Na rozstaju kiedy herosi wybierają drogi


.

Rozdział 1

Cienie chodzą po umyśle, nie po ścianach

.

Dotyk jego magii zawsze był lepki i mdły, przypominał duszącą mgiełkę perfum rozpyloną po gabinecie, przy której ciężko było myśleć, ciężko było nawet oddychać, wywoływał migrenę wżerającą się w umysł jak jego zaklęcie, sprawiał, że coś ciężkiego podchodziło pod gardło, a żołądek burzył się jak eliksir bulgoczący w kociołku, z premedytacją pozostawiony na silnym ogniu. Cała ta Legilimencja przypominała mu grzebanie kijem w mrowisku, a fakt kto znajduje się po drugiej stronie różdżki, wcale nie pomagał mu się skupić na odparciu ataku - a atak był silny, był potężny jak pięść lądująca na wrażliwym żołądku, jakby jego adwersarz próbował go złamać, zagiąć, roztrzaskać jak kawałek szkła, jak szybę okienną i bolesny, gryzący, przeszywający jego głowę jak materiałową, ćwiczebną kukłę do pojedynków.

Tajemnice wywlekane na światło dzienne z chłodną bezwzględnością, które wywoływały drżenie jego ciała, rozpalały pragnienie ucieczki, wspomnienia przesuwające się przed jego oczami jak obrazy oglądane w kalejdoskopie, zdarzenia, o których sam wolałby raczej zapomnieć, bolesne, kompromitujące, ciężkie do przeżycia po raz kolejny i kolejny, i kolejny.

Magia wycofała się, nim zebrał się w sobie i choćby postarał się ją odepchnąć.

— Nie starasz się! — warknął wściekły głos gdzieś nad jego głową, karmiąc silną migrenę połykającą jego skroń, pulsującą w czaszce jak łzy; blizna na jego czole płonęła żywym ogniem - czuł się tak, jakby przykładano mu do niej rozżarzone do białości żelazo. — Nie próbujesz nawet mnie odepchnąć, nie robisz nic, aby przerwać atak, aby go zablokować, odeprzeć. — Mdłości potężne jak magia kłębiąca się w pomieszczeniu; zanurzył palce w gęstym dywanie, wtulając w niego pulsujące rwącym bólem czoło, nie starając się nawet otworzyć oczu, a co dopiero podnieść się z ziemi. — Przyjmujesz mnie, można powiedzieć, z otwartymi ramionami i zamiast stosować się do moich poleceń, czekasz, aż ci odpuszczę. Jesteś leniwy i bezczelny, i marnujesz mój cenny czas.

Harry, oddychając głęboko, przytulił piekące czoło do wnętrza dłoni; na liniach papilarnych zostały plamy krwi.

— Nie wiesz nawet jakie to piekące uczucie — powiedział cicho, kiedy warczący na niego czarodziej zrobił pauzę na zaczerpnięcie oddechu; zmusił się do uniesienia powiek i spojrzał w czarne oczy górującego nad nim mężczyzny, którego wzrok przeszywał go wściekłą pogardą — kiedy ktoś brodzi w twojej głowie jak w bagnie.

Nie pamiętał, ile razy już leżał na tym dywanie, ile razy wdychał unoszący się z niego mdły zapach starości, znał jego fakturę samym dotykiem, mógłby liczyć włókna na jego powierzchni, mógłby prześledzić każde wgniecenie utrwalone przez jego własne ciało; widział w jego strukturze zapadające się odciski własnych dłoni. Wdychał powoli nieliczne, przerzedzone obłoczki kurzu, starając się uspokoić swoje szalejące, kołaczące o mostek serce.

— Wstawaj z ziemi, Potter — zrugał go Snape, fukając na niego jak na nieposłusznego, domowego kota - będąc przy nim, Harry czasami czuł się tak, jak w domu Dursleyów - odczłowieczony — wstawaj mówię! Nie będziesz się wylegiwał, wałkujemy Oklumencję już tak długo, że nawet skrzat domowy załapałby o co chodzi. Nawet nie próbujesz ze mną walczyć, poddajesz się, zanim jeszcze podniosę różdżkę!

Uśmiechnął się ponuro; całkiem przyjemnie było leżeć na tym miękkim dywanie - było to o wiele lepsze, niż stanie naprzeciw unoszącego różdżkę Snape'a ze świadomością, że nie może odeprzeć jego ataku jednym, celnym zaklęciem tarczy, zanim ten w ogóle uderzy. Snape nie zbombarduje go swoją magią, póki nie podniesie się z ziemi - to jedno stało się pewne.

Harry bardzo szybko nauczył się umywać ręce, jeśli nadarzyła się sposobność, trwać bez końca i obserwować, szukać ucieczki w prostych czynach, w lekkich słowach, za które nie zostanie zbesztany, ukarany, wytarmoszony za kołnierz. Już w wieku kilku lat odrobił lekcję o tym, że trzeba milczeć, kiedy należy i nie odzywać się nieproszonym, że żeby zaznać chwili beztroski, najpierw trzeba się podporządkować, stłumić podejrzenia, pielęgnować po cichu własne plany. Dopiero pod osłoną nocy, gdy Dursleyowie chrapali głośno w swojej wielkiej sypialni, bądź też ciepłymi, letnimi wieczorami, gdy chłonęli obraz wyświetlany z telewizyjnego, szklanego ekranu, mógł rozluźnić mięśnie, wymknąć się do ogrodu, zniknąć pośród zadbanych rabatek ciotki i wdychać życie pełnymi płucami.

— Może w gruncie rzeczy — powiedział cicho Harry, krzywiąc się szyderczo — jestem masochistą.

I nawet mógłby w to uwierzyć. Snape - wuj Vernon. Zaklęcie - cios łokciem. Leń - darmozjad. Obojętność klejąca się do niego jak pajęcza sieć wyskubana gołymi palcami z kątów komórki pod schodami.

Snape prychnął, popędzając go gestem różdżki.

— Uwierz mi: nie jesteś masochistą, Potter — warczał, mrużąc na niego oczy — i wydaje mi się, że kazałem ci wstać.

Właśnie, wstawaj, Potter, ty okropny darmozjadzie. Jesteś stratą miejsca. Jesteś stratą czasu.

