Serdecznie dziękuję za wszystkie komentarze pod poprzednim rozdziałem, a jednocześnie przepraszam, że napisanie nowego trwało tak długo.

* oznaczony został cytat z "Insygniów Śmierci".

Za zbetowanie rozdziału jak zawsze dziękuję Panterze.


Pierwsze godziny, które nastąpiły po bitwie, były kompletnie szalone i kiedy później Auriga wracała do nich myślami, niewiele potrafiła sobie przypomnieć.

Pamiętała na przykład powtarzaną po stokroć wiadomość, że Voldemort nareszcie jest martwy, a także ludzi, którzy wśród okropnego zamieszania próbowali odnaleźć swoich bliskich — najpierw w skrzydle szpitalnym i urządzonym naprędce w jednej z pustych sal polowym szpitalu, a potem w ruinach korytarzy. Każdy, kto tylko był w stanie, razem z przybyłymi z Munga sanitariuszami uwijał się między gruzami, pomagając rannym. Tych, którym nie zdołano już pomóc, przenoszono do Wielkiej Sali.

Później Sinistra nie potrafiłaby powiedzieć, po co tam weszła — może pomagała przetransportować jedno z ciał, by dołączyć je do tych, które zostały tam już zgromadzone — ale widok ten utkwił jej w głowie, by potem wracać w sennych koszmarach. Martwi leżeli na podłodze, poukładani rzędami przy ścianach. Remus i Tonks tuż obok siebie, niemal stykając się dłońmi. Drobny Colin Creevey, pokrwawiony i samotny, bo jeszcze nikt nie powiadomił jego rodziców, mugoli, o tym, co się stało. Weasleyowie zbici w ciasną grupkę nad ciałem Freda. Dziesiątki innych zrozpaczonych rodzin.

Sama Sinistra marzyła tylko o tym, by móc się gdzieś schować i odpocząć. Mimo tego nie przerywała pracy — tyle jeszcze musieli zrobić... Nie wiedziała, jak trafiła do skrzydła szpitalnego — przypuszczała, że to jeden z uzdrowicieli, których pojawiało się coraz więcej, odesłał ją tam, widząc w jak kiepskim była stanie — pamiętała za to doskonale, że już od drzwi uderzył ją smród krwi i wymiocin, połączony z gorzką wonią eliksirów leczniczych. W głębi pomieszczenia ktoś szlochał, ktoś inny jęczał z bólu, ktoś kogoś uspokajał i pocieszał cichym, wyzutym z nadziei głosem. Auriga przez moment chciała cofnąć się i uciec, ale nawet na to nie miała już siły.

Poppy Pomfrey zjawiła się przy niej jakby znikąd, zabiegana i zatroskana.

Tu jesteś, Aurigo, czy mogłabyś... — zaczęła, ale urwała w pół zdania. — Na Merlina, czy wszystko w porządku?

Sinistra mechanicznie pokiwała głową. Miała wrażenie, że jej umysł został wytłumiony dużą ilością waty, która przeszkadzała właściwie odbierać bodźce. Adrenalina opadała i kobieta coraz bardziej odczuwała okropny ból i znużenie. Było jej też trochę słabo i nie miałaby nic przeciwko temu, żeby sobie usiąść... Właściwie nie miałaby nic przeciwko temu, by po prostu osunąć się na podłogę i pozwolić, aby inni się nią zajęli, a potem obudzić się, kiedy wszystko będzie wyglądało choć odrobinę lepiej.

Musiała wyglądać naprawdę źle i chyba nieco chwiała się na nogach, bo Poppy łagodnie, lecz stanowczo ujęła ją pod ramię.

Na Merlina, kochanie, dlaczego nie przyszłaś do mnie wcześniej? Co się stało? Och... to wygląda paskudnie... Czy to zaklęcie parzące? Z pewnością... Bardzo cię boli? Chodź, tutaj znajdziemy sobie kąt... Tylu ich jest, a mnie brakuje już miejsca! — Nie przestawała mówić, ale Auriga nie słuchała, bezmyślnie idąc za nią i ledwie zauważając, co dzieje się wokół.

Poppy zaprowadziła ją do swojego kantorka; w ciasnym pomieszczeniu nie było aż tylu ludzi, brakowało też krzątających się uzdrowicieli i wyjących z bólu pacjentów. Wsparta o drewniane biurko stała za to Minerwa, która nawet w brudnej, potarganej sukni i przekrzywionych okularach wydawała się równie opanowana i silna co zawsze. Spokojnym, stanowczym głosem rozmawiała o czymś z Kingsleyem Shackleboltem, opatrywanym przez młodą sanitariuszkę.

Była tam także Liza, cała i zdrowa, na szczęście. Na twarzy miała smugi sadzy, niemiłosiernie rozczochrane włosy ściągnęła gumką w nieporządny kok, a z ramion zsuwała jej się obszerna peleryna, którą bez powodzenia starała się zasłonić wiszącą w strzępach suknię. Ukradkiem paliła papierosa, wydmuchując dym przez otwarte okno. Na widok Poppy natychmiast go zgasiła, ale pielęgniarka i tak ofuknęła ją ze złością:

Idź truć się gdzie indziej, Lizo, skoro już musisz to robić... A ty, Aurigo, siadaj. Ściągnij bluzkę, zepnij włosy...

Sinistra posłusznie wykonywała polecenia. Poppy obejrzała ramiona i plecy Aurigi i długo mruczała jakieś zaklęcia, a potem kazała jej wypić mnóstwo eliksirów. Liza przyglądała im się ze zmartwioną miną, a kiedy Sinistra pochwyciła jej wzrok, uśmiechnęła się krzywo.

To na razie musi wystarczyć — oznajmiła w końcu Pomfrey. — Nie możesz tu zostać. Sama widzisz, że i tak już brak miejsca dla ciężej rannych, a nie wszystkich mogę odesłać do Munga. Z lżejszymi zadrapaniami powinnaś dać sobie radę. Wracaj do siebie, umyj się, prześpij, zjedz coś...

Do siebie... Sinistra poczuła nieprzyjemne dławienie w gardle. Widziała z daleka, co stało się z Wieżą Astronomiczną i wolała się nawet nie zastanawiać nad tym, w jakim stanie jest obecnie jej mieszkanie. Nie miała nawet siły, by wyjaśniać Poppy, że nie ma dokąd pójść, zresztą i tak nie chciałaby zostać w infirmerii. Zmusiła się, by uspokajająco pokiwać głową. Pomfrey odpowiedziała bladym, zmęczonym uśmiechem, po czym odeszła do innych pacjentów, a Sinistra skierowała się do drzwi. Nie miała pojęcia, co robić i czuła się tak bardzo zmęczona...

Zaczekaj, Aur — usłyszała nagle i mechanicznie odwróciła się, by popatrzeć na Lizę, która zsunęła się z kozetki, jedną ręką niezdarnie przytrzymując okrycie. — Obawiam się, że twoje komnaty nie bardzo nadają się do czegokolwiek — wyjaśniła Vector dość niedelikatnie w odpowiedzi na pytające spojrzenie przyjaciółki. — Później zobaczymy, co z nich zostało, ale na razie oczywiście zatrzymasz się u mnie.

xxx

październik

Pod koniec tygodnia nareszcie przyszedł list. Gustaw z trudem zwlókł się z kanapy, na której wpółleżał sprawdzając stos wyjątkowo barwnych esejów uczniów piątego roku o obsłudze mugolskich sprzętów kuchennych i zastanawiając się w jak absurdalnym świecie trzeba żyć, by wypisywać podobne bzdury. Przy kilku pierwszych pracach odczuwał rozbawienie, ale z każdą kolejną coraz bardziej nużyła go ignorancja jego podopiecznych.

Jednak kiedy tylko zobaczył pukającego w okno gołębia, wróciły mu siły i entuzjazm. Szybko wpuścił ptaka do pokoju i odwiązał od jego nóżki wiadomość. Podsunął mu talerzyk z okruszkami drożdżówki, a sam pospiesznie rozerwał kopertę.

W środku znalazł zdjęcie, kolorowe i ruchome, z którego machała do niego pulchna dziewczynka w starannie odprasowanej czarodziejskiej szacie z tarczą z herbem szkoły na piersi. Obok niej, pęczniejąc z dumy, stała jej matka — ładna, jasnowłosa czarownica z zadziornym błyskiem w oku i pogodnym uśmiechem, bardzo podobnym do uśmiechu Gustawa — za nią zaś, obejmując ją ramieniem, roześmiany czterdziestoparoletni mężczyzna. W tle widać było znajomy dom o bielonych ścianach, a w jego drzwiach wspartą o framugę starszą kobietę, patrzącą ciepło na krewnych. W pewnej chwili, jakby poczuła, że Gustaw się jej przygląda, uniosła głowę i spojrzała na niego z uznaniem i czułością.

Zieleziński spoglądał na fotografię jeszcze przez dłuższą chwilę i chłonął ją wzrokiem tak intensywnie, jakby chciał wyryć sobie w pamięci każdy jej szczegół. Wreszcie uśmiechnął się lekko i ostrożnie odłożył ją na bok. Sięgnął po list.

