macie mi coś do powiedzenia odnośnie waszej wycieczki?

Właściwie nie oczekiwała innej reakcji niż zaprzeczenie i ich milczenie jej nie rozczarowało.

— Przepraszamy? — zaproponował tylko Logan nieśmiało, ale to było wszystko. Liza z pewną satysfakcją stwierdziła, że chłopiec wygląda na autentycznie skruszonego.

— Nie musicie mnie przepraszać, bo nic mi nie zrobiliście — powiedziała ciut cieplejszym tonem. — Oczekuję jednak, że następnym razem zastanowicie się trzy razy, nim złamiecie jakieś zasady. Naprawdę nie ustalamy ich tylko dla własnego widzimisię. No dobrze, chodźcie, pokażę wam, na czym będzie polegał wasz szlaban.

Vector wstała zza biurka i podeszła do drzwi, prowadzących do jej pracowni lekcyjnej.

— Proszę za mną — zachęciła uczniów, którzy nie ruszyli się z miejsc. — Im szybciej skończycie, tym szybciej będziecie wolni.

— Em... Mamy szlaban z panią, tak? — upewnił się podejrzliwie Logan.

— Tak. Zwykle oddaję takich jak wy do dyspozycji pana Filcha, ale dziś mi się przydacie. — Liza uśmiechnęła się nieznacznie. — Można powiedzieć, że macie szczęście.

Reakcja chłopców była bardziej niż zaskakująca. Gareth, który od wejścia do gabinetu chyba ani razu nie uniósł głowy, wlepił w nauczycielkę zdumione spojrzenie, a Logan wyprostował się i wyraźnie rozluźnił.

— Widzisz? — Szturchnął kolegę łokciem. — Mówiłem ci, że profesor Vector jest w porządku! — Wyszczerzył się radośnie do Lizy. — To co będziemy robić? Czyścić podłogę szczoteczkami do zębów? Czy mamy oddać pani różdżki? — Cartwright sięgnął do kieszeni; jego zapał wydawał się wręcz niepokojący.

— Nie, oczywiście, że nie! — zaprzeczyła Liza szybko. — To nie będzie konieczne. Chodźcie.

Pracownia numerologiczna nie była duża, ale też i zajęcia, które Vector w niej prowadziła, nigdy nie ściągały tłumów. Numerologię wybierali tylko nielicznie uczniowie: odpowiednio ambitni albo na tyle głupi, by nie wiedzieć, w co się pakują. Po pierwszym semestrze następowała selekcja i ci z drugiej kategorii zwykle odpadali i przepisywali się na wróżbiarstwo albo opiekę nad magicznymi stworzeniami. Lizy wcale to nie martwiło, wręcz przeciwnie, cieszył ją fakt, że pracuje z uczniami zainteresowanymi jej przedmiotem, którym zależało, by się czegoś dowiedzieć. Poza tym w kameralnym gronie mogła poświęcić uczniom więcej uwagi, niż gdyby miała pod opieką całą znudzoną klasę.

Za oknami słońce chyliło się już ku zachodowi i w sali panował półmrok. Liza machnęła różdżką, zapalając świece w kandelabrach, a potem podeszła do stojących w półokręgu ławek, ledwie widocznych spod stert papierów.

— To uczniowskie wypracowania i sprawdziany z numerologii — wyjaśniła.

Logan skrzywił się lekko.

— Z ostatnich stu lat? — mruknął.

— Ledwie dziesięciu — sprostowała Liza pogodnie. — Wszystkie powinny być opatrzone datami, a waszym zadaniem będzie posegregowanie ich. Później poukładacie je w tych szafkach. — Wskazała na znajdujące się pod ścianą półki z ciemnego drewna. — Myślę, że nie zajmie wam to dużo czasu.

Logan skinął głową, obrzucając stos makulatury nieco wątpiącym spojrzeniem. Gareth za to wyglądał jak dziecko, dla którego Boże Narodzenie przyszło o trzy miesiące za wcześnie.

— Panie Hartley? — zapytała Liza i chłopak spojrzał na nią spłoszony. Vector nie potrafiła sobie wyjaśnić, dlaczego zachowuje się, jakby się jej bał. Czyżby naprawdę sprawiała aż tak złe wrażenie? A może przedwczoraj była nieco za surowa, gdy łajała ich za włóczenie się po korytarzach? W końcu nawet Logan wydawał się dość niepewny, gdy tu przyszedł.

— Gareth, prawda? — upewniła się przyjaźnie. — Może się do mnie odezwiesz? Zapewniam, że cię nie ugryzę.

Hartley zamrugał, a potem uśmiechnął się nieśmiało. Liza pomyślała, że na razie musi jej to wystarczyć.

— Skoro nie macie żadnych pytań, bierzcie się do pracy — poleciła, a potem przypomniała sobie coś jeszcze. — A jeśli chodzi o Pokój Życzeń... Rozumiem wasząciekawość, ale nie szukajcie go więcej. Spłonął podczas bitwy, a korytarz, który do niego prowadził, musieliśmy zamknąć z powodu zniszczeń i dużej niestabilności magii. Może wkrótce go odnowimy, ale z Pokojem nie będzie tak łatwo. Przykro mi.

Gareth wydał z siebie dziwny dźwięk, coś pomiędzy jękiem, piskiem i kwileniem. A potem wybuchnął płaczem.

x

Gustaw miał nadzieję, że po tym jak wyszło na jaw, kim jest, uczniowie zrozumieją, że kto jak kto, ale on: po pierwsze, nie jest uprzedzony do mugoli i czarodziejów mugolskiego pochodzenia, po drugie, nawet gdyby chciał — a nie chciał — nie mógłby rzucić na nich klątwy, i wreszcie po trzecie, jest naprawdę całkiem sympatycznym facetem. I rzeczywiście, drugo- i trzecioroczni traktowali go teraz z dystansem i niepewnością w miejsce poprzedniego panicznego strachu, co stanowiło już jakąś poprawę — niewielką, ale zawsze.

Z kolei starsi uczniowie — głównie ze Slytherinu, ale także z pozostałych domów — zaczęli odnosić się do niego z wyższością i lekceważeniem, których Zieleziński nie potrafił znieść. Jakby tego było mało, dotychczas trzymający się od niego z daleka Irytek, zgodnie z czarnymi przewidywaniami pana Filcha, zaczął mu robić głupie kawały. Tuż przed ostatnią popołudniową lekcją zapchał czymś dziurkę od klucza w jego sali i Gustaw męczył się z zamkiem przez dobrych kilka minut, ku uciesze czwartorocznych, którzy zebrali się w korytarzu. W końcu przechodząca tamtędy profesor Sinistra otworzyła drzwi jednym prostym zaklęciem i ukarała wszystkich gapiów utratą punktów. Potem, życząc mu cierpliwości, pobiegła na własne zajęcia, a upokorzony do granic możliwości Zieleziński poprowadził lekcję, na której odebrał swoje pierwsze dwadzieścia punktów. Nie wynagrodziło mu to pełnych politowania spojrzeń, za to gdy półtorej godziny później wlókł się smętnie do pokoju nauczycielskiego, czuł się jeszcze paskudniej.

W korytarzu na drugim piętrze Gustaw natknął się na dwóch drugorocznych. Pierwszego z nich, Garetha Hartleya, Zieleziński zdążył już sobie zapamiętać. Chłopiec był tak przerażony, że ledwie przeżył pierwsze zajęcia, a każde kolejne wyglądały już tylko gorzej. Gustaw bał się do niego odzywać i starał się nawet nie patrzyć w jego stronę, bo każde przyjazne spojrzenie zdawał się odbierać zupełnie opacznie.

Garethowi towarzyszył Finn Abney, chudy, patykowaty i bardzo wysoki jak na swój wiek dwunastolatek. On także należał do grona tych uczniów, którzy od początku trzymali się od Gustawa z daleka. Chłopak co prawda nie okazywał strachu — był raczej zrezygnowany i pogodzony z losem. Cienka blizna, która przecinała jego policzek, mogła stanowić pewne wyjaśnienie takiej apatii, która Zielezińskiemu wydawała się jeszcze gorsza niż zachowanie Hartleya.

Teraz na jego widok obaj zwolnili kroku. Gareth wbił spojrzenie w ziemię i wyglądał, jakby miał zaraz odwrócić się na pięcie i uciec gdzie pieprz rośnie, jak to kilkakrotnie zdarzało mu się robić. Finn jednak, ku zaskoczeniu Gustawa, popatrzył na niego, zmuszając się do czegoś w rodzaju uśmiechu, a potem skinął głową na powitanie.

„Cóż, to było... pocieszające" — pomyślał skołowany Zieleziński, odpowiadając tym samym.

W chwilę później mina mu zrzedła, bo zza załomu korytarza wyłoniła się profesor Powell, a Hartley i Abney jak na komendę przyspieszyli i czym prędzej czmychnęli w jakieś boczne przejście, jakby obawiali się nawet samego spojrzenia nauczycielki.

Zieleziński westchnął ciężko i skłonił się oficjalnie nauczycielce.

Panna Powell wciąż nie chciała z nim współpracować. Kiedy tylko usiłował z nią porozmawiać, zbywała go byle czym i odchodziła tak prędko, jak nie przymierzając dwaj Gryfoni przed chwilą. Gustaw przez chwilę zastanawiał się, czy jest sens próbować pomówić z nią jeszcze raz, i bliski był stwierdzenia, że jednak

szkoda strzępić sobie język i lepiej zamiast tego pójść napić się kawy i resztę dnia spędzić jakoś przyjemnie, może wybrać się na spacer...

To byłoby najprostsze z możliwych rozwiązań, ale Zieleziński nie należał do ludzi, którzy łatwo dają za wygraną. Tym bardziej, że miał już przecież pewien pomysł i potrzebował tylko kogoś, kto pomoże mu w jego realizacji. Panna Powell była pierwsza na liście jego potencjalnych sojuszników. Hailey, choć bardzo ją polubił, wydawała mu się zbyt młoda i beztroska, by dzielić się z nią takim problemem. Wciąż miał też pewne opory, by zwrócić się do starszych stażem profesorów, choć wiedział, że pewnie się bez tego nie obejdzie.

— Proszę poczekać — zawołał, doganiając nauczycielkę obrony przed czarną magią. — Chciałbym porozmawiać.

— Nie mam teraz dla pana czasu — odpowiedziała Eskarne, nie zatrzymując się i nawet nie odwracając.

— Więc kiedy mogę przyjść? — nalegał Gustaw. — Kiedy znajdzie pani czas?

Panna Powell rzuciła mu nieprzyjemnie spojrzenie przez ramię.

— Dlaczego pan mnie tak dręczy? — zapytała z wyrzutem i odpowiednią dozą dramatyzmu.

Mężczyzna popatrzył na nią poważnie, zastanawiając się, jak powinien rozegrać tę rozmowę.

— Doskonale pani wie, dlaczego — powiedział. — Uważam, że możemy sobie pomóc.

— Doprawdy nie wiem, o czym pan mówi — fuknęła. — Pańskie zachowanie zakrawa na prześladowanie, jestem pewna, że Minerwę mogłoby to zaniepokoić...

Zieleziński jęknął cicho, z trudem powstrzymując się przed przewróceniem oczami.

— Panno Powell! — wykrzyknął nieco ostrzejszym tonem. To, tak jak zamierzał, spowodowało, że czarownica stanęła jak wryta i wreszcie się do niego odwróciła.

— Jak śmie pan na mnie krzyczeć! Co za imperty...

— Przepraszam — przerwał jej Gustaw szybko. — Naprawdę nie oczekuję od pani cudów, nie pragnę też wpędzić pani w kłopoty. Zwyczajnie proszę o odrobinę uwagi, czy to tak wiele? Oboje mamy ten sam problem i możemy rozwiązać go razem.

— Nie wiem o czym...

— Oni się boją. Wie pani, o czym mówię. Pani poprzednik kazał im rzucać na siebie czarnomagiczne klątwy i karał ich Cruciatusami. Alecto Carrow nie była lepsza. Czy naprawdę uważa pani, że nic nie można zrobić?

— A niby co? To głupstwa. Wystarczy kilka szlabanów, by ukrócić te niedorzeczne fanaberie, które pan widział, podglądając moje zajęcia. Zresztą ci smarkacze wkrótce sami zmądrzeją i przekonają się, że ja nie zamierzam ich torturować! — Profesor Powell poczerwieniała lekko ze złości, ale odsłoniła się i przyznała, że problem istnieje, a to wystarczyło, żeby usatysfakcjonować Gustawa.

— Wiem — przytaknął. — Ale zanim to nastąpi, może wydarzyć się coś nieprzyjemnego. A jeśli dojdzie do tragedii, to tym razem będzie to już tylko nasza wina.

— Co ma pan na myśli? — burknęła Eskarne.

— To tylko dzieci, jestem bardziej niż pewny, że któreś w końcu, może niechcący, ale zrobi coś głupiego.

Gustaw nie miał konkretnych pomysłów, poza jedną, bardzo barwną wizją, w której parka drugorocznych wpychała wrzeszczącą Powell do płonącego kominka — raczej niezbyt prawdopodobną. Na szczęście wyobraźnia czarownicy sama wtoczyła się na odpowiednie tory. Na twarzy kobiety odmalowało się zdziwienie pomieszane z niepokojem.

— Więc co pan proponuje?

— Bogina.

— A, tak, ta cała Vector coś wspominała, nie wiedziałam, o co jej chodzi...

— Poprosiłem ją, żeby zostawiła go dla pani, bo chciałbym, by go pani wykorzystała.

— A to niby w czym? — zdumiała się.

— Czy to nie o to chodzi? Żeby stanąć oko w oko z tym, czego człowiek się boi, a potem to pokonać?

— Pan jest śmieszny!

— Możliwe. Ale nie zaszkodzi spróbować, boginy i tak są w materiale do przerobienia. Sam bym to z nimi przećwiczył, gdyby nie to, że...

— Jest pan charłakiem — rzuciła Powell niedelikatnie i skrzywiła się, jakby to była najgorsza przywara na świecie.

Podejrzenie, jakie zakiełkowało w Gustawie podczas ich ostatniej rozmowy, urosło do przekonania, że panna Powell żywi szczególną pogardę dla takich jak on. Zieleziński skinął głową, starając się je zignorować.

— Ale pomogę pani — dodał. — Mogę asystować przy lekcjach i pomóc pani zapanować nad uczniami. Zdobyć ich zaufanie.

— Niby dlaczego oni mają panu zaufać?

— Bo jestem charłakiem. Są silniejsi ode mnie, prawda?

— A pan się nie boi? — Nagle czarownica wydała się zaciekawiona. — Mniejsza o bogina, ale te wszystkie zaklęcia... Te smarkacze nie potrafią nawet poprawnie wycelować...

Gustaw odetchnął cicho.

— Cóż, to drugi powód. Ja tak samo będę musiał zaufać im.

x