Dziękuję Mefisto za komentarz. Podziękowania za zbetowanie rozdziału jak zwykle należą się Panterze.


Jest taki opanowany" — pomyślała Auriga, ukradkiem obserwując dyrektora podczas kolacji. Mężczyzna spokojnie czytał gazetę i popijał herbatę, zdając się ignorować wszystko, co działo się wokół. Po jego prawej stronie siedziała Minerwa — sztywno wyprostowana i opanowana jak grożący wybuchem wulkan — po lewej zaś Amycus Carrow, który z ożywieniem opowiadał o czymś nieco znudzonej siostrze. Nauczyciele, którym przypadły miejsca w ich pobliżu, w ponurym milczeniu jedli swoje posiłki, zresztą ci, którzy znajdowali się poza zasięgiem ich słuchu, także mało rozmawiali. Od stołów uczniowskich dobiegał co prawda zwyczajny gwar, ale i tak atmosfera nie była zbyt przyjemna.

Sinistra pomyślała, że właściwie powinna się przyzwyczaić — w końcu tak właśnie wyglądały ich posiłki już od miesiąca.

Tymczasem dyrektor zamknął gazetę i odłożył ją na bok, a potem dolał sobie herbaty. Odgarnął z twarzy nieco przydługie włosy i beznamiętnie rozejrzał się po sali. Jego twarz nie wyrażała absolutnie niczego...

Daj spokój — usłyszała Auriga nagle i odwróciła się prędko, starając się przybrać zaskoczony i niewinny wyraz twarzy.

Liza nie dała się nabrać, ale nie powiedziała nic więcej, tylko popatrzyła na nią surowo. Sinistra uspokoiła ją bladym uśmiechem, jednak kiedy tylko druga czarownica odwróciła wzrok, jej spojrzenie znów odruchowo powędrowało w stronę dyrektora. Carrow powiedział coś do niego, najwyraźniej usiłując wciągnąć go w rozmowę, ale otrzymał tylko jakąś zdawkową odpowiedź. Amycus ponownie odwrócił się do siostry. Sinistra ze swego miejsca nie słyszała jego słów, ale po minie Minerwy nietrudno było się domyślić, że pewnie znów przechwalał się swoimi wyczynami na lekcjach.

Dyrektor nijak nie zareagował na jego słowa. Spokojnie upił łyk herbaty. Auriga nie potrafiła pojąć, jak ten człowiek może zachowywać się tak spokojnie po tym, co zrobił. Jak może być tak obojętny...

Mimowolnie wróciła myślami do chwili, w której od wciąż zszokowanej Minerwy dowiedziała się, co wydarzyło się na Wieży Astronomicznej. Śmierć Albusa stanowiła dla wszystkich olbrzymi cios, a fakt, że oskarżono o nią Severusa, potęgował uczucie kompletnej dezorientacji. Sinistra początkowo nie chciała przyjąć tego do wiadomości i wciąż upierała się, by poczekać z ferowaniem wyroków do chwili, gdy mężczyzna będzie miał możliwość wyjaśnić im, o co naprawdę w tym chodzi. Przecież nie mógł tak po prostu zamordować swojego przyjaciela i mentora, zdradzić ich wszystkich, a ją, Aurigę, tak bardzo oszukać!

A potem minęły dni i tygodnie, a Severus nie wrócił do Hogwartu, nie skontaktował się z nimi i w żaden sposób nie próbował oczyścić ze stawianych mu zarzutów. Co prawda niewiele postronnych osób w ogóle łączyło go z zabójstwem Dumbledore'a — tym bardziej, że nawet gazety milczały na temat szczegółów tamtej nocy — ale szukali go aurorzy w całym kraju. Po wielokroć przetrząśnięto jego komnaty i gabinet w lochach, a potem zapieczętowano wejście do nich zaklęciami. Nikt w całym zamku nie mówił o nim inaczej jak z nienawiścią, w świadomości wszystkich był zdrajcą i mordercą.

Sinistra wątpiła, żeby kiedykolwiek zdołała zapomnieć paskudne uczucie bezsilności, które przepełniało ją w tamtym okresie. Na początku cierpliwie czekała — miała w tym zresztą już pewną wprawę. Bez końca wystawała w oknie, z którego widziała wiodącą do zamku ścieżkę, czasem wychodziła przed bramę, jakby oczekiwała, że lada chwila szpieg aportuje się za nią, jak wiele razy wcześniej, gdy wracał ze spotkań śmierciożerców. Później, gdy poczuła, że ani chwili dłużej nie zniesie tej bezczynności, wbrew wszystkiemu, co Severus jej powtarzał, napisała list. Właściwie pisała wiele listów — wylewała w nich wszystkie swoje uczucia, a potem paliła, mając świadomość, że gdyby trafiły w niepowołane ręce, przysporzyłyby i jej, i Snape'owi mnóstwa kłopotów. Te nieliczne, najbardziej powściągliwe i surowe, które odważyła się wysłać, wracały do niej nietknięte — najprawdopodobniej sowa nie potrafiła odnaleźć adresata.

Auriga wariowała z niepokoju. W połowie lipca posunęła się do tego, że wybrała się na Spinner's End, ale i tam mogła jedynie z daleka przyglądać się opuszczonemu, zamkniętemu przez aurorów domowi.

Czas płynął, a fakty mówiły same za siebie i kobieta, choć nie wiadomo jak bardzo usiłowałaby znaleźć inne wytłumaczenie, musiała się z nimi pogodzić. Kiedy w sierpniu Voldemortowi udało się przejąć władzę w Ministerstwie, zdawało jej się, że straciła już wszelkie złudzenia. Jednak tak naprawdę dopiero widok Snape'a, który przybył do Hogwartu, by objąć stanowisko człowieka, którego zamordował, spowodował, że nagle cały świat zawalił się jej na głowę...

Sinistra westchnęła cicho, zmuszając się, by odwrócić spojrzenie od mężczyzny. Z rezygnacją skubnęła kęs swojej kanapki — nie była głodna, ale zauważyła, że Poppy znów przygląda się jej ze swojego miejsca przy drugim końcu stołu, a nie chciała dawać pielęgniarce pretekstu do kolejnego wykładu na temat tego, że o siebie nie dba. Oczywiście doceniała troskę starszej koleżanki, ale wolałaby, żeby tamta odpuściła. Podobnie zresztą rzecz miała się z Lizą, która znów zerkała na nią krzywo, widząc, że cały czas wodzi wzrokiem za Snape'em... Przecież Auriga radziła sobie całkiem nieźle. I nie zrobiła nic — w ich mniemaniu — głupiego.

A przynajmniej jeszcze nie zrobiła.

Wbrew temu, co zarzucała jej Liza, Sinistra nie miała żadnych wątpliwości. Severus dostatecznie udowodnił, po której stronie stoi, i — jakkolwiek ciężko by jej z tym nie było — nie mogła tego zakwestionować. Owszem, jakaś część jej umysłu wciąż podsuwała pytania... Bo czy ludzie zmieniają się ot tak, przez jedną noc? Albo raczej: czy naprawdę można aż tak przekonująco grać kogoś innego? Roztrząsanie tego bolało, dlatego Auriga uporczywie odpychała od siebie podobne myśli. Niemniej jednak pragnęła zrozumieć. Jedyne pytanie, na które chciałaby poznać odpowiedź, brzmiało: dlaczego?

Od samego początku — i tu Vector miała zupełną rację — Auriga planowała wyjaśnić pewne kwestie. W głowie wiele razy układała sobie tę rozmowę, nie przewidziała jednak, że doprowadzenie do niej będzie tak trudne. Nowy dyrektor zdawał się jej unikać — a raczej nie tyle unikać, co nie dążyć do konfrontacji. Od rozpoczęcia roku szkolnego minął miesiąc, a oni spotykali się jedynie na oficjalnych zebraniach i podczas posiłków, przy których nawet nie siedzieli obok siebie. Auriga ani razu nie natknęła się na niego na korytarzu czy w pokoju nauczycielskim, w którym zresztą pojawiał się teraz bardzo rzadko. Wydawało się, że mężczyzna nie odczuwa zupełnie żadnych emocji w związku z nią i sytuacją, w jakiej się znaleźli. Zachowywał się, jak gdyby to, co łączyło ich w poprzednich latach, nigdy się nie wydarzyło albo nie było na tyle istotne, by teraz zawracać sobie tym głowę. Auriga po stokroć wolałaby docinki i drwiny od tej obojętności, która sprawiała, że opuszczała ją cała odwaga i determinacja... Nie potrafiła zdobyć się na to, by po prostu pójść do gabinetu dyrektora i zażądać rozmowy. Kilkakrotnie próbowała, ale za każdym razem wycofywała się, gdy przyszło jej zapukać.

Sama nie umiała sprecyzować, czego się boi. Przecież nic gorszego nie mogło jej już spotkać. Chyba obawiała się usłyszeć z ust Severusa potwierdzenie tego, co z łatwością dało się zaobserwować — że nic dla niego nie znaczy i nigdy nie znaczyła. Z drugiej strony jeszcze gorsza byłaby świadomość, że miała możliwość wpłynięcia jakoś na jego decyzje i tego nie zrobiła...

Na litość Merlina, znowu to robisz — szepnęła z naganą Liza, a Auriga drgnęła gwałtownie, pospiesznie uciekając wzrokiem w bok.

Cóż, może mimo wszystko w jej obecnej sytuacji lepiej było po prostu nie wiedzieć?

xxx

Korytarz przestawiał sobą istny obraz nędzy i rozpaczy. Na osmalonych ścianach wciąż wisiały spopielone strzępy, jeszcze kilka miesięcy temu będące ozdobnymi arrasami i obrazami. Złote kandelabry potopiły się, a potem zastygły w niepokojących pozach; podłoga przypominała wzburzone morze, które spojrzenie Meduzy zmieniło nagle w kamień. Najgorsze zaś były cienie, rzucane przez zdeformowane przedmioty, oświetlone wpadającym przez potrzaskane okna słońcem, blaski i świetlne zajączki, sprawiające, że pomieszczenie wyglądało jak wyjęte z innego świata...

Kiedy w maju aurorzy i czarodzieje z Departamentu Magicznych Wypadków i Katastrof usiłowali ugasić szalejącą w Pokoju Życzeń Szatańską Pożogę, ogień wydostał się na zewnątrz i strawił większą część korytarza. Udało się stłumić pożar i zapobiec dalszym zniszczeniom, i jakimś cudem nikt przy tym nie zginął, ale część siódmego piętra przestała nadawać się do użytku i trzeba było ją zamknąć. Od tamtych wydarzeń minęły ponad cztery miesiące, a jednak Lizie wciąż wydawało się, że czuje tu duszący dym, jakby ledwie przed chwilą opanowano płomienie. Czarownica wzdrygnęła się lekko.

— Niech się pani nie boi, nic się nie zawali — zapewnił pobłażliwie idący za nią mężczyzna. Był wysokim, postawnym szatynem, którego można by uznać za całkiem przystojnego, gdyby nie zabrudzony roboczy kombinezon, który miał na sobie, i nadmierne przekonanie o własnej nadzwyczajności, natychmiast odejmujące mu uroku.

— Wygląda to kiepsko — powiedział. — Musiałbym sprawdzić, ale zdaje mi się, że konstrukcja nie została naruszona i ściany są stabilne. Ale cała reszta... neutralizowanie czarnej magii, rzucanie zaklęć ochronnych... Nie mówiąc już o gruntownym remoncie. To się zwyczajnie nie opłaca, droga pani. Przecież to i tak mało ważny korytarz.

— I tak trzeba będzie się nim zająć — zauważyła Vector.

Czarodziej nie sprawiał wrażenia przekonanego tym argumentem.

— Szczerze mówiąc, lepiej byłoby go po prostu zamknąć — odparł niedbale, serwując Lizie kolejny czarujący uśmiech.

Vector miała ogromną ochotę zetrzeć mu go z twarzy.

— To nie wchodzi w grę — powiedziała spokojnie.

Mężczyzna spojrzał na nią pobłażliwie.

— Droga pani, ja rozumiem, względy sentymentalne...

— Proszę doprowadzić to miejsce do porządku. — W głosie Lizy zabrzmiała ostra nuta.

Czarodziej wyglądał na zaskoczonego. Wyraz jego oczu natychmiast się zmienił — z życzliwego na rzecz uprzejmego powątpiewania.

— Jest pani pewna?

— Tak. Proszę się tym zająć, to polecenie dyrektor McGonagall. Uczniowie lubią się tu kręcić i nie chcemy, żeby zrobili sobie krzywdę. — Nauczycielka nieco spuściła z tonu.

— Cóż... — Mężczyzna zawahał się lekko. — Skoro tak, to zobaczymy, co da się zrobić. Niech skrzaty sprzątną ten bajzel, a my...

— Panowie go sprzątną — przerwała mu Liza. — Nasze skrzaty nie specjalizują się w usuwaniu skutków czarnomagicznych zaklęć.

„I ledwo wyrabiają się z innymi obowiązkami" — dodała w myślach, ale nie powiedziała tego głośno.

— No doprawdy... — Czarodziej roześmiał się, ale zaraz umilkł, widząc, że czarownica powiedziała to najzupełniej poważnie. — Pani, przecież my tu nie jesteśmy od sprzątania! — obruszył się.

Vector zmrużyła wściekle oczy, ale powstrzymała się od ofuknięcia go. Miała małe szanse, by w ten sposób cokolwiek zdziałać, powinna zmienić taktykę...

— Mówię poważnie — westchnęła smutno. — Biedne stworzenia nie potrafią tego usunąć, my też nie...

Budowlaniec spojrzał na nią lekko skonsternowany.

— Nie tak łatwo pozbyć się skutków Szatańskiej Pożogi. A skoro nawet panowie nie potrafią tego zrobić, to chyba nikt nie będzie w stanie! — dodała zbolałym głosem.

— Przesadza pani...

Czarownica pokręciła głową i wyciągnęła zza paska różdżkę.

— Niech pan sam spojrzy. Evanesco!

Czarny osad na ścianie nawet nie zbladł. Mężczyzna spojrzał na Lizę z rozbawieniem.

— Źle macha pani nadgarstkiem — oznajmił ze znawstwem. — Proszę uważać... Evanesco! ...Evanesco! No, co u licha...

Zerknął na Vector niepewnie, a ona wzruszyła ramionami, starając się wyglądać na zawiedzioną.

— Skoro nawet pan nie potrafi...

— Nie! Hmm... Niech no się zastanowię... — zaprzeczył szybko. — A może... Och, tak, spróbujmy...

Zamachał różdżką, poszeptał coś, zamachał znowu. W grubym osadzie pojawiło się nieduże, kwadratowe okienko, przez które dało się dostrzec czysty kamień. Liza zastanowiła się szybko, czy powinna podskoczyć i pisnąć z zachwytu, ale stwierdziła, że to byłaby przesada. Tym bardziej, że czarodziejowi najwyraźniej wystarczało patrzenie na swoje dzieło i pławienie się we własnym samozadowoleniu.

— Doskonale! — ucieszyła się. — W takim razie mogę na pana liczyć, prawda?

— Na mnie? — zdziwił się, ale Liza posłała mu tak urocze spojrzenie, że po prostu musiał skapitulować. — No cóż... — mruknął.

— Och, sam pan widzi, że nikogo lepszego nie znajdziemy, przecież tak świetnie panu idzie! — zapewniła go czarownica. — No, to zostawię pana. Proszę dobrać sobie ekipę i życzę miłej pracy.

Pożegnała go promiennym uśmiechem, tylko odrobinę złośliwym, i szybko odeszła, zanim zdołał dojść do siebie na tyle, by wymigać się od obietnicy albo chociaż spróbować umówić się z nią na kawę.

Za rogiem zatrzymała się, by zapalić papierosa.

— Merlinie, co za leń i buc... — westchnęła.

— Niezbyt ładne zagranie, pani profesor.

Liza spojrzała z niechęcią na Grubego Mnicha, który właśnie zmaterializował się obok.

— Zasłużył. Mógł nie być tak bezmyślnym idiotą — odparła gniewnie.

— Mężczyźni głupieją przy pięknych kobietach, nie należy ich za to winić.

— A to już ich problem. — Wzruszyła ramionami.

— Nie posadziłbym pani o takie wyrachowanie — powiedział duch z łagodną naganą.

Vector zirytowała się.

— Nieuprzejmie jest podsłuchiwać, proszę pana.

— Nie miałem takiego zamiaru, droga pani, czekałem tylko, by z panią porozmawiać. Chodzi o Gryfonów...

x

Jak oni to robią?! — zapytała retorycznie Liza, osuwając się na wysiedziany wiklinowy fotel. — Minęło ile?... Dwa tygodnie, a ja już mam ich dosyć! — urwała i ostrożnie odebrała od Aurigi filiżankę.

Żeby wykorzystać ostatnie ciepłe dni, czarownice przeniosły się z popołudniową herbatą z wyziębionego pokoju nauczycielskiego na przyjemnie osłoneczniony balkon, przylegający do komnat Sinistry.

— Puchoni? — spytała kobieta ze zrozumieniem. — Wczoraj drugorocznym udało się tak rozregulować mój teleskop, że naprawiałam go dobrą godzinę.

— A gdzie tam Puchoni! — prychnęła Vector. — Puchoni tak się boją logarytmów, że siedzą cicho jak myszy pod miotłą.

Auriga przysiadła na brzeżku fotela i zaplotła dłonie na filiżance.

— Więc Ślizgoni? Są tacy przygaszeni... To wszystko nieco ich przerosło, Horacy powinien coś z tym zrobić.

— Ja z Wężami mam akurat najmniej problemów — powiedziała szybko Liza. — Jeśli wyrzuty sumienia każą im siedzieć spokojnie i robić notatki, to ja nie mam nic przeciwko. Krukoni też są jak zwykle obowiązkowi i grzeczni, aż do znudzenia...

— Więc Gryfoni — stwierdziła Auriga z pewnym niedowierzaniem.

— Gryfoni, Gryfoni — potwierdziła Vector, przewracając oczami. — I nawet nie chodzi o zachowanie na lekcjach! Ja nie wiem, jak Minerwa z nimi wytrzymywała! A podobno miało nie być żadnych problemów. „Gryfoni są inteligentni i rozsądni, bla, bla, bla, czasem tylko miewają głupie pomysły, ale z pewnością sobie poradzisz" — powiedziała, naśladując poważny i surowy ton dyrektorki. — Nie dodała tylko, że nie ma nocy, żeby jakiś rozsądny i inteligentny Gryfon nie wymknął się z dormitorium. Och, żeby jeszcze się nie dał złapać... Przysięgam, że jeśli Filch jeszcze raz uzna za stosowne obudzić mnie w środku nocy, żeby się na nich poskarżyć, to zrobię mu coś złego!

Opadła na oparcie, odchylając zmęczonym ruchem głowę do tyłu, ale zaraz znowu się poderwała.

— A wszystkie duchy i portrety ciągle tylko muszą koniecznie ze mną pomówić o tym, co tym razem któryś Gryfon zmalował. Oni chyba sądzą, że będę ich pilnowała dwadzieścia cztery godziny na dobę... Bardzo się cieszę, że tak cię to bawi, Aurigo.

— Przepraszam. — Sinistra z trudem stłumiła śmiech. — Wiesz, powinnaś to ignorować.

— Ignorować? — zdumiała się Vector.

— Tak, skoro Gruby Mnich przyłapał kogoś na zakradaniu się do kuchni, to pewnie udzielił mu reprymendy i ty nie musisz już tego robić, prawda?

— Tak, ale...

— Chyba trochę za bardzo się tym przejmujesz. Naprawdę nikt nie oczekuje, że będziesz wszystkim zajmować się sama, Lizzie.

— Myślisz, że wtedy przestaną zawracać mi głowę każdą bzdurą?

Auriga skinęła głową, ale nie zdążyła nic odpowiedzieć, bo nagle z wnętrza mieszkania dobiegło pukanie do drzwi wejściowych.

— Kogo licho niesie? — zdziwiła się Liza. — Spodziewasz się kogoś?

— Nie, raczej nie. — Auriga wzruszyła ramionami i wstała, by pójść otworzyć.

Po chwili wróciła, prowadząc za sobą Gustawa. Liza pytająco uniosła brwi.

— Coś się stało?

— O, dzień dobry pani. — Jej widok wyraźnie zaskoczył mężczyznę. — Nie... a właściwie tak... Ale chyba paniom przeszkodziłem — zakłopotał się.

— Nie, skąd. — Auriga uśmiechnęła się uspokajająco. — Napije się pan herbaty?

Wyciągnęła różdżkę i, nie czekając na odpowiedź, wyczarowała dodatkowy fotel i filiżankę. Napełniła naczynie i podała je Gustawowi, gdy usiadł.

— No, to o co chodzi? — zapytała niecierpliwie Vector.

Mężczyzna przez chwilę milczał, w zamyśleniu bawiąc się łyżeczką, jakby zastanawiał się, od czego powinien zacząć. Liza dyskretnie przewróciła oczami. Auriga skarciła ją spojrzeniem i lekko pokręciła głową, każąc czekać.

— Mam pewien problem — odezwał się w końcu Zieleziński, podnosząc na nie poważne spojrzenie. — Przepraszam, że zawracam pani... paniom głowy, ale nie robiłbym tego, gdyby nie fakt, że jednak uczą tu panie dłużej niż ja, niewątpliwie mają lepszą znajomość wydarzeń i... nie ukrywam, potrafią panie czarować.

Zdziwiona Liza uniosła pytająco brwi, a Auriga zachęcająco skinęła głową.

Gustaw jeszcze przez chwilę zbierał się w sobie — badawczy wzrok Heloizy najwyraźniej wcale mu w tym nie pomagał — ale kiedy zaczął, mówił spokojnie i zdecydowanie:

— Nie będę owijał w bawełnę ani udawał, że całkowicie rozumiem, o co tutaj chodzi. Z tego, czego się dowiedziałem, mam pewien obraz tego, co działo się tutaj w zeszłym roku i niestety nietrudno zauważyć jakie są tego skutki.

Czarownice wymieniły zdumione i zaniepokojone spojrzenia.

— Co ma pan na myśli? — zapytała Auriga.

Gustaw rozwinął temat i w skrócie opowiedział im o tym, co zaobserwował na swoich zajęciach i lekcjach profesor Powell, o odruchowych reakcjach na krzyk i niechęci do używania magii obronnej i ofensywnej, i o tym, że kiedy cała szkoła dowiedziała się o jego charłactwie, jest nieco lepiej, ale wciąż nie tak, jak być powinno. Na końcu wytłumaczył, dlaczego przyszedł z tym do nich — do Aurigi konkretnie, ale starał się nie zaznaczać tego zbyt mocno.

— Może powinienem udać się z tym od razu do pani dyrektor, ale nie chciałbym zaprzątać jej głowy sprawami, z którymi powinienem sobie poradzić sam. Stwierdziłem jednak, że nie zaszkodzi skonsultować się z kimś... kto zna sytuację i o kim wiem, że zależy mu na tych dzieciach.

Skłonił się lekko w stronę Sinistry, która wyglądała na dość zakłopotaną, a potem spojrzał na Lizę. Czarownica miała minę, jakby chciała kogoś przekląć i Gustaw przez chwilę zaniepokoił się, że tym kimś może być on. Tylko przez chwilę.

— Czy ta stara jędza choć raz podniosła na nich różdżkę? — warknęła Vector, zaciskając dłoń na filiżance.

Zieleziński zaprzeczył szybko i kobieta odetchnęła, nieco się uspokajając.

— Zdaje mi się, że ona jest równie przerażona jak te dzieci — zauważył. — Jednak... duma albo sam nie wiem co, nie pozwala jej prosić o pomoc czy radę. Początkowo unikała rozmowy ze mną, ale w końcu udało mi się ją przekonać i zgodziła się... niestety, nie tyle pomóc, bo wtedy nie kłopotałbym pań, co nie przeszkadzać...

Spojrzał na czarownice wyczekująco.

— Porozmawiamy z Minerwą — zaproponowała Auriga. — Czy możemy powtórzyć jej to wszystko?

— Oczywiście. Sądzę, że to konieczne.

— Nie spodoba jej się to, ale z pewnością pomoże. Może zorganizuje jakieś spotkanie z psychologiem z Munga, wiem, że w wakacje posyłała do niego niektórych uczniów... Poza tym chyba powinnaś pomówić z Gryfonami, Lizzie. Reszta opiekunów zajmie się swoimi domami.

Vector krótko skinęła głową.

— Załatwię to — obiecała. — Ale czy to wystarczy? — wzburzyła się znowu. — Na Merlina, skoro oni boją się rzucać Expelliarmusa?

Gustaw pokiwał głową, uśmiechając się ponuro.

— No właśnie. Rozmowy rozmowami, ale samo mówienie niczego nie zmieni. Trzeba im pokazać, że nie muszą się bać. Profesor Powell obiecała popracować z nimi nad boginem, ale obawiam się, że sama niewiele zdziała. Nie potrafi zdobyć ich zaufania, a co dopiero cierpliwie dojść do sedna tego, co ich gnębi...

— Czego pan od nas oczekuje? — spytała rzeczowo Liza.

— Jedynie pomocy przy kilku lekcjach, bo myślę, że szło by im lepiej, gdyby pracowali z kimś, kogo już znają — powiedział. — No i nieco wsparcia — dodał po chwili namysłu. — Bo entuzjazm panny Powell nie zdołałby rozpalić nawet zapałki.

x

Niebo nie było usiane gwiazdami, księżyc nie osrebrzał blanek wieży i nie oblewał czarodziejską poświatą zgromadzonych na platformie obserwacyjnej uczniów. Zamiast tego wiało, a od czasu do czasu w oddali rozlegał się grzmot

Kilkunastu pierwszorocznych kuliło się przy wyjściu z wieży i tylko czekało na najmniejszy znak nauczycielki, że mogą wracać do łóżek. Auriga nie miała jednak zamiaru dawać im tej satysfakcji. Z przeciągłym westchnieniem sięgnęła po torbę i zarzuciła ją sobie na ramię, a potem machnięciem różdżki odesłała do schowka stolik i teleskop, które przygotowała przed lekcją, mając nadzieję, że się wypogodzi.

— Idziemy stąd? — usłyszała pełne nadziei pytanie.

— Jeśli nie chcemy zmoknąć — odparła, podchodząc do drzwi.

— Czy to koniec zajęć? — ucieszył się ktoś.

Sinistra nie mogła powstrzymać się od złośliwego uśmiechu.

— Absolutnie nie! — zapewniła.

Odpowiedziało jej zrezygnowane jęczenie.

— Nie marudźcie. Pokażę wam dziś niebo i to takie, jakiego jeszcze nie widzieliście — powiedziała, starając się brzmieć przekonująco i entuzjastycznie. Po dziesięciu latach kariery profesorskiej wygłaszanie podobnych zdań przychodziło jej z coraz większym trudem. Czasem zastanawiała się, ile jeszcze czasu minie, nim wreszcie przestanie jej się chcieć starać i zacznie przypominać poprzedniego nauczyciela astronomii.

Uczniowie nie sprawiali wrażenia zachęconych jej obietnicą.

— Niby jak? — zapytał jeden z nich. — Przecież pada.

— Pewnie na planszach albo mapach — mruknął inny z przekąsem. — Suuuper — dodał.

Sinistra wprost uwielbiała ich zapał.

Zgasiła wiszącą nad drzwiami latarnię i wypuściła uczniów na korytarz, a potem skierowała ich w stronę schodów prowadzących na niższe piętra. Niektórzy rozglądali się ciekawie, korzystając z tego, że całkiem legalnie mogą przebywać na korytarzu w środku nocy, inni narzekali w najlepsze i ziewali głośno.

Patrząc na ich beztroskie i pogodne twarze, Auridze trudno było uwierzyć w to, co przed kilkoma godzinami usłyszała od Gustawa. Dotąd nie zwróciła uwagi na wyraźny kontrast między nowymi uczniami, a tymi, którzy uczyli się w szkole w zeszłym roku, ale im dłużej się nad tym zastanawiała, tym większą odczuwała złość. Próbowała sobie przypomnieć, jak wyglądała jej ostatnia lekcja z którymś ze starszych roczników. Czy na jej zajęciach także sprawiali wrażenie wystraszonych i zniechęconych, czy wiedzieli, że akurat jej nie muszą się bać? A może to ona nie potrafiła dostrzec zmian w ich zachowaniu, bo sama ledwie pamiętała, jak powinna wyglądać normalność?

Zmusiła się, by porzucić nieprzyjemne rozmyślania dopiero, gdy dotarli pod Wielką Salę. Zamknięte na cztery spusty drzwi nie stanowiły problemu. Przywołując na twarz uśmiech, Auriga wpuściła swoich podopiecznych do środka, z niejakim zadowoleniem spostrzegając, że coraz bardziej się ożywiają. Potem, ignorując ich zdumione pytania, kilkoma zaklęciami przesunęła cztery uczniowskie stoły pod ściany i przywołała koce i poduszki, które rozłożyła na środku podłogi.

Właściwie nigdy nie chciała być nauczycielką, ale skoro już nią została, nie chciała być nudną nauczycielką. Sama doskonale pamiętała długie i monotonne godziny z poprzednim profesorem astronomii, który zamiast budzić w uczniach zamiłowanie do nocnego nieba, zaszczepiał w nich przekonanie, że jednak lepiej się wyspać. Za żadne skarby nie chciała stać się taka jak on.

Każdy nauczyciel stosował własne metody: na przykład Severus, żeby zainspirować — i przerazić — uczniów, miał swoją przemowę i trzy standardowe pytania. Ona pokazywała im to, co ludzie wyobrażają sobie, słysząc frazę rozgwieżdżone niebo, a czego większość z nich nigdy nie widziała albo na co nie zwróciła uwagi. Chciała ich zachwycić, żeby wzbudzić ciekawość. Miała nadzieję, że to zachęci uczniów bardziej, niż gdyby zaraz na wstępie kazała im otworzyć podręczniki i wkuwać definicje układów współrzędnych, deklinacji, rektascensji i tym podobnych rzeczy.

A definicji pojawiało sporo i zwykle sprawiały one uczniom pewne kłopoty. Potem zaczynało się poznawanie podstawowych gwiazdozbiorów, planet, księżyców i innych ważnych ciał niebieskich — materiał już nie tak skomplikowany, ale wciąż dość trudny do spamiętania. Prawdziwe obserwacje rozpoczynały się zwykle w drugim semestrze i poprzedzało je kilka męczących wykładów o budowie teleskopów i ich prawidłowym używaniu oraz typowo mugolskich pojęciach jak soczewka, światło, odbicie i tym podobne. I zwykle, gdy okazywało się, że astronomia to nie tylko gapienie się w gwiazdy, ale głównie ciężka praca jak na każdym innym przedmiocie, liczba fanów romantycznego nocnego nieba gruntownie malała. Z tego powodu przynajmniej na początku Auriga wolała nie uświadamiać biednych dzieci, co je czeka. Niech sobie pozostaną beztroscy i zadowoleni choć przez kilka pierwszych tygodni.

Sinistra spojrzała na zdezorientowanych pierwszaków.

— Zajmijcie miejsca i spróbujcie nie podeptać się nawzajem — poleciła energicznym tonem. — Radziłabym też ściągnąć te grube swetry, bo tutaj jest całkiem ciepło. Tylko raz dwa! I tak straciliśmy już mnóstwo czasu.

Uczniowie zaczęli mościć się na podłodze, a ona spojrzała w sufit. Ciemne chmury zasnuwały zaczarowane sklepienie, ale Auriga szybko poradziła sobie z nimi kilkoma przydatnymi zaklęciami, które jeszcze jako uczennica poznała z ksiąg wyszperanych w szkolnej bibliotece. Widok czystego nieba zawsze w jakiś dziwny sposób ją uspokajał. Dla rozgrzewki odszukała kilka gwiazdozbiorów — jej własny chował się na północnym wschodzie i przesłaniały go ograniczające pole widzenia ściany Wielkiej Sali.

Odczekała chwilę, aż rozmowy wśród uczniów nieco przycichną, a potem rozpoczęła wykład.

xxx

Severus ostrożnie postawił na stoliku tacę z imbrykiem i filiżankami, a potem rozlał do nich napar. Jedno naczynie podał Auridze, która siedziała w fotelu przed kominkiem i cierpliwie czekała, aż do niej dołączy. To było już coś w rodzaju ich tradycji: w lochach herbatę zawsze przygotowywał Snape — zwykle taką, jaką sam najbardziej lubił, czyli Earl Greya albo jakąś inną mieszankę, której składniki Auriga nie zawsze potrafiła rozpoznać. Nigdy nie narzekała, nigdy też nie zaczynała pić, nim Severus nie skończył czy choć nie zrobił przerwy w pracy przy eliksirach, by usiąść obok Sinistry i porozmawiać. U niej na Wieży wyglądało to rzecz jasna odwrotnie i może dlatego Severus tak rzadko tam bywał.

Tego wieczoru Auriga przyszła do lochów w dość konkretnym celu i gdy tylko nadarzyła się ku temu okazja, naprowadziła rozmowę na odpowiedni tor.

Co ci się stało, Sev... — zaczęła najbardziej naturalnym tonem, na jaki było ją stać, ale Snape od razu jej przerwał, nie czekając na ciąg dalszy.

Nic — uciął. — I nie mów do mnie Sev.

...erusie — dokończyła Auriga natychmiast dla świętego spokoju. Upiła łyk herbaty, zanim podjęła na nowo temat. — Przecież widzę. Kulejesz.

Snape posłał jej nieprzyjemne spojrzenie, ale nie zamierzała odpuścić.

Powiedz mi, Sev...erusie...

To nie twoja sprawa.

Czy to... ma coś wspólnego z Harrym Potterem?

Dłoń, w której Snape trzymał filiżankę, zadrżała lekko.

Co ty właściwie masz do tego chłopca? — zapytała kobieta niepewnie, wiedząc na jak niebezpieczny grunt wkracza. Dotąd każde wspomnienie o młodym Potterze kończyło się sprzeczką i obrażeniem się Severusa, który był na tym punkcie drażliwy jak osa. Auriga słyszała plotki i wiedziała, że chodzi o jakieś stare, sięgające jeszcze czasów szkolnych zatargi między Snape'em i ojcem Harry'ego, ale według jej uznania nie tłumaczyły one płomiennej nienawiści, jaką mężczyzna żywił do chłopaka. Bardzo chciałaby usłyszeć jakiekolwiek wyjaśnienie od samego Severusa, ale ten nie miał w zwyczaju zwierzać się jej ze swych uczuć ani tłumaczyć z zachowań. Te ostatnie też, szczególnie w ostatnim czasie, były dla niej coraz mniej zrozumiałe.

Mistrz Eliksirów spojrzał na nią z irytacją.

Nic do niego nie mam, prócz tego, że to głupi, rozpuszczony bachor — powiedział zimno.

Minerwa opowiadała mi, jak razem z przyjaciółmi pokonał tego trolla...

To tylko potwierdza moją opinię. Cała trójka miała olbrzymie szczęście, nic więcej.

Sinistra skinęła głową.

Masz rację.

Za co Minerwa nie omieszkała dodać im punktów — dodał Snape kwaśno, nieco udobruchany tym, że się z nim zgodziła. — Jak dla mnie powinni wylecieć na zbity pysk.

Teraz to przesadzasz, Sev! — Kobieta uśmiechnęła się pobłażliwie, a Severus łypnął na nią ponuro.

Każdy inny by wyleciał, Sinistra, doskonale o tym wiesz. Ale to przeklęty Potter, więc Albus i Minerwa będą przyklaskiwać wszystkim jego wybrykom.

Dobrze więc, że chłopak ma ciebie, żeby przypadkiem nie poczuł się zbyt bezkarny — mruknęła Auriga ironicznie, unosząc do ust filiżankę.

Żebyś wiedziała — sarknął Snape. — Ktoś powinien patrzeć na niego obiektywnie i nie pozwalać robić wszystkiego, na co ma ochotę, tylko dlatego, że będąc rocznym dzieckiem nie zginął od Avady, jak powinien.

I ty jesteś tym kimś obiektywnym, Sev? — zakpiła czarownica.

Nie zaślepiają mnie głupie sentymenty — odparł krótko.

Mnie też nie, a jakoś uważam, że Harry Potter jest niezwykle grzecznym i miłym chłopcem.

Na twoich lekcjach wszyscy są mili i grzeczni, bo zwykle śpią na stojąco, a w tym stanie raczej nie da się przeszkadzać.

Auriga zgromiła go wzrokiem, czym rzecz jasna zupełnie się nie przejął.

Potter jest tak samo bezczelny i głupi jak jego ojciec — oznajmił, wytaczając swój ostateczny argument, tonem dającym do zrozumienia, że dyskusję uważa za skończoną.

Sinistra przewróciła oczami, ale nie wałkowała tematu — nie miała ochoty słuchać bzdurnych wywodów, płynących z ust zwykle przecież tak opanowanego i inteligentnego człowieka. Zresztą Potter jak Potter, ją przecież interesowało co innego. Spojrzała na nogę mężczyzny, którą ten wyciągnął przed siebie, jakby go bolała i chciał ją rozprostować.

Sev...

Nie wtrącaj się w sprawy, które cię nie dotyczą, Sinistra — warknął Snape.

Może mogłabym pomóc...

Świetnie radzę sobie sam i nie potrzebuję niczyjej pomocy.

Właśnie widzę!

To był tylko mały wypadek — uciął. — A teraz, jeżeli wypiłaś... — Zerknął znacząco na drzwi.

Słucham? — zdziwiła się Auriga.

Severus wstał ostrożnie, uważając, by nie urazić zranionej nogi. Machnięciem różdżki uprzątnął ze stolika imbryk i filiżanki.

Mam sporo pracy, Sinistra. Powinnaś już iść.

xxx

Po lekcji Auriga odprowadziła uczniów do lochów, a potem wróciła do Wielkiej Sali, żeby posprzątać. Najchętniej poszłaby prosto do siebie, ale nie chciała zostawiać dodatkowej pracy skrzatom, które i tak przed śniadaniem miały mnóstwo zajęć. Czarami odesłała koce i przesunęła stoły na swoje miejsca, a potem zgasiła światło. Nim wyszła, jeszcze raz zerknęła na niebo, które dawno zdążyło zasnuć się chmurami na podobieństwo tego prawdziwego. Westchnęła cicho. Zaklęciem starannie zamknęła za sobą drzwi i ruszyła w stronę schodów.

Dochodziła druga. Pora nie była późna, a już z pewnością nie zbyt późna dla astronoma, ale Auriga marzyła jedynie o kąpieli i ciepłym łóżku. Miała tylko nadzieję, że nie spędzi kolejnej nocy na bezsennym przewracaniu się z boku na bok. Ostatnio nawet eliksir nie pomagał jej zasnąć...

Powoli zaczęła wspinać się po nieoświetlonych schodach. Na ich szczycie nieoczekiwanie dostrzegła słaby blask, niewątpliwie pochodzący z czyjejś różdżki. W powietrzu unosił się delikatny zapach tytoniu.

Auriga ostrożnie wspięła się kilka stopni wyżej i w półmroku zobaczyła szczupłą postać, opierającą się o balustradę.

— Co tutaj robisz, Lizzie? — zdziwiła się.

Vector odwróciła się gwałtownie, unosząc zapaloną różdżkę.

— Jesteś wreszcie. Czekam na ciebie, rzecz jasna!

Czarownica zaciągnęła się pospiesznie i zgasiła papierosa. Wyglądała na zdenerwowaną, a poświata zaklęcia wyostrzała jej rysy.

— Coś się stało? — zaniepokoiła się Auriga.

— A nie? — odparła Liza gorzko. — I tak nie potrafiłabym zasnąć...

— Rozmawiałaś z Gryfonami? — Domyśliła się natychmiast Sinistra.

— Tak, po kolacji... Zaprezentowałam im kolejną pokrzepiającą przemowę o tym, jak to wszystko jest dobrze i jak mogą na nas liczyć... Patrzyli na mnie jak na wariatkę!

— Jestem pewna, że nie.

— No dobra, może tylko niektórzy — zgodziła się Heloiza. — Usiadłam z nimi w pokoju wspólnym i trochę porozmawialiśmy. — Uśmiechnęła się blado. — Ale to Gryfoni. Nie skarżą się. Są tak nieufni... — westchnęła. Milczała przez chwilę, a kiedy znów podjęła wątek, mówiła prędko i gniewnie: — Wiesz, nigdy jakoś specjalnie mi na tym nie zależało, ale zawsze sądziłam, że mam raczej dobry kontakt z uczniami. Teraz się okazuje, że owszem, ale tylko z garstką tych, którzy chodzą na moje zajęcia! Założę się, że zanim zostałam opiekunką domu, pozostali nie wiedzieli nawet, jak się nazywam... Powiedz mi, jak ja mam teraz oczekiwać, że oni będą do całkiem obcej kobiety przychodzić ze swoimi problemami?

Sinistra nie miała pojęcia.

— Może powinnaś pomówić o tym z Minerwą? — zaproponowała niepewnie.

— Daj spokój — prychnęła Liza. — Rozmawiałam z Filiusem, ale biedak sam się strasznie przejął i wzburzył... — urwała, by w końcu wybuchnąć: — Na Merlina, jak mogliśmy tego nie zauważyć?!

— Nie obwiniaj się — powiedziała Auriga łagodnie. — Uczniowie wiedzą, że na naszych lekcjach nie mają się czego obawiać i nie reagują tak jak u Gustawa czy Powell.

— Ale mogłyśmy się domyślić — upierała się Vector. — Na przerwach, posiłkach... I ten bogin! Pamiętasz, tamtej nocy, kiedy przyłapaliśmy Garetha i Logana, obaj byli wprost przerażeni! Na szlaban też przyszli cali roztrzęsieni, jakbym za karę miała ich co najmniej wychłostać... Hartley rozpłakał się, kiedy mu powiedziałam, że Pokój Życzeń spłonął i za nic nie chciał mi powiedzieć, o co chodzi. Sądziłam, że coś tam schował, ale teraz jestem pewna, że chciał urządzić tam sobie kryjówkę jak Finn Abney i pozostali w zeszłym roku... Cholerni Carrowowie! Azkaban to dla takich za mało!

— Nic nie mogliśmy poradzić, Lizzie.

Kobieta pokręciła głową.

— Powinniśmy się sprzeciwić. Zrobić coś. Cokolwiek.

— Przerabiałyśmy to, Lizzie. Wtedy zabiliby nas i ściągnęli do szkoły jeszcze więcej takich jak oni — stwierdziła Sinistra, ale bez przekonania, jakby mówiła dawno wyuczoną formułkę.

— A później? — Liza spojrzała na nią ironicznie. — Czego się spodziewaliśmy, Aurigo? Pomagaliśmy dzieciom, które bały się wrócić, a sądziliśmy, że reszta sama zapomni o tym, co się tu działo?

Czarownica milczała, nie znajdując odpowiedzi.

— Teraz możemy reagować. Teraz musimy — powiedziała Vector, uspokajając się nieco.

— Teraz tak — zgodziła się Sinistra. — Gustaw miał dobry pomysł i nam pomoże. Dzieciaki go lubią, pierwszaki garną do niego, a starsi zostają po lekcjach, żeby słuchać w jego klasie muzyki... Sama zresztą widziałaś, jak się przejął.

Heloiza skrzywiła się lekko, jakby wcale nie była z tego faktu zadowolona.

— On nie powinien się w to wtrącać. Nie ma o niczym pojęcia — zauważyła cicho.

— Rozumiem, że za nim nie przepadasz, ale jak widać potrzebujemy go.

— Wiem, ale to nie znaczy, że musi mi się to podobać.

Sinistra przewróciła oczami.

— A co na to wszystko Minerwa? — zapytała.

Vector uśmiechnęła się cierpko.

— Zgodziła się. Ostatnio jest jeszcze bardziej zajęta z organizacją tych zajęć dla absolwentów i praktycznie dała mi wolną rękę w tej sprawie. Myślałam, żeby poprosić Filiusa, w końcu jest tu wicedyrektorem, ale uznałam, że zajmę się tym sama.

Auriga spojrzała na nią ironicznie, ale darowała sobie cisnący się na usta komentarz.

— Świetnie! — ucieszyła się po prostu. — Powiedziałaś Gustawowi? Powinien dowiedzieć się jak najszybciej.

Liza, całkiem już spokojna i opanowana, spojrzała na nią jakby Sinistra zwariowała.

— Chyba nie teraz, co? Szczerze wątpię, czy byłby szczęśliwy, gdybyśmy obudziły go w środku nocy, Aurigo.

xxx

Tak sobie myślałam, że nie będziesz jeszcze spał, ale muszę przyznać, że nie spodziewałam się spotkać cię akurat tutaj... — powiedziała Auriga pogodnie.

Severus wyprostował się, słysząc odgłos kroków, a widząc, że to tylko ona, znów oparł się o filar. Sinistra niepewnie podeszła bliżej, rozglądając się po wewnętrznym dziedzińcu, poznaczonym nielicznymi kwadratami padającego z okien światła. W półmroku niewyraźnie rysowały się kształty rzeźb, które miały przedstawiać symbole poszczególnych domów — nawet za dnia z trudem dało się rozpoznać konkretne zwierzęta w obłupanych i ociosanych wiatrem i deszczem kamieniach, a w ciemnościach nocy było to zupełnie niemożliwe. Także przestrzeń pod sklepieniem krużganka, gdzie stał Snape, stanowiła jednolitą plamę czerni i Auriga z pewnością nie dostrzegłaby go, gdyby nie wiedziała, że tam będzie.

Miałam zamiar cię odwiedzić, ale Krwawy Baron powiedział mi, że wyszedłeś. Ładna noc na spacer — zauważyła.

Jestem na patrolu — sprostował mężczyzna spokojnie.

Sinistra uśmiechnęła się z powątpiewaniem.

Ach, tak, jasne — stwierdziła, a gdy Severus nie odpowiedział, dodała: — Pomyślałam, że może będziesz chciał pogadać...

Niby o czym?

O Quirrellu — odparła pozornie beztroskim tonem. — Miałeś rację. Kto by pomyślał...

Snape wzruszył ramionami.

Skoro Sam-Wiesz-Kto nie zginął... — zaczęła nieśmiało — sądzisz, że spróbuje po raz kolejny?

To dość oczywiste, Sinistra. — W jego głosie zabrzmiało zniecierpliwienie.

Ale Harry... to już drugi raz... Nawet gdyby, Dumbledore nie pozwoli... — Auriga umilkła, bardziej czując, niż widząc jego pełne politowania spojrzenie. — Więc myślisz, że kiedyś może mu się udać? — zapytała.

Snape ponownie wzruszył ramionami i bezwiednie potarł lewe przedramię.

Auriga pragnęła zapytać go o tak wiele rzeczy. Chciałaby poznać jego przemyślenia i odczucia, tym bardziej, że przecież w tym temacie nie mógł pozostawać obojętny. Czy bał się tego, co czekałoby go, gdyby ten, którego zdradził, rzeczywiście powrócił? Co zamierzałby zrobić?

O jego przeszłości wiedziała tyle, co wszyscy inni postronni ludzie, to znaczy niewiele. Im bardziej poznawała Severusa, tym bardziej intrygowały ją szczegóły, o których nikt nie mówił. Niestety, sam Sev nie był skłonny do zwierzeń, a ona nie śmiała drążyć tematu, w obawie, by nie zerwać tej cienkiej nici porozumienia, jaka się pomiędzy nimi zawiązała.

Zresztą to przecież nie była jej sprawa.

Cóż — powiedziała więc po chwili milczenia, odpychając od siebie ponure myśli i przywołując na twarz uśmiech. — Jutro koniec roku, aż trudno uwierzyć, jak szybko to zleciało! Wygląda na to, że Slytherin po raz kolejny zdobędzie puchar domów. Moje gratulacje, Severusie...

xxx