Harry był w gruncie rzeczy cierpliwy - uczył się tej wewnętrznej dyscypliny za każdym razem na nowo, każdego, dłużącego się dnia w domu swojego wujostwa. Podniósł się - ostrożnie: najpierw na kolana, badając siłę swoich mięśni, upewniając się, że kręcenie w głowie już ustało, potem starając się złapać pion: jedna noga, druga. Powoli, żeby nie utracić stabilności, wstał z miękkiego dywanu, jakby upewniał się, że potrafi utrzymać się o własnych siłach. Snape obserwował go spod zwężonych oczu - zawsze go obserwuje - jak nieznośnego pasożyta. Sposób, w jaki na niego patrzy, trochę przypomina wuja Vernona (jesteś obrzydliwą stratą miejsca, bezwartościowy bachorze).

Kiedy Snape uniósł różdżkę, Harry rozpaczliwie starał się o tym nie myśleć.

Niebieskie oczy wuja Vernona ciskają wstrętem, a dziewięcioletni, milczący Harry stara się nie wchodzić mu w paradę i udawać, że nie istnieje. Rosły, pulchny mężczyzna przechodzi przez salon i zauważa zielone oczy obserwujące go z kuchni; jego twarz jest czerwona, zalana - Harry'emu głośno dudni serce, podpity wuj Vernon przeraża go bardziej, niż potwory spod łóżka, w które powoli przestaje wierzyć. Dziewięcioletni Harry zaczyna rozumieć, że potwory nie mieszkają pod materacami łóżek - chodzą po świecie, wmieszane w tłum, marszczą się z odrazą w schludnych ścianach zadbanych domów wyposażonych w gustowne ogródki, popijają z pękatych butelek mocny spirytus, a stróżki śliny ściekają im niechlujnie z kącików ust. „Ty!" warczy na niego wuj; jego niebieskie, świńskie oczka są małe i wyłupiaste i patrzą na niego tym przyćmionym alkoholem wzrokiem, który Harry nauczył się rozpoznawać już od najmłodszych lat. Teraz przygryza wnętrze policzka i marzy o tym, aby zapaść się pod ziemię. „Wykradasz się? Ty głupi darmozjadzie, kto pozwolił ci wyjść z komórki?" Głos wuja jest nieco bełkotliwy; Harry się go boi - dobrze wie, że nie powinien starać się tłumaczyć, że tylko pogorszy tym swoją sytuację. Bo co oznacza, że chciało mu się pić, że wyszedł po szklankę wody, że chciał zaraz wrócić pod swoje bezpieczne schody, ukryć się, zniknąć, rozpłynąć się, przy wuju Vernonie i jego wierze w swoją bezsprzeczną nieomylność?

Harry próbował walczyć, starał się, napierał na obłapiającą go magię, odganiał sprzed oczu pulchną, zalaną twarz wuja i jego wyłupiaste oczy, ale Snape, nie wiedzieć czemu, trzymał się tego wspomnienia mocno, nie szukał kolejnych, przyczajony gdzieś w jego umyśle, robił to, co potrafił najlepiej - obserwował. Umysł Harry'ego wyrywał się, szarpał, rzucał - nie chciał, żeby Snape to oglądał, czuł się, jakby obserwowały go czujne, bezlitosne oczy, przed którymi nie sposób się ukryć, czuł się jak robak pod mikroskopem; fala wstydu zalała go jak tsunami.

Kiedy wuj rusza niespecjalnie stabilnym krokiem w jego kierunku, Harry wychodzi zza wyspy kuchennej i cofa się za salonową kanapę - dobrze wie, że w czterech ścianach kuchni miałby ograniczone pole ucieczki. Nie spuszcza wzroku z czerwonej jak piwonia twarzy wuja, choć jego dłonie drżą, a oddech przyspiesza.

Szarpnął się mocniej - trochę jak zwierzę zapędzone w kozi róg - ale magia, której nie znał i nie rozumiał, unieruchomiła go, zbywając jego marne próby wyrwania się z pęt zaklęcia. Harry miał ochotę wyć, widząc pod powiekami pedantycznie uporządkowany salon zalany ciemnością, słysząc chrapliwy oddech mężczyzny, o którego istnieniu chciałby zapomnieć.

Wuj prycha wściekle, opluwając się przy tym spektakularnie.

Chodź no tutaj, ty... charczy, patrząc na niego rozbieganym spojrzeniem.

Nie podejdę, wujku, nie chcę, nie podejdę. Panika przytłacza głowę dziewięciolatka kulącego bezradnie ramiona. Oparcie kanapy jest stabilne pod jego palcami i Harry chwyta się go, kręcąc rozpaczliwie głową; w jego oczach nie ma łez - już dawno nauczył się, że łzy są czymś niedozwolonym i teraz przełyka je dzielnie, zaciskając mocno dłonie na oparciu sofy i śledzi tor kroków przemieszczającego się chwiejnie mężczyzny.

Jesteś obrzydliwą stratą miejsca, bezwartościowy bachorze syczy jego wuj, a Harry mu wierzy.

Zaklęcie cofnęło się, nim Harry'emu udało się je zdjąć. Harry nigdy nie ufał ludziom, nie pokładał w nich swojej wiary i teraz, patrząc z poziomu podłogi w czarne, nieprzeniknione oczy Snape'a, zerknął krótko na czubek wycelowanej w jego pierś różdżki. W zielonych oczach nie było strachu, który zżerał umysł tamtego dziecka ze wspomnień. Harry nie był już tamtym dzieckiem. W jego spojrzeniu było miejsce jedynie na chłodną pogardę - i Harry wiedział, że to jedynie mechanizm obronny, który przywdziewa jak rękawiczki, ale Snape nie musiał o tym wiedzieć. Skąd miałby wiedzieć? No, skąd?

Kiedy Harry spojrzał na ciężkie półki, na których w ciasnych rzędach poukładane były mrugające pustką fiolki do eliksirów, zauważył w ich odbiciu własną twarz. Była blada, ale nieugięta; patrząc w oczy majaczące do niego z gładkiego szkła, widział jedynie pożerający go chłód i zastanawiał się, dlaczego szklana powłoka nie pokryła się jeszcze szronem.

Czuł, że Snape obserwował go, kiedy wstawał, czuł jego oczy leżące na skórze jego twarzy jak cień rzucany przez wysokie regały. Harry zwrócił wzrok ku starszemu czarodziejowi i ujrzał na jego twarzy gniew - żyła na skroni o ziemistym zabarwieniu pulsowała niemal bliźniaczo do czerwonych policzków wuja Vernona. Harry wygładził szatę, która pofałdowała się to tu, to tam, myśląc, że w gruncie rzeczy to bez znaczenia, w jaki sposób się prezentuje - w znoszonych ciuchach po Dudleyu nauczył się omijać wzrokiem lustra, spuszczać wzrok, kiedy przechodził obok nich, odwracać oczy, gdy przypadkowo napotkał w nich swoje oblicze.

Harry stanął przed milczącym Snape'em i czekał na słowa pogardy. Myślał, że to jest pewnie ta chwila, w której Snape wreszcie go stąd wyrzuci. Może powie mu za moment, że ma umysł jak sucha, wyżęta gąbka - jest beznadziejnym przypadkiem? Może powie mu, że jest słabym głupcem z sercem leżącym przed nim jak na dłoni? Może powie mu, że jest imbecylem, który nie potrafi pojąć prostych zasad magii? Niektóre słowa powtarzane w kółko stają się oczekiwane i nie są żadnym zaskoczeniem.

Tyle że Snape nic nie powiedział. I to w gruncie rzeczy było najcięższe do zniesienia.


-VVV-


Kiedy Snape wykpił go po raz pierwszy, Harry miał jedenaście lat. Siedział w tłocznej sali do eliksirów, zapisując skrupulatnie słowa płynące poprzez audytorium, obawiając się uronić którąś z informacji, chłonąc wiedzę jak gąbka. Pióro zamaszyście skrobało o pergamin, a palce miał całe w atramencie - jeszcze nie nauczył się dobrze posługiwać kałamarzem i pozostawiał na zapisanych ciasno stronach notesu kłębiącą się nić granatowych odcisków linii papilarnych.

Głos Snape'a był miękki - tak różny od chropowatego, nieprzyjemnego głosu wuja Vernona. „Ach, tak" — zamruczał, patrząc na niego, jakby widział duszę kłębiącą się w jego ciele i Harry zrozumiał, że Snape się na nim poznał, że zrozumiał, że jest bezużyteczny, marny i nie tak nieskazitelny, za jakiego próbował uchodzić, wtapiając się w tłumy roześmianych twarzy i sprośnych dowcipów. Snape tylko spojrzał i już wiedział, że Harry jest inny; („dziwadło" — szeptał gdzieś w jego głowie głos ciotki Petunii). — „Harry Potter. Nasza nowa znakomitość" — powiedział cicho, patrząc mu w oczy, a Harry miał ochotę zapaść się pod ziemię. Nie wiercił się pod tym spojrzeniem, już dawno nauczył się, jak wytrwać zniewagę w milczeniu i z godnością. Jak patrzeć pogardzie prosto w oczy. Jak nie ugiąć się pod ciężarem rzucanej mu w twarz wzgardy. Wiedział, co powiedzieć, żeby nie dać satysfakcji agresorowi. I choć zrozumiał, że sam fakt, że przybył do szkoły magii, aby nauczyć się nowych technik, nowych zagadnień, nowego życia, nie sprawił, że stał się kimś lepszym, głos mu się nie zachwiał, a podbródek nie opadł.


-VVV-


— Myślisz, że nie wyciągnę z tego konsekwencji? — zapytał kiedyś wuj Vernon, a jego głos ociekał wzburzeniem.

Harry miał sześć lat i nauczył się, że za niedociągnięcia trzeba płacić surową cenę.


-VVV-


Mając dziesięć lat, nauczył się, że polecenia wypełnia się ze strachu, nie z przekonania. I że ból może sprawiać, że ludzie potulnieją. Obserwował bandę swojego kuzyna, lejącą bezlitośnie jakiegoś chłopca będącego na oko w jego wieku. Siedział pośród gałęzi drzew, wysoko w górze, ukryty za kurtyną zielonych, szeleszczących liści i patrzył jak czarne, ciężkie podeszwy raz po raz przydeptują drobne palce, kopią siniejące obojczyki, włażą pomiędzy żebra bez cienia litości. To ciekawe, jak okrutne potrafią być dzieci.

Na drzewie było bezpiecznie - tak, jak w jego komórce pod schodami. Może trochę niewygodnie, odrobinę za ciasno, ale banda jego kuzyna tutaj go nie wytropi, a nawet jeśli, to nie da rady wspiąć się za nim po gałęziach - ci chłopcy są na to za mało sprawni, poruszają się bez zręczności, bez zwinności. Silni są tylko w pięściach - Harry wiedział o tym doskonale i kiedy tylko był w stanie, schodził ich pięściom z drogi. Nauczył się omijać kłody rzucane pod jego stopy.


-VVV-


Snape był bardziej potężny od niego - Harry nie miał co do tego żadnych wątpliwości. I Harry wiedział, że przed silniejszym usuwa się z drogi, że silniejszego się nie irytuje, że silniejszemu przyznaje się zawsze rację. Jednak nie potrafił odegnać pogardy, która przykleiła się do jego umysłu i nie dawała się stłumić.

Czarna szata sunęła za Snape'em jak welon, kiedy przechadzał się przed nim, zgrzytając zębami i Harry myślał, że przypomina tym trochę sępa czającego się nad padliną, wirującego wokół gnijącego mięsa kierowany jak drapieżnik falą zapachu.

Przestań już — chciałby wykrzyczeć — przestań, nie widzisz, że jestem wyczerpany? — Jednak nic nie mówił, wodząc wzrokiem za przemieszczającym się powolnym krokiem Snape'em. Snape nie miał powodu, aby go wysłuchać, tak jak wuj Vernon nie miał powodu, aby mieć cierpliwość dla jego marnych tłumaczeń, że to nie on, tylko przeciąg rozbił figurkę stojącą na parapecie w oknie („nie masz w sobie za grosz szacunku" — jazgotała skrzeczącym głosem ciotka Petunia i Harry wiedział, że Snape nigdy nie omieszkał mu o tej prawdzie przypominać).

— Dlaczego to dla ciebie tak trudne do przyswojenia? — zapytał Snape, wykrzywiając paskudnie chude usta; zatrzymał się i zmierzył go nieprzychylnym wzrokiem. Łopot tej smoliście czarnej peleryny, kiedy ta plątała się wokół kostek, wzbijała się na porywach przeciągu i nieruchomiała, przypominał mu czasem szarpaną wiatrem szalejącym pomiędzy nagimi nagrobkami, zwiewną szatę Voldemorta. Był rozdrażniony - Harry mógł to wyraźnie wyłapać z jego głosu.

Blizna go piekła, paliła żywym ogniem. Harry przymknął oczy i udawał, że nic mu nie jest. Zdawało mu się, że głowa pęka mu na pół, ale prędzej by odgryzł sobie język, niż przyznał się do tego na głos - nawet przed samym sobą.

— Dlaczego nic nie mówisz? — pokręcił głową Snape, nie spuszczając wzroku z jego bladawej twarzy. — Zawsze jesteś tak wyszczekany, Potter. Czym, uświadom mnie, różnią się te zajęcia od codziennych, uczelnianych ćwiczeń, że przychodząc tutaj, przestajesz się odzywać?

Harry nie do końca wiedział, co ma odpowiedzieć. Nawet ciotka Petunia nie rzucała mu w twarz jego własnym nazwiskiem jak pogardą, tylko stojący przed nim czarodziej potrafił zbrukać w ten sposób nazwisko jego ojca. „Potter" brzmiące jak przekleństwo. „Potter" brzmiące jak prześmiewka. Snape jednak - zdaje się - wcale nie oczekiwał po nim najmniejszego odzewu, bo ciągnął swoją tyradę dalej:

— Zachowujesz się, Potter, jakbym lada moment miał cię kopnąć. Obserwujesz mnie, jakbyś był przekonany, że jeśli choćby na moment stracisz mnie z oczu, przycisnę ci różdżkę do karku. Widzę, jak śledzisz każdy mój ruch, jakbyś się upewniał, że nie cisnę w ciebie niczym ponad zaklęciem: „Legilimens".

Harry automatycznie się spiął, słysząc wychodzącą z ust Snape'a inkantację, samemu ganiąc się za to w myślach. Snape to zauważył - to nie ulega wątpliwości. Niewiele reakcji, gestów czy słów wypowiedzianych szeptem uszłoby uwadze Mistrza Eliksirów.

Czarne oczy patrzyły na niego z góry, ale Harry nie spuszczał wzroku. Snape nazywał to arogancją. Nazywał zbytnią pewnością siebie i odnoszeniem się do ludzi z lekceważeniem. Nie wiedział, że to instynkt samozachowawczy. Reakcja obronna, która już nieraz pozwoliła mu wywinąć się spod pajęczyny gniewu wuja Vernona. Jedna z zasad przetrwania. Obserwuj, zanim zostaniesz ugodzony, a może starczy ci czasu na unik.


-VVV-


Osiemdziesiąt kilogramów żywej wagi — można było rzec, spoglądając na wuja Vernona — chroniczna otyłość — zawyrokowałby każdy dietetyk, a Harry dziękował opaczności za taki stan rzeczy. Dziękował za każdym razem, kiedy zdążył umknąć, nim zalana, nadęta twarz zastąpiła mu drogę. Kiedy przyprawiony procentami wuj seplenił w jego stronę serię krzywdzących epitetów, Harry często znajdował się już poza zasięgiem twardych, wujowskich pięści. Wiedział, że lepiej dmuchać na zimne.


-VVV-


Kiedy miał jedenaście lat, a Hagrid obiecał mu inne, ciekawsze, przyjemniejsze życie, Harry nie zawahał się, kiedy przestąpił za nim przez próg. Wstał i wyszedł - i wiedział, że pójdzie gdziekolwiek, byle dalej od swojej tak zwanej rodziny. Nie był naiwny - przemknęło mu przez myśl, że ten obcy człowiek może kłamać, że może mieć wobec niego jak najgorsze intencje, że może żywić do niego jakieś dziwne urazy, na które Harry nic by nie mógł poradzić, a mimo to podążył za nim w świat.

Pomyślał, że jeśli ten olbrzymi, dziwaczny człowiek go uprowadzi, to trudno. Najwyżej zdechnie gdzieś w jakimś dole. I tak zawsze traktowano go gorzej niż psa.


-VVV-


Dolores Umbridge poprawiła krzyczący różem beret i włożyła mu do ręki krwawe pióro. Nie był to pierwszy raz, kiedy trzymał go w dłoni, nie pierwszy raz opuścił go na przygotowany, rozłożony przed nim pergamin. Słowa pisał mechanicznie - znał je na pamięć, mógłby je kreślić bez patrzenia.

Wierzch jego dłoni zdobiły ostre, krwawe nacięcia, które naprawdę bolały, piekły i krzyczały o jego uwagę, ale Harry nawet nie drgnął, jakby nie dostrzegał wyrządzanej mu krzywdy.

Zauważył zniecierpliwiony grymas wieńczący twarz okutej w purpurowy róż czarownicy i w głębi duszy uśmiechnął się tak, jak uśmiechałaby się kobra, wpijająca rząd jadowych kłów w gorącą, pulsującą szyję. Celebrował to zwycięstwo jedynie we własnym umyśle, nie dając po sobie niczego poznać, ale to wystarczało. Zgrzytające bez triumfu zęby Umbridge były dla niego satysfakcjonującym wynagrodzeniem.


-VVV-


To żadne zaskoczenie, że Snape zauważył. Zorientował się jako pierwszy i to jeszcze zanim ponownie wtargnął do jego głowy, a jego magia zabrzęczała Harry'emu w uszach jak rój pszczół kotłujących się w tłumnym ulu. „Nie będę opowiadać kłamstw" błyszczało na wierzchu jego dłoni jak diamentowe drobiny, a Harry nie cofnął dłoni, udając, że nie zorientował się, na co Mistrz Eliksirów tak naprawdę spoglądał. Kontemplował obojętnym wzrokiem ścianę, licząc niespiesznie przeciągłe rysy znaczące ciemny kamień i czekał, aż kolejne zaklęcie bezwzględnie naruszające jego prywatność rzuci go na kolana.

— Powiedziałeś komuś o tym? — odezwał się cicho Snape i - nie wiedzieć czemu - opuścił różdżkę.

— O czym? — zapytał w odpowiedzi Harry, będąc dumnym z obojętności tlącej się w jego umyśle, kiedy obracał głowę, aby spojrzeć Snape'owi w oczy. Zdobył się nawet na uniesienie brwi i wytrzymał jego spojrzenie, które przytłaczało go z siłą śnieżnej lawiny.

Snape obracał w dłoni różdżkę, szelest palców przesuwających się po drewnie był dziwnie drażniący. Ból był już przeszłością, nawet jeśli miał się jeszcze powtórzyć. Teraz zostawił za sobą w spadku jedynie lekkie mrowienie sunące wierzchem jego sinej dłoni. Blizny odcinały się białymi, cienkimi języczkami, doskonale widoczne, jeśli spojrzeć pod odpowiednim kątem. Harry wiedział, że nie zejdą - w Dziale Ksiąg Zakazanych spędzał zdecydowanie zbyt wiele godzin, gdy znajdował lukę w codziennym planie („przerwy w życiorysie" — jak określiłaby to Hermiona), zanim odszukał odpowiednią pozycję, a potem spędził czas na podliczaniu godzin straconych na szlabanach w gabinecie Umbridge. Równanie to dało mu z grubsza spodziewany wynik.

— Dlaczego uważasz — odezwał się powoli Snape, zbliżając się do niego i Harry musiał walczyć usilnie z chęcią ucieczki — że stoisz sam przeciw całemu światu?

Harry zaczął się zastanawiać, czy może nie spróbować temu zaprzeczyć. Snape pokręcił głową, jakby doskonale wiedział, o czym myśli. I Harry nie zaprzeczył - chociaż kusiło go, chociaż chciał - i pewnie powinien.

— Chyba mi pan nie powie, że to właśnie pan stoi wraz ze mną? — zaszydził Harry, dochodząc do wniosku, że cała ta Oklumencja jest tylko stratą czasu.


-VVV-


Dzień później Minerwa McGonagall nakrzyczała na Dolores Umbridge, że w stosunku do jej uczniów wymaga od Wielkiej Inkwizytor należytego ładu i zdyscyplinowania.

Harry starał się nie patrzeć na przyczajonego na skrzyżowaniu korytarzy, skrytego w głębokich cieniach, spoglądającego na to wszystko spod kurtyny wpadających na powieki włosów Severusa Snape'a.


-VVV-


W swoich snach znowu przeżywał śmierć Cedrika Diggory'ego.


-VVV-


Kiedy Snape uniósł różdżkę, Harry zacisnął zęby i wbił sobie paznokcie we wnętrza dłoni. Nienawidził tego słowa, tych czterech, okropnych sylab. Nienawidził chyba jeszcze bardziej od dwóch słów i sylab sześciu - co było dla niego nieoczekiwaną konkluzją.

Szare oczy Cedrika patrzą na niego przez ciemny cmentarz otulony we mgle, a jego usta śmieją się jak dziecku, które otrzymało nieoczekiwany, miły prezent.

Harry, to Świstoklik! woła; jego głos brzęczy rozbawieniem. Puchar - to był Świstoklik!

Harry krzyczy, drze się, woła, żeby ten durny chłopak się wynosił - jego blizna płonie, z oczu toczą się łzy, a Cedrik odwraca się ku niemu z niepokojem - uśmiech spełza z jego przystojnej, młodzieńczej twarzy, brwi są zmarszczone.

Harry, co ci jest? W jego głos zakrada się strach, tony, hektolitry strachu płyną do Harry'ego przez przestrzeń między nimi. Co się dzieje?

Harry nie ma siły wstać z chłodnej ziemi i przeklina na czym świat stoi, woła do starszego znajomego, żeby stąd znikał i to jak najszybciej, bez zastanowienia, ale ten stoi na środku cmentarza - żywe, namacalne wcielenie naiwności.

Voldemort się zbliża - Harry czuje to bardzo wyraźnie; przyciska dłoń do pękającej, zalewającej mu twarz krwią blizny i ignoruje rozrywający, nieznośny ból zdający się rozłupywać jego czaszkę na pół, i zdziera sobie gardło imieniem swojego kompana, kiedy ten staje pewnie na nogach i celuje w kogoś własną różdżką pomiędzy nagrobkami (Harry nie znajduje innych słów poza: „ty absurdalny idioto!", które roznoszą się po cmentarzu głuchym, potężnym echem).

Zaciska powieki i zasłania dłonią twarz, żeby nie widzieć, ale to nie zatrzymuje zielonej poświaty, która przedziera się przez zamknięte oczy. To, co wyrywa się z jego piersi, nie jest już krzykiem - to głośny, rozdzierający, złamany lament, który toczy się wokół niego gromkim echem, toczy się i toczy się, i toczy się, a Harry przyciska dłonie do uszu, aby go już nie słyszeć.

Kiedy zaklęcie się zerwało, chwilę zajęło Harry'emu zrozumienie, że nie jest wcale na zimnym cmentarzu dzwoniącym echem paru głosów, a w cichym gabinecie, którego nagie ściany milcząco go obserwowały. Snape spoglądał na niego znad wyciągniętej różdżki, a Harry skrzywił się, zastanawiając się, czy bardzo krzyczał - i doszedł do wniosku, że woli tego nie wiedzieć.

Jego gardło piekło.

— Zatracasz się we wspomnieniach, których się boisz. — Snape był wściekły, jego czarne oczy jaśniały jakimś nienaturalnym, niecodziennym szałem, który sprawił, że Harry'emu przewróciło się w żołądku, ale nie spuścił wzroku. — Przeżywasz je jak jakiś melodramatyczny idiota.

Harry spojrzał z rezerwą w tę ziemistą twarz, ścierając wierzchem dłoni lśniące na swoim czole kropelki potu. Nie chciał mu mówić, że między Bogiem a prawdą zdaje się, że jest melodramatyczny. I bez dwóch zdań czasami czuje się jak idiota.


-VVV-


W swoich snach znów marzył o pomieszczeniu, do którego nie mógł się dostać.


-VVV-


Czarne oczy obserwowały go, gdy przechadzał się po pustym korytarzu. Była sobota, w którą większość starszych uczniów zabawiała się w Hogsmeade. Śnieg spadł już w październiku, dając najmłodszym uczniom kolosalną satysfakcję, kiedy przewracali się na biały puch, wywijając aniołki wokół zamkowych murów.

Albus Dumbledore - tak się Harry'emu zdawało - był nim zawiedziony. Nie rozmawiał z nim, nie pozdrawiał go, kiedy mijał go w rozpędzie, zajęty ważniejszymi sprawami - w ogóle zdawał się nie spoglądać w jego kierunku, a kiedy już to czynił, robił to bardzo niechętnie.

Nikt cię nie chce" — prychał do niego kobiecy, zawistny głos, a Harry zastanawiał się, od kiedy to ciotka Petunia zamieszkała w jego głowie.

Podczas gdy dyrektor najwyraźniej stracił zainteresowanie jego osobą, Snape nagle wykazywał co do Harry'ego stosunkowo niepokojący głód wiedzy.

— Snape — warczał Harry, czując ogarniający jego ciało niepokój, odkładając podręcznik do Obrony Przed Czarną Magią na zimny, ceglany parapet — nie mogę się skupić, kiedy tak mnie obserwujesz — zarzucał, ale kiedy odwracał się, by odszukać jego czarnooki, przenikliwy wzrok, nigdzie nie potrafił go dostrzec, jakby Snape wtapiał się w mury jak poltergeist.

— Nie jesteś stratą miejsca — wyszeptał mu kiedyś w tył głowy podczas ćwiczeń z Eliksirów, kiedy Harry, pochylony nad swoim kociołkiem, sprawdzał, czy ta nijaka, brunatna breja bulgocząca mu przed nosem ma chociaż właściwy zapach, a Harry drgnął tak gwałtownie, że aż strącił z blatu swój miedziany kociołek, zalewając szczeliny w popękanej posadce, a gęsta papka popłynęła w nich, jak woda przez rozgałęzienia rzeki. — Potter! — warknął Snape, wychodząc zza jego pleców i celując różdżką w przewrócony kociołek, sprawił, że rozlany, niedokończony eliksir wyparował jak za mrugnięciem powieką. — Dziesięć punktów od Gryffindoru!

Później Harry zaczął podejrzewać, że ten nikły szept, rozwiewający mu włosy jedynie sobie wyobraził - bo jak inaczej wytłumaczyć tą niezachwianą pewność w ściszonym, gładkim jak hartowane szkło głosie Snape'a?


-VVV-


— Wbijam ci Oklumencję do głowy już tak długo — pieklił się Snape, kiedy zamykali się w jego cichym, spokojnym gabinecie i blokowali drzwi zaklęciem — a ty nadal nie jesteś w stanie jej w sobie przyswoić!

Przecierał ręką piekącą bliznę, patrząc ponuro w kierunku gabinetowych drzwi, marząc o tym, aby znajdować się teraz po ich drugiej stronie.

— Wiem, że mieszam panu w głowie — przyznawał Harry, nie potrafiąc się zdobyć choćby na nutkę skruchy — i marnuję pański cenny czas.

Snape oddychał głęboko, jakby próbował pohamować gniew.

— Potter, ja rozumiem, że to twardy orzech do zgryzienia, ale musisz nauczyć się chronić swój umysł.

Harry spoglądał na niego z rezygnacją i kręcił głową.

— Dlaczego? — pytał. — Dlaczego to takie ważne?

Snape przecierał palcami skronie, jakby zmuszał swój umysł do skupienia myśli.

— Bo choć Czarny Pan jeszcze nie zrozumiał, na jak wiele może sobie pozwolić, mając wolny dostęp do twojego umysłu, w ostateczności odkryje, jak silne jest wasze połączenie - a kiedy już je dostrzeże i zrozumie korzyści, które z niego płyną, zacznie je badać. A ty, Potter — cedził powoli Snape, wskazując na niego chaotycznym gestem dłoni — z całą tą burzą w umyśle i sercem wzdętym od zżerających cię emocji, będziesz niezwykle łatwym celem.

Harry bał się w takich chwilach - ale nie Voldemorta, a samego siebie. Samego siebie, bo wizja, jaką kreował przed nim Snape, nie odrzucała go tak mocno, jak powinna.


-VVV-


— Potrzebny nam nauczyciel. Odpowiedni nauczyciel — powiedziała Hermiona pewnego burzowego wieczora, wpatrując się w granatowe niebo przykryte szczelnie gęstymi chmurami, a uderzenie błyskawicy rozświetliło białym jak kość blaskiem jej zdeterminowaną twarz; Harry przez moment łudził się jeszcze, że to nie jego miała na myśli.


-VVV-


Któregoś wieczora, kiedy już Snape wpuścił go do gabinetu i zaryglował za nim drzwi, czarne oczy obrzuciły go chłodnym spojrzeniem i Harry poczuł, jak zimny dreszcz przebiega mu w górę i w dół kręgosłupa pod ciężarem tego wzroku.

Jednak Snape, zamiast go przekląć - czego Harry podświadomie oczekiwał - wskazał podbródkiem na wierzch jego dłoni.

— Jak twoja ręka? — zapytał sucho, tonem świadczącym o tym, że zasadniczo, nic go to nie obchodzi.

Harry jeszcze długo po tym zastanawiał się, po co Snape zadał sobie w ogóle ten trud, aby zapytać.

— To nie tak — odparł cicho Harry, chcąc nie chcąc - uśmiechając się ponuro — żeby jakaś różowa, podobna do ropuchy lafirynda była w stanie mnie skrzywdzić.

Snape skinął głową, jakby akceptował taką odpowiedź i wyciągnął różdżkę, rzucając zaklęcie, jakby pytanie wcale nie padło.


-VVV-


Kiedy Harry wpadł do Myślodsiewni Snape'a, Albusa Dumbledore'a już dawno nie było w Hogwarcie. Nie było także Minerwy McGonagall i Harry wiedział, że byli to jedyni dorośli, którzy mogliby wstawić się za nim z potrzebą wyperswadowania Snape'owi jego podjętej w afekcie decyzji. Wiedział, że nie może pójść do nikogo innego, wiedział też, że szukając wokół siebie czarodzieja do roli pośrednika pomiędzy nim a Snape'em zachowuje się jak gówniarz, za którego jego Mistrz Eliksirów go uważa.

Było lekko po ciszy nocnej, środek tygodnia, kiedy wreszcie podjął decyzję i wymknął się z nietłumnie zapełnionego Pokoju Wspólnego, i przemknął na palcach przez zalane ciemnością korytarze, wsłuchując się w oddechy zasypiających, sportretowanych na obrazach, wiekowych czarodziejów. Schody prowadzące do lochów dłużyły się pod jego podeszwami, jakby było ich więcej, niż zazwyczaj, jakby ktoś spłatał głupiego figla i dwukrotnie pomnożył ich ilość. Kiedy pukał do kwater Severusa Snape'a był cały skostniały - nie z zimna, ale ze strachu. Obawiał się, że Snape go wyrzuci, odeśle, oznajmi, że nie ma miejsca na podejmowanie straconych szans i rozwiązywanie przegranych spraw.

Drzwi uchyliły się po krótkim czasie niemal bezszelestnie, a czarne oczy, które zza nich wyjrzały, zdawały się rozkładać go na czynniki pierwsze, na związki, na pierwiastki i Harry zaczął się wiercić pod przenikliwością tego spojrzenia, czując niepewność klejącą się do jego ciała jak plaster na otarcia.

— Wiem, że spieprzyłem sprawę — przyznał cicho Harry, a choć układając w głowie tę rozmowę, nie zamierzał być aż tak bezpośredni, rozchwiane nerwy sprawiły, że zaczął mówić prosto z mostu — ale proszę mi dać jeszcze jedną szansę.

Snape spoglądał na niego długo - ich oczy spotkały się w ciemnym korytarzu, nad lodowatą podłogą, z ciszą czterech ścian wiszącą wokół nich jak w próżni.

Harry był gotowy na to, że Snape zatrzaśnie mu drzwi przed nosem, w głębi duszy podejrzewał, że to nieuchronne, że to musi nastąpić, on jest w końcu niczym więcej, niż stratą miejsca, niczym więcej, niż stratą czasu. Z góry uważał to za przegraną sprawę: bo dlaczego Snape miałby przyjąć go z powrotem, skoro zawiódł - i to na wszystkich frontach? Dlaczego po tym, jak wepchnął swój nos w sprawy, które go nie dotyczyły, Snape miałby chcieć, żeby znowu wdzierał się z butami do jego gabinetu? Dlaczego miałby chcieć użerać się z kimś takim jak on?

Jesteś dla wszystkich jedynie rozczarowaniem" — szeptała do niego ciotka Petunia, a Harry miał ochotę zamachnąć się i samemu grzmotnąć się po głowie, żeby ją stamtąd przepędzić.

Harry nie spodziewał się, że Snape wyciągnie ramię przez lukę między drzwiami a futryną i chwytając go za kołnierz szaty, przewlecze go przez próg. Harry - potykając się - usłyszał kliknięcie zamykanych drzwi. Gabinet tonął w ciemności - Harry jeszcze nigdy nie widział go bez ani krztyny światła - wyglądał jak senny majak mglący się szyderczo przed jego trawionym bezsennością umysłem.

Harry skupił wreszcie wzrok na Snape'ie, kiedy ten pochylił się nieznacznie nad jego twarzą, krzywiąc się ze swoim standardowym, skwaśniałym grymasem.

— Posłuchaj mnie uważnie, Potter, bo nie będę się powtarzał — warknął Snape, a Harry zmarszczył brwi, zastanawiając się, co powiedział nie tak, że Mistrz Eliksirów z mostu jest cięty na niego jak osa. — Nie jesteś dla nikogo rozczarowaniem. Nie jesteś nim, jasne?

Harry nie potrafił dać wiary w to, że przyszło mu o tym usłyszeć właśnie od Snape'a.


-VVV-


— Czy to oznacza, że mogę tu jutro przyjść?

— O osiemnastej, Potter. I ani minuty później, bo ci nie otworzę, zrozumiałeś?


-VVV-


We śnie spoglądał w oczy czerwone jak krew, jak cegła.

Chyba nie sądzisz, że cię opuszczę?" — mówił mu cichy, zgoła szyderczy głos; zgłoski rozmywały się na języku jak czekolada, dźwięczały jak mowa węży. — „Mój urokliwy Harry" — mówił tak, jakby samymi słowami gładził go po szyi. — „Mój wrażliwy Harry, nie jesteś nawet w połowie tak bardzo samotny, jak ci się wydaje".

W takie noce budził się zlany potem, a jego krzyk umierał, wciśnięty w poduszkę. Wycierał palcami krew spływającą po jego czole i rzucał zaklęcia czyszczące na zabarwioną czerwienią pościel. Blizna pulsowała tak dotkliwie, że nie pozwalała mu zasnąć. Harry wtulał twarz w chłodną, puchową kołdrę, bojąc się zamknąć oczy, choćby i na moment. Leżał na rozkopanym łóżku aż do rana, wsłuchując się w swój miarowy oddech, a potem udawał, że nie widzi spojrzeń Snape'a, śledzących fioletowe cienie rozlewające się pod jego powiekami, jakby te były zapiskami egipskich faraonów.

Innym razem - pomimo desperackich prób oczyszczenia swojego umysłu przed snem - był świadkiem całonocnych męczarni zgotowanych jakimś przypadkowym mugolom.

Voldemort uśmiechał się do niego czarująco, a czerwień jego oczu błyszczała jak rubiny.

Podoba ci się mój spektakl, Harry?" — pytał z pomrukiem, oblizując łakomym językiem palce zbrukane krwią. — „Jest nad nim specjalna dedykacja dla ciebie".

Zaczął do niego mówić, zaczął organizować krwawe rajdy, pokazując mu dokładnie ich brutalne efekty. Harry nigdy jeszcze nie widział masakr na tak szeroką skalę.

Zrywał się z łóżka, biegł przez zimny parkiet i dopadał łazienki, wyrzucając z siebie cały obiad i całą kolację z poprzedniego dnia.


-VVV-


— On już wie — powiedział Snape'owi pewnego wieczora o osiemnastej. I szczerze powiedziawszy, wcale nie chciał znać konsekwencji, jakie mogłyby z tego wyniknąć.


-VVV-


Siedział w gabinecie Snape'a pod czujnym wzrokiem gospodarza, to rozluźniając, to zaciskając dłonie na miętoszonej z napięcia szacie.

— Jesteś pewien?

Harry oblizał nerwowo wargi.

— Tak — potwierdził na wydechu i odetchnął kilkukrotnie. — Rozmawiał ze mną. Choć lepszym słowem byłoby... monologował. — Zaczął nerwowo skubać skórki u rąk. — Pierwsze co, to wpadł w samozachwyt, więc nie próbował na tym połączeniu... eksperymentować czy coś. — Zaczerpnął głęboko powietrza. — Jak na razie pieprzy coś o tym, że się ze mną n-nie rozstanie — głos mu się lekko złamał, a twarz wykrzywiła w gorzkim grymasie, jakby jej mięśnie w ogóle nie współpracowały z jego wolą. Harry przycisnął palce do szczęki, starając się zatrzymać jej drżenie. — Jestem, na bogów, przerażony — przyznał drżąco — nie wiem, co mam robić.

Snape spoglądał na niego długo, jak stoi na środku jego gabinetu, trzęsąc się jak osika - on, piętnastolatek, który właśnie przyznał się do słabości, który boi się tego, co dzieje się w jego głowie, który jest przerażony implikacjami związanymi z połączeniem, którego nigdy nie chciał, a z którym był zmuszony walczyć - by wreszcie westchnąć i podejść do niego, i szarpnąć mocno jego ciałem, zaplatając dłonie na jego twarzy.

— Opanuj się! — warknął Snape i obnażył zęby, ale Harry - patrząc z nadzieją w jego czarne, nieprzeniknione oczy - dostrzegł coś ponad rozdrażnienie - dostrzegł napięcie znaczące tę ziemistą twarz niczym bruzdy. — Popadanie w panikę tylko wszystko pogorszy — upomniał, krzywiąc się kwaśno, jak na nieudany, studencki eliksir, ale jego dłonie były stabilne i ciepłe; przytrzymały jego szczękające zęby, zanim odgryzł sobie język.

Przez chwilę Snape, trzymając dłoń na jego twarzy, mówił: „pomogę ci" i „poradzimy sobie".

I przez chwilę Harry mu uwierzył.


-VVV-


Kiedy zamknął oczy, nie wiedział, czy woli spoglądać w małe, niebieskawe tęczówki wuja Vernona, czy w czerwonooki jak piekielny ogień wzrok tego, który nazwał siebie Lordem. Jeden z nich był sennym majakiem, drugi nie zawsze i niezupełnie i Harry nie wiedział, co jest gorsze - bo jego wyobraźnia podsuwała mu scenariusze o stokroć bardziej diaboliczne, niż nieokiełznane fantazje Voldemorta były w stanie. Wyobraźnia nie miała granic, wyobraźnia była bezbrzeżna i choć często jej wizje przekraczały bariery logiki, była pułapką tak kunsztowną, że Harry nie raz nabierał się na jej przekręty. Demony jego wyobraźni były tysiąckrotnie bardziej upiorne od realnych, namacalnych lęków. Wyobraźnia mogła być bronią - Voldemort wiedział o tym bardzo dobrze i wiedział, jak sprawnie to wykorzystywać. To, czego najbardziej się boimy, kreowane jest w naszej wyobraźni.


-VVV-


Emocje Czarnego Pana wciągały; snuły się, snuły się, snuły się - w podświadomości Harry'ego. Intensywne i rzęsiste kołatały się pod jego czaszką jak skrzydła ważki, jak przebłyski niesamowitych, oszałamiających marzeń, których nie potrafił utożsamić z własnymi pragnieniami. I Harry czuł przynależność do miejsc, których nigdy nie widział i powiązanie z ludźmi, których twarze były dla niego obce.

Czarny Pan miał pragnienia. Harry wciągał głęboko powietrze, jakby próbował ich zasmakować, jakby próbował zwilżyć w nich opuszki palców, tylko na chwilę - aby się z nimi zapoznać. Jego pragnienia były kuszące - jak subtelny zapach piżma, którego kropla dodana do niewielkiego flakonu perfum łagodnie pobudza nawet zatwardziałe serca i Harry, w styczności z nimi, przełykał ciężko ślinę, czując, jak ta z ospałością płynie w dół jego gardła.

Czarny Pan miał i własne słabości - tkwiły w nim, jak w każdym człowieku, a mimo że Harry nie potrafił ich nazwać z imienia, odczuwał je bardzo wyraźnie, a jego dłonie świerzbiły i drżały od nieudolnych prób ujęcia ich w słowa - uwięzieniu ich w tych ścisłych ramach języka.

Jego uśmiech był czymś demonicznym i ponętnym zarazem i Harry'emu drżały wargi, kiedy z niewstrzymaną zgrozą w oczach, zwierzał się Snape'owi z własnych podejrzeń.

— On mnie kusi — wyznał, a czarne oczy prześwidrowały go uważnym spojrzeniem, jakby samymi źrenicami miały zamiar sięgnąć jego umysłu.

— Boisz się tego, co zrobi, kiedy powiesz mu: „nie", czy tego, że nie będziesz umiał się oprzeć? — spytał cicho, a Harry zasłonił drżące usta dłonią i udał, że to pytanie nigdy nie padło.


-VVV-


— Kusi cię, bo widzi potencjał — powiedział mu raz Snape, nie patrząc mu w oczy. — Pytanie: czy uważasz, że to właśnie on jest osobą, przy której ten potencjał najlepiej rozwiniesz?

— To pytanie retoryczne? — zaśmiał się nerwowo Harry, a Snape zwrócił ku niemu wzrok; w czarnych oczach nie było drwiny ani złośliwości.

— To osąd, który sam musisz wydać — odpowiedział cicho i przechylił głowę jak zaintrygowane dziecko, przyglądając się jego twarzy.

Uświadomił mu tym wówczas, że istnieją wybory, w których ma prawo być ogniwem decyzyjnym.


-VVV-


— Uczysz ich Obrony? — zdumiał się Snape, zniżając różdżkę, kiedy Harry - niezdarnie, mizernie i bez wprawy - wypchnął go z głowy, zrywając zaklęcie: „Legilimens".

Wzruszył ramionami, pocierając palcami pulsującą tępym bólem bliznę na czole, krzywiąc się kwaśnawo ni to w odpowiedzi, ni to z przemęczenia.

— Inicjatywa Hermiony — sprostował.

Snape obrócił różdżkę w palcach, przyglądając się, jak Harry oddycha głębiej, uspokajając szalejące pod mostkiem serce (przyłożywszy płasko dłoń do klatki piersiowej, czