Dziękuję Filigrance za komentarz i Panterze za zbetowanie rozdziału.
— Nie wiem nic więcej, przykro mi — powiedziała Auriga. — Więc jeśli to wszystko... — Zaczęła podnosić się z krzesła.
— Oczywiście, nie będę pani dłużej zatrzymywał. Proszę wybaczyć, że nie odprowadzę pani do drzwi. — Fenimore uśmiechnął się zawadiacko, na co po prostu musiała odpowiedzieć tym samym. — Miło było znów panią zobaczyć, ale mam nadzieję, że nie spotkamy się prędko.
— A przynajmniej nie w takich okolicznościach — odparła. — Do widzenia.
Opuściła gabinet, a potem jak najciszej przemknęła przez pokój, żeby nie przeszkadzać pracującym w nim aurorom. Z ulgą wyszła na korytarz i energicznym krokiem ruszyła w kierunku wind. Chciała już wrócić do Hogwartu i zaszyć się w swoich komnatach. Co prawda spotkanie nie przebiegło źle — Fenimore naprawdę starał się, by ich rozmowy jak najmniej przypominały oficjalne przesłuchania — ale cieszyła się, że ma je za sobą.
Nie zdążyła jednak odejść daleko, kiedy dobiegło ją skrzypnięcie otwieranych drzwi i okrzyk:
— Proszę zaczekać, pani profesor!
Auriga odwróciła się, a Will Boyd podbiegł do niej i uśmiechnął się nieśmiało.
— Odprowadzę panią kawałek, dobrze?
Zdziwiona czarownica wzruszyła ramionami i skinęła głową na znak, że nie ma nic przeciwko. Przez moment szli w zupełnym milczeniu, a ona zastanawiała się, o co może chodzić. Czegoś od niej chciał, tego była pewna. Boyd wyglądał na dziwnie zakłopotanego i zdenerwowanego. Otwierał i zamykał usta, jakby miał zamiar coś powiedzieć, ale rezygnował w ostatniej chwili.
— Jak się pan czuje? — zagaiła Sinistra, czując się coraz bardziej niezręcznie z powodu jego zachowania.
— W porządku, przepraszam...
— Tamta klątwa wyglądała dość paskudnie.
— Och, o to pani pyta! — Boyd przewrócił oczami. — To nic, w Mungu poskładali mnie w pięć minut... — urwał na moment, by zaraz podjąć w zupełnie innym tonie: — Pani profesor, zawsze miałem panią za inteligentną i sympatyczną kobietę — oświadczył. — Inspektor Fenimore bardzo panią lubi i uważa za godną zaufania, a on zna się na ludziach. Z tego, co wiem, nie wyjaśnił nikomu, skąd pani czerpie informacje, które nam przekazuje... zresztą pani udział we wszystkich śledztwach jest jedną z największych tajemnic naszego biura... Tak więc sama pani widzi, że jeśli chodzi o dyskrecję, można na nas liczyć. Nie musi się pani obawiać, że cokolwiek, co pani powiedziała, zostanie w jakikolwiek sposób wykorzystane przeciwko pani. Czy to wszystko jest dla pani zrozumiałe? — Boyd zatrzymał się i spojrzał na Aurigę poważnie.
— Owszem. Wszystko prócz tego, do czego pan zmierza — odparła kobieta ostrożnie, również przystając.
Auror odetchnął głęboko.
— Do Lucjusza Malfoya. Jeśli wie pani cokolwiek na temat tego człowieka...
— Nic nie wiem. Rozmawiałam już o tym z inspektorem — przerwała mu zaskoczona Sinistra, siląc się na obojętny ton. Ruszyła przed siebie korytarzem, nieświadomie przyspieszając kroku.
— No właśnie! — wykrzyknął Boyd. — Zdenerwowała się pani i już chce uciekać.
— Zdaje się panu.
— Jeśli on pani groził...
— Niechby tylko spróbował! — Auriga spróbowała się uśmiechnąć.
— Musi istnieć coś, za co możemy go przymknąć! Przecież to śmieszne! Wszyscy wiedzą, że był jednym z najzagorzalszych popleczników Sama-Pani-Wie-Kogo, a nikt nie ma odwagi posłać go do Azkabanu. Przekupił nie tylko świadków, ale i sędziów, a nie jestem pewien, czy nawet nie kilku aurorów. Nie wiem, jaka jest stawka, którą proponuje za milczenie, ale z pewnością nie wystarczająca, żeby pozwolić, by wszystkie zbrodnie uszły mu na sucho!
Sinistra spojrzała na mężczyznę spokojnie, ale kiedy się odezwała, jej ton mógłby zamrozić Saharę.
— Nigdy w życiu nie wzięłam ani knuta od Lucjusza Malfoya.
Boyd zmieszał się.
— Nie chciałem tego sugerować... Najmocniej przepraszam...
— Rozumiem pańskie uczucia — przerwała mu — i tym bardziej mi przykro, że nie mogę panu pomóc. Nie mam nic do powiedzenia na temat Malfoya, a swoje powody wyjaśniłam inspektorowi Fenimore'owi. Jeśli ma pan jakiekolwiek pytania, proszę kierować je do niego, bo ja ze swej strony także przyrzekałam dyskrecję co do spraw, które omawiamy.
xxx
— Jest wściekły — relacjonował wzburzony Severus. — Żaden z jego ludzi w Ministerstwie nie potrafi niczego się dowiedzieć. Avery zawiódł.
— Jaki był plan? — zapytał Dumbledore.
— Ten cały Bode miał tam wejść i... Auć!
— Przepraszam, Severusie — powiedziała Auriga, przytrzymując go za ramię. Ponownie zbliżyła nasączony eliksirem ręcznik do rozległego rozcięcia i udała, że nie dostrzega napiętych jak struny mięśni przyjaciela ani zbielałych palców, które mocno zaciskał na oparciu kanapy, żeby nie krzyczeć z bólu. — To nie wygląda najlepiej... — zaczęła, ale mężczyzna lekceważąco machnął drugą ręką.
— Malfoy rzucił na niego Imperiusa, a potem oczywiście zabił, żeby się nie wydało... — ciągnął z niejakim trudem, a Auriga westchnęła cicho.
Najchętniej natychmiast posłałaby po Poppy — zawsze czuła się spokojniejsza, gdy to pielęgniarka zajmowała się podobnymi ranami, a nie ona czy sam Severus — ale gdy tylko o tym wspomniała, mężczyzna jak zwykle zaczął upierać się, że nic mu nie jest. O wiele ważniejsze było dla niego złożenie pełnego raportu, zresztą Dumbledore także zdawał się sądzić, że obrażenia, jakich doznał szpieg, nie wymagają natychmiastowej interwencji. Sinistra ufała jego osądowi, dlatego nie nalegała, choć na sam widok zmęczonego i obolałego Severusa krajało jej się serce. Miała wielką ochotę po prostu kazać mu się zamknąć, a potem napoić go kilkunastoma leczniczymi eliksirami, wysłać pod prysznic i do łóżka. Wszelkie narady z Albusem mogły poczekać do czasu, aż odpocznie.
Zamiast tego przygryzała wargę i milczała, udając, że jej nie ma. Przynajmniej Severus nie wyrzucił jej z pokoju i mogła zająć się jego ranami, a przy okazji czegoś się dowiedzieć. To, że pozwolił jej tu siedzieć i wysłuchiwać tych wszystkich rzeczy, o których nie powinna mieć najmniejszego pojęcia, najlepiej świadczyło o tym, w jak kiepskim był stanie.
— ...pracował jako Niewymowny jeszcze zanim trafił do Azkabanu — relacjonował dalej rzeczowym tonem Snape — ale nie mam pojęcia ile wie i co zamierza.
— Postaraj się tego dowiedzieć — poprosił go Albus.
Severus w odpowiedzi tylko krótko skinął głową, a Auriga przełknęła cisnącą jej się na usta uwagę i zabrała się za opatrywanie kolejnej z ran.
xxx
— Możemy porozmawiać, Minnie? — Liza dopadła dyrektorkę w chwili, gdy ta wychodziła ze swego gabinetu, pośpiesznie porządkując trzymane w ramionach papiery.
— Czy to pilne? — spytała McGonagall z roztargnieniem, ruszając korytarzem w stronę schodów. — Za kwadrans mam spotkanie z radą nadzorczą. Chodzi o absolwentów, w sobotę chciałam urządzić spotkanie organizacyjne i już prawie przekonałam Downeya, że przyjęcie Ślizgonów to jednak dobry pomysł.
Vector podbiegła, by zrównać z nią krok.
— Zajmę ci tylko chwilkę, chodzi właśnie o uczniów...
McGonagall zatrzymała się gwałtownie i spojrzała na koleżankę poważnie.
— Chyba nie przejmujesz się tym, co wygaduje Eskarne? — zapytała surowo.
Heloiza zmarszczyła brwi ze zdziwienia, ale Minerwa musiała odczytać to po swojemu, bo powiedziała łagodniejszym tonem:
— Gdybym nie miała pewności, że sobie poradzisz, nie powierzyłabym ci stanowiska opiekunki domu, Lizo. Sądziłam, że po tylu latach zdajesz sobie z tego sprawę i nie potrzebujesz pochwał i poklepywania po plecach w ramach motywacji. — Uśmiechnęła się ironicznie.
— Och, oczywiście, że nie — obruszyła się Vector, zaczynając tracić cierpliwość.
— Zajęcia dodatkowe były świetnym pomysłem — ciągnęła McGonagall. — Jeśli uważasz, że konieczne jest jeszcze coś, to to zrób i tyle. Dziś spróbuję pomówić z radą o wynagrodzeniu za nadgodziny...
— Świetnie, ale rzecz w tym, że...
— …ale teraz przepraszam cię, Lizzie, bo naprawdę muszę już iść. Porozmawiamy innym razem, dobrze?
Odeszła szybko, zostawiając rozzłoszczoną Lizę samą.
x
— Pooo-daaaj...! — krzyczał ktoś nad boiskiem do quidditcha. — Ja złapię, ja złapię, ja, ja...
Głuchy łoskot spłoszył ptaki, które przysiadły na trybunach boiska. Także Liza zerwała się na równe nogi.
— Wszystko ok! — uspokoił ją głos, dobiegający tym razem z dołu. W chwilę potem niefortunny ścigający znów wzniósł się w powietrze i odleciał w kierunku obręczy, szczerząc się do kolegów i nauczycielek uspokajająco.
— To będzie katastrofa! — oznajmiła Heloiza, z jękiem opadając na swoje miejsce.
Auriga, która usiadła, by zobaczyć, co się stało, położyła się znowu na ławce, podkładając ręce pod głowę.
— Po prostu mają gorszy dzień — pocieszyła przyjaciółkę.
Wiatr przekartkował leżącą na jej brzuchu książkę, rozwiał włosy Heloizy, a potem odleciał, by zatańczyć z liśćmi, które Filch dopiero co zmiótł w równy stosik na środek dziedzińca.
Liza przez chwilę obserwowała wyczyny Gryfonów, którzy raczej daremnie usiłowali opanować własne miotły pod komendą zrezygnowanej i wściekłej Ginny Weasley, a potem zmęczonym ruchem odchyliła głowę i zapatrzyła się w płynące po niebie postrzępione chmurzyska.
— Mów dalej — poprosiła.
— Nie ma o czym opowiadać, bo i niewiele mogłam mu powiedzieć — westchnęła Auriga. — Fenimore błądzi, Skeeter usiłuje namieszać, nic nowego. No... prócz tego, że... — zawahała się lekko, a potem powiedziała: — Boyd usiłował wypytywać mnie o Malfoya.
Vector spojrzała na nią pytająco.
— Mam tylko nadzieję, że to nie Fenimore go o to poprosił, bo jeśli tak, to by znaczyło... — Sinistra zawiesiła głos i przygryzła lekko wargę. — Dotąd nie wypytywał mnie o rzeczy, o których nie chciałam mówić. Wolałabym, żeby tak pozostało.
Heloiza nie do końca pojmowała powody, dla których przyjaciółka upierała się, by kryć Lucjusza Malfoya. Mogła jednak zrozumieć jej obawy — od tego tematu blisko było do innych, bardziej niewygodnych.
— Żałuję, że w ogóle się do nich zgłaszałam — przyznała Auriga cicho. — Aurorzy z pewnością poradziliby sobie bez mojej pomocy. To wszystko jest takie męczące, a ja... Zawsze mam później wyrzuty sumienia, że zdradzam coś, co zostało mi powiedziane w tajemnicy. Cały czas mam wrażenie, że nadużywam jego zaufania.
Liza pokręciła głową, przewracając oczami.
— To głupie, wiem — zgodziła się Sinistra ze śmiechem. — Ale nic na to nie poradzę. Zresztą, mniejsza już o mnie — zmieniła temat. — Słyszałaś o absolwentach?
— Yhym. Minerwa szaleje i staje na głowie, żeby jakoś to wszystko zorganizować, a Hagrid cieszy się jak dziecko, bo Harry Potter zapowiedział, że zostanie w Hogsmeade na cały weekend i już w piątek przyjdzie go odwiedzić. Przypuszczam, że srodze się rozczaruje, bo Pottera przyciąga tu tylko panna Weasley.
Auriga uśmiechnęła się.
— Zdaje się, że akurat w piątek Hagrid będzie miał inne zajęcia.
— Gustaw ci powiedział?
— O tym, co razem planujecie? Owszem. Zastanawiałam się tylko, skąd taka zmiana. Jeszcze kilka dni temu byłaś raczej sceptycznie nastawiona do jego metod nauczycielskich.
Vector przewróciła oczami.
—Byłam. Ale trzeba przyznać, że najwyraźniej działają.
xxx
— Wyglądali okropnie! — opowiadała zdenerwowana Auriga. — Justyna przelewitowaliśmy do skrzydła szpitalnego, ale Prawie Bezgłowego Nicka nie dało się ruszyć, więc Minerwa wymyśliła tę sztuczkę z wiatrakiem... Na Merlina, co mogło tak urządzić ducha?! ...O, dziękuję, Sev... — Sinistra odebrała od Snape'a filiżankę z herbatą i uśmiechnęła się do niego blado.
Mężczyzna przysiadł na brzegu fotela i zaczął przeglądać notatki, które mu przyniosła. Były one wygodnym pretekstem do wizyty i dlatego Auriga zazwyczaj wolała poczekać, aż Severus sam się do niej po nie pofatyguje na Wieżę Astronomiczną. Ona nie odczuwała konieczności wymyślania powodów, dla których mogłaby odwiedzić go w lochach i po prostu robiła to, gdy miała ochotę. Właściwie te nocne spotkania stały się już czymś tak oczywistym i naturalnym, że niekiedy po zajęciach bez zastanowienia kierowała się do podziemi, zamiast do swoich komnat. Wypijała z Severusem herbatę, rozmawiali, czasem sprzeczali się o coś, a potem, po godzinie czy dwóch, wracali do własnych spraw. W ciągu dnia spotykali się rzadko, tyle co na posiłkach czy popołudniami w pokoju nauczycielskim, i nawet jeśli któreś z nich potrzebowało pogadać, jak dziś Sinistra, czekało z tym do nocy.
W gruncie rzeczy to był dość pokręcony układ i pozostali nauczyciele nieco mu się dziwili, ale zarówno Sinistra, jak i Snape zdawali się tego nie dostrzegać.
— Jeszcze tylko kilka miesięcy. — Severus uniósł głowę i spojrzał na Aurigę spokojnie. — Kiedy dojrzeją mandragory, będę mógł przygotować odpowiedni eliksir.
— Kilka miesięcy! To przecież mnóstwo czasu!
Wzruszył ramionami.
— Nic na to nie poradzę.
— Mam nadzieję, że przynajmniej złapiemy tego, kto za tym stoi, zanim dojdzie do prawdziwego nieszczęścia — westchnęła kobieta, z namysłem gładząc brzeg filiżanki. — Sev... domyślasz się może... Masz jakieś podejrzenia?
Snape zmarszczył pytająco brwi.
— A ty?
— Nie. Nie mogę sobie wyobrazić, by ktokolwiek ze szkoły mógł dopuścić się czegoś takiego...
Severus bez słowa wrócił do notatek, wyraźnie nie mając zamiaru ciągnąć tej dyskusji. Nic dziwnego — kwestię tego, kto może stać za ostatnimi wypadkami, poruszano już miliony razy, za każdym nie dochodząc do żadnych nowych wniosków, więc Snape nie widział sensu w wałkowaniu tego po raz kolejny.
Auriga odpuściła i napiła się herbaty.
— Wyjeżdżasz na święta, Sev? — zapytała, zmieniając temat.
— Nie. Ktoś musi zostać w zamku, nawet jeśli nie będzie kogo pilnować.
— Sądzisz, że wszyscy uczniowie wyjadą?
— Z pewnością większość — sarknął mężczyzna. — Nawet nauczyciele wolą wyjechać, skoro jest okazja.
— Wiesz, sądzę, że bardziej kieruje nimi chęć spędzenia tego czasu z bliskimi niż obawa przed potworem Slytherina — zauważyła Sinistra niewinnym tonem.
Snape zerknął na nią kpiąco.
— Jesteś pewna? Trelawney również poprosiła o urlop.
Rozbawiona Auriga przygryzła lekko wargę i skinęła głową, przyznając mu rację.
— Ty też wyjeżdżasz— powiedział. To było bardziej stwierdzenie niż pytanie.
— Spęd rodzinny — wyjaśniła. — Przyjadą dziadkowie i mój brat, Altair, razem z Natalie i Timem. Mama uparła się, żebym wzięła w tym udział. — Auriga przewróciła oczami. — Szczerze mówiąc, chyba wolałabym zostać tutaj, Sev. Naprawdę kocham ich wszystkich, ale nie jestem pewna, czy chcę spędzić święta na wysłuchiwaniu, że marnuję się w tej szkole i jak tak dalej pójdzie, to na zawsze zostanę starą panną, bo przecież Al jest młodszy ode mnie, a już założył rodzinę i tak dalej...
— Doprawdy przerażające — skomentował Snape, nie podnosząc oczu znad lektury.
Auriga parsknęła śmiechem.
— Cóż, nie aż tak jak to, że Lockhart zostaje w szkole — przyznała. — Słyszałam, jak informował o tym Minerwę. Powiedział, że obawia się, że podczas jego nieobecności potwór mógłby poczuć się zbyt bezkarnie i ponownie zaatakować. Tak jakby wcześniej jakoś go to powstrzymywało... A właśnie — przypomniała sobie. — Doszły mnie słuchy, że ostatnio Gilderoy krytykował także i moją pracę.
Severus wzruszył ramionami.
— Twierdził, że mylnie zinterpretowałem położenie planet i powinienem poczekać jeszcze kilka dni, żeby Szkiele Wzro, którego zapas musiałem przez niego uzupełnić, działało prawidłowo. Tupet tego człowieka nie ma granic. — Skrzywił się z odrazą.
— Podobno powiedziałeś mu, że jestem o wiele bardziej rzetelnym i godnym zaufania źródłem informacji z dziedziny astronomii niż on — zauważyła Auriga. — Zdaje się, że nieco zaskoczyłeś tym Poppy.
— Jak widać na tyle, by natychmiast ci o tym powiedziała — sarknął, wreszcie podnosząc na nią wzrok.
— Powiedziała Pomonie — sprostowała kobieta pogodnie. — Pomona z kolei powiedziała Rolandzie, a ona mnie, choć nie zdziwiłabym się, gdyby wcześniej usłyszała o tym jeszcze z połowa kadry.
— Można by odnieść wrażenie, że w tej szkole nie ma ciekawszych tematów do plotek.
— Tak czy inaczej, to było miłe, dziękuję.
Snape przewrócił oczami.
— Nie pochlebiaj sobie, Sinistra. Stwierdzenie, że nawet ty jesteś inteligentniejsza od Lockharta nie było komplementem. To tak, jakbym przyrównał cię do gumochłona.
xxx
W piątkowy wieczór na środku dziedzińca zapłonął wielki stos gałęzi i liści. W ciemne już niebo wzbijały się kłęby dymu, strzelały iskry.
— Patrzcie, salamandra! — zawołał jakiś podekscytowany pierwszoroczny, próbując zwabić stworzonko kawałkiem upieczonej kiełbaski. Gustaw przytrzymał go za bluzę, żeby nie wpadł nosem w płomienie.
— Daj spokój, zwykła, niemagiczna — prychnął jakiś Puchon.
— Wcale nie — zaprotestował rozmarzony głos.
Gustaw spojrzał na szczupłą dziewczynę o włosach w kolorze księżycowego blondu. Luna Lovegood — przypomniał sobie bez trudu. Krukonka była osobą dość specyficzną, żeby nie powiedzieć jak jej rówieśnicy: stukniętą. Wydawała się miła i całkiem inteligentna, ale na ogół przebywała we własnym świecie, niedostępnym dla nikogo prócz niej, zamieszkiwanym przez jakieś cudowne stworzenia, wyglądające na wytwory jej bujnej wyobraźni. Gustaw nie miał co prawda wielkiej wiedzy o magicznej florze i faunie, ale po minach jej kolegów, kiedy opowiadała o gnębiwtryskach i glęgatkach domyślał się, że nie tylko on nigdy o nich nie słyszał. Co nie znaczyło, że nie istniały, rzecz jasna. Kto jak kto, ale on, żyjąc na pograniczu świata magicznego i mugolskiego, miał pewność co do jednego: jeżeli ktoś twierdzi, że smoki nie istnieją, bo nigdy żadnego nie widział, nie oznacza to wcale, że jest tak naprawdę, a raczej że zwyczajnie nie umie patrzeć.
— One mają wielką moc — kontynuowała Luna z zapałem — rodzą się i żyją w ogniu, a ich ogony...
Puchon spojrzał na nią ze zdumieniem i popukał się w czoło.
— Jakby to był popiełek...! — westchnął, a czarno-żółta jaszczurka przemknęła między uczniami i schroniła się w ciemnościach. Dziewczyna uśmiechnęła się lekko, odprowadzając ją wzrokiem.
— Luna ma rację, to bardzo mądre i pożyteczne zwierzaki — powiedział Gustaw poważnie. — I ich... hm... części są bardzo przydatne w eliksirach, o ile pamiętam.
Chłopak mruknął pod nosem coś, co brzmiało jak „a skąd niby pan może to wiedzieć?"
— Moja babcia wrzucała ich ogony do maści na oparzenia — dodał Zieleziński, ignorując tę niezbyt miłą uwagę.
— Pańska babcia była czarownicą? — zdziwiła się jedna z pierwszorocznych uczennic.
— Jak wszystkie kobiety w mojej rodzinie — odparł spokojnie.
— Więc dlaczego pan nie...
Od odpowiedzi na to wybitnie niewygodne pytanie uratowało Gustawa przybycie zdyszanego Logana Cartwrighta.
— Profesorze... Profesor Vector uprzejmie prosi, żeby pan zechciał zjawić się w zamku. Wszyscy już czekamy.
Uprzejmie prosi... Zieleziński uśmiechnął się, wstając.
— Co państwo knują, profesorze? — zaciekawiła się Luna.
— Za chwilę zobaczycie, ale teraz muszę was przeprosić. Uważajcie na salamandry — rzucił i raźnym krokiem ruszył do zamku.
Liza czekała na niego w sali wejściowej, ze zniecierpliwieniem wystukując obcasem rytm na kamiennej posadzce.
— No, jest pan wreszcie. Oni zaraz pomdleją z przerażenia! — poinformowała go cierpkim tonem.
— A pani? — zainteresował się Gustaw.
— Ja się mam świetnie — odparła sucho. — Bogin zapewne również, uprzedzając pańskie kolejne głupie pytanie.
Zieleziński potoczył wzrokiem po podenerwowanych uczniach, którzy stali zbici w niewielkie grupki i gadali jak najęci. Niektórzy ćwiczyli jeszcze ruchy nadgarstka, o mało nie wydłubując kolegom oczu różdżkami.
— Profesor Powell nie przyjdzie? — zapytała jedna z dziewczynek.
— Nie sądzę, Betty — odpowiedział Gustaw. — Profesor Vector będzie was pilnować.
— Raczej pana — mruknął buntowniczo jakiś chłopak. — My się umiemy obronić przed boginem.
— Takie podejście mi się podoba! — roześmiał się Zieleziński. — No, to jak? Wychodzimy?
x
— Co tu się właściwie dzieje, Ginny? — szepnął Harry.
Wokół nich tłoczyli się ludzie, ale chyba po raz pierwszy od bardzo dawna wszyscy skupieni byli na czymś innym, a nie na nim.
— Nie mam pojęcia — odpowiedziała dziewczyna. — Profesor Gustaw coś wymyślił. Mówił o jakimś wydarzeniu czy czymś... To chyba ma związek z mugolską sztuką.
— Happening — domyśliła się Hermiona. — Ciekawe...
Nie dokończyła, bo drzwi wejściowe otwarły się i na dziedziniec wysypało się stadko dzieci, prowadzone przez profesor Vector i profesora Gustawa. Ta pierwsza lewitowała przed sobą ogromny, drgający lekko kufer. Ktoś ściszył muzykę. Uczniowie rozstąpili się, przepuszczając przybyłych bliżej ognia, a potem skupili się dookoła nich w ciasnym kręgu. Ginny pociągnęła Harry'ego na przód, by lepiej widzieć.
— Wszyscy krok do tyłu! — zarządził Gustaw głośno.
Vector ostrożnie opuściła na ziemię podskakującą gwałtownie skrzynię, po czym postawiła na niej nogę i z błyskiem w oku potoczyła wzrokiem po zebranych wokół uczniach.
— Co to? — Zewsząd posypały się pytania.
— Upiór — odpowiedziała swobodnie.
Drugoroczni zbili się w grupkę, szepcząc między sobą z podnieceniem.
— Gotowi? — zapytał Gustaw, kończąc przesuwać publiczność. W środku kręgu, w którym stali on, Vector, kufer i uczniowie było teraz o wiele więcej miejsca. Odpowiedziało mu zdeterminowane kiwanie głowami.
— Starszych uczniów prosimy o nie pomaganie — dodał nauczyciel. — Później będziecie mieli okazję sami spróbować. No to zaczynamy! Crispin?
Crispin Hicks odważnie wysunął się na przód, szczerząc się szeroko. Liza odsunęła się od kufra i machnęła w jego kierunku różdżką. Srebrzyste iskry trafiły w zamek, wieko uniosło się i ze środka wyskoczyło wielkie, szare stworzenie o skołtunionej, pozlepianej krwią sierści i lśniących wąskich oczach.
Tłum wrzasnął, kilkoro uczniów z pierwszych rzędów cofnęło się gwałtownie, wpadając na swoich kolegów. Harry rzucił się do przodu, odruchowo sięgając do kieszeni po różdżkę, ale ręce Ginny, owijające się wokół jego pasa, skutecznie zatrzymały go w miejscu.
— Puść! To wilkołak! Czy on zwariował...?
Chłopiec spokojnie spojrzał bestii w oczy i uniósł różdżkę.
— To bogin, Harry — mruknęła Ginny.
— Riddiculus! — ryknął Crispin, a Harry znieruchomiał i spojrzał na dziewczynę zdumiony.
TRZASK! Sierść wilkołaka zwinęła się w miękkie loki, ufryzowane fantazyjnie jak u wystawowego pudla. Całość wieńczyła upięta na czubku głowy różowa kokardka. Uczniowie parsknęli śmiechem.
— Doskonale! — pochwalił go Gustaw. — Tiffany?
Naprzód wybiegła drobna dziewczynka z dwoma ciemnymi kucykami. Wilkołak skoczył ku niej, w locie zmieniając się w grubego i długiego na kilkanaście stóp węża.
— Tak, to Nagini — poinformowała Ginny swojego chłopaka, dla którego fakt, że nie musi nikogo ratować, był najwyraźniej mocno szokujący.
— Riddiculus! — wrzasnęła Tiffany cienkim głosikiem. Wąż zwinął się jak serpentyna, a jego rozwarta zębata paszcza zacisnęła się na koniuszku ogona.
— Świetnie! Louise!
TRZASK! W miejscu węża zjawiły się nietoperze. TRZASK! Zombie. TRZASK! Mumia. TRZASK!
— Jak u Remusa, co, Harry? — wykrzyknął Ron, chowając się za Hermioną, kiedy wielki pająk, wyczarowany przez jedną ze Ślizgonek, zrobił kilka chwiejnych kroków w jego stronę. Dokładnie, odpowiedziała w myślach Ginny. Skojarzenie z profesorem Lupinem samo nasuwało się na myśl i powodowało dławiący uścisk w gardle.
TRZASK! Bogin, wyraźnie zdezorientowany, potoczył błędnym wzrokiem po uczniach i zamienił się w otwartą trumnę, wyłożoną czarnym aksamitem. Stojąca przed nim Puchonka pisnęła cicho.
— Dalej, Mandy! — zachęcił ją Gustaw, zbliżając się, jakby w razie potrzeby chciał jej pomóc.
— Ri-riddiculus!
— Brawo! Kto następny? Finn?
— Po co robi z tego takie przedstawienie? — zastanawiał się na głos Harry.
— Nie rozumiesz? — spytała Ginny, ale pokręciła głową, dając znak Hermionie, by nie wyjaśniała. — Patrz.
Kolejny uczeń był wysoki jak na swój wiek i bardzo chudy. Przez policzek ciągnęła mu się wąska blizna, błyszcząca w odblasku ognia.
Bogin nie wahał się ani sekundy.
— To Carrow! — oznajmił Ron.
W tłumie przetoczył się szum. Drugoroczni cofnęli się lekko, a Finn zachwiał się na nogach i bezwiednie podniósł rękę do policzka. Amycus uśmiechnął się paskudnie, błyskając zębami i zrobił krok w stronę Gryfona, uderzając w otwartą dłoń różdżką.
— Dasz radę, chłopcze! — zawołała Vector, ściskając dłoń na różdżce, aż zbielały jej palce.
— Rid... Ridi... Riddiculus! — zawył Finn, zaciskając powieki.
Śmierciożerca potknął się i runął jak długi na ziemię, ogłuszony salwą śmiechu. Finn otworzył oczy i potoczył błędnym wzrokiem dookoła.
— Udało mi się?
— I to jak! — zapewnił Gustaw, pociągając go do tyłu za szatę.
Przed boginem stanął Gareth Hartley. TRZASK! Dla odmiany była to Alecto.
— Riddiculus! — powiedział chłopiec stanowczo.
Pod zaskoczoną śmierciożerczynią nagle pojawił się dziecinny rowerek. Alecto zamachała gwałtownie rękami, krzycząc z panicznego strachu, co tylko spowodowało, że trójkołowiec z głośnym dzwonieniem zaczął jechać prosto w śmiejący się tłum. Uczniowie odsunęli się, robiąc mu miejsce.
— Kto dalej? — zapytał Gustaw. — To jedyna taka okazja! Proszę, proszę, pojedynczo!
Pierwszy wystąpił przed tłum Jack Sloper, po nim, coraz bardziej ośmieleni, zgłaszali się inni uczniowie. Przez kolejnych kilka minut zdezorientowany bogin bezskutecznie usiłował ich przestraszyć przy wtórze głośnych śmiechów i okrzyków.
— Świetnie, panie Ackerley! — dopingował ich Gustaw. — Strach ma wielkie oczy, ale łatwo go pokonać!... Och, to musiało go zaboleć, Romildo... Brawo, Bradley!...
Bogin, który zamienił się w chmarę czarnych ptaków i zaczął krążyć nad Krukonem, został gwałtownie zdmuchnięty niewidzialnym wiatrem prosto na Sinistrę. Kobieta nie zamierzała jednak czekać, aż przekształci się w coś innego i natychmiast odesłała go zaklęciem na drugą stronę kręgu.
— No, moi drodzy, wykończmy go! — zawołał nauczyciel. — Profesor Vector, czy zechce pani...?
Nauczycielka nie wyglądała na zachwyconą tą propozycją, ale skołowany bogin zwrócił się w jej stronę i ostatkiem sił przybrał postać szczupłego nastolatka. Chłopak rozmywał się lekko w konturach, jakby upiór był zbyt zmęczony, by przemienić się do końca, jednak gdy uniósł głowę, w jego nieostrej twarzy wyraźnie dało się dostrzec puste, martwe oczy.
Vector odetchnęła głęboko i powiedziała mocnym, nie znoszącym sprzeciwu tonem:
— Riddiculus.
Trzasnęło i upiór znikł w kłębach szarego dymu.
— Doskonale! — wykrzyknął rozentuzjazmowany Gustaw. — Po pięć punktów dla każdego, kto walczył z boginem! Dla moich dzielnych drugorocznych po dziesięć! Dziękuję wam wszystkim!
W hałasie i rozgardiaszu uczniowie zaczęli wracać do ognia i kiełbasek. Znów popłynęła muzyka. Harry, Ginny, Hermiona i Ron odeszli na bok i zajęli ławeczkę w cieniu zamku, z dala od ciekawskich spojrzeń.
— Jest niesamowity! — śmiała się Hermiona, wachlując się dłonią.
— Wygląda na to, że w końcu jest tu jakiś porządny nauczyciel obrony — stwierdził Harry.
— Jakiej obrony? — prychnęła Ginny. — Gustaw uczy mugoloznawstwa.
Oczy chłopaków rozszerzyły się ze zdumienia.
— To ten charłak? — zapytał niedowierzająco Ron, a Hermiona z uznaniem pokiwała głową.
— Profesor Powell umywała ręce od całej zabawy — powiedziała Weasleyówna. — Jeśli się uda, będzie próbowała zbierać laury, ale nie sądzę, żeby ktoś dał się nabrać... Gustaw wszystko zorganizował, kilkoro nauczycieli mu pomagało, bo sam bez magii raczej wiele by nie zdziałał, ale fakt faktem, że to jego zasługa.
— Ale ja nadal nie rozumiem — poskarżył się Ron. — Po co cała ta szopka?
— Przecież te dzieci nie znały takiego Hogwartu! — powiedziała Hermiona, zadowolona, że w końcu może coś wytłumaczyć, zamiast słuchać wyjaśnień. — Kiedy tu przyszły, rządzili Carrowowie, trwała wojna, za jedno niewłaściwe słowo można było oberwać Niewybaczalnym...
Harry drgnął niespokojnie. Ginny krzepiąco uścisnęła jego dłoń.
— Ale teraz wszystko znów jest w porządku — ucięła przykry temat. — Chodźmy potańczyć, co?
xxx
W drzwiach pokoju nauczycielskiego Remus minął wyraźnie wściekłego Severusa. W odpowiedzi na uprzejme „dzień dobry" Mistrz Eliksirów odburknął coś, co równie dobrze mogło być powitaniem, jak i wymyślnym przekleństwem, a potem wyszedł szybko, złowieszczo łopocząc peleryną.
Stojąca przy oknie Auriga obserwowała całą scenę, nieprzyzwoicie wręcz rozweselona.
— Już się dowiedział? — zapytał Lupin z rezygnacją, podchodząc do niej.
— Cała szkoła wie — odparła spokojnie.
— Jak to możliwe, że jeszcze żyję?
— Dyrektor stanowczo zabronił Severusowi krzywdzić cię w jakikolwiek sposób.
— Więc mam szczęście — stwierdził mężczyzna ponuro. — Myślisz, że gdybym go przeprosił, coś by to dało?
Sinistra uśmiechnęła się ironicznie.
— Lepiej się do niego nie odzywaj — poradziła.
Remus skrzywił się.
— Posłuchaj — powiedział z lekkim wahaniem — jest mi naprawdę przykro, Aurigo. Nie było moim zamiarem drwienie z Severusa ani ośmieszanie go przed uczniami, ale co mogłem zrobić? Nie przypuszczałem, że bogin Neville'a zamieni się akurat w niego...
— Aha.
— Nie wierzysz mi, prawda?
Kobieta spojrzała na niego z politowaniem.
— Nie bardzo — odparła. — W końcu to nie Neville ubrał Severusa w strój swojej babci, mam rację?
— Cóż, tak — przyznał mężczyzna niechętnie. — To był głupi pomysł, tym bardziej, że Severus ostatnio ogromnie mi pomógł... — dodał jeszcze, ale Auriga mu przerwała.
— Naprawdę miał na sobie suknię z burgundowego aksamitu i futro?
Remus niepewnie skinął głową, rozdarty pomiędzy zawstydzeniem i skruchą, a cokolwiek nieodpowiednim uczuciem wesołości na samo wspomnienie bogina.
— I kapelusz z wypchanym sępem?! — dopytywała się czarownica ze zgrozą.
— Tak.
Sinistra zmrużyła oczy, wizualizując sobie całą scenę ze wszystkimi szczegółami.
— To musiało być niesamowite! — wykrzyknęła w końcu. — Nie zrobiłeś może zdjęcia? ...Coś nie tak? — Spojrzała pytająco na Remusa, który wydawał się bardzo zaskoczony jej reakcją.
— Nic, tylko... sądziłem, że to cię raczej nie rozbawi.
— Och, proszę cię! — prychnęła. — Nie powinno, wiem, ale nie sądzisz, że Severus sobie zasłużył? Przecież ten chłopiec zwyczajnie się go boi! Jak to o nim świadczy jako o nauczycielu? — W jej głosie zabrzmiała ostra nuta.
Uspokojony Remus skinął głową.
— Cieszę się, że mimo wszystko tak to widzisz — powiedział.
— Mimo co? — zdziwiła się.
— Lubisz go. Nawet bardzo, jeśli mogę zauważyć.
— Owszem, przyjaźnimy się, ale to przecież nie znaczy, że jestem ślepa na jego zachowanie.
— Bywa, że uczucia zaślepiają — stwierdził enigmatycznie. — Mniejsza o to. Napijesz się kawy? — zmienił temat. — Za dziesięć minut mam zajęcia, ale...
— Chwila, Remusie — przerwała mu Sinistra, wciąż nie rozumiejąc. — Jakie uczucia? O czym ty mówisz?
Mężczyzna wzruszył ramionami.
— Wybacz, nie powinienem się odzywać. Szanuję to, że nie chcecie się z tym afiszować.
— Z czym? — zapytała skonsternowana Auriga. — Zaraz, ty chyba nie myślisz, że ja... i Sev... No doprawdy! — Roześmiała się serdecznie. — Kto ci naopowiadał takich głupot?
Lupin wyglądał na zmieszanego.
— Cóż, wszyscy o tym mówią, nie wspominając już o tych absurdalnych zakładach...
Auriga nie potrafiła nawet rozzłościć się na swych współpracowników. Powód był zbyt nonsensowny.
— Powariowaliście? — spytała z politowaniem. — My się tylko przyjaźnimy! Zresztą ja... szczerze powiedziawszy, spotykam się z kimś innym... I skąd w ogóle ten pomysł? — Ledwie to powiedziała, uświadomiła sobie, że zna odpowiedź. — Czekaj, założę się, że stoi za tym Rolanda! — stwierdziła, a potem przyszło jej na myśl coś jeszcze. — Na Merlina! — wystraszyła się. — Czy Severus już o tym słyszał?
xxx
— Myśli pani, że to zadziała?
Gustaw rozsiadł się na ziemi obok Aurigi i zapatrzył w płonące jasno ognisko.
— Cóż, przynajmniej będą wiedzieli, że nic im tu z naszej strony nie grozi.
— No, gdybyśmy zamierzali kontynuować politykę Carrowów, chyba nie pozwolilibyśmy im palić ich podobizn, nie? — zauważył, machając ręką w kierunku grupki drugorocznych, którzy nieśli w stronę ognia dwie paskudne kukły zrobione ze starych szmat i siana. — Wie pani — powiedział z namysłem — w Polsce jest taki zwyczaj, że pierwszego dnia wiosny pali się kukłę, Marzannę, żeby odegnać zimę i nieszczęścia. My mamy tak samo, tylko pozbywamy się Carrowów, żeby przywrócić poprzedni Hogwart, normalny i bezpieczny. Trafna metafora, nie sądzi pani?
Auriga przytaknęła z uśmiechem.
Jakiś drugoroczny wygłaszał właśnie płomienną przemowę o końcu reżimu i nowym początku, a tłum dookoła niego skandował niezrozumiałe hasła. Wreszcie jedna z kukieł — zapewne Alecto, sądząc po fryzurze a la mop na głowie — wylądowała w ogniu, a po chwili jej los podzieliła druga, obie żegnane gromkimi brawami i radosnymi wrzaskami. Kilkoro uczniów zaczęło skakać dookoła ognia niczym uczestnicy jakiegoś pogańskiego obrzędu.
Huknęła muzyka.
Były tam dudniące bębny, zawodzące rzewliwie skrzypce, radosne flety i jeszcze coś — szaleńcza, bezwstydna radość. Życie, wolność i młodość w dawce tak wielkiej, że na sercu zaraz robiło się lżej, kąciki ust same się unosiły, a nogi podrywały się, jeśli nie do tańca, to przynajmniej do rytmicznego przytupywania. Ci, którym ta forma wyrażenia się nie wystarczała, mogli przyłączyć się do pląsających wokół ogniska postaci, przypominających szamanów wykonujących prawieczny magiczny rytuał. Ziemia drżała. Płonął ogień. Wirowały spódnice, furkotały szaty i wydawało się, że i one zaraz zapłoną, ale na razie tylko przewijały się na tle ognia, rozmywając w rozmigotane plamy.
Gustaw śmiał się, klaskając do rytmu. Auriga też się śmiała, czując jak ogrania ją ochota, by samej wstać i zatańczyć, nie myśleć o niczym, tylko wirować i wirować, aż świat się całkiem rozmyje, ucieknie, pozostaną tylko kolory i dźwięki, ruch i radość... Tak dziwnie nieprzyzwoite w tym czasie i okolicznościach.
— Ona tak zawsze? — zapytał Gustaw, pochylając się, by Sinistra go usłyszała.
Wyciągnięte na środek przez jakichś uczniów, Hailey i Liza tańczyły razem z nimi. I o ile w przypadku młodej i trzpiotowatej profesor Simms nie było w tym nic niezwykłego, to Vector wzbudzała jednak pewne zaskoczenie, głównie wśród osób, które jej nie znały. Auriga nie odczuwała zdziwienia — raczej zazdrość o tę cudowną swobodę przyjaciółki i zdolność do nieprzejmowania się. Liza ruszała się zwinnie, prędko okręcając w takt muzyki, ani na chwilę nie gubiąc rytmu, uśmiechając się do siebie i do uczniów. Długa, ciemnoczerwona spódnica plątała jej się wokół kostek, zbierając odblaski ognia, a włosy niemal zupełnie wysypały się z ciasnego upięcia...
Gustaw patrzył na nią zafascynowany.
— Zawsze — potwierdziła Auriga.
— A co z dystansem? Niespoufalaniem się? Tym całym „pamiętaj-że-jesteś-nauczycielem"?
— Rozmawiał pan z Minerwą? Cóż, może właśnie to sprawia, że oni ją szanują?
— Brak hamulców? — zdziwił się.
— Szczerość!
Hailey wystąpiła z korowodu i wepchnęła do niego kilka rozchichotanych uczennic i panią Hooch, a potem wyciągnęła rękę w stronę Gustawa. Mężczyzna pokręcił głową z niezdecydowaniem.
— Niech pan idzie, jeśli pan chce — powiedziała Sinistra.
— Co?
— Proszę się bawić, przecież pan może.
— A pani?
— Wolę popatrzeć.
Gustaw wahał się jeszcze przez moment, ale kiedy Hailey podbiegła do niego, bez większych oporów ruszył za nią. Auriga, która odsunęła się przezornie, z przyjemnością obserwowała roztańczone postaci na tle ogniska. Muzyka grała coraz szybciej, ogień płonął jasno, sypiąc w niebo iskrami. I choć ta zabawa nijak nie rozwiązywała piętrzących się przed Hogwartem problemów, to w tej konkretnej chwili nic poza nią zdawało się nie liczyć.
x
— Przykro mi. — Cordice z trzaskiem zamknął aktówkę i sięgnął po wiszący na wieszaku kapelusz.
Malfoy w milczeniu poprowadził go do drzwi i razem wyszli do ciemnego ogrodu. Tam wyciągnął różdżkę i wymruczał kilka zaklęć ochronnych do wtóru skrzeku pawi, zagonionych do zagrody przez skrzata.
— Nie może pan zrobić nic więcej? — zapytał, siląc się na uprzejmy ton, choć po prawdzie był już dość zniecierpliwiony brakiem rezultatów. — To już prawie pół roku.
— Staram się jak mogę, sir.
— Czy za mało panu płacę?
— Przypuszczam, że to nie kwestia pieniędzy — odparł Cordice z namysłem. — Tak, równie mocno starałbym się za darmo. Musi pan wiedzieć, że mnie zależy na powodzeniu tak samo jak panu.
— Doprawdy? — Lucjusz skrzywił się wyniośle, ale nie zamierzał pytać o powody kierujące mężczyzną. — Nie chcę być niegrzeczny, ale nie widać tego — dodał tylko zjadliwie.
Cordice zapatrzył się na księżyc i przez chwilę Malfoy miał irytujące wrażenie, że jest zwyczajnie ignorowany. W końcu jego towarzysz znów się odezwał. Tym razem w jego głosie pobrzmiewało coś na kształt źle tłumionego podekscytowania.
— Być może mam jeszcze jeden pomysł...
— Jaki? — zapytał natychmiast Lucjusz.
— Wolałbym nie zdradzać szczegółów, dopóki ich nie dopracuję, ale...
— Tak? — ponaglił go.
— To dość ryzykowne i niewykluczone, że tylko pogorszę sytuację...
— Gorzej już chyba być nie może. Niech pan spróbuje!
Cordice pokiwał uspokajająco głową.
— Cierpliwości. Nie ufa mi pan?
Lucjusz spojrzał na niego ostro.
— Nie, do diabła, nie ufam — warknął. — Ale dobrze pan wie, że w tej sprawie daję panu wolną rękę.
— Więc proszę czekać. Zjawię się... niebawem, jak sądzę.
— Kiedy?
— Napiszę. Na razie wie pan, co ma robić.
Malfoy przytaknął. Wiedział, niestety.
Znaleźli się przy bramie, więc uniósł różdżkę i dotknął nią prętów, które natychmiast rozwiały się jak dym. W oddali znów podniósł się wrzask pawi i Lucjusz nie po raz pierwszy pomyślał o wyduszeniu ich wszystkich dla świętego spokoju i ciszy. Białe pawie, też coś! Ale Narcyza je uwielbiała i prędzej pozbyłaby się z domu jego niż ich...
— Jak się miewa pański syn? — zapytał nieoczekiwanie Cordice, zatrzymując się jeszcze za bramą. Malfoyowi przemknęło przez myśl, by zwyczajnie przywołać na powrót barierę, która odgradzała posiadłość od reszty świata, i odejść, ale uznał, że to nie byłoby dobrym posunięciem. W końcu Cordice również mógł stać się cennym sojusznikiem, gdyby wszystko inne zawiodło. I z pewnością wiedział zbyt wiele, by robić sobie z niego wroga.
— W porządku — odpowiedział zatem. — Jest u przyjaciół.
— U przyjaciół? — powtórzył mężczyzna, unosząc brwi. — Sądziłem, że w Hogwarcie.
— Draco skończył Hogwart w zeszłym roku — przypomniał Malfoy zimno.
— Tak, wiem. Po prostu pomyślałem, że może skorzysta z tych dodatkowych zajęć dla absolwentów bez owutemów. Krążą plotki, że pańskie pieniądze nie wystarczyły, by dostał się na studia.
— Draco nie startował na studia — sprostował. — A teraz powinien pan już iść. Żegnam.
Cordice skinął głową i zniknął w półmroku, a Lucjusz szarpnął peleryną i szybkim krokiem ruszył w stronę domu.
x
— Kaaawy — zawył Gustaw nazajutrz, wchodząc do pokoju nauczycielskiego i natychmiast kierując się do ekspresu, wyciągając przed siebie ręce niczym zombie.
Auriga, która właśnie nalewała sobie odżywczego napoju, oddała mu swoją filiżankę i sięgnęła po drugą. Gustaw natychmiast uniósł swoją zdobycz do ust i westchnął z ukontentowaniem.
— Dzięki, o pani — mruknął, po czym opadł na najbliższy fotel, gdzie zajął się konsumpcją. — Często urządzacie tu takie imprezy? — zapytał, kiedy zbawcza kofeina ożywiła jego umysł.
Minerwa posłała mu ostre spojrzenie znad filiżanki bawarki i porannej gazety.
— Raczej rzadko — odparła Auriga.
— I niech tak pozostanie — fuknęła dyrektorka. — To porządna szkoła.
— Daj spokój, Minnie. Było fajnie.
— Fajnie? — Brwi McGonagall uniosły się ironicznie i młodsza czarownica trochę się speszyła. — Mam nadzieję, że pamięta pan o swoich obowiązkach, profesorze — powiedziała kobieta surowo, zwracając się do Zielezińskiego.
Gustaw obdarzył ją czarującym uśmiechem.
— Oczywiście, pani dyrektor — odparł gładko. — Gdybym nie pamiętał, spałbym jeszcze. Ale chyba nie ma mi pani za złe wczorajszego przedstawienia?
W odpowiedzi Minerwa tylko ściągnęła usta i wstała.
— Zebranie zaraz się rozpocznie — poinformowała ich krótko, po czym ruszyła do wyjścia, spoglądając ostro na Aurigę.
— Już idę, Minnie. Dołączy pan do nas?
Gustaw spojrzał tęsknie na trzymany w dłoniach kubek.
— Kawę może pan zabrać ze sobą — poradziła Sinistra, podnosząc swój i podążając za dyrektorką.
W trójkę wyszli na korytarz. McGonagall natychmiast wysunęła się naprzód i szła o kilka kroków przed nimi, jakby bardzo jej się spieszyło albo zwyczajnie nie miała ochoty, by z nimi rozmawiać. Jak na gust Aurigi, nie zachowywała się zbyt rozsądnie, tym bardziej, że przecież podobno została powiadomiona o wszystkich planach i zgodziła się na nie... Dlaczego więc nie potrafiła cieszyć się ich sukcesem? Tego Sinistra nie rozumiała, mogła jedynie podejrzewać, że podobne spontaniczne imprezy to trochę zbyt wiele jak na zapracowaną głowę dość konserwatywnej czarownicy.
Gustaw popatrzył na nią pytająco, chyba nieco zaniepokojony reakcją przełożonej. Auriga tylko wzruszyła ramionami.
— Coś nie tak? — zapytał cicho.
— Dystans i nie spoufalanie się — odszepnęła. — A tak naprawdę, to chyba jest zwyczajnie zmęczona tym wszystkim.
— Och — zmartwił się.
Sinistra spojrzała na niego z łobuzerskim błyskiem w oku.
— Niech się pan tak nie przejmuje, profesorze! Proszę mi wierzyć, radziliśmy sobie z gorszymi rzeczami od człowieka, który organizuje uczniom dzikie tańce przy ognisku i palenie kukieł byłych nauczycieli. A ty, Minnie, poczekaj, mamy przecież jeszcze mnóstwo czasu!
x
Liza siedziała przy zarzuconym papierami stole i ze wszystkich sił starała się nie przysypiać. Tłumiąc ataki ziewania, popijała czarną jak smoła kawę i marzyła o papierosie. Niestety, w pobliżu było zbyt wielu uczniów, by mogła sobie na niego pozwolić. Co prawda zdecydowaną większość stanowili absolwenci szkoły, na których widok nauczycielki poddającej się nałogowi nie powinien robić wrażenia, ale Liza wolała nie ryzykować. Nie miała siły na kłótnie, a Minerwa od rana zdawała się tylko szukać okazji, by na kimś się wyładować, udzielając mu w kilku słowach ostrej reprymendy.
— Dzień dobry, panno... — Liza leniwie podniosła wzrok na stojącą przed nią uczennicę i ożywiła się nieco. — Witaj, Hermiono. Co chciałabyś w tym roku kontynuować?
Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko.
— Och... wszystko! — wykrzyknęła.
Rozbawiona Vector podsunęła jej formularz.
— Wybieraj z głową — poradziła. — Studia uzdrowicielskie to nie byle co, przypuszczam, że nie pozostawią ci zbyt wiele wolnego czasu.
Hermiona skinęła głową.
— Poradzę sobie, na razie nie jest zbyt ciężko... Poproszę jeszcze dwa, dla Rona i Harry'ego — dodała, a gdy Liza podała jej kolejne formularze, powiedziała nieco nieśmiało: — Słyszałam, że została pani opiekunką Gryffindoru w miejsce profesor McGonagall. Gratuluję, nikt nie nadaje się do tego lepiej niż pani...
— Cóż, dziękuję — odparła nauczycielka, przyjemnie zaskoczona taką pochwałą z ust swojej byłej uczennicy.
Hermiona popatrzyła na nią przenikliwie.
— Pewnie nie jest teraz łatwo — zauważyła. — Biorąc pod uwagę te wszystkie bzdury, jakie powypisywała ostatnio Skeeter...
— Radziliśmy sobie z gorszymi rzeczami — zapewniła Liza bagatelizująco.
— Dyrektor McGonagall także tak twierdzi. Ale gdybyśmy mogli jakoś pomóc...
— Wystarczy, że tu jesteście. Nie sądzisz, że ci wszyscy ludzie, którzy się dziś zjawili, jednoznacznie dowodzą o tym, że Skeeter nie ma racji?
— Tak, chyba tak.
Vector ziewnęła, zasłaniając usta dłonią.
— Wybacz, nie wyspałam się — mruknęła.
— Ach tak. Wczoraj... dobrze się pani bawiła...
„Czyżby to był wyrzut?" — zastanowiła się nauczycielka z niejakim rozbawieniem, ale zaraz przypomniała sobie, że Gryfonka sama tańczyła z Ronaldem i Harrym, wygłupiała się i śmiała za głośno.
— Owszem — potaknęła pogodnie. — A potem przez pół nocy musiałam wyganiać zabłąkanych Gryfonów z różnych zakątków zamku.
Dziewczyna zachichotała cicho.
— No, Ron wspominał, że Harry późno wrócił do Hogsmeade...
Vector uniosła brwi, a przez twarz Hermiony przebiegł wyraz lekkiej paniki.
— Widać nie wyłapałam wszystkich — stwierdziła Liza lekko. — Więc jak? — zmieniła temat. — Widzimy się w tym roku na zajęciach?
— Tak, myślę, że tak... To znaczy na pewno nie odpuszczę sobie owutemów z numerologii! — Hermiona odbiegła, by wypełnić formularze, a do stolika Lizy podeszli Minerwa, Auriga i Gustaw.
— Jak idzie? — zapytała McGonagall, przeglądając listę.
— Świetnie. Ponad połowa zeszłorocznych siódmoklasistów chce do nas wrócić.
— To cudownie! — wykrzyknął Gustaw z entuzjazmem.
— Dla mnie na pewno, bo na numerologii będę miała góra cztery osoby — odparła Liza, jednak Zieleziński nie dostrzegł albo nie chciał dostrzec przytyku. Z zaciekawieniem rozglądał się po korytarzu, obserwując swoich przyszłych uczniów.
W chwilę później wróciła do nich Hermiona razem z przyjaciółmi.
— To Hermiona Granger, Ron Weasley oraz Harry Potter — zaprezentowała ich usłużnie Heloiza.
— Gustaw Zieleziński — przedstawił się Gustaw, ściskając kolejno ich dłonie. — Z pewnością spotkamy się na mugoloznawstwie.
— Jest obowiązkowe? — jęknął Ron.
Gustaw przytaknął; jedynie Hermiona wyglądała na zadowoloną. Liza, tłumiąc wzbierający w niej śmiech, powiedziała:
— Nie marudźcie, tylko oddajcie mi formularze. Za dziesięć minut zebranie w Wielkiej Sali...
— A co ONI tutaj robią!? — przerwał jej oburzony głos Rona.
Zaskoczona Vector powiodła wzrokiem za jego spojrzeniem, by zobaczyć, kto wywołał taką reakcję, jednak nim zdążyła się odezwać, zrobiła to Minerwa.
— Proszę nie krzyczeć, panie Weasley — poprosiła sucho. — Pan Zabini i pan Goyle zapewne przyszli tu w tym samym celu, co pan.
Blaise zbliżył się do nich, obrzucając trójkę Gryfonów nieprzyjaznym spojrzeniem, i uprzejmie przywitał się z McGonagall i pozostałymi nauczycielami. Gregory Goyle bąknął ciche „bry". Cały czas trzymał się o krok za kolegą, kuląc ramiona, jakby nie chciał za bardzo rzucać się w oczy. Liza podejrzewała, że obaj Ślizgoni czują się jednakowo niepewnie, choć Zabini nadrabiał wojowniczą miną. Uśmiechnęła się do nich spokojnie i podała im formularze, tłumacząc, jak powinni je wypełnić.
— Ale... — zaczął Ron i zaraz umilkł pod wpływem surowego spojrzenie dyrektorki. — Przecież to... — spróbował jeszcze raz.
— To uczniowie tej szkoły — Minerwa dokończyła za niego twardo. — Nie będę tolerowała żadnych uprzedzeń i konfliktów, panie Weasley. Proszę to zapamiętać i powtórzyć swoim kolegom, jeśli będą mieli podobne obiekcje.
xxx