Drogi i kochany braciszku — zaczynał się. — Wybacz pytanie, ale czy Ciebie do reszty porąbało?!

x

W zeszłym roku o tej porze Gustaw bawił w Barcelonie. W chłodne poranki zwiedzał urokliwe wąskie uliczki, a później siadał na którymś z placów czy promenad i w południowym słońcu rysował budynki albo przechodniów, flirtując z co atrakcyjniejszymi turystkami. Wieczorami pracował w bistro przy La Rambli, żeby mieć za co opłacić wynajęty pokój i jedzenie. Wolne dni spędzał z przyjaciółmi, nocami odwiedzał zadymione bary, gdzie pił na ich koszt.

Potem to wszystko spowszedniało i zaczęło go nudzić, więc kiedy tylko zdołał odłożyć jakieś pieniądze — przynajmniej tyle, by wystarczyło mu na benzynę — pojechał dalej. Przez Andorę — dla kaprysu — i Francję do Włoch, gdzie spędził wiosnę i część lata.

Teraz był tutaj, w magicznym zamku gdzieś w deszczowej Brytanii, wplątany w sprawy, których wciąż nie potrafił do końca zrozumieć. Pomimo pewnego zagubienia, którego ciągle doznawał w tym miejscu — choć już nie tyle w zetknięciu z całą otaczającą go magią, co z ludźmi i ich problemami — daleki był od żałowania, że tu przybył.

Jeszcze rok temu nawet by mu do głowy nie przyszło, że mógłby zostać nauczycielem. Prędzej spodziewałby się, że znów wyląduje gdzieś na drugim końcu świata, pojedzie w miejsce, którego dotąd nie odwiedził — kilka takich jeszcze by się znalazło — albo ewentualnie wróci gdzieś, gdzie choć przez jakiś czas czuł się dobrze. Wciąż utrzymywał mnóstwo kontaktów z ludźmi z różnych zakątków świata, którzy przyjęliby go z otwartymi ramionami. Jeszcze latem jego starzy przyjaciele proponowali, by jesienią po raz kolejny wybrał się z nimi do Australii. Równolegle pojawiła się propozycja pracy w Hogwarcie, więc odmówił.

W liście, który dostał kilka dni temu, jego siostra, Klara, nie mogła się nadziwić tej decyzji. Gustawa nieco rozbawiło jej zdumienie. Cóż, przyzwyczaił rodzinę raczej do pośpiesznych telefonów typu „jutro lecę do tu-wstaw-dowolnie-egzotyczne-miejsce, odezwę się wkrótce" — ewentualnie: „właśnie jestem w Nowym Jorku/Melbourne/Oslo, szukam mieszkania i pracy, muszę kończyć, bo brakuje mi drobnych...". Listy, owszem, pisywał regularnie i chętnie relacjonował w nich swoje przeżycia, ale posyłał je mugolską pocztą i nierzadko nim trafiły do adresatów, on sam znajdował się już w zupełnie innym miejscu. Dużym zaskoczeniem musiało być dla wszystkich przybycie sowy. Jeszcze większym informacja, że Gustaw przez najbliższych kilka miesięcy będzie pracował w szkole.

Nikt nie napisał mu tego wprost, choć między wierszami dało się wyczytać pewien sceptycyzm i dystans do tego pomysłu. Tylko Klara bezlitośnie wytknęła bratu, że jego tryb życia w ostatnich latach nie bardzo licował z zawodem pedagoga, pozostali po prostu pogratulowali mu i życzyli powodzenia. Nie usiłowali zgasić jego entuzjazmu ani nie sugerowali tego, czego Gustaw najbardziej się obawiał: że w magicznej szkole nie da sobie rady, a jego pobyt w niej skończy się jeśli nie jakimś koszmarnym wypadkiem, to z pewnością ogromnym rozczarowaniem. To była jedna z tych rzeczy, za które tak kochał swoją rodzinę — nigdy nie pozwolili mu uwierzyć, że z powodu swojego charłactwa jest gorszy. Nawet jeśli uważali, że postępuje głupio i złościli się z powodu jego impulsywnych i często nieracjonalnych decyzji, nigdy nie kierowała nimi myśl, że mu się nie uda, bo jako charłak ma mniejsze szanse niż inni. Przyjazd do Hogwartu wydawał im się dziwactwem, ale tylko dlatego, że na litość, on miał być nauczycielem?

„Zdziwilibyście się jak dobrze mi idzie" — pomyślał nieskromnie, skręcając w jeden z bocznych korytarzy. Było piątkowe popołudnie i pogrążony w rozmyślaniach szedł właśnie z biblioteki na obiad do Wielkiej Sali.

Rzeczywiście radził sobie nieźle. Młodsi uczniowie, choć wciąż potrzebowali mnóstwa czasu i cierpliwości, by przyswoić sobie zupełnie proste rzeczy, czuli się w szkole coraz pewniej, do nauczyciela mugoloznawstwa zaś zdawali się żywić szczególną sympatię. Doszło do tego, że zaczęli przychodzić do niego z najróżniejszymi sprawami, niekoniecznie związanymi z jego przedmiotem. Gustaw sam nie wiedział, czy to powód do zadowolenia.

Pozostali uczniowie także nie sprawiali większych kłopotów, choć niestety wciąż zdarzały się osoby, które go lekceważyły i podkpiwały sobie z jego charłactwa. Gdyby nie był do tego przyzwyczajony, pewnie by go to przygnębiało. Tymczasem wystarczyło tylko zachować trochę dystansu do samego siebie i raz czy dwa zażartować na temat swojego problemu, by wprawić delikwentów w ogromne zakłopotanie i odjąć im chęć do drwin. Kiedy zaś któremuś z nich zdarzyło się przesadzić, Gustaw wlepiał mu szlaban i oddawał do dyspozycji pana Filcha — to było rozwiązanie idealne.

Poza tym także nauczyciele, którzy dotąd traktowali go z dystansem i podejrzliwością, zaczęli patrzeć na niego przychylniejszym okiem. Nieco martwiło go tylko to, że pani dyrektor najwyraźniej nie podzielała uczuć swoich podwładnych, ale nie otrzymał żadnego oficjalnego upomnienia, więc nie zamierzał się tym przejmować, tym bardziej, że przecież wszystko inne naprawdę układało się świetnie...

Ledwie to pomyślał, usłyszał obok siebie głośny świst i zaraz jakaś niewidzialna siła wyrwała mu z ręki wysłużoną aktówkę, unosząc ją pod sam sufit. Po sekundzie obok torby, zanosząc się rechotliwym śmiechem, zmaterializował się Irytek.

Zieleziński przeklął pod nosem swą nieuwagę. W odpowiedzi ucieszony poltergeist wywinął koziołka, a z torby, nieprzystosowanej do takich akrobacji, zaczęły wypadać drobniejsze przedmioty, które Gustaw nosił luzem w jej bocznych kieszeniach.

— Proszę, Irytku... — zaczął mężczyzna, pochylając się, by podnieść rozsypane przybory do pisania i pojedyncze kartki papieru. — Oddaj mi to, mam tam naprawdę ważne rzeczy...

Jeśli sądził, że to pomoże, bardzo się pomylił. Duch wykrzywił się okropnie i odleciał, nucąc coś radośnie pod nosem. Gustaw pobiegł za nim, klnąc cicho — w swoim ojczystym języku, na wypadek gdyby natrafił na jakiegoś ucznia. Ach, gdyby tylko miał różdżkę!

Nagle Irytek zatrzymał się gwałtownie, a mina nieco mu zrzedła, gdyż zza załomu korytarza wyszła profesor Powell. Duch kwiknął cicho — ni to z przestrachu, ni z zaskoczenia. Kobieta spojrzała na niego, a potem na nauczyciela mugoloznawstwa i na jej ustach pojawił się zupełnie, zdaniem Gustawa, nieadekwatny do sytuacji uśmieszek.

— Patrzcie, patrzcie, bogina się nie bał, ale ze zwykłym poltergeistem nie potrafi sobie dać rady — zauważyła pokpiwającym tonem. Zielezińskiego kusiło, żeby odburknąć jej coś naprawdę niemiłego, ale wtedy, dość nieoczekiwanie, czarownica wyciągnęła różdżkę i jakby od niechcenia skierowała ją w stronę starającego oddalić się chyłkiem ducha. — Oddaj to, z łaski swojej — zażądała. — Nie obchodzi mnie, że dotąd w tej szkole ignorowano twoje wygłupy; możesz być pewien, że ja na to nie pozwolę i jeśli jeszcze raz dowiem się o podobnym traktowaniu pracownika tej szkoły, to gorzko tego pożałujesz.

Iryt musiał mieć już do czynienia z jej zaklęciami, bo wystarczyło, by skinęła ostrzegawczo różdżką, a natychmiast uciekł, dematerializując się w powietrzu. Wszystkie przedmioty, które nie mogły zniknąć razem z nim, z hukiem runęły na ziemię. Gustaw jęknął głośno, widząc rozsypujące się na podłodze książki i papiery.

Jakby tego było mało, jedne z drzwi po lewej stronie korytarza otwarły się gwałtownie.

— Co się tutaj dzieje, do licha? — zabrzmiał zirytowany kobiecy głos, na dźwięk którego Gustaw nabrał nagłej ochoty, by zapaść się pod ziemię. Akurat ona, ze wszystkich osób w tym zamku! Tak, jakby nie został już dostatecznie upokorzony!

Spojrzał na Lizę, chcąc wytłumaczyć zamieszanie przed jej gabinetem, ale kobiecie wystarczył jeden rzut oka, by natychmiast zrozumiała, co się stało.

— Iryt? — zapytała gniewnie.

Panna Powell krótko skinęła głową.

— Powinien pan bardziej uważać — rzuciła cierpko do Zielezińskiego, po czym oddaliła się korytarzem, zostawiając go samego z Lizą, choć w tej konkretnej chwili mężczyzna po stokroć wolałby jej towarzystwo niż nauczycielki numerologii.

Starając się zapanować nad gniewem i zażenowaniem, pochylił się i zaczął pospiesznie zbierać z podłogi swoje rzeczy, by ponownie upchnąć je w rozdartej torbie. Vector jeszcze przez chwilę patrzyła z niechęcią za Powell, a potem przykucnęła obok niego, akurat wtedy,gdy z pełnym rezygnacji jękiem podnosił za okładkę ociekającą tuszem z połamanego długopisu książkę.

— Och — mruknęła, krzywiąc się lekko. — Przeklęty poltergeist! Już dawno powinniśmy się go pozbyć. Proszę to zostawić, pomogę panu.

— Nie ma potrzeby, poradzę sobie — zaoponował natychmiast Zieleziński, usiłując zachować resztki godności i miłości własnej. Vector tylko spojrzała na niego kpiąco i wyciągnęła różdżkę.

— Na litość, niech się pan nie zachowuje jak dziecko — poprosiła. — Nie czas na to, żeby unosić się dumą. Sam pan nie wywabi tych plam, a Irma nie będzie zachwycona, jak pan jej odda książki w takim stanie.

Ostatni argument okazał się na tyle przekonujący, że Gustaw skapitulował. Wstał niechętnie, ściskając w ramionach aktówkę, a Liza machnięciem różdżki uniosła wszystkie papiery i brodą wskazała na swój gabinet. Mężczyzna posłusznie wszedł za nią.

Na ich widok siedząca na parapecie sowa uszata zaskrzeczała niecierpliwie i zatrzepotała skrzydłami. Zaskoczony Zieleziński wzdrygnął się lekko i natychmiast poczuł ogarniającą go jeszcze cięższą irytację. Liza nawet nie zwróciła na to uwagi. Uciszyła ptaka uspokajającym słowem i podeszła do biurka. Jednym ruchem zgarnęła do szuflady pióro i list, który najwyraźniej pisała, zanim wyszła na korytarz, potem odsunęła na bok kamienną popielniczkę w kształcie smoka oraz wazon pełen drobnych czerwonych róż, a następnie przelewitowała na blat rzeczy Gustawa i zajęła się ich oczyszczaniem.

Mężczyzna ponuro obserwował jej poczynania, milcząc zacięcie. Od czasu, kiedy wspólnie urządzili całe to przedstawienie dla uczniów, jego relacje z Vector uległy zdecydowanej poprawie. Dobrze mu się z nią współpracowało, a potem, kiedy razem z uczniami wygłupiali się przy ognisku, dość nieoczekiwanie odkrył, że jest także niezmiernie uroczą towarzyszką zabawy. Żałował wręcz, że po tamtym wieczorze mieli tak niewiele okazji do rozmowy, tym bardziej, że nie dało się nie zauważyć, że Liza, pozbywszy się dziwnych uprzedzeń względem niego, traktowała go o wiele przyjaźniej. Najwyraźniej jednak zyskał w jej oczach tylko po to, by przy najbliższej okazji znów koszmarnie się przed nią wygłupić...

— Nie panu jednemu Iryt daje się w kość — odezwała się nagle kobieta.

— Ale tylko ja nie potrafię sobie z nim poradzić — burknął w odpowiedzi.

— Doprawdy? — Liza spojrzała na niego, unosząc lekko brwi.

Gustaw przypomniał sobie ich pierwsze spotkanie i uśmiechnął się mimowolnie, jednocześnie odczuwając lekkie zawstydzenie z powodu swojego zachowania. Atak Irytka nie był jej winą, ona przecież tylko starała się mu pomóc, a w dodatku jeszcze próbowała podnieść go na duchu. Mogła zostawić go samemu sobie — wtedy i tak musiałby poprosić kogoś o pomoc albo narazić się pani Pince, która nawet jeśli miłosiernie nie przeklęłaby go za zniszczenie książek, to z pewnością poważnie zastanowiła przed wypożyczeniem mu kolejnych. Poza tym — na całe szczęście! — Heloiza pozostawała daleka od traktowania go jak biednego charłaka, którym trzeba się zająć, bo sam nie da sobie rady. Była zwyczajnie miła i powinien raczej jej podziękować, zamiast stroić fochy.

— Pani przynajmniej mogła się wysuszyć — zauważył nieco pogodniej.

— Co z tego, skoro i tak przez cały wieczór wyglądałam jak strach na wróble? — prychnęła.

— Pewnie i tak potraktuje to pani tylko jako grzeczność z mojej strony, ale muszę się nie zgodzić — odparł kurtuazyjnie.

Liza roześmiała się.

— Dziękuję, ale ma pan rację: nie wierzę. Wolę zresztą nie wiedzieć, co musiał pan sobie o mnie myśleć.

— Nic złego, zapewniam...

— Przy okazji: bynajmniej nie naśmiewałam się z pana, prosząc o pomoc. Mógł mi pan powiedzieć, że pan nie czaruje, to nie robiłabym z siebie idiotki — westchnęła, a Gustaw spojrzał na nią zaskoczony.

— Domyśliłem się, że pani po prostu nie wie. Fakt, powinienem to wyjaśnić, przepraszam. To raczej ja za każdym razem wychodziłem na koncertowego idiotę.

Nie zaprzeczyła.

— No cóż... — przyznała z łobuzerskim błyskiem w oku. — Ale proszę spojrzeć, już skończyłam.

Podniosła jedną z książek, czystą i suchą, i wręczyła mu ją z uśmiechem. Gustaw odwzajemnił go.

— Naprawdę bardzo dziękuję — powiedział.

— To teraz torba? — zapytała, więc podał jej swoją aktówkę. Za jednym dotknięciem różdżki rozległa dziura zasklepiła się, jakby jej tam nigdy nie było.

Liza zerknęła na zegarek.

— Powinien pan iść, obiad pewnie już się zaczął — powiedziała.

— A pani?

— Zaraz zejdę, jeszcze tylko wyślę list, póki mam tu sowę.

— Chętnie zaczekam.

Liza wzruszyła ramionami na znak, że nie ma nic przeciwko i wyciągnęła z szuflady list. Pospiesznie przebiegła go wzrokiem, dopisała coś, a potem złożyła pergamin na cztery części i schowała do koperty, którą prędko zaadresowała. Przez chwilę na jej ustach błąkał się nieświadomy, pełen zadowolenia uśmieszek. Podeszła do sowy, przymocowała list do jej nóżki, a potem otworzyła okno. Ptak wyfrunął na zewnątrz, odprowadzany jej zamyślonym spojrzeniem.

Kiedy odwróciła się do Gustawa, minę miała najzupełniej opanowaną.

— No i gotowe — stwierdziła. — Chodźmy.

xxx

Kolejne godziny przypominały Auridze nierealny sen. Liza oddała jej do użytku swój salon i wielkim parawanem oddzieliła dla Sinistry kąt, w którym postawiła transmutowane z kanapy łóżko. Pożyczyła jej także ubrania oraz inne niezbędne przedmioty, a potem, kiedy Auriga brała długą kąpiel, przygotowała w kuchni herbatę i kanapki. Sama nie tknęła ani kęsa. Zaraz po przyjaciółce zajęła łazienkę i siedziała w niej dobrą godzinę, prawie nie zakręcając wody.

Auriga postarała się zjeść choć trochę, by jej nie martwić, a potem poszła się położyć. Była zmęczona, a po eliksirach, które podała jej Poppy, czuła się dziwnie otępiała i obojętna. Mimo to przez długi czas nie potrafiła zasnąć i tylko chwilami udawało jej się zapaść w krótką, niespokojną drzemkę, po której jej myśli nie stawały się ani trochę jaśniejsze.

W środku nocy ocknęła się nagle z takiego półsnu przerażona i zapłakana. Nie pamiętała, o czym śniła, ale nie opuszczało ją dziwne uczucie, że o czymś zapomniała — czymś ważnym, a jednocześnie bolesnym i przykrym, co nawet teraz powodowało, że łzy ciekły jej po policzkach...

Otarła je prędko, a potem wstała i podeszła do okna. Odgarnęła grube, aksamitne zasłony i spojrzała na pogrążone w ciemności błonia i las. Z tej części zamku nie dało się zobaczyć zniszczeń, a rozgwieżdżone nocne niebo wyglądało tak samo jak zawsze. Widok ten jednak nie uspokoił kobiety, wręcz przeciwnie, wzmógł znużenie. Auriga bez większych nadziei skierowała się do kuchni, mając nadzieję, że znajdzie tam eliksir słodkiego snu albo jakiś inny, który pomoże jej zasnąć.

Ku swemu zaskoczeniu, ujrzała Lizę siedzącą przy stole. Przed nią stała butelka whisky i napełniona szklanka.

Też nie możesz spać? — zapytała Vector. — Niestety nie mam nic oprócz tego. Chcesz?

Sinistra pokręciła głową.

I dobrze. Wcale nie pomaga, a czuję się przez to jeszcze bardziej żałosna. — Zdecydowanie odsunęła od siebie szklankę. — Czy to nie głupie? — zapytała. — Wygraliśmy, a ja marzę tylko o tym, by natychmiast o wszystkim zapomnieć...

Auriga nalała sobie zimnej wody, a potem usiadła obok przyjaciółki. Miała wrażenie, jakby jej umysł otaczała mgła, która nie pozwalała jej myśleć normalnie, nie mówiąc już o prowadzeniu rozmowy, więc milczała. Liza zresztą także nie mówiła nic więcej.

Nie wiedziała, jak długo tak siedziały. W końcu Liza poszła do swojej sypialni i Auriga także wróciła do łóżka, bo nie miała pomysłu, co innego mogłaby zrobić. Tym razem zasnęła niemal natychmiast. Śniła koszmary, w których Harry Potter rozmawiał z Voldemortem o Severusie.

Snape był człowiekiem Dumbledore'a — mówił chłopak. — Od samego początku, od chwili, gdy zacząłeś gnębić moją matkę... Nigdy nie zdawałeś sobie z tego sprawy, bo jednej rzeczy nie pojąłeś, Tomie Riddle. Czy kiedykolwiek widziałeś patronusa Snape'a? Łania. Taka sama jak patronus mojej matki, bo Snape kochał ją przez prawie całe życie, od czasu, gdy jeszcze byli dziećmi... Był szpiegiem Dumbledore'a od chwili, gdy jej zagroziłeś, przez cały czas działał przeciwko tobie. Dumbledore był już umierającym człowiekiem, gdy Snape go dobił. On nigdy nie pokonał Dumbledore'a! Razem tę śmierć zaplanowali!...*

Wybudziła się z płytkiego snu, oddychając ciężko. Zwinęła się w kłębek i pusto zapatrzyła w ścianę, usiłując uspokoić kołatanie serca i powtarzając sobie, że to tylko sen, głupi i absurdalny...

W jednej chwili powróciły do niej wspomnienia z bitwy, w uszach ponownie zadźwięczały słowa Pottera, mocne i wyraźne, a potem, zupełnie nagle, jakby pękła jakaś bariera w jej umyśle, która dotąd nie pozwalała jej zrozumieć, co oznaczają, dotarł do niej ich przerażający sens. To było jak uderzenie czymś ciężkim w tył głowy i Sinistra poczuła fizyczny wręcz ból, rozsadzający jej czaszkę.

To niemożliwe" — pomyślała, zrywając się z łóżka. Pośpiesznie naciągnęła na siebie ubranie, starając się powstrzymać drżenie dłoni i nie dopuścić do siebie paniki. Powinna obudzić Lizę, może ona będzie coś wiedzieć, a jeśli nie ona, to z pewnością Minerwa, przecież musiała rozmawiać z Potterem i aurorami...

Nie musiała daleko szukać, bo obie kobiety siedziały w kuchni, rozmawiając przyciszonymi głosami.

Jesteś nareszcie — przywitała ją Liza. Z pewnością nie spała już od dawna, bo była całkowicie ubrana i uczesana, a w popielniczce przed nią leżało kilka niedopałków. — Mam nadzieję, że spałaś lepiej niż ja. Kawy? Jeśli chcesz śniadanie, to musisz zrobić sobie sama, bo wszystkie skrzaty są zajęte.

Auriga pokręciła głową. Gardło miała ściśnięte i nie zdołałaby niczego przełknąć.

Minnie... — zaczęła, z trudem panując nad głosem. — Czy wiadomo co z Severusem?

McGonagall spojrzała na nią, jakby po raz pierwszy usłyszała to imię.

Ach, nie wiem — powiedziała zmęczonym głosem, a widząc malujący się na twarzy koleżanki wyrzut, dodała ostro: — Jest tyle do zrobienia, Aurigo, a ja naprawdę wolę najpierw zająć się żywymi, których mamy w skrzydle szpitalnym, a dopiero później opłakiwać zmarłych.

Więc... więc to pewne, że on nie żyje?

Pan Potter twierdzi, że tak, a nawet jeśli jakimś cudem się pomylił, to Wrzeszcząca Chata spłonęła. — odparła z rezygnacją, już łagodniejszym tonem. Dopiero teraz Sinistra spostrzegła, że ona także jest wyczerpana. Z pewnością od czasu bitwy nie zmrużyła oka. — Przykro mi, ale nie mogę powiedzieć nic więcej, dopóki tego nie zbadamy.

Sinistra objęła się ramionami, czując przenikający ją chłód.

To, co powiedział pan Potter, wstrząsnęło nami wszystkimi, Aurigo — westchnęła Minerwa. — Obiecuję, że poinformuję cię, kiedy tylko dowiem się czegokolwiek na temat Severusa, ale teraz powinnaś zająć się czymś pożytecznym, zamiast bezproduktywnie się zadręczać. Przed chwilą posłałam Poppy i Pomonę do łóżek i w skrzydle szpitalnym jest tylko Horacy i kilku uzdrowicieli. Liza zaraz do nich dołączy, ale z pewnością przyda im się także twoja pomoc.

Oczywiście. — Sinistra skinęła głową. — Przepraszam, dajcie mi dziesięć minut i będę gotowa.

Odwróciła się prędko, żeby nie zobaczyły jej łez.

Następne dni upłynęły jej na zmienianiu opatrunków, podawaniu leków pacjentom i pomaganiu Slughornowi przy sporządzaniu wciąż brakujących eliksirów. Wiedziała, że Minerwa miała rację, i dlatego robiła wszystko, by nie pogrążać się w rozpaczy, choć kosztowało ją to wiele wysiłku. Jednocześnie bardzo chciała i bardzo bała się poznać odpowiedzi na pytania, które kłębiły jej się w głowie. Najlepszym rozwiązaniem było odsuwanie od siebie wszystkich myśli związanych z Severusem i skupienie się na pracy. Wieczorami wracała do swojego kąta u Lizy tak zmęczona, że natychmiast zapadała w sen. Życie jakoś się toczyło, czas mijał, to wystarczało.

Czasem tylko, gdy była zbyt wyczerpana nawet na to, by zasnąć, Auriga pozwalała sobie marzyć, że Severus jakimś cudem przeżył i wkrótce z pewnością sam do niej przyjdzie, żeby się ze wszystkiego wytłumaczyć. Potem przypominała sobie, co powiedział jej tamtego październikowego dnia, kiedy wreszcie odważyła się zażądać wyjaśnień, i zaczynała pragnąć, by rzeczywiście był martwy. Natychmiast żałowała tych myśli. Biedny, biedny Severus nie mógł zrobić niczego innego, a ona nigdy nie powinna uwierzyć, że byłby zdolny ich zdradzić... Ale czy na pewno? Kilkakrotnie nachodziły ją wątpliwości, że być może Harry Potter jednak się pomylił. Źle coś zrozumiał albo zwyczajnie oszalał z przerażenia. Lily. Łania. Przecież to nie mogło być prawdą...

W takich chwilach wydawało jej się, że już nigdy nie przestanie płakać.

Któregoś dnia po bitwie, w jedno z tych podobnych do siebie popołudni, które Sinistra spędzała z Lizą w skrzydle szpitalnym, zjawiła się tam Minerwa, prowadząc za sobą wysokiego, szpakowatego mężczyznę w aurorskiej szacie luźno narzuconej na mugolski strój.

Dobrze, że cię widzę, Aurigo — powiedziała McGonagall. — To jest pan Shepard, auror — przedstawiła mężczyznę, a on ukłonił się lekko obu kobietom. — Razem ze swoimi ludźmi ma zbadać pokoje Severusa. Bądź tak miła i zaprowadź ich tam, dobrze?

Sinistra zmartwiała.

Ja to zrobię — zaproponowała natychmiast Liza.

Ty? — zdziwiła się Minerwa. — Byłaś tam kiedykolwiek?

Vector machnęła ręką.

Pan Shepard ma przeszukiwać te komnaty, nie ja. Auriga niech wraca do eliksirów, obiecała Horacemu, że mu pomoże. — Liza wstała, uśmiechając się uprzejmie do aurora. — A pana proszę za mną. Nazywam się Heloiza Vector...

xxx

Pomimo różnych drobnych wypadków życie w Hogwarcie toczyło się normalnie, rytmem wyznaczanym przez lekcje, posiłki, szlabany i wolne popołudnia. Tych ostatnich niestety było najmniej. Nauczyciele z pełnym poświęceniem rzucili się w wir obowiązków i z zaangażowaniem prowadzili zarówno normalne zajęcia, jak i te dodatkowe, mające przygotować absolwentów szkoły do owutemów. Niektórzy, jak Filius czy Hailey, pracowali dodatkowo po kilka popołudni w tygodniu, inni — jak Auriga, która miała w swej grupie jedynie trzy osoby — poświęcali tylko pojedyncze wieczory.

Zajęcia Heloizy również należały do tych bardziej kameralnych, jednak uczęszczająca na nie Hermiona Granger, która raz zabrawszy się do nauki, nie potrafiła odpuścić, zamęczała swoją ulubioną nauczycielkę nawet między lekcjami. Na szczęście Liza również darzyła Gryfonkę sympatią — choć w takie dni, jak ten, zastanawiała się właściwie dlaczego.

— Masz rację. — przyznała, uprzednio cierpliwie wysłuchawszy wywodu uczennicy. — Twoje rozumowanie jest poprawne, to autor książki musiał się pomylić.

— Wiedziałam! — wykrzyknęła zadowolona dziewczyna.

— Nie wątpię. Ale teraz powinnaś już chyba iść...

Nauczycielka zatrzymała się przed drzwiami do pokoju nauczycielskiego i wymownie położyła dłoń na klamce.

— Chciałam jeszcze tylko zapytać o zadanie szesnaste...

— Popełniłaś błąd w obliczeniach. Przeanalizuj to sama, a na pewno go wyłapiesz.

— Och, oczywiście.

— A potem... pograj z panem Weasleyem w szachy.

Na twarzy Hermiony odmalowało się szczere zaskoczenie.

— W szachy? Z Ronem?

Heloiza poważnie pokiwała głową.

— O ile pamiętam, jest w tym dobry. Wciąż krążą opowieści o jego popisie na pierwszym roku.

Dziewczyna przytaknęła żywo.

— Jest świetny, fakt — zapewniła, rumieniąc się lekko. — Ale mnie jakoś to nie idzie, zresztą nie mam czasu na takie zabawy.

— Gra bardzo dobrze wpływa na koncentrację i zdolność logicznego myślenia, Hermiono. Spróbuj...

„...a pan Weasley, jeśli ma choć trochę rozumu, niech zajmie się resztą" — dodała nauczycielka w myślach. Hermiona stanowczo zbyt wiele czasu spędzała na nauce i pracy, i przydałoby jej się nieco rozrywki. Oczywiście to dobrze, że chciała nadrobić stracony rok, ale nie powinna popadać w skrajność — przecież ledwie skończył się wrzesień, a ona już sprawiała wrażenie przemęczonej. Blada twarz i głębokie cienie pod oczami nie wyglądały zbyt dobrze.

— W porządku — powiedziała Hermiona. — Postaram się. Do zobaczenia za tydzień, pani profesor.

Gryfonka oddaliła się korytarzem, a Liza weszła do pokoju nauczycielskiego. Za oknami zapadał wczesny, jesienny zmrok, a o szyby bił deszcz i wiatr, ale w pomieszczeniu było ciepło i przytulnie. Na kominku wesoło trzaskał ogień, a w dosuniętym do niego fotelu siedziała Auriga, pochylona nad jakimś papierem.

„Czyżby znowu jakieś złe wieści?" — zaniepokoiła się Vector, ale wtedy Sinistra uniosła głowę i spojrzała na nią z uśmiechem i tym pogodnym błyskiem w oku, którego Liza tak dawno u niej nie widziała.

— Co się stało? — zapytała, podchodząc bliżej.

— Pamiętasz, jak mówiłam ci, że wróciłam do moich obserwacji? — odparła pytaniem Auriga.

— Coś wspominałaś — potwierdziła Liza.

— No więc dostałam list od Towarzystwa Astronomicznego. Chcą przedrukować moje sprawozdanie w swoim kwartalniku. Zaproponowali mi też, żebym napisała coś do kolejnego wydania...

Vector skrzywiła się lekko.

— Cóż, spodziewałam się nieco bardziej entuzjastycznej reakcji — przyznała Sinistra z niejakim zdziwieniem.

— Och, cieszę się, oczywiście. Zastanawiam się tylko, kiedy znajdujesz czas, żeby spać.

Auriga zmarszczył brwi, jakby prosiła: „przynajmniej ty nie zaczynaj." Poza tym posmutniała wyraźnie i Liza pomyślała, że powinna ugryźć się w język.

— Mniejsza o to — westchnęła. — To naprawdę świetna wiadomość, gratuluję. Kiedy będzie można to przeczytać?

— To o gwiazdach, pewnie i tak cię nie zainteresuje.

Vector przewróciła oczami.

— Przebrnęłam przez dwudziestostronicowy referat na temat pierwiastkowania autorstwa panny Granger. To będzie pestka.

xxx

Severusie... — zagadnęła Sinistra, obracając w dłoni niedużą fiolkę, wypełnioną srebrzystoszarym płynem.

Odłóż to — syknął Snape, nawet nie unosząc głowy znad swojego kociołka, w którym mieszał coś energicznie.

Auriga westchnęła cicho i ostrożnie odstawiła fiolkę na stojak. Oparła się niedbale o stół i w milczeniu obserwowała poczynania Mistrza Eliksirów.

Wykrztuś to wreszcie — mruknął ten wreszcie, zirytowany tym, że mu się przypatruje.

Ja tylko zastanawiałam się, czy ty potrafisz wyczarować Patronusa?

Mężczyzna uniósł głowę i spojrzał na nią, pytająco unosząc brew.

Dlaczego nagle cię to interesuje?

Ci dementorzy... Czasem, gdy nocą prowadzę lekcje, podpełzają pod mury i patrzą w górę, jakby żałowały, że nie mogą do nas podlecieć. Są daleko, ale uczniowie czują się nieswojo... Ja zresztą też... Mam dreszcze, kiedy są w pobliżu i robi mi się tak... źle.

Aha. — Snape na powrót pochylił się nad eliksirem i dosypał do niego jakiegoś proszku. Różdżką zwiększył ogień pod kociołkiem.

Auriga prychnęła cicho i splotła ręce na piersi. „Czego właściwie się spodziewałaś?" — ofuknęła się w myślach. — „Współczucia?"

A wiesz, że Remus uczy Harry'ego Pottera rzucać Patronusa? — zapytała niby od niechcenia.

Jednak nawet to nie zdołało wzbudzić zainteresowania Snape'a, jedynie zwiększyło jego irytację.

I co z tego? — sarknął.

Nic. Ale to dobrze, nie sądzisz? To przydatne zaklęcie, a chłopak już kilka razy miał do czynienia z dementorami. Następnym razem będzie mógł się obronić.

A powinienem się z tego cieszyć, bo...? — zakpił Severus.

Sinistra uśmiechnęła się krzywo.

To miło ze strony Remusa, że mimo własnych problemów poświęca mu swój czas — ciągnęła lekkim tonem. — I jako nauczyciel też się sprawdza... Sądzisz, że byłbyś tak dobry jak on?

O tym nie przekonam się, dopóki Albus nie zechce oddać mi tego stanowiska, ale jestem pewien, że niewiele trzeba, by przebić Lupina na tym polu. Miałem lekcje z kilkoma jego klasami i mogę powiedzieć, że w nauczaniu jest równie niekompetentny jak jego poprzednicy.

Wcale nie. — Auriga skarciła go wzrokiem. — Remus jest fantastycznym nauczycielem i bardzo miłym człowiekiem...

Tylko raz na miesiąc zamienia się w potwora, ale rzeczywiście, nie ma potrzeby o tym wspominać — dokończył sarkastycznie, patrząc na nią nieprzyjemnie.

Sev!

Nie mów do mnie Sev! A jeśli chcesz rozpływać się nad zaletami tego wilkołaka, to rób to z dala ode mnie. Jestem pewien, że gdybyś do niego poszła, Lupin chętnie poużalałby się z tobą nad okropnością dementorów... A skoro jesteś tak marną czarownicą, że nie potrafisz sobie z nimi poradzić, może nawet udzieliłby ci korepetycji jak Potterowi...

Chciałam poprosić o to ciebie! — przerwała mu kobieta ze złością. — Ale widzę, że szkoda strzępić język. Masz rację, pójdę do Remusa. On przynajmniej powstrzymuje się od obrażania ciebie w mojej obecności, a już z pewnością nie obraża mnie!

Nawet jeśli Snape'a zmieszały jej słowa, nie dał tego po sobie poznać.

Sama trafię do wyjścia, nie musisz mnie odprowadzać — rzuciła zimno Auriga.

Świetnie — odparł sarkastycznie. — Nie miałem takiego zamiaru.

xxx

Pomyśleć, że wHogsmeade życzą sobie po trzydzieści sykli za gram! Rozbój w biały dzień... — mruknął do siebie Horacy i pochylił się, by ściąć łodygę naparstnicy. Jego kości zaprotestowały wybuchem tępego bólu, ale zacisnął zęby. Wolał znieść trochę łupania w krzyżu i zmęczenia niż zapłacić wygórowaną cenę, którą apteka zażyczyłaby sobie za suszoną roślinę...

— Dużo pan tego potrzebuje? — zawołała Auriga z drugiego końca polany.

— Dużo, dużo! — odkrzyknął.

Nadwyżkę, której nie uda mu się wykorzystać w eliksirach sporządzanych dla skrzydła szpitalnego i podczas lekcji, mógł sprzedać któremuś z zaprzyjaźnionych Mistrzów. Na susz z rosnących dziko i niezanieczyszczonych żadnymi mugolskimi świństwami roślin zawsze był popyt.

— A Minerwa nie będzie mogła mieć pretensji, że szkoła za dużo wydaje na składniki — wymamrotał pod nosem z zadowoleniem.

Ostatnio z funduszami szkolnymi było jeszcze gorzej niż zwykle i każda wizyta u dyrektorki z prośbą o pieniądze na ingrediencje, kociołki czy szkło laboratoryjne kończyła się surową przemową, że eliksiry i tak kosztują Hogwart stanowczo zbyt wiele. Minerwa miała na tyle taktu, by nie wypominać Horacemu sprzedawanych na lewo składników i mikstur, ale lada chwila mogła zacząć. Slughorn rzecz jasna znalazłby na to odpowiednie argumenty — w końcu znaczna część zarobionych w ten sposób pieniędzy szła na konto szkoły, niestety ledwie pokrywała ona koszty wszystkich zmarnowanych przez uczniów składników i wysadzonych kociołków, których już w pierwszym miesiącu nauki było zatrważająco wiele. Tak czy inaczej teraz, kiedy w dodatku nauczyciele odrzucili — oczywiście najzupełniej słusznie — pieniądze rady nadzorczej, lepiej było nie poruszać drażliwej kwestii funduszy.

Mistrz Eliksirów wyprostował się ostrożnie, dysząc z wysiłku. Stanowczo nie nadawał się już do takich wypraw!

— To wszystko. — Auriga podeszła do niego; w ramionach trzymała dość pokaźny bukiet złożony z purpurowych kielichowatych kwiatów o grubych, omszonych łodygach. — Możemy jeszcze sprawdzić dalej, przy jeziorze... Jeśli oczywiście nie jest pan zmęczony.

Slughorn potarł błyszczącą od potu łysinę i spojrzał na młodszą koleżankę nieco rozpaczliwie.

— Oczywiście tyle powinno wystarczyć, nie sądzi pan? — stwierdziła natychmiast Sinistra. — Powinniśmy już wracać.

— Masz rację, moja droga. Masz dziś zajęcia, nie zdążysz się przygotować — zgodził się prędko Horacy, a ona skinęła głową, uprzejmie nie przypominając, że lekcje zaczyna dopiero za kilka godzin i bez trudu zdążyłaby zajść nad jezioro i z powrotem nawet ze trzy razy.

Slughorn dołączył swoje kwiaty do jej bukietu i otarł twarz wyciągniętą z kieszeni kraciastą chustką.

— Dziękuję ci bardzo — powiedział, kiedy przedzierali się przez niewielki zagajnik, oddzielający ich od prowadzącej do zamku ścieżki. Przez chwilę zmagał się z gałęzią, która zaczepiła o jego haftowany kaftan, a potem kontynuował: — Gdybym... wiedział... a niech to! Gdybym wcześniej wiedział, że tak interesujesz się eliksirami, Aurigo...

— Interesuję to za dużo powiedziane — zaprzeczyła Sinistra szybko. — Po prostu znam okolicę.

Horacy poprawił na wydatnym brzuchu pozaciąganą gałęziami marynarkę i podkręcił wąsa, patrząc na kobietę jak na wyjątkowo interesujący obiekt muzealny.

— Och, nie bądź taka skromna. Po bitwie bardzo przysłużyłaś się i mnie, i Poppy, a żadne z nas nie pozwoliłoby ci sobie pomagać, gdybyś nie znała przynajmniej podstaw...

Auriga machnęła bagatelizująco kwiatami.

— Pan wybaczy, ale doprawienie eliksiru leczniczego, tym bardziej, jeśli się ma gotowy zaczyn, jest w programie pierwszego roku! — odparła ze śmiechem. — Układanie i opisywanie fiolek to też żadna filozofia.

— Owszem, ale innych eliksirów, przy których nam pomagałaś, uczą się kandydaci na Mistrzów!

— Ja tam wiem tylko, co trzeba robić w poszczególnych fazach księżyca. A wiem to, bo... — zawahała się. „Bo tysiące razy patrzyłam, jak Severus przygotowuje te eliksiry" — pomyślała z goryczą, ale na głos powiedziała: — jestem astronomem. Naprawdę nie powinien mnie pan przeceniać.

Spojrzała na niego przez ramię i uśmiechnęła się tym swoim dziwnym uśmiechem, który nie sięgał oczu. Wiatr łopotał połami jej płaszcza i rozwiewał włosy pod rondem kapelusza. Horacemu przemknęło przez myśl, że naręcze naparstnicy dziwnie jej pasuje, choć doprawdy nie potrafiłby powiedzieć dlaczego... Odchrząknął cicho.

— Tak czy inaczej, moja droga, byłbym zachwycony, gdybyś częściej zechciała mi pomagać — powiedział. — Mam niezwykle dużo pracy i przydałby mi się ktoś taki jak ty.

Sinistra zawahała się. Wiatr zdmuchnął jej na twarz włosy, więc Horacy nie widział wyrazu jej oczu.

— Ja naprawdę nie potrafię zbyt wiele... — zaoponowała.

— Głupstwa!

— To, co dotąd robiłam jest w programie pierwszego roku.

— Fakt, szkoda tylko, że większość pierwszorocznych zapomina o tym, nim jeszcze skończy szkołę.

— Cóż — westchnęła Auriga z rezygnacją. — Można powiedzieć, że miałam dobrego nauczyciela.

xxx

Cześć — powiedziała Auriga, otwierając drzwi. — Wołałam, żebyś wszedł, nie słyszałeś?

Stojący w progu Severus tylko skrzywił się lekko.

Jesteś sama? — zapytał.

Może jeszcze nie zauważyłeś, ale jesteśmy chyba jedynymi żywymi osobami w tym zamku, które o tej porze składają sobie wizyty zamiast spać — uśmiechnęła się Auriga.

Mógł być u ciebie ten idiota, z którym się spotykasz — stwierdził Snape sucho, na co kobieta przewróciła oczami.

Taak, wtedy z całą pewnością zapraszałabym cię do środka — zakpiła.

W odpowiedzi mężczyzna ironicznie uniósł brew.

Jeszcze mu nie powiedziałaś, prawda? — spytał złośliwie.

Nagle zmieszana Sinistra odwróciła wzrok.

Nie bądź niemądry, Severusie — mruknęła. — Jak to sobie wyobrażasz, co? „Och, mój drogi, zapomniałam ci powiedzieć, ale jestem czarownicą!" To chyba nie jest rzecz, którą się mówi ot tak, przy okazji?

Snape wzruszył ramionami na znak, że nic go to nie obchodzi. Auriga wiedziała, że nie będzie kontynuował — zawsze wycofywał się, gdy tylko ich rozmowa zaczynała zahaczać o zbyt osobiste tematy.

I proszę, powstrzymaj się od nazywania Michaela idiotą — dodała jeszcze dla porządku, a potem machnęła ręką w kierunku salonu. — Chodź, napijemy się herbaty.

Właściwie sądziłem, że znajdę cię dziś na Wieży — stwierdził Snape, wchodząc za nią do pokoju. — Dawno nie widziałem tak czystego nieba.

Tak, szkoda tylko, że dementorom też się ono podoba. Podchodzą jeszcze bliżej niż zwykle, aż ciarki człowieka przechodzą... — Auriga wzdrygnęła się lekko.

Lupin jeszcze nie nauczył cię, jak sobie z nimi radzić?

Ten temat, dla odmiany, chyba nigdy mu się nie nudził. Minęły ledwie dwa tygodnie od czasu, jak raczył ją przeprosić za ostatnią kłótnię o Lupina, po której nie odzywali się do siebie przez cały miesiąc. Cóż, „przeprosił" było w tym wypadku słowem zdecydowanie na wyrost i gdyby chodziło o kogoś innego, Auriga z pewnością tak by tego nie nazwała — za to prawdopodobnie obraziła się po tym jeszcze bardziej — ale jej samej bardzo brakowało spotkań z Severusem i z ulgą się z nim pogodziła. Zanosiło się jednak na to, że ich porozumienie nie będzie zbyt trwałe.

Nauczył — odparła, siląc się na spokój. — Ale jest ich za dużo, bym mogła długo utrzymać je z daleka. Jasne światło trochę je odstrasza, ale gwiazdy niestety obserwuje się po ciemku — westchnęła.

Snape nie wyglądał na zmartwionego tym faktem. Wręcz przeciwnie — to, że Remus nie potrafił jej pomóc, zdawało się nieco poprawiać mu humor.

Chwilami Auriga zastanawiała się, czy Sev nie jest zwyczajnie zazdrosny. Rzecz jasna nie mógł być w niej zakochany, nic podobnego — cokolwiek nie mówiłyby na ten temat plotki, które krążyły wśród grona pedagogicznego ledwie kilka miesięcy temu, na istnienie których na całe szczęście Mistrz Eliksirów pozostawał zupełnie nieświadomy. Przecież Snape nie zachowywał się tak absurdalnie, kiedy chodziło o mężczyznę, dla którego Sinistra rzeczywiście ostatnio zaniedbywała i pracę, i przyjaciół... To Lupin stanowił niegasnące ognisko wszystkich kłótni i konfliktów. Severus odczuwał wobec niego tak wielką niechęć, że nie potrafił znieść tego, że inni ludzie mogą nie mieć nic przeciwko niemu. Szczególnie, jeśli byli to ludzie, których on sam lubił i darzył szacunkiem. W końcu tak samo wyglądały sprawy z Minerwą: z nią także Severus bez przerwy się kłócił — nie tylko o Remusa, ale i o Pottera — i to tak, że Rolanda zaczynała zbierać zakłady co do tego, kiedy zaczną się pojedynkować. Doszło do tego, że już prawie nie grali razem w szachy.

Czekając, aż herbata się zaparzy, Auriga ukradkiem przyglądała się Severusowi. Nie po raz pierwszy przyszło jej do głowy, że właściwie nic o nim nie wie. Mimo że znała go tak długo, wciąż stanowił zagadkę, a ona miała za mało wskazówek, by móc ją rozwiązać. Snape nigdy nie mówił o sobie zbyt wiele i Sinistra właściwie nie wiedziała, jak wygląda jego życie poza pracą w Hogwarcie i poza tymi nocnymi godzinami, które spędzali w swoim towarzystwie.

Czasem, kiedy dogryzał jej z powodu Lupina czy Michaela, była bliska, by go o to zapytać. Przecież z pewnością zajmował się jeszcze czymś prócz gnębienia uczniów i mieszania w kociołkach; posiadał jakieś zainteresowania, marzenia i plany, których istnienia ona nawet się nie domyślała. Poza nią musiał mieć innych jeśli nie przyjaciół, to znajomych, choćby ze środowiska eliksirowego, w którym się obracał. Choć trudno to sobie wyobrazić, na pewno spotykał się z kobietami, na pewno kiedyś kochał, pragnął, tęsknił... Auriga nie wierzyła, że poza pracą cały czas siedział zamknięty w ciemnych lochach, tak jak zapewne sądzili uczniowie.. Tak naprawdę nie była nawet pewna, czy obecnie rzeczywiście jest samotny. Całe dnie spędzał w Hogwarcie, większość nocy, z tego co wiedziała, chyba także, ale przecież zdarzało mu się wyjeżdżać, wakacje zawsze spędzał poza szkołą... Zdaje się, że posiadał nawet dom w jakimś mugolskim miasteczku, ale gdzie dokładnie — Sinistra nie wiedziała.

On, dla odmiany, wiedział o niej bardzo wiele. Sama przecież chętnie opowiadała mu o różnych rzeczach, nawet — a może tym bardziej — kiedy wydawał się nie być tym zbytnio zainteresowany... Kiedy to sobie uświadomiła, poczuła się dziwnie.

Wiesz, Sev, tak się zastanawiałam... — zaczęła w tej samej chwili, kiedy on powiedział:

Pomfrey chciała, żebym uwarzył więcej eliksiru wzmacniającego, więc będę potrzebował... — urwał i spojrzał na nią pytająco. — Mów pierwsza.

Potrząsnęła głową.

Nieważne — mruknęła. — Chodzi o położenie Saturna, prawda? Poczekaj, miałam gdzieś tu notatki...

xxx

Auriga pożegnała się ze Slughornem przy szklarniach, do których mężczyzna chciał wstąpić po jeszcze jakieś rośliny. Sama, choć wymówiła się chęcią powrotu do zamku, wybrała okrężną drogę przez błonia. Szła szybko, rozkoszując się popołudniowym słońcem i wiatrem. Z boiska do quidditcha dobiegały wrzaski drużyny Ravenclawu, bo Krukoni za gorącymi namowami Flitwicka, który zresztą trenował razem z nimi, ostro wzięli się do ćwiczeń.

„Byłoby dobrze, gdyby w końcu wygrali" — pomyślała Auriga, z niejakim rozbawieniem wyobrażając sobie profesora zaklęć na miotle. Niewiele osób wiedziało, że za czasów młodości Filius był całkiem niezłym szukającym i Krukoni nie raz zdobyli dzięki niemu mistrzostwo — chyba zresztą po raz ostatni przed trwającą aż do teraz naprzemienną hegemonią Slytherinu i Gryffindoru. W tym roku, kiedy stare składy poodchodziły, Ravenclaw znów miał realną szansę na puchar, ale Sinistra przypuszczała, że Filiusowi chodziło raczej o to, by zająć czymś swoich podopiecznych i odciągnąć ich od myślenia o zeszłorocznych wydarzeniach, które wciąż w mniejszym bądź większym stopniu dręczyły każdego.

Przy jeziorze Aurigę dogoniło głośne szczekanie, a zaraz po nim cała reszta Kła. Brytan natychmiast zaczął skakać wokół niej i usiłować ją przewrócić, więc uspokajająco pogłaskała go po łbie. Podniosła jakiś patyk i rzuciła daleko, ale pies tylko spojrzał za nim zdziwiony, szczeknął i zaczął tarzać się w trawie.

— Leń — prychnęła Sinistra.

Nieco dalej zauważyła Hagrida wyprowadzającego na długiej smyczy jakieś pokraczne stworzenie. Półolbrzym pomachał jej przyjaźnie, ale kiedy chciała podejść, by z nim porozmawiać, pokręcił głową i zamachał gwałtownie rękami. W chwilę potem zdziwiona kobieta zrozumiała dlaczego: stworzeniu odbiło się głośno, a potem z jego paszczy chlusnął słup ognia, opalając końcówkę brody gajowego, który prędko odskoczył.

— Wszystko w porząsiu! — zawołał do Sinistry, widząc, że ta waha się, nie wiedząc czy powinna się zaniepokoić czy okazać wesołość. — Zeżarł mi czajnik i chyba trochę mu zaszkodziło...

Auriga ze zrozumieniem skinęła głową, tymczasem zwierzątko postanowiło sprawdzić, czy koszula właściciela nadaje się do jedzenia, więc uwaga Hagrida znów skupiła się na nim, a Sinistra ruszyła dalej. Z tego, co wiedziała, stworzonko było prezentem od madame Maxime, z którą Hagrid wciąż pozostawał w dość zażyłej przyjaźni. Pochodziło ono z jakiejś eksperymentalnej francuskiej hodowli i ponoć nie stanowiło żadnego zagrożenia, ale Auriga wolała się o tym nie przekonywać na własnej skórze.

Pogrążona w myślach spacerowym tempem dotarła pod zachodnią ścianę zamku. Nie planowała tutaj przychodzić — widok zawalonych ścian i ledwie trzymających się resztek konstrukcji Wieży Astronomicznej nie był przyjemny i nieodmiennie powodował dławiący uścisk w gardle i tęsknotę za czymś, czego sama nie potrafiła do końca określić.

Zgliszcza — to słowo najlepiej opisywało stan nie tylko Wieży, ale i dużych partii zamku. Jednak tamte zniszczenia, choć Auriga zdecydowanie uwielbiała budowlę od fundamentów aż po dach, nie bolały tak bardzo, jak te tutaj. Sinistra z przygnębieniem powiodła wzrokiem po usypisku kamieni, spośród których sterczały smętnie resztki wielkiego teleskopu. Odruchowo sięgnęła po różdżkę i zaczęła sprawdzać, jak trzymają się zaklęcia ochronne — skoro już była na miejscu, mogła to zrobić. Skupiona na czarowaniu przestała zwracać uwagę na otoczenie, nie spodziewała się zresztą, by ktokolwiek prócz niej tu przychodził...

Nagle z zamyślenia wyrwał ją świst ciężkich skrzydeł przeszywających powietrze, a potem huk, kiedy coś wielkiego opadło na ziemię tuż za nią. Zaskoczona, odwróciła się gwałtownie i bez namysłu dygnęła prędko, widząc przed sobą srebrzystoszarego hipogryfa, mierzącego ją leniwym spojrzeniem. Zwierzę jednak nie zamierzało się odkłonić. Nim jednak wystraszona Auriga zdążyła cokolwiek zrobić, usłyszała dobiegający z góry pogodny głos:

— Dzień dobry, pani Aurigo.

Zdumiona uniosła głowę i dopiero wtedy dostrzegła roześmianego Gustawa. Mężczyzna sprawnie zsunął się z grzbietu zwierzęcia i poklepał je po głowie, a ono zamruczało głęboko jak wielki kot, a potem rozłożyło się wygodnie na trawie, wygrzewając w słońcu.

— Jak, u licha...?

Sinistra musiała mieć naprawdę głupią minę, bo Zieleziński roześmiał się serdecznie.

— Pan na nim latał?! — zdumiała się kobieta.

— Na niej — sprostował. — To Kruczyna, najmilsza hipogryfica na świecie!

— Ale jak... przecież... — zaczęła Auriga, jednak w porę się zreflektowała. — Proszę mi wybaczyć, to naprawdę dość niecodzienny widok. Nikt tutaj raczej nie lata na hipogryfach. Nie wiem, czy w ogóle komuś na to pozwoliły...

— Nie wiem, czy ktokolwiek próbował — odparł Gustaw. — Zajęło mi to trochę czasu, ale w końcu ta mała się do mnie przekonała.

Auriga za to wciąż na przekonaną nie wyglądała — raczej na mocno zaniepokojoną. Nie była pewna, jak zareagować: z jednej strony martwiła się, że Gustaw może zrobić sobie krzywdę, z drugiej nie czuła się kompetentna, żeby go krytykować i dawać mu do zrozumienia, że uważa jego zachowanie za nieodpowiedzialne i nierozsądne. Nie chciała także, żeby poczuł się urażony jej sceptycyzmem.

Na szczęście Gustaw postanowił się nad nią zlitować:

— Proszę się nie obawiać, wiem, co robię — powiedział. — Miałem dość sporo do czynienia z hipogryfami, mój dziadek hodował kilka... Poza tym oczywiście zachowuję ostrożność, nie szarżuję i nie zapuszczam się za daleko, żeby Hagrid cały czas mógł mieć mnie na oku. Jestem grzeczny, słowo, pani profesor. — Uśmiechnął się zawadiacko.

Sinistra roześmiała się, kręcąc lekko głową.

— Jeszcze raz przepraszam — westchnęła.

— A co pani tutaj robi?

— Spaceruję — odparła szybko.

— To Wieża Astronomiczna, prawda? — zapytał cicho. — Przykro mi.

— Niepotrzebnie. To tylko miejsce, nie ma co się przejmować. Jestem pewna, że wkrótce zdołamy ją odbudować.

xxx

Auriga zawahała się, ale zapukała — cicho i niepewnie. Po kilku długich chwilach drzwi otworzyły się i stanął w nich Severus w domowym stroju, który różnił się od oficjalnego jedynie brakiem szaty wierzchniej oraz rozpiętymi mankietami i kołnierzykiem koszuli. Na widok kobiety oczy Snape'a błysnęły dziwnie, a kąciki jego ust uniosły się ironicznie.

Nie sądziłem, że zobaczę cię tu już dzisiaj — powiedział. — Nie mogłaś się doczekać i przyjechałaś wcześniej?

Musiałam zmienić plany — odparła Sinistra dość chłodno. Zupełnie nie miała nastroju na kpiny i przez chwilę pożałowała, że w ogóle przyszła do lochów, zamiast zaszyć się w swoich komnatach i tam w spokoju przepłakać kolejną noc.

Severus uniósł brew, poważniejąc.

Co się stało? — zapytał. — Spójrz na mnie, Aurigo.

Posłuchała, bo rzadko zwracał się do niej po imieniu.

Rozstałam się z Michaelem — westchnęła niechętnie.

Znaczy, rzucił cię?

Tak, rzucił. Zadowolony? — fuknęła. — Doprawdy, mężczyźni są beznadziejni!

Snape wyglądał, jakby chciał się zirytować, ale z trudem powstrzymywał się od śmiechu.

Drań" — pomyślała Auriga.

Najwyraźniej jednak ów drań stwierdził, że choć raz może zachować się jak człowiek — albo, co bardziej prawdopodobne, węszył okazję do bezlitosnego naigrawania się z koleżanki przez cały wieczór — i gestem zaprosił ją do środka. Sinistra wzruszyła ramionami i bez słowa podążyła za nim do salonu, w którym już czekał imbryk z herbatą oraz filiżanka. Severus wyciągnął różdżkę i przywołał drugą do kompletu.

To z jego powodu jesteś wcześniej? — spytał, kiedy oboje usiedli. — Przyjechałaś prosto do Hogwartu?

Auriga pokręciła głową.

Zatrzymałam się na trochę u rodziców. Naprawdę sądzisz, że przychodziłabym do ciebie, gdybym zerwała z nim wczoraj? — dodała kpiąco. — Wiedząc, że z twojej strony mogę liczyć tylko na złośliwe uśmieszki i docinki?

Mylisz się — stwierdził, napełniając jej filiżankę herbatą.

Spojrzała na niego ze zdziwieniem.

A co, zaoferowałbyś mi swój mankiet, żebym mogła się w niego wypłakać?

Mankiet nie — odparł Severus z kamienną twarzą. — Chusteczkę.

Akurat — prychnęła z niedowierzaniem, ale uśmiechnęła się lekko.

Więc mam rozumieć, że nie zamierzasz wypłakiwać się i rozwodzić nad historią swojego niewątpliwie płomiennego romansu? — upewnił się Snape.

Nie zamierzała. Zostawił ją i tyle. Sama była sobie winna, że przez prawie dziesięć miesięcy ukrywała przed nim to, że jest czarownicą. Albo, jeśli spojrzeć z drugiej strony, że w końcu poczuła się na tyle pewnie, by mu o tym powiedzieć. Cóż, może gdyby była nieco mniej naiwna i zakochana, domyśliłaby się, jak to się skończy. A może nie, pal licho, teraz to już nieważne. Jedno Obliviate załatwiło sprawę i jedyne, czego Sinistra żałowała, to że nie mogła rzucić drugiego na samą siebie.

Severus obserwował ją kpiąco znad swojej filiżanki.

Czy ty uważasz, że jestem atrakcyjna, Sev? — wypaliła Auriga bez większego namysłu.

Zaskoczony mężczyzna uniósł brwi.

Pytam poważnie, czy według ciebie jestem atrakcyjna?

Nie — odparł krótko.

O... aha.

Nie powiedziałem, że będę kłamać, żeby cię pocieszyć, Sinistra.

Jasne. Nigdy nie łudziłam się, że byłbyś zdolny aż do takiego poświęcenia.

Uśmiechnął się ironicznie. Auriga podniosła swoją filiżankę i schowała w niej nos, wdychając aromat mocnego Earl Greya i starając się odegnać smutek. Miała prawie trzydzieści dwa lata i znów tkwiła samotna w Hogwarcie, bez żadnych perspektyw na zmiany...

A co... co jest ze mną nie tak? — zapytała po chwili cicho i na widok miny mężczyzny natychmiast dodała: — Nieważne, nie mów.

Ku jej zdziwieniu, odpowiedział. Musiał mieć jakiś wyjątkowo dobry dzień, bo w jego głosie znów dźwięczało coś w rodzaju pobłażliwego rozbawienia.

Powiedzmy, że nie jesteś w moim typie.

Ach tak? — Zmrużyła oczy. — A jaki jest twój typ?

Zależy ci, żeby się dopasować? — zakpił.

Chciałbyś! — prychnęła. — Ty też w moim nie jesteś — dodała po chwili namysłu, tak na wszelki wypadek, by rozwiać jakiekolwiek wątpliwości. — No słucham, jaki jest twój typ? — powtórzyła przekornie. — Jakie kobiety ci się podobają?

Takie, które w przeciwieństwie do ciebie mają choć cień rozumu.

Takie wiedzą, że powinny trzymać się od ciebie z daleka — odcięła się.

Więc nie wiedzą, co tracą — odparł Snape, a wtedy czarownica nie wytrzymała i wybuchnęła serdecznym śmiechem.

Przez twarz mężczyzny przebiegł tryumfalny uśmieszek, a prawie natychmiast znów przykrył go zwyczajny grymas, zbyt szybko, by Auriga mogła go zauważyć. Przez chwilę jeszcze chichotała nieopanowanie, a potem dostała czkawki. Ta z kolei spowodowała, że w oczach stanęły jej łzy, a Severus, z niejakim niepokojem stwierdził, że z pewnością nie są one spowodowane wesołością.

Zdaje się, że miałaś nie płakać — westchnął ze zniecierpliwieniem, po czym wyciągnął różdżkę i wyczarował chusteczkę. Auriga przyjęła ją i pospiesznie otarła łzy, niezmiernie zawstydzona.

Severus bez słowa podał jej filiżankę, którą wcześniej odstawiła na stolik, żeby nie oblać się herbatą w napadzie wesołości. Kiedy upiła kilka łyków i skończyła rytmicznie czkać, znów się odezwał:

Jeśli wreszcie przestaniesz się nad sobą użalać, to mogę ci powiedzieć, dlaczego Dumbledore zwołał nadzwyczajne zebranie kadry w środku wakacji — zaproponował łaskawie, tonem sugerującym, że jest to wielka tajemnica.

Sinistra spojrzała na niego zdziwiona, wahając się między: „wcale się nad sobą nie użalam!", a „no, dlaczego?"

Cóż, Minerwa napisała, że to bardzo ważne i obecność jest obowiązkowa, więc przyjechałam — powiedziała w końcu, zaintrygowana. — I tak nie miałam nic lepszego do roboty... No ale mów wreszcie, z twojego tonu wnioskuję, że to coś ciekawego...

Owszem — potwierdził Snape spokojnie. — Tylko pamiętaj, że jutro musisz udawać zaskoczoną. I ani słowa nikomu, nawet Vector.

No, teraz to naprawdę mnie zaciekawiłeś — roześmiała się czarownica. — Bez obaw, będę milczeć, zresztą Liza bawi na kontynencie i zjawi się tuż przed zebraniem. O co więc chodzi?

Severus zrobił efektowną pauzę, a potem oznajmił:

W Hogwarcie odbędzie się Turniej Trójmagiczny.

Jak to? — Auridze żadne mądrzejsze pytanie nie przyszło do głowy. — Turniej Trójmagiczny?

Jeśli nie wiesz, co to jest, to nie mamy o czym rozmawiać — westchnął Snape.

Oczywiście, że wiem! — oburzyła się. — Ale sądziłam, że już zaniechano tej tradycji... Czy to bezpieczne?

Nie sądzę — odparł beztrosko.

A ty w ogóle skąd wiesz?

Opiekunowie domów zostali poinformowani jeszcze w czerwcu. Zaraz po zakończeniu roku szkolnego spotkaliśmy się z dyrektorami dwóch szkół partnerskich — Sinistra zauważyła, że w tym miejscu mężczyzna skrzywił się z niesmakiem — by omówić kwestie organizacyjne. Pozostali nic nie wiedzą, inaczej nie byłoby tajemnicy.

Oczy Aurigi rozbłysły ciekawością. Pytania kłębiły jej się w głowie i nie mogła zdecydować się, które zadać najpierw.

Na Merlina, Sev, musisz mi natychmiast wszystko powiedzieć! — zażądała. — Z jakimi szkołami będziemy współpracować? Czy wiadomo już coś o zadaniach? Mam nadzieję, że nie będą zbyt trudne, w końcu to tylko dzieci! W poprzednich turniejach zdarzały się przecież ofiary śmiertelne, ale dyrektor chyba zadba, żeby tym razem wszystko było bezpieczne, prawda? Czy reprezentantów będzie wybierać Czara Ognia? Czytałam o niej i zawsze chciałam ją zobaczyć... — Kobieta urwała, by zaczerpnąć tchu.

Severus wciąż patrzył na nią z rozbawieniem i ironią w czarnych oczach.

No, Sev? — ponagliła go.

Mężczyzna uśmiechnął się złośliwie.

Cierpliwości, Aurigo — powiedział gładko. — Na jutrzejszym zebraniu z pewnością dowiesz się tego wszystkiego od Dumbledore'a.

xxx