Za zbetowanie rozdziału serdecznie dziękuję Panterze.
— No wiesz, Gustawie! — wykrzyknęła Hailey, gdy tylko mężczyzna przekroczył próg pokoju nauczycielskiego następnego popołudnia. — Jesteś po prostu wstrętny! A ja cię miałam za przyjaciela!
Zabrzmiało to bardzo dramatycznie i przez chwilę Zieleziński nie wiedział, co odpowiedzieć, nie mówiąc już o tym, że nie miał zielonego pojęcia, o co w ogóle jej chodzi. W drugim końcu pomieszczenia rozległy się ciche chichoty i stłumione szepty. Zdziwiony Gustaw zerknął nierozumiejącym wzrokiem na ich źródło — to jest Rolandę, Pomonę i Irmę — a potem znów spojrzał na młodziutką nauczycielkę transmutacji.
— Oczywiście, że jesteśmy przyjaciółmi — powiedział, bo to wydawało się odpowiednie. — O czym ty w ogóle mówisz, Hailey?
— O czym? — powtórzyła z oburzeniem dziewczyna. — O twoim klubie pojedynków, rzecz jasna! Dlaczego nic mi nie powiedziałeś? Mogłabym ci pomóc, a zresztą jak w ogóle zamierzasz... — Dziewczyna urwała, z zakłopotaniem uświadamiając sobie, że to nie zabrzmiało zbyt dobrze, a na Gustawa wreszcie spłynęło olśnienie.
Dyrektor McGonagall rano poinformowała uczniów o dodatkowych zajęciach, przedstawiając je jako coś w rodzaju obowiązkowego kółka zainteresowań z obrony przed czarną magią. Wieść o tym rozniosła się po szkole lotem błyskawicy i prawie wszyscy mówili teraz tylko o tym.
Minerwa nie miała okazji, żeby przedstawić całej kadrze obraz sytuacji, dlatego niektórzy nauczyciele podeszli do tego nieco nieufnie. Już podczas śniadania profesor Sprout, pani Pince i madame Pomfrey patrzyły na Gustawa podejrzliwie, a kiedy po posiłku Zieleziński odwiedził pokój nauczycielski, przyłapał je, jak razem z Rolandą i Horacym na głos zastanawiały się, jaki ma w tym cel. Dopiero kiedy Heloiza, która weszła do pokoju zaraz za nim, rozdrażniona i niewyspana, w oszczędnych i dość dosadnych słowach wyjaśniła, o co naprawdę chodzi, opuściły je wątpliwości. Pytaniom jednak nie było końca. Liza z kwaśną miną wypiła filiżankę herbaty i szybko się ulotniła, więc Gustaw sam musiał na nie odpowiadać i robił to tak wyczerpująco i cierpliwie, że mało brakowało, a spóźniłby się na pierwszą lekcję.
Później rozmawiał jeszcze z kilkoma współpracownikami. Większość była bardzo miła i nie szczędziła słów uznania i poparcia — z pewnym wyjątkiem. W trakcie jednej z przerw, którą Zieleziński spędzał w swoim gabinecie, odwiedził go pan Filch, po to tylko, by zakomunikować mu ponuro, że nie powinien tak bardzo się starać.
— To się zwyczajnie nie opłaca, profesorze — powiedział woźny, a nieodłącznie towarzysząca mu pani Norris zamiauczała, jakby na potwierdzenie.
Gustawa nieco zbiło to z tropu, ale zaledwie kilka minut później wracając do klasy natknął się w korytarzu na profesora Flitwicka, który na jego widok prawie podskoczył z entuzjazmu. Mały czarodziej gorąco pogratulował mu inicjatywy i zaproponował nawet pomoc w prowadzeniu zajęć, na co Zieleziński chętnie przystał.
Hailey także mogła się przydać, o czym śpiesznie ją zapewnił, bo dziewczyna wciąż wpatrywała się w niego wzrokiem rozczarowanego dziecka, z ustami wygiętymi w oburzoną podkówkę, ściągając na nich znaczące spojrzenia trzech starszych czarownic.
„Cóż, przynajmniej nauczyciele zareagowali pozytywnie" — pomyślał Gustaw pocieszająco.
Zdecydowanie nie mógł powiedzieć tego o uczniach. Jeśli informacja o jego charłactwie w jakikolwiek sposób poprawiła stosunki między nim a jego podopiecznymi, tak teraz znów wróciły one do poprzedniego stanu. Ba! Było nawet gorzej! Podczas posiłków i przerw Gustaw wręcz czuł na sobie chłód spojrzeń i z narastającym niepokojem oczekiwał popołudnia.
x
— Czy było bardzo źle? — zapytała Liza, podchodząc do kredensu, żeby nalać sobie kawy. — Kilkoro Gryfonów przyszło do mnie na długiej przerwie, żeby prosić o zwolnienie od zajęć, a Poppy mówiła, że przed obiadem przeżyła istny szturm na infirmerię. — Odwróciła się do Aurigi, niespokojnie obracając w dłoniach filiżankę.
Sinistra zdobyła się na pogodny uśmiech.
— Właściwie poszło całkiem nieźle — odparła z namysłem. — Głównie rozmawialiśmy. Mam wrażenie, że Gustaw próbował ich trochę ośmielić...
Liza uniosła lekko brwi, ale Auriga tylko machnęła ręką. Właściwie cieszyła się z faktu, że Vector z powodu własnych lekcji nie mogła wziąć udziału w spotkaniu z uczniami. To z pewnością tylko niepotrzebnie by ją zdenerwowało i czułaby się jeszcze bardziej bezsilna i zrezygnowana niż dotąd.
Cała ta sytuacja nie wpływała na nią zbyt dobrze, co zaczynało Sinistrę martwić. Liza była świetną nauczycielką — taką z powołania, a nie z przypadku, za jaką Auriga zawsze po cichu samą siebie uważała. Poza tym naprawdę lubiła swoich uczniów, zresztą z wzajemnością. Wielu z nich przychodziło do niej nie tylko po pomoc w zadaniach domowych i przygotowaniach do egzaminów, ale także w związku ze sprawami osobistymi albo by po prostu pogadać, nierzadko o głupstwach z rodzaju tych, które dorosłym wydają się śmieszne, ale dla nastolatków są całym światem. Dzieciaki nie miały do kogo się z nimi zwrócić — rodzice przez większą część roku przebywali daleko, a opiekunowie domów — surowa i zasadnicza Minerwa, poczciwy Filius, miła, ale dość konserwatywna Pomona i złośliwy Severus, a potem stronniczy Horacy — raczej nie nadawali się do tego, by im się zwierzać. Z Heloizą sprawy wyglądały zupełnie inaczej. Choć na swoich lekcjach dużo wymagała, zawsze zadawała mnóstwo pracy domowej i chwilami wydawała się równie surowa i onieśmielająca co McGonagall i równie kąśliwa jak Snape, to jednak budziła zaufanie. Co więcej, nie miała żadnego problemu z odpowiadaniem na pytania — nawet te kłopotliwe — chętnie tłumaczyła różne rzeczy i pomagała załatwiać rozmaite sprawy, o czym wiedział chyba każdy, kto uczęszczał na jej zajęcia. Ona sama, inteligentna, pewna siebie i elegancka, z pewnością była autorytetem niejednej uczennicy i niejednego ucznia.
To wszystko zadecydowało o tym, że Minerwa powierzyła jej stanowisko opiekunki Gryffindoru, nawet nie zastanawiając się nad innymi kandydaturami. Liza wahała się, ale nie potrzebowała długiego namawiania, by się zgodzić. Auriga sama przekonywała ją, że doskonale sobie poradzi, jednak ani przez chwilę nie przypuszczała, że jej przyjaciółka aż tak bardzo przejmie się swoją nową rolą.
Vector zawsze była perfekcjonistką. Starała się robić wszystko jak najlepiej i nie zadowalała się półśrodkami i kompromisami. Pracę z uczniami traktowała niezwykle poważnie, a do tego, jakby mało miała obowiązków jako nauczycielka i opiekunka domu, cały czas starała się pomagać Minerwie w drobnych rzeczach związanych z zarządzaniem szkołą. Brała na siebie rozmowy z robotnikami, odpowiedzi na listy do rodziców uczniów i część księgowości... W obecnej sytuacji doszło do tego, że wszystkie te sprawy, o których sądziła, że powinna się nimi zająć, po prostu ją przytłoczyły.
Auriga spojrzała na nią uważnie.
— A u ciebie w porządku, Lizzie? — zapytała ostrożnie. — Kiepsko wyglądasz.
Vector tylko skrzywiła się lekko i pokręciła głową.
— Źle spałam, to wszystko — wyjaśniła lekceważąco, a potem, kiedy Sinistra zmarszczyła brwi, westchnęła: — To nic takiego. Wskaż mi choć jedną osobę w tym zamku, która sypia spokojnie.
x
Kolejne spotkanie zapowiedziane zostało na godzinę piętnastą następnego dnia, tuż po ostatnich popołudniowych zajęciach profesor Powell, która kategorycznie zapowiedziała, że wieczory ma wolne od pracy i nie zamierza poświęcać ich na dokształcanie rozhisteryzowanych smarkaczy. Gustaw i Liza o tej porze prowadzili jeszcze własne lekcje, ale Auriga zapewniła ich, że sobie poradzi — i z uczniami, i z Eskarne — dopóki do niej nie dołączą, zresztą miała do pomocy Filiusa i Hailey.
Gustaw przez całą półtoragodzinną lekcję z siódmym rokiem siedział jak na szpilkach, zastanawiając się, czy całe to przedsięwzięcie na pewno było tak dobrym pomysłem, jak mu się zdawało. Uczniowie nie wydawali się bardziej przekonani niż wczoraj, choć miał nadzieję, że jednak jego próby przemówienia im do rozumu coś dały. Mimo wszystko nie mógł się pozbyć sprzed oczu ponurej wizji dzieci wchodzących kolejno do pracowni profesor Powell jak skazańcy na egzekucję.
Nic więc dziwnego, że kiedy Gustaw stanął wreszcie przed salą do obrony przed czarną magią, pełen był, jeśli nie całkiem czarnych, to przynajmniej szaroburych myśli. Z pomieszczenia dobiegały niepokojące hałasy i Zieleziński zastanawiał się, czy powinien zapukać, choć wątpił, by ktokolwiek to usłyszał. Zawahał się z dłonią na klamce.
— Wchodzi pan? — Prawie podskoczył, słysząc to pytanie. Odwrócił się i uśmiechnął do Lizy, która patrzyła na niego ironicznie. — Boi się pan, że już od wejścia oberwie pan jakąś paskudną klątwą? — zapytała.
— Sądząc po odgłosach, obawa jest chyba uzasadniona — odparł pogodnie.
Vector przewróciła oczami. Gustaw miał wrażenie, że jest na niego zła, ale z jakiego powodu — nie wiedział. Nie zachowywała się nieuprzejmie ani bardziej złośliwie niż zwykle, ale odnosiła się do niego z większym dystansem i chłodem niż wcześniej, i chociaż nigdy nie traktowała go z jakąś szczególną sympatią, dało się odczuć różnicę. Zieleziński był tym nieco zaskoczony, bo naprawdę nie miał pojęcia, czym mógł jej podpaść. Poza tym po cichu sądził, że powinien raczej zapunktować u niej swoimi ostatnimi działaniami.
— No proszę — ponagliła go Liza, więc otworzył drzwi.
Zatrzymał się na chwilę w progu, zaskoczony widokiem panującego w pomieszczeniu chaosu, a potem, rozglądając się z ciekawością, ostrożnie wszedł dalej.
Nagle ktoś wrzasnął:
— Na ziemię!
Zieleziński odruchowo przykucnął, uchylając się przed pędzącym w jego stronę zaklęciem. Obok niego Heloiza z cichym okrzykiem zaskoczenia uskoczyła w bok, zupełnie mechanicznie wyszarpując z kieszeni różdżkę, gotowa odpowiedzieć na atak. Gustawowi zdawało się, że przez krótką chwilę dostrzegł w jej oczach cień paniki, ale kobieta szybko odzyskała panowanie nad sobą, więc nie był tego pewien.
— Ojej! — wykrzyknęła drobna trzecioroczna uczennica, podbiegając do nich prędko. — Nie chciałam, przepraszam. Nic się państwu nie stało?
Vector wyprostowała się z godnością, strzepując rękawy szaty.
— Powinna pani bardziej uważać, panno Winfield — wycedziła, a potem odwróciła się, by spojrzeć na drzwi. Na wysokości, na której jeszcze przed chwilą znajdowała się jej głowa, drewno było nieco ciemniejsze i dymiło się lekko. — Reparo — mruknęła czarownica słabym głosem.
Gustaw zauważył, że zacisnęła mocniej palce na różdżce — jak na jego gust odrobinę mocniej, niż potrzebowała, by rzucić czar. Na Merlina, jak mógł się dziwić tym dzieciom, skoro nawet ta dorosła i pewna siebie kobieta reagowała w taki sposób na przypadkowo posłane w jej stronę zaklęcie? Przecież w pełnej młodzieży szkole magii takie wypadki musiały być na porządku dziennym!
Liza zauważyła, że się jej przygląda i skrzywiła się z niezadowoleniem, więc Gustaw szybko odwrócił wzrok.
— Czy tak powinno działać zaklęcie Riddiculus, Twylo? — zapytał, patrząc wymownie na drzwi.
Twyla Winfield roześmiała się serdecznie.
— No co pan, profesorze! Bogina męczą teraz drugoroczni, o tam — wskazała na drzwi po przeciwnej stronie pomieszczenia. — My tu ćwiczymy Expelliarmusa.
— Widzę, że świetnie wam idzie — rzuciła Vector kąśliwie, rozglądając się po sali. Kilkoro uczniów trenowało rzucanie zaklęć na manekinach, a niektórzy odważniejsi usiłowali rozbroić się nawzajem. Profesor Powell chodziła między nimi i wydawała polecenia zrzędliwym tonem.
— Rzeczywiście, całkiem nieźle — potaknęła Twyla radośnie i energicznie machnęła różdżką, aż z jej końca posypały się iskry. Liza spojrzała na nią z powątpiewaniem, odsuwając się przezornie.
— Chyba wyszłoby lepiej, gdybyś była nieco oszczędniejsza w gestach — poradziła. — Wracaj do ćwiczeń.
Kiedy dziewczynka odbiegła, czarownica zwróciła się do Gustawa:
— I co pan o tym sądzi? — Jej ton wyrażał lekką rezygnację.
— Cóż, przynajmniej próbują — odparł nauczyciel niepewnie. — Zresztą niektórzy chyba radzą sobie całkiem dobrze O, tamci na przykład.
Liza spojrzała we wskazanym kierunku. Para chłopców na przemian ciskała w siebie zaklęciami, ochraniając się tarczą. Obaj byli uczniami Slytherinu i pochodzili ze znanych czystokrwistych rodzin, co wystarczyło, by w zeszłym roku Carrowowie dali im spokój. Pewnie dlatego teraz nie podzielali obaw swoich kolegów i traktowali pojedynek jak zwykłą zabawę.
— Dobrze powiedziane: niektórzy — wtrąciła panna Powell, podchodząc do nich ze złośliwym uśmiechem na ustach. — Większość z nich nie potrafi nawet porządnie trzymać różdżki. Za moich czasów wymagano o wiele więcej od dzieci przyjmowanych do Hogwartu, ale widać Dumbledore znacznie obniżył progi. Nic dziwnego, że ten kraj schodzi na psy, skoro teraz z porządnej szkoły wypuszczane są takie miernoty.
— Przychodzą tutaj, żeby się uczyć — odparła Liza lodowato. — Brak postępów świadczy raczej o nieudolności nauczyciela.
— To swoją drogą — zgodziła się Eskarne. — Od razu widać, że dotąd w tej szkole nie było żadnego kompetentnego pedagoga.
Vector prawie wrzała z gniewu, ale nie zamierzała wdawać się w kłótnię przy uczniach.
— Pójdę zobaczyć jak idzie pozostałym — syknęła z wściekłością i ruszyła w stronę drzwi.
Zmieszany Gustaw odprowadził ją wzrokiem.
— Idiotka — prychnęła za nią panna Powell. — Zresztą, czemu się dziwić, skoro zajmuje się takimi bzdurami. Numerologia, też coś!
Mężczyzna spojrzał na nią z zaskoczeniem.
— To równie głupie i niepotrzebne jak mugoloznawstwo — uściśliła kobieta z głębokim przekonaniem, a potem, nim Gustaw zdążył cokolwiek odpowiedzieć, wrzasnęła nagle: — Panno Winfield, czy chce pani pozbawić pannę Corner głowy?! ...Niech się pan czymś zajmie, choć doprawdy nie wiem, do czego mógłby się pan tu przydać — rzuciła jeszcze do niego, nim odeszła, żeby dalej łajać uczennice.
Zieleziński skwapliwie skorzystał z okazji, by się oddalić.
x
W pomieszczeniu, w którym z uczniami ćwiczyli Filius i Auriga, panowała o wiele milsza atmosfera. Liza wsunęła się do środka akurat w odpowiednim momencie, by zobaczyć, jak Logan Cartwright rozprawia się z boginem, który przybrał postać rozpadającego się zombie. Sam widok ożywionego trupa był dla Heloizy dostatecznie komiczny, ale chłopiec z najwyższą powagą i skupieniem wyrecytował zaklęcie, które sprawiło, że upiór w jednej chwili rozsypał się, zmieniając w kilkadziesiąt kolorowych kauczukowych piłeczek, które zaczęły skakać po całej sali. Pozostali uczniowie uchylali się przed nimi ze śmiechem.
Vector rozluźniła się, czując jak powoli opuszcza ją złość wywołana przez Powell. Właściwie mogła być z siebie dumna, że nie dała się sprowokować tej starej harpii. Jej głupie i niewłaściwe uwagi od samego początku działały na nią jak płachta na byka i zwykle nie potrafiła się powstrzymać, by na nie nie odpowiadać. To rzecz jasna nie przysparzało jej sympatii Eskarne i sprawiało, że ta odnosiła się do niej jeszcze bardziej złośliwie i opryskliwie niż do pozostałych członków grona pedagogicznego.
Lizę tym bardziej zastanawiało, jak Gustawowi udało się przekonać nauczycielkę do całego przedsięwzięcia. Jego niesłabnący entuzjazm i zawziętość dziwiły ją — i irytowały. Owszem, niewątpliwie bardzo im pomagał, ale dlaczego? Czy mogli mieć pewność, co nim kierowało? Przyjechał właściwie nie wiadomo skąd, nie mając bladego pojęcia o tym, co działo się w szkole w zeszłym roku, i co więcej, najwyraźniej zupełnie się tym nie przejmując. Vector nie potrafiła znieść myśli, że ten człowiek wtrąca się w sprawy, które powinni załatwić sami i to dobrych kilka miesięcy temu. Nawet pomoc ze strony Powell byłaby lepsza — w końcu to od niej można by oczekiwać, że będzie starać się zwalczyć opory i obawy podopiecznych. Tymczasem wyglądało na to, że to jakiś nieznajomy mężczyzna trafniej zdiagnozował trapiące Hogwart problemy i lepiej radził sobie nie tylko z uczniami, ale i z całą kadrą nauczycielską. To zdumiewające, jak szybko zdołał pozyskać ich sympatię i zaufanie...
Tymczasem zadowolony z siebie Logan podszedł do kolegów, a Filius wywołał na środek sali Louise Randell, chudą czarnowłosą Krukonkę, która podobnie jak Cartwright pochodziła z mugolskiej rodziny. Jej bogin zamienił się w wielkiego nietoperza i zewsząd rozległy się chichoty. Dziewczynka zakłopotała się lekko i machnęła różdżką, wykrzykując zaklęcie, a Liza pomyślała, że większość rówieśników pewnie zazdrości jej takich przyziemnych strachów.
Nauczycielka zamknęła za sobą drzwi i podeszła do Hailey i Aurigi, które stojąc na uboczu przyglądały się uczniom, rozmawiając cicho.
— O, jesteś wreszcie — uśmiechnęła się Hailey. — Gustaw też pewnie zaraz przyjdzie.
— Już jest, rozmawia z Powell — odparła Liza, a potem, dając upust zdenerwowaniu, dodała: — Stara hipogryfica! Nie pojmuję, dlaczego Minerwa ją zatrudniła!
— My też musiałyśmy od niej odpocząć i dlatego przyszłyśmy tutaj — oznajmiła dziewczyna ze zrozumieniem. — Cały czas mam nadzieję, że może któryś z uczniów przypadkiem trafi w nią jakąś klątwą — dodała pocieszająco.
Auriga spojrzała na nią karcąco.
— Daj spokój — powiedziała. — Widać, że ona też się stara.
Obie czarownice popatrzyły na nią z powątpiewaniem, więc dała spokój.
Przez następną godzinę Liza zdołała sama się przekonać, jak to wszystko wyglądało. Auriga i Hailey wróciły do Eskarne i trzeciorocznych, a ona przyłączyła się do Filiusa, który razem z drugorocznymi wciąż męczył bogina. Dzieciaki, które nie przebywały w zeszłym roku w Hogwarcie, radziły sobie z nim całkiem nieźle, zresztą ich koledzy także zdawali się całkiem nieźle bawić, obserwując przerażające potwory zmieniane machnięciem różdżki w pożałowania godne kurioza. W towarzystwie rozluźnionego Flitwicka uczniowie czuli się dość swobodnie, obecność Lizy także chyba wpływała na nich uspokajająco.
Problemy zaczęły się, kiedy Filius wywołał na środek jedną ze Ślizgonek, której bogin zamienił się w Voldemorta.
Na jego widok dziewczynka zamarła przerażona i wypuściła z dłoni różdżkę. Zaskoczony Flitwick pisnął cicho, a wśród uczniów zawrzało. Ktoś krzyknął, kilka osób stojących najbliżej zaczęło cofać się pospiesznie, wpadając na pozostałych i przewracając się. Czarnoksiężnik spojrzał na nich, nim jednak zdołał zrobić choć krok, Liza przytomnie rzuciła zaklęcie, więżąc go z powrotem w biurku. Za późno jednak, by zapobiec ogólnej histerii. Trzeba było przerwać zajęcia, żeby uspokoić wystraszonych i zdezorientowanych uczniów, których panika udzielała się innym. Nawet Filius wydawał się dziwnie roztrzęsiony i na niewiele mógł się przydać.
Przynajmniej Gustaw — który krążył między komnatami, starając się pomagać na wszelkie sposoby, choćby tylko przez podnoszenie uczniów na duchu, rozmowy z nimi i żartowanie z zupełnie poważnych tematów — był świadkiem całego zajścia i potrafił pomóc Lizie opanować uczniów. Jednak po poprzedniej swobodnej atmosferze nie zostało ani śladu. Vector powiedziała kilka pokrzepiających słów, a potem zarządziła parę minut przerwy. Ślizgonce zaaplikowała łagodny eliksir uspokajający, a wśród reszty rozdała czekoladę, którą nawet Poppy rekomendowała jako najlepsze lekarstwo po bliskim spotkaniu z boginem.
Zieleziński, ku narastającej irytacji Heloizy, wciąż sprawiał wrażenie niewzruszenie pogodnego, jakby zupełnie nie pojmował znaczenia tego, co się zdarzyło. Z niesłabnącą energią starał się dodać drugorocznym odwagi i pewności siebie, nie zrażając się marnymi rezultatami. Słuchając jego rozmów z nimi i samej usiłując pocieszać uczniów, Vector ponownie zaczęła się zastanawiać, czy to aby na pewno dobry pomysł, przypominać tym dzieciom o ich lękach i zmuszać do konfrontacji z nimi. Co prawda radzili sobie na tyle dobrze, by wrócić do Hogwartu, a zajęcia miały pomóc im na nowo oswoić się ze szkołą i nauczycielami i odbudować ich zaufanie do nich...
W pewnej chwili czarownicy przyszło do głowy, że wszystko to brzmiało bardzo pięknie, ale najsłabszym punktem całego planu byli właśnie nauczyciele. Im samym przydałoby się jakieś wsparcie i pomoc. Przecież nawet ona nie czuła się najlepiej w towarzystwie bogina, który w każdej chwili mógł zmienić się w coś, czego widoku nie potrafiłaby znieść. Nie wiedziała, czy byłaby zdolna do walki z urzeczywistnieniem swych sennych koszmarów, z których niezmiennie od czasu bitwy budziła się z krzykiem. Już i tak zachowywała się wystarczająco paranoicznie, kiedy widziała błysk skierowanego w jej stronę zaklęcia...
Zdecydowanie wolała numerologię od takich zajęć! Tam nie było żadnych upiorów, a różdżki używało się rzadko, chyba tylko po to, by pomóc sobie w obliczeniach albo przywołać ze schowka odpowiednie pomoce naukowe. Uczniowie siedzieli grzecznie w ławkach, sporządzali notatki i wykonywali ćwiczenia, a ona miała nad wszystkim pełną kontrolę. Liczby były łatwe — uporządkowane i cudownie logiczne, jeżeli poznało się rządzące nimi prawa. Nie wiązały się z ryzykiem ani niebezpieczeństwem, nie budziły strachu. Do tej pory Liza nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo to ceniła.
Kiedy po pół godzinie dalszych ćwiczeń w końcu zabrzmiał dzwon obwieszczający koniec zajęć, kobieta czuła się kompletnie wyczerpana zarówno psychicznie i fizycznie. Wydawało jej się, że nie poczynili żadnych postępów — uczniowie wciąż byli niepewni i zdystansowani, nie radzili sobie też z najprostszymi nawet zaklęciami. Vector nie spodziewała się cudów, ale chyba nie podejrzewała nawet, że sytuacja jest aż tak kiepska.
O dziwo, Gustaw miał na ten temat zupełnie inne zdanie.
— Świetnie! — powiedział zadowolony, kiedy za ostatnim z drugorocznych zamknęły się drzwi. — Właściwie spodziewałem się, że będzie o wiele, wiele gorzej...
Flitwick uśmiechnął się, a Liza wzruszyła ramionami, przesuwając na bok biurko z boginem, żeby nie przeszkadzało pannie Powell w prowadzeniu zwyczajnych zajęć następnego dnia.
— Myślę, że coś takiego bardzo im pomoże — ciągnął Zieleziński pogodnie. — Powinni wreszcie zrozumieć, że mogą nam zaufać i znowu czuć się w szkole bezpiecznie. Oczywiście nie łudzę się, że to rozwiąże wszystkie problemy, ale to chyba pierwszy krok w dobrym kierunku. Powinniśmy zabrać się za to już dawno!
Z nagłą irytacją Vector odwróciła się i spojrzała na niego drwiąco.
— Świetnie się zatem składa, że pana tu mamy, gdyż sami z pewnością byśmy sobie nie poradzili — powiedziała z przekąsem. — Do widzenia — dodała chłodno i wyszła, głośno stukając obcasami.
Zieleziński odprowadził ją zdumionym spojrzeniem. Nagle poczuł, że ktoś łagodnie dotyka jego łokcia.
— Liza bardzo się tym przejmuje, Gustawie — powiedział Filius. — Chyba trochę złości ją to, że na to, co się dzieje, zwrócił uwagę ktoś... hm... powiem obcy, ale proszę się nie obrażać, bo chodzi mi tylko o to, że pana tu w zeszłym roku nie było. Liza uważa, że sami powinniśmy rozwiązać nasze problemy. Zawsze była zbyt dumna, by prosić o pomoc — westchnął. — Ona kocha tę szkołę, tak samo jak my wszyscy, a zdaje się, że nie ma nic innego do kochania... Proszę jej tego nie powtarzać, dobrze? Wściekłaby się i na mnie, i na pana.
Gustaw, który sam już się tego domyślił, tylko skinął głową.
xxx
— Wszystko gra? — zapytała Auriga Lizę, gdy spotkała ją podczas wieczornego patrolu, który został przydzielony każdemu z pracowników na mocy najnowszego zarządzenia dyrektora.
Vector przez cały dzień była zdenerwowana i nieswoja, ale Sinistra wolała nie pytać o nic przy posiłkach ani w pokoju nauczycielskim, gdzie z łatwością mogły zostać podsłuchane. Wszyscy nauczyciele szybko nauczyli się stosować takie środki ostrożności, na wszelki wypadek. Dyrektor i tak wiedział stanowczo zbyt wiele o tym, co działo się w szkole i wśród kadry nauczycielskiej. Po jednej z rozmów z nim Minerwa przyznała się Lizie, że obawia się, że chyba jakimś cudem dowiedział się o ich ostatnim zebraniu — chociaż nawet jeśli tak było, to nie wyciągnął żadnych konsekwencji. Auriga coraz bardziej nie rozumiała tego człowieka...
Tymczasem Liza wahała się przed odpowiedzią. Nigdy nie należała jednak do osób, które lubią dusić w sobie negatywne emocje, dlatego w końcu wyjawiła powód swego złego humoru:
— Dostałam list. Od ciotek — dodała tonem wyjaśnienia.
Sinistra uniosła nieco różdżkę i oświetliła pusty korytarz, upewniając się, że są same.
— Co piszą? — zapytała.
— To co zwykle. Żebym nie robiła głupstw i spróbowała się podporządkować. Uważają, że skoro mam na nazwisko Vector i prawie samych czarodziejów wśród przodków, to nie muszę się niczego obawiać. Ciekawa jestem, czy naprawdę zapomniały, że moja kochana matka była mugolką, czy po prostu wciąż wierzą, że jeśli z wystarczającym uporem będą o niej milczeć, to jakimś cudem zniknie z mojej przeszłości.
W jej głosie brzmiało pogardliwe rozbawienie, ale w gruncie rzeczy Liza ledwie tłumiła wściekłość. Auriga, która była wtajemniczona w sytuację rodzinną Vector, milczała dyplomatycznie, pozwalając jej się wygadać i nie wtrącając żadnych uwag.
— Wiesz — ciągnęła Vector niewesoło — one naprawdę zdają się łudzić, że obecny układ może jakoś funkcjonować! Oczywiście nie popierają metod Sama Wiesz Kogo... a przynajmniej mam taką nadzieję... ale jestem pewna, że gdyby zrezygnował ze zbędnego okrucieństwa i zechciał przejąć władzę legalnie, pierwsze by go poparły...
Auriga mimowolnie prychnęła cicho.
— Teraz to już przesadzasz — stwierdziła.
— One mają świra na punkcie czystej krwi, Aurigo! Zawsze uważały Dumbledore'a za zmugolałego starca. Gdyby tylko jego miejsca nie zajął morderca, byłyby całkiem zadowolone... — urwała, gryząc się w język. Sinistra jednak nie zwróciła uwagi na wzmiankę o Snape'ie albo na tyle dobrze się pilnowała, by nie okazać po sobie emocji.
— Litości, Lizzie! — Zatrzymała się i spojrzała na przyjaciółkę pobłażliwie. — To brzmi jakby twoje ciotki miały zaraz zostać najzażartszymi śmierciożercami!
Vector popatrzyła na nią nieprzyjemnie, a po chwili parsknęła ponurym śmiechem.
— W porządku, może masz rację — przyznała. — To tylko dwie stare hipokrytki...
— Martwią się o ciebie.
Liza zacisnęła usta i lekko skinęła głową. Doskonale wiedziała, że to prawda, niestety sposób, w jaki to okazywały, był zupełnie niewłaściwy. Naiwnie sądziły, że istnieje jeszcze jakakolwiek szansa, by mogła bez konsekwencji wycofać się z tego, w czym razem z resztą nauczycieli siedziała już po uszy. Początkowo ciotki usiłowały przekonać ją do opuszczenia szkoły — tak jakby poza nią czekało na nią cokolwiek innego niż Azkaban — a teraz, kiedy dotarło do nich, że nie ma najmniejszego zamiaru tego zrobić, śmiały prosić, by podporządkowała się rządom śmierciożerców i morderców!
Tym jednak, co naprawdę Lizę denerwowało — tym, z czego wszyscy zdawali sobie sprawę, a o czym nikt wolał nawet nie myśleć — był fakt, że między podporządkowaniem się, a obecną działalnością hogwarckiej kadry, nie istniała niemal żadna różnica.
xxx
Od początku roku szkolnego minęły ponad trzy tygodnie, a mimo to szkolne życie nie chciało swym zwyczajem popaść w monotonię. Liza z niejakim zdziwieniem myślała o tym, że jeszcze kilka lat temu męczył ją ten jednostajny rytm wyznaczany przez pory posiłków i lekcji, z rzadka tylko przerywany jakimiś niecodziennymi zdarzeniami. Teraz, kiedy bez przerwy wynikały nowe kłopoty, wiele by za niego oddała.
Jedyną rzeczą, jaka nieco ją pocieszała w całym tym zamieszaniu, było to, że najwyraźniej dobrze wpływało ono na Aurigę. Sinistra bez reszty zaangażowała się w pracę z uczniami, zjawiała na niemal każdych zajęciach i dawała z siebie wszystko, żeby pomóc im opanować podstawowe zaklęcia, a kiedy to robiła, bardziej niż zwykle przypominała dawną siebie, energiczną i pogodną. Vector podejrzewała, że u przyjaciółki działa to na podobnej zasadzie, co u niej samej: przebywanie z dziećmi wymagało skupienia się na ich problemach, a to z kolei powodowało, że czasem zapominało się o własnych. Dzieciaki co prawda nie robiły jakichś oszałamiających postępów, ale tym bardziej cieszyło każde drobne zaklęcie, które udało im się prawidłowo rzucić.
— Logan Cartwright radzi sobie całkiem nieźle — relacjonowała Sinistra we wtorek w pokoju nauczycielskim. — Sarze Stretton udało się mnie wczoraj rozbroić, ale niestety Finn Abney wciąż ma problemy z panowaniem nad różdżką...
— Cóż, przynajmniej nie wypuszcza jej z ręki, kiedy tylko widzi trzęsącą się szafkę, jak pan Hartley — odparła Liza. — Obawiam się, co będzie, kiedy znów zobaczy całego bogina.
— Poradzi sobie, jestem pewien — powiedział Filius z rozbawieniem. — Nawet młody Hicks robi postępy, a jeszcze tydzień temu potrafił sam siebie znokautować własną różdżką. Gustaw siedział z nim cały wieczór, jego entuzjazm jest nie do zdarcia.
Liza przewróciła oczami.
— O tak — roześmiała się Auriga. — A dzieciaki wprost go uwielbiają. Założę się, że mała Robinsonówna już się w nim kocha, oczu z niego nie spuszczała na wczorajszych zajęciach...
— Szkoda tylko, że pozwala im tak wchodzić sobie na głowę — oznajmiła cierpko Vector. — Wyraźnie testują jego cierpliwość, a on nie reaguje, i jak tak dalej pójdzie, nie będzie miał u nich żadnego posłuchu.
— No wiesz, Lizzie — zauważyła Auriga, sięgając po przerzucony przez oparcie fotela płaszcz. — Akurat ty nie powinnaś mieć mu tego za złe. Według mnie świetnie sobie radzi, a zaprzyjaźnienie się z tymi dziećmi może wyjść i jemu, i im tylko na dobre... Zresztą zdaje się, że planuje coś jeszcze, chciał o tym ze mną porozmawiać, gdy wrócę.
Vector machnęła ręką, ucinając temat.
— Jasne, ale idź już lepiej, jeśli nie chcesz się spóźnić — powiedziała. — Nie daj się tam zamęczyć.
Sinistra pożegnała się z nimi i wyszła z pokoju, odprowadzana zmartwionym spojrzeniem Filiusa.
— Biedactwo — westchnął, gdy zamknęły się za nią drzwi. — Trzyma się nieźle, ale widać, że bardzo ją to wykańcza.
Liza bezradnie wzruszyła ramionami. Flitwick jeszcze przez chwilę patrzył na nią w zamyśleniu, ale nie zapytał o nic więcej, zresztą i tak zbliżała się pora rozpoczęcia kolejnej lekcji i musiał wracać do uczniów. Heloiza, która następną godzinę miała wolną, udała się do swojego gabinetu.
Tam bez pośpiechu przygotowała sobie herbatę — czarną, bez cukru, ale z odrobiną mleka — a potem usiadła za biurkiem i przysunęła do siebie tackę na korespondencję, jak zwykle wypełnioną papierzyskami. W duchu pobłogosławiła swoją skrzatkę domową, która starannie oddzieliła listy od ulotek reklamowych. Te drugie Liza bez czytania zgarnęła do kosza na śmieci.
Szybko przejrzała pozostałe wiadomości. Wśród nadawców rozpoznawała głównie nazwiska swoich byłych uczniów, jak zwykle dostała też pokaźny stos korespondencji od zaniepokojonych rodziców. Oprócz tego znalazła list od Andromedy, który odłożyła na bok, by później móc go w spokoju przeczytać, oraz wąską kopertę zaadresowaną eleganckim, zamaszystym pismem Julesa. Liza wyciągnęła ją spomiędzy innych, chcąc wyrzucić do śmieci, ale zawahała się z dłonią nad koszem. Ostatnio Shepard jakby mniej nękał ją swoimi sowami. Kiedy właściwie dostała od niego jakąś wiadomość? Chyba w zeszłym tygodniu... nie, jeszcze wcześniej, zaraz po tym, jak ukazał się artykuł o Hogwarcie, wśród listów od rodziców uczniów plątał się też jeden od niego... A potem cisza. Liza, zajęta problemami w szkole, nawet nie zauważyła, że mężczyzna przestał pisać, i nie miała czasu zastanowić się dlaczego. Teraz jednak nieco ją to zdziwiło i mimo niewątpliwych zalet całej sytuacji — w końcu czyż nie tego właśnie pragnęła? — poczuła ukłucie niepokoju. Czyżby Jules tak szybko pogodził się z tym, że nie chce go znać? Czy dał sobie spokój? Stwierdził, że są inne kobiety, może nawet wrócił do swojej Frankie, albo tej kelnerki, której imienia Vector nawet nie znała...
O Merlinie, to byłoby okropne! W Lizie nagle aż zakotłowało się ze złości. Oczywiście nie zależało jej na Shepardzie, a skąd, nienawidziła go szczerze i z całego serca i najchętniej wymazałaby sobie z pamięci. Mimo to nie mogła znieść myśli, że ten drań miałby stworzyć nowy, może nawet udany związek z inną czarownicą, podczas gdy ona tkwiła tutaj, w tej cholernej pustelni, zdradzona i samotna. Jules powinien się męczyć, powinien usychać z tęsknoty, szczerze żałować tego, co zrobił, i przepraszać bez końca, ale nigdy nie uzyskać wybaczenia. Jego karą miało być patrzenie, jak Liza układa sobie życie i jest szczęśliwa — bez niego.
Vector szybko sięgnęła po nóż do papieru, z irytacją zauważając, że dłonie drżą jej lekko z emocji. Już chciała otworzyć kopertę, kiedy nagle rozległo się pukanie, a drzwi uchyliły się lekko i do środka zajrzał zakłopotany Logan Cartwright.
— Mogę? — zapytał chłopiec niepewnie.
W innym wypadku Liza uznałaby, że ma do czynienia z uczniem, który zapomniał donieść na czas pracę domową albo zorientował się, że ostatni test nie poszedł mu tak dobrze, jak sądził. Takie sprawy były na porządku dziennym i nie stanowiły żadnego problemu, więc Vector mogłaby po prostu poprosić delikwenta, by zgłosił się do niej w innym terminie, i wrócić do listu od Julesa. Tylko że Logan nie chodził jeszcze na numerologię — za to w ostatnim czasie lubił pakować się w kłopoty. Instynkt pedagoga rozdzwonił się w Lizie na alarm.
Kobieta uczyniła zapraszający gest, pospiesznie chowając korespondencję i nóż do szuflady.
— Usiądź — poprosiła. — O co chodzi?
Cartwright posłusznie zajął miejsce w fotelu naprzeciw niej. Wygodne usadowienie się na miękkim siedzisku zajęło mu dłuższą chwilę i Liza zaczęła się niecierpliwić. Przysunęła do siebie filiżankę i upiła łyk herbaty, by się czymś zająć, ale myślami mimowolnie wróciła do zamkniętej w szufladzie koperty. Chłopiec jednak zdecydował się przemówić:
— No bo... — urwał i spojrzał na nią uważnie. — Właściwie to chodzi o Garetha.
Zaskoczona nauczycielka uniosła brwi.
— Co z nim? — zapytała.
— Nie chciałbym, żeby przeze mnie miał kłopoty — zaznaczył Logan. — Czy mogę pani zaufać?
— Och... oczywiście, ale... — Vector czuła się zupełnie zbita z tropu. — To znaczy tak, mów dalej.
— I nie powtórzy mu pani, że to ja? Ja... — Gryfon zawahał się lekko. — Ja nie skarżę, żeby nie było, nie donoszę, jasne? Po prostu sam już nie wiem, co mam robić, a ten głąb... to znaczy Gareth, w ogóle mnie nie słucha...
Heloiza zachęciła go łagodnym skinieniem głowy. Chłopiec milczał przez chwilę, zastanawiając się nad doborem słów, aż w końcu wypalił:
— No bo on chce uciekać.
— Co takiego? — wykrzyknęła zdumiona Liza.
— Uciekać. Stąd. Po prostu... — Logan wyglądał na bardzo nieszczęśliwego i skulił się w swoim fotelu, jakby chciał zniknąć.
Vector odetchnęła głęboko, żeby się uspokoić i zebrać myśli.
— Opowiedz mi wszystko od początku — nakazała stanowczo. — Nie musisz obawiać się konsekwencji — dodała łagodniej. — No mów.
— On się boi, pani profesor. Nie chciał tutaj przyjeżdżać, ale rodzice mu kazali. On... my szukaliśmy tego Pokoju Życzeń, bo w zeszłym roku tamtędy można się było wydostać, kiedy zaczęła się bitwa. Gareth mówił, że tam wisiał taki wielki obraz i przez niego wszyscy przechodzili do jakiegoś domu, gdzieś w Hogsmeade, a potem stamtąd kominkiem wracali do domów. Teraz chciał zrobić podobnie, tylko zażyczyć sobie, żeby Pokój przeniósł go do mieszkania jego brata. Był załamany, kiedy pani powiedziała, że Pokój został zniszczony! Szukaliśmy innych kominków, ale wszystkie są zablokowane, no to Gareth wymyślił, że wymknie się pieszo do Hogsmeade z trzeciorocznymi i spróbuje stamtąd. Ale potem pan profesor Gustaw zorganizował te zajęcia... To znaczy one są bardzo fajne i w ogóle... ale Gareth na samą myśl o boginie robi się chory. I już nie chce czekać na wyjście do Hogsmeade, więc postanowił, że pójdzie do Zakazanego Lasu... i pożyczy sobie testrala... jak Harry Potter... — Logan mówił tym ciszej, im większa zgroza odmalowywała się na twarzy nauczycielki. Ostatnie słowa prawie wyszeptał.
— Kiedy? — wykrztusiła Liza. Miała gorącą nadzieję, że Cartwright nie czekał do ostatniej chwili, by do niej przyjść.
— Dziś w nocy — odparł chłopiec nieszczęśliwym głosem. — W dodatku namawia mnie i Finna, żebyśmy polecieli z nim... Ja to wcale nie chcę uciekać! Pomagałem mu, bo tak bardzo się bał, a teraz jak się zabije to będzie na mnie! On to nawet na miotle nie umie utrzymać się prosto, a co dopiero na testralu! Przecież ich nawet nie widać... To znaczy on je widzi... — westchnął, a potem spojrzał na Lizę i zapytał: — Powstrzyma go pani?
— Oczywiście — powiedziała Vector opanowanym głosem, mimo że w środku cała się trzęsła. — Dobrze, że mi o tym powiedziałeś.
Logan uśmiechnął się niepewnie.
— A czy mogłaby pani...? — urwał niezdecydowany.
— Tak? — zachęciła go kobieta.
— No wie pani, porozmawiać z nim, a nie tylko wlepić szlaban? — wyrzucił z siebie prędko. W jego wzroku Liza dostrzegła coś dziwnego. — On budzi się z krzykiem — dodał cicho. — I płacze w nocy... Może pani by mu pomogła...
„Jak?" — pomyślała Vector z przerażeniem. Jak miała zareagować? Co mogła powiedzieć dziecku, które borykało się z tym, z czym ona sama nie do końca potrafiła się uporać? Bardzo chętnie zrobiłaby wszystko, co trzeba, gdyby tylko ktoś poradził jej co...
Logan wciąż czekał na odpowiedź, więc Liza wzięła się w garść i skinęła głową, uśmiechając się łagodnie.
— Załatwię to — obiecała poważnie. — O nic się nie martw.
— Proszę mu tylko nie mówić, że to ja...
— Nie masz się czego wstydzić, ale dobrze, nic mu nie powiem — zgodziła się.
Chłopiec wyglądał, jakby pozbył się wielkiego ciężaru. Liza czuła się jak oszustka.
— On nie rozumie, że jest już po wszystkim — oznajmił Cartwright z pełną przekonania nastoletnią naiwnością. — Że teraz wszystko musi być dobrze.
Spojrzał na nią pogodnie, szukając na jej twarzy potwierdzenia. Kobieta ponownie skinęła głową.
— Masz rację — powiedziała.
xxx
— Czy potrafisz wyjaśnić mi, dlaczego Lucjusz Malfoy nie może zabrać syna ze szkoły w piątkowy wieczór, Sinistra?
Auriga drgnęła gwałtownie, spłoszona nagłym wejściem Severusa do jej gabinetu.
— Pewnie dlatego, że w piątek Draco Malfoy ma szlaban — odpowiedziała ostrożnie, gdyż spokój, z którym mężczyzna zadał pytanie, był bardzo pozorny. — I naprawdę wolałabym, żebyś pukał, zanim wejdziesz. Ja tu pracuję — dodała, opanowując się szybko. Jednocześnie dyskretnie przesunęła uczniowskie wypracowania, by zakryć powieść, którą właśnie czytała.
Nawet jeśli Snape zdołał dostrzec róg kolorowej okładki, nic nie powiedział. Właściwie całkiem zlekceważył tę ostatnią uwagę.
— Właśnie — syknął. — Malfoy ma szlaban z tobą.
Sinistra uśmiechnęła się ironicznie.
— Każdy nauczyciel ma prawo karać ucznia szlabanem, kiedy tylko uzna to za konieczne — odrzekła protekcjonalnie. — Kto jak kto, ale ty powinieneś o tym pamiętać, Sev.
Mężczyzna pochylił się, wspierając dłońmi o blat biurka.
— Wytłumacz mi, proszę, czym młody Malfoy zasłużył sobie na takie... względy z twojej strony?
Wszystkim uczniom — i nauczycielom również — wiadome było, że zarobienie szlabanu u pewnych profesorów to wyższa szkoła jazdy. Auriga należała do tej właśnie grupy — wolała ograniczać się do odejmowania punktów, a szlabany dawała tylko wtedy, gdy ktoś szczególnie dał jej w kość. Snape zwykł wyśmiewać się, że Sinistra jest za łagodna — do chwili, kiedy odkrył, ile czasu wolnego dzięki temu zyskiwała.
Auriga westchnęła ciężko.
— Nie uważał. Usiądź, Sev — poprosiła.
Zignorował to zaproszenie.
— Doprawdy? — Jad aż skapywał z jego słów. — I to mam powiedzieć jego ojcu, kiedy znów zażąda wyjaśnień? Że jego syn nie uważał na astronomii?
— Rozumiem, że uważasz mój przedmiot za mało istotny, ale przed rodzicami moich uczniów mógłbyś chociaż udawać, że jest inaczej — odparła chłodno. — I tak, sądzę, że to będzie najlepsze wyjście. Doskonale wiem, że akurat w spławianiu Lucjusza Malfoya masz wprawę...
— Nie po raz kolejny, kiedy Lucjusz wydał fortunę na bilety na mecz Jastrzębi, na który teraz będzie chyba musiał zabrać żonę.
— Doprawdy nieszczęście większe niż każde inne — prychnęła.
— Nie możesz przesunąć szlabanu?
— Nie. I na litość, nie stój tak nade mną, usiądź!
— Mówię poważnie, Sinistra — powiedział Snape, niechętnie zajmując fotel naprzeciwko niej. — Przesuń szlaban. Proszę.
— Nie. Przykro mi, ale w tym wypadku nie zmienię zdania — powiedziała, a potem zawahała się i spytała: — Naprawdę sądzisz, że młody Malfoy sobie na to zasłużył? Na to, żebyś po raz kolejny starał się wybronić go z kłopotów, Sev?
Udało jej się nieco zbić go tym z tropu.
— Wiesz — dodała, nim zdołała się ugryźć w język — zawsze uważałam, że to całkiem urocze.
Severus spojrzał na nią z nieskrywanym zdumieniem.
— O czym ty mówisz, do diabła?
— O tym, że doskonale wiesz, że Ślizgoni w żaden sposób nie są lepsi czy gorsi od pozostałych uczniów, ale faworyzujesz ich tylko dlatego, że nikt inny tego nie robi. Każdy nauczyciel mniej lub bardziej sympatyzuje ze swoim domem, ale ty jesteś tutaj jedynym dorosłym Ślizgonem i dlatego tak jakby starasz się wyrównać ich szanse... To miłe, Sev. Oczywiście zupełnie niepedagogiczne i nieprofesjonalne, bo powinniśmy pozostawać obiektywni w stosunku do wszystkich uczniów, ale miłe.
— Bzdury, Sinistra — skwitował Snape ze złością, na co Auriga tylko wzruszyła ramionami. — Powiedz przynajmniej — dodał zniechęcony — jaki jest prawdziwy powód. Bo w to, że poświęcisz wolny wieczór tylko dlatego, że ktoś nie uważał na twoich zajęciach , nie uwierzę.
Kobieta zerknęła na niego, nagle dziwnie niepewna. Właściwie wolałaby nic nie mówić i załatwić sprawę sama. Nie chciała denerwować Severusa, który i tak już przez obecną sytuację chodził podminowany — to znaczy bardziej niż zwykle. Wiedziała, że mężczyzna próbował rozmawiać z chłopakiem, ale jego słowa uderzały o jego przerośnięte dwunastoletnie ego jak groch o ścianę.
— Więc? — ponaglił ją.
Cóż, był opiekunem domu i powinien wiedzieć. Zresztą i tak nie potrafiłaby go okłamać.
— Kazałam im pracować w mieszanych parach — nie najlepszy pomysł, przyznaję — i Malfoyowi przypadła Puchonka, Jemma Lawrence. Nie wiem, o co poszło, ale skończyło się na tym, że nazwał ją... — urwała.
— Szlamą? — syknął Snape przez zęby, mrużąc groźnie oczy.
— Powiedział, że nie będzie słuchał rozkazów brudnej szlamy i lepiej nich uważa, teraz, kiedy Komnata Tajemnic została otwarta... Dziewczynka była przerażona, Severusie! Podeszłam do nich i zapytałam, o co chodzi, ale nie chciała nic powiedzieć, a on tylko uśmiechnął się nieprzyjemnie... Resztę lekcji przegadał z Crabbem i Goylem, chociaż kilka razy ich uciszałam. Właściwie oni tylko potakiwali, więc dostali karne eseje do napisania. To nie jedyne takie groźby, musiałeś słyszeć jego przechwałki...
Widząc ponurą, zmęczoną minę Snape'a, poczuła się źle.
— No powiedz, co miałam zrobić? — spytała bezradnie.
xxx
W ciasnym gabinecie inspektora jak zawsze panował kompletny nieporządek. Auriga, zachęcona przez Fenimore'a, przełożyła leżący na krześle stos papierów na biurko i usiadła sztywno, nerwowo wygładzając spódnicę. Zastanawiała się, co mogłaby powiedzieć. W ostatnich dniach pochłaniała ją praca i udawało jej się odpychać od siebie myśli o tym spotkaniu i innych równie nieprzyjemnych rzeczach, więc dopiero teraz próbowała jakoś uporządkować sobie to, co wiedziała o Mulciberze.
Nie było tego wiele. Właściwie wszystkie dane, jakie posiadała, opierały się jedynie na przypadkowo wypowiadanych uwagach, nierzadko ostrzeżeniach. Severus zawsze uparcie trzymał ją z daleka od wszystkich spraw związanych z jego szpiegowaniem i ucinał niemal każdą rozmowę na ten temat. Czasem rzucał jakąś konkretną informacją, po to tylko, żeby uniknąć kolejnych pytań i awantury o to, że traktuje ją jak dziecko...
Auriga słuchała go uważnie — z pewnością o wiele uważniej, niż on sam podejrzewał. Potrafiła także całkiem nieźle wyczytywać między wierszami to, co Severus starał się przemilczeć. Znała go przecież tak dobrze... A raczej: myślała, że zna.
Ale to nie był dobry temat do rozmyślań, szczególnie tutaj i teraz. Sinistra skupiła się na inspektorze, który pospiesznie parafował jakieś papiery. Uśmiechnęła się do Willa Boyda, który właśnie wszedł do pokoju i postawił przed nią filiżankę z herbatą, zerkając z pewną niecierpliwością na swojego przełożonego. Był blady i chyba nieco zmęczony, najwyraźniej nie doszedł jeszcze do siebie po ostatnim wypadku. Auriga jednak nie miała okazji zapytać go o samopoczucie, bo Fenimore wyprostował się i z odrazą odsunął od siebie pergaminy.
— Dziękuję, Boyd — powiedział. — Możesz zostawić nas samych. I przy okazji zabierz ode mnie tę makulaturę... Cholerna biurokracja!
— Ale...
— Żadnych ale, jazda stąd.
Niezadowolony auror opuścił pomieszczenie, a Fenimore zwrócił się do Aurigi:
— Strasznie chce go dorwać — powiedział ze znużeniem. — Ta nadgorliwość go wykończy... Powinien wziąć wolne i zadbać o zdrowie, ale uparł się wrócić do pracy. A ja nie mogę mu zabronić, bo teraz każdy człowiek jest nam potrzebny. Musi pani wiedzieć, Aurigo, że bardzo źle nam się wiedzie. Najpierw zwiał nam Jancor, a teraz cała ta afera z Mulciberem... W Azkabanie siedzą same płotki, podczas gdy najgroźniejsi przestępcy wciąż wymykają się nam z rąk. Avery, Rowle... Nie mówiąc o Rabastanie Lestrange'u, o którym po bitwie słuch zaginął. Ten bydlak zawsze potrafił doskonale zacierać ślady i swego czasu mieliśmy ogromne trudności, by cokolwiek mu udowodnić, ale teraz przeszedł samego siebie. Po prostu przepadł jak kamień w wodę! W dodatku Skeeter ciągle węszy, kombinując, jak by tu nam dokopać. Sam Shacklebolt interweniował w sprawie Mulcibera i tylko dlatego się o tym nie rozpisała... Ja rozumiem wolną prasę, ale tej kobiecie najwyraźniej zupełnie nie przeszkadza fakt, że swoimi artykułami może wywołać panikę wśród ludzi... — Fenimore westchnął ciężko. — Ale przejdźmy do rzeczy, nie chciałbym pani trzymać tu dłużej niż to konieczne. Mulciber... to naprawdę niebezpieczny człowiek, pani Aurigo. Przyznam, że go nie doceniłem. — Mężczyzna urwał i zamyślił się. Sinistra czekała cierpliwie.
— Nie będę się wdawał w szczegóły, ale muszę pani powiedzieć, że do tej pory zamordował trzy osoby — oznajmił po chwili. — Najpierw jednego ze strażników w Azkabanie. — Przy tych słowach skrzywił się lekko. — Szkoda faceta, znałem go, porządny gość... — westchnął, a potem kontynuował już swym zwyczajnym, rzeczowym tonem: — Druga ofiara to śmierciożerca o nazwisku Travers. Oberwał Avadą z własnej różdżki w swoim mieszkaniu w Sheffield.
Auriga uniosła pytająco brwi.
— Przypuszczam, że pomógł mu w ucieczce — wyjaśnił Fenimore, z namysłem gładząc wąsy. — Mulciber sam nie zdołałby się wydostać, musiał mieć pomoc z zewnątrz...
— Więc dlaczego go zabił? — Sinistra wciąż nie rozumiała. — Posprzeczali się o coś?
— To całkiem możliwe — odpowiedział inspektor. — Albo zwyczajnie uznał, że już go nie potrzebuje i lepiej będzie go usunąć. Mulciber to zbir i psychopata! Nie ma co się spodziewać po kimś takim wdzięczności ani tym bardziej czegoś w rodzaju moralności. Zdaje się, że odkąd stracił nadzieję na uniknięcie odpowiedzialności, postawił wszystko na jedną kartę. Chce uciec i ukryć się, i nie dba o to, ilu ludzi będzie musiał zabić. To desperat, ale może dzięki temu szybko go dorwiemy. A pani może dodatkowo nam pomóc. — Fenimore uśmiechnął się krzepiąco, a Auriga skinęła głową, usiłując odwzajemnić uśmiech.
— Mówił pan... — zawahała się — o trzech osobach. — Wcale nie miała pewności, czy chce wiedzieć kto był ostatnią ofiarą.
— Trzecia to młody mugol, który znalazł się w nieodpowiednim miejscu i nieodpowiednim czasie — powiedział inspektor spokojnie. — Mulciber próbował upozorować samobójstwo i wrzucił jego zwłoki do rzeki... Właściwie nie jestem pewien, czy po prostu nie rzucił na chłopaka Imperio i nie kazał mu skoczyć... Tak czy inaczej mugolska policja przedwczoraj wyłowiła ciało. Mieliśmy szczęście, że w ogóle się o tym dowiedzieliśmy... Och, proszę wybaczyć — zreflektował się Fenimore, widząc, że jego rozmówczyni zbladła.
— W porządku — mruknęła Auriga słabo, zaplatając dłoń na filiżance. — Zdaje się, że on specjalizuje się w Imperiusach, powinniście na to uważać.
Inspektor skinął głową na znak, że o tym wie.
— Ma pani jeszcze jakieś informacje na jego temat? Nie mamy pojęcia, gdzie może się ukrywać ani co zamierza...
x
Po ostatniej popołudniowej lekcji Liza zebrała się w sobie — co w jej przypadku polegało na tym, że chodząc w kółko po swoim gabinecie wypaliła jeden po drugim prawie pół paczki papierosów — a potem ruszyła do Wieży Gryffindoru.
— Coś się stało? — zainteresowała się Gruba Dama, kiedy Liza podała jej hasło. — Pewnie znowu któryś coś zmalował, co? — dodała z życzliwym zrozumieniem, wyskakując ze swoich ram.
Vector odpowiedziała coś wymijająco i weszła do pokoju wspólnego. Uczniów nieco zaskoczył jej widok, zwyczajny gwar zamarł na chwilę, rozmowy umilkły, urwane w pół słowa, a wszyscy przerwali swoje dotychczasowe zajęcia. Niektórzy zdawali się być nieco wystraszeni i pospiesznie usiłowali schować coś do kieszeni albo wepchnąć do torby, ale Liza nie miała czasu ani cierpliwości, żeby zajmować się teraz wyłapywaniem niedozwolonych gadżetów czy słodyczy, bez wątpienia produkcji braci Weasleyów.
— Nie przeszkadzajcie sobie — uspokoiła ich, po czym odprowadzana ciekawskimi spojrzeniami skierowała się na schody prowadzące do dormitoriów chłopców.
Szybko odnalazła sypialnię drugiego roku, zapukała do drzwi, a potem, nie czekając na zaproszenie, weszła do środka. W pokoju panował bałagan charakterystyczny dla miejsc zamieszkiwanych przez grupkę nastolatków. Z otwartej na oścież szafy wysypywały się ubrania, w kącie leżał zmięty strój do quidditcha i miotła, a na niepościelonych łóżkach walały się książki i papiery. Na podłodze pośród sterty najróżniejszych przedmiotów siedział Gareth Hartley. W dłoni trzymał plecak, do którego usiłował właśnie wepchnąć zwiniętą w kulkę czarodziejską szatę. Pozostali dwaj lokatorzy siedzieli na swoich łóżkach, udając nagle bardzo zajętych wygładzaniem pościeli.
— Dzień dobry — powiedziała Vector spokojnie, nie zwracając uwagi na ich zachowanie. — Panie Abney, panie Cartwright, chciałabym porozmawiać z waszym kolegą. Proszę zostawić nas samych.
Chłopcy rzucili wystraszone spojrzenia na struchlałego z przerażenia Hartleya, a potem znów popatrzyli na nauczycielkę.
— Nie słyszeliście, co powiedziałam? — fuknęła Liza. — Zmiatajcie stąd, raz-dwa. — Klasnęła w dłonie, a obaj Gryfoni niechętnie opuścili pokój. Vector zamknęła za nimi drzwi i odwróciła się do Garetha, który wciąż siedział na podłodze, bojąc się choćby drgnąć.
Przez chwilę przyglądała mu się z namysłem, aż wreszcie z cichym westchnieniem usiadła obok niego.
— Masz może ochotę na filiżankę herbaty? — zapytała.
Chłopiec wytrzeszczył na nią oczy.
— Tak, myślę, że to dobrze zrobi nam obojgu — stwierdziła, wyciągając różdżkę. Machnęła nią, przywołując z kuchni dzbanek i dwie malowane filiżanki. Uśmiechnęła się do zaskoczonego Garetha i zajęła się rozlewaniem napoju.
— Proszę — powiedziała, podając mu herbatę. Sama upiła łyk ze swojej filiżanki. — Napisałam do twojego ojca i poprosiłam go o spotkanie — podjęła po chwili. — Zjawi się tutaj jutro po obiedzie, więc byłoby dobrze, gdybyś do tego czasu zechciał pozostać w zamku. Później zdecydujemy, co dalej.
— To znaczy... wylatuję? — wyjąkał przerażony chłopiec.
— Ach, nie! — zaprzeczyła szybko Liza. — Przecież nie zrobiłeś nic złego... No nie licząc włóczenia się po zamku o nieodpowiednich porach, ale za to już cię ukaraliśmy, prawda? Rzecz w tym, że nie możemy pozwolić, byś się męczył w Hogwarcie, skoro nie czujesz się tu dobrze — stwierdziła, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. — To najzupełniej zrozumiałe, że po tym, co się tu działo, ciężko jest wrócić do normalności. Możesz mi wierzyć, że wszyscy mamy z tym problemy, w mniejszym bądź większym stopniu. Nikomu nie jest łatwo, Gareth. To żaden wstyd, że sobie z tym nie radzisz. Nie jest to też powód, by od razu uciekać, w dodatku w tak absurdalny sposób... Ale mniejsza o to. Nie podlega dyskusji, że musisz kontynuować naukę. Jest wiele szkół dla czarodziejów w Europie, a w każdej z pewnością przyjmą cię z otwartymi ramionami. Wielu twoich kolegów już w wakacje zdecydowało się do nich przenieść. Jutro razem z twoim tatą porozmawiamy o dostępnych możliwościach i zajmiemy się formalnościami...
Nie przerywając mówienia, Liza sięgnęła po dzbanek i dolała chłopcu herbaty. Filiżanka tego naparu była dobra na wszystko, każdy to wiedział. Nawet Dumbledore, gdy zapraszał do swojego gabinetu kogoś, kto miał problem, w pierwszej kolejności go nim częstował, a dopiero później patrzył na onieśmielonego delikwenta tymi swoimi przenikliwymi oczami, zupełnie jakby czytał mu w duszy, i rzucał jakieś z pozoru błahe, ale zdumiewająco trafne zdanie, które dawało mu do myślenia. Liza szczerze nie znosiła takich rozmów, podczas których czuła się zupełnie bezbronna i odsłonięta, mimo że starannie pilnowała się, by nie zdradzać swoich uczuć i emocji. Mimo to zawsze wychodziła z dyrektorskiego gabinetu pełna podziwu dla Albusa i jego sztuki dyskretnej manipulacji.
Miała świadomość, że podczas tej rozmowy bardzo przydałoby się jej trochę jego uroku i autorytetu. Niestety, musiała jej wystarczyć własna intuicja, podpowiadająca, co należy zrobić. Herbata na szczęście była dobrem ogólnodostępnym.
Vector mówiła jeszcze długo, tłumacząc, pocieszając i karcąc łagodnie. Potem zaczął także mówić Gareth. Początkowo nieśmiało, chaotycznie i nerwowo wyrzucał z siebie wszystkie swoje obawy i niepokoje, opowiadał o koszmarach, bólu i strachu. Wreszcie rozpłakał się, bezradnie jak dziecko. Jej też chciało się płakać, ale z nich dwojga to ona była dorosła, więc musiała się powstrzymać.
Rozmawiali, aż resztki herbaty w ich filiżankach całkiem ostygły, w końcu jednak udało im się dojść do porozumienia. Wbrew pozorom sama myśl o opuszczeniu Hogwartu budziła w chłopcu jeszcze większe przerażenie niż perspektywa pozostania w nim. Vector doskonale go rozumiała.
Kiedy Hartley zupełnie się uspokoił, Liza wysłała go na kolację, na którą już i tak był spóźniony. Sama, wykończona, ale całkiem zadowolona, usiadła na jego łóżku i przywołała swoją skrzatkę.
— Posprzątaj to, proszę, Skierko — powiedziała. — I rozpakuj jego rzeczy, dobrze?
Stworzenie skinęło głową i chciało odejść, by natychmiast wykonać polecenie, ale Liza zatrzymała je skinieniem dłoni.
— Jeśli mogę prosić cię o coś jeszcze...
— Co takiego, psze pani?
— Miej na niego oko, dobrze? Spodziewam się, że po kolacji wróci prosto tutaj i nie będzie wychodził już nigdzie tego wieczoru, ale wolałabym się upewnić, że nic nie strzeli mu do głowy. Daj mi znać, jeśli tylko zauważysz, że usiłuje zrobić coś głupiego. To bardzo ważne.
— Ta jest, psze pani!
Skrzatka zasalutowała, prężąc się na baczność, i zabrała się do sprzątania.
Liza zgarbiła się i oparła łokcie na kolanach, kryjąc twarz w dłoniach. To było stanowczo za dużo jak na nią... „A co ma powiedzieć ten dwunastolatek?" — pomyślała cierpko.
— Kolacja zaraz się skończy, psze pani — usłyszała nagle i uniosła głowę, by napotkać zatroskane spojrzenie Skierki, która skończywszy pracę, stała tacą z filiżankami w ręku, gotowa, by wrócić do kuchni. Vector natychmiast wstała, przywołując na twarz spokojny uśmiech.
— Tak, wiem. Nie jestem głodna.
Przygładziła włosy, przeglądając się we wmontowanym w drzwi szafy lustrze.
— Trzeba coś jeść, psze pani. Każę podać kolację do pani komnat — oznajmiła skrzatka stanowczo.
Liza zaśmiała się krótko.
— Niech będzie, ale nie prędzej niż za godzinę. Mam jeszcze jedną sprawę do załatwienia.
x
Heloiza odnalazła Gustawa na krużganku okalającym wewnętrzny dziedziniec, gdzie siedział na ławce w cieniu arkad i w najlepsze kreślił rysunek w opartym na kolanach szkicowniku. Zieleziński usłyszał jej kroki — zdecydowany stukot obcasów na kamieniu — a potem poczuł zapach tytoniu, ale pochłonięty pracą nie zwrócił na nie uwagi. Dopiero, kiedy Liza stanęła obok niego, rzucając cień na kartkę, drgnął zaskoczony i odwrócił się.
— Dzień dobry, pani profesor — powiedział z uśmiechem, mając nadzieję, że przypadkiem nie maznął się ołówkiem po twarzy.
Kobieta oszczędnie skinęła głową w ramach powitania.
— Można? — spytała, wskazując na ławkę, na której siedział.
— Pewnie. — Gustaw zamknął szkicownik, jednym ruchem zgarnął na bok rozwalone papiery, przygniecione pudełkiem ołówków i przesunął się, robiąc jej miejsce. Liza usiadła i bez pośpiechu zaciągnęła się papierosem, a on czekał, aż wyjawi mu powód swego niecodziennego zachowania. W ciągu ostatniego tygodnia widywali się dość często, ale od czasu pierwszych zajęć nie zamienili ze sobą więcej niż kilka słów. Czarownica nie szukała jego towarzystwa, a Zieleziński, pomny tego, co powiedział mu Filius, starał się nie wchodzić jej w drogę. Tym bardziej ciekawiło go, co skłoniło Vector do przyjścia tutaj. Pewnie chodziło o uczniów...
Heloiza milczała, więc Gustaw poczuł się w obowiązku sam zagaić konwersację.
— Nie zjawiła się pani na kolacji — zauważył.
— Byłam zajęta — odparła krótko, a potem nagle zapytała: — Myśli pan, że to, co robimy, w czymkolwiek pomaga?
Zieleziński w duchu pogratulował sobie domyślności.
— Owszem — zapewnił. — Na moich lekcjach widzę dużą poprawę.
— Profesor Powell twierdzi, że żadnej nie zauważyła... — westchnęła Heloiza. — Och, proszę nie patrzeć na mnie z takim zdziwieniem! Potrafię panować nad niechęcią do niej na tyle, by móc spokojnie porozmawiać.
Gustaw nie był pewien, czy nie mówiła tego poważnie, więc na wszelki wypadek kaszlnięciem przytłumił śmiech.
— Tak więc twierdzi, że nie — kontynuowała Liza — ale... sądzę, że po prostu nie chce przyznać panu racji. — Zgasiła niedopałek papierosa i zaklęciem sprawiła, że zniknął, a potem spojrzała na Gustawa przenikliwie. — Co pan zamierza dalej? — zapytała. — Auriga powiedziała mi, że chciał pan z nią o tym pomówić, ale ona ma teraz inne sprawy na głowie, a pan równie dobrze może porozmawiać ze mną.
Mężczyzna popatrzył na nią z zaskoczeniem. Zdecydowanie nie spodziewał się takiego żądania — bo prośbą nijak nie mógł tego nazwać. Szczerze mówiąc, wolałby jednak podzielić się swymi planami z Aurigą — było w niej i sposobie, w jaki słuchała, coś takiego, że człowiek chciał mówić. Mimo że Gustaw nie znał jej zbyt dobrze, czuł, że może jej ufać i polegać na jej zdaniu...
Liza wciąż patrzyła na niego wyczekująco.
— Niech pan da spokój — poprosiła w końcu z rozdrażnieniem. — Czy ja nie mogę panu pomóc?
No cóż... Gustaw zastanowił się szybko, obracając w palcach ołówek.
— Właściwie — westchnął w końcu — mam pewien pomysł. Nawet nie próbuję przekonywać do niego panny Powell, bo z pewnością by się nie zgodziła, ale myślę, że to mogłoby ładnie zamknąć nasz mały projekt i przy okazji przypomnieć pewne rzeczy także innym. Jednak... — Spojrzał na Vector z wahaniem.
— Niczego nie zdziała pan bez magii — przypomniała mu Liza dobitnie, lecz bez zbędnej złośliwości.
— Dokładnie. — Gustaw uśmiechnął się krzywo, a potem zapytał: — Czy ma pani już jakieś plany na piątkowy wieczór?
xxx
— Tak myślałam, że cię tutaj znajdę — powiedziała Auriga, ostrożnie zamykając za sobą drzwi i rzucając na nie zaklęcie wyciszające.
Zakłopotana Liza opuściła różdżkę, którą odruchowo wycelowała w przyjaciółkę. Jej szata była rozwiana, a włosy powymykały się z upięcia i lepiły do zarumienionej z wysiłku twarzy.
— Nie skradaj się tak — fuknęła, nerwowo poprawiając strój.
— Przepraszam — powiedziała ugodowo Sinistra. Usiadła na jednej z odsuniętych pod ścianę ławek, a jej wzrok padł na stojącą pośrodku sali sfatygowaną kukłę.
— Tak tylko sobie ćwiczyłam — mruknęła Vector. — Coś się stało?
Auriga pokręciła głową.
— Zwykle siedziałyśmy tutaj w trójkę — zauważyła cicho, uśmiechając się z przymusem.
— Nie musisz mi przypominać — westchnęła Liza gorzko. Usiadła obok niej i zaczęła poprawiać kok
— To pomaga? — Sinistra wskazała brodą na kukłę.
Liza nie spieszyła się z odpowiedzią.
— Wyobrażam sobie, że to któreś z Carrowów — wyznała w końcu niechętnie. — Nie mogę nic zrobić, więc wyżywam się na manekinie... Nie, do cholery, to wcale nie pomaga! Cały czas się zastanawiam, kiedy w końcu zrobią coś, na co nie będziemy mogli przymykać oczu.
— Nie przymykamy oczu — zaoponowała Sinistra bez przekonania. — My naprawdę nie możemy nic zrobić...
— Na Merlina, Aurigo, oni katują nam uczniów, a my udajemy, że to nic, że wszystko jest w porządku! A jeśli wreszcie kogoś zabiją?
— Nie mogą. Są głupi, ale nie aż tak. Przecież Czarny Pan nie pozwoliłby im na przelewanie czystej krwi bez potrzeby...
Liza uspokoiła się nieco.
— Może masz rację — przyznała. — Ale jeśli widziałabyś, jak któreś z nich rzuca Crucatiusa... — rozgorączkowała się znowu. — Jeżeli by to zrobili przy tobie... Potrafiłabyś nie zareagować?
Kobieta zastanawiała się chwilę, nim odpowiedziała, ale jej słowa były nadspodziewanie szczere:
— Nie wiem. Może... Nie to chciałaś usłyszeć, Lizzie — dodała cicho. — Przykro mi, ale sama już nie wiem, czy potrafiłabym im się sprzeciwić...
— Ja też nie wiem — powiedziała nieoczekiwanie Vector.
Po raz pierwszy, odkąd Auriga ją poznała, Heloiza brzmiała, jakby miała ochotę zwyczajnie się rozpłakać. Gardło ścisnęło jej nieprzyjemne uczucie strachu. Skoro nawet Liza — Gryfonka z krwi i kości, zawsze zdecydowana i potrafiąca zachować zimną krew w każdej sytuacji — przestawała sobie z tym wszystkim radzić, jak ktokolwiek jeszcze mógł?
Vector zsunęła się z ławki i wściekle machnęła różdżką, posyłając w stronę kukły zaklęcie za zaklęciem. Manekin musiał być obłożony jakimiś czarami ochronnymi, bo tylko chwiał się gwałtownie za każdym razem, kiedy uderzały w niego barwne promienie. W końcu jednak jeden z nich strącił mu głowę. Dopiero wtedy Liza opuściła różdżkę i wyprostowała się dumnie, odgarniając z twarzy włosy. Oddychała ciężko.
Auriga podeszła do niej, wyciągając z kieszeni różdżkę.
— Mogę? — zapytała niepewnie.
Vector uśmiechnęła się z przekąsem i bez słowa naprawiła kukłę zaklęciem.
— Proszę bardzo — powiedziała. — Stawiam kremowe, jeżeli uda ci się ją podpalić.
xxx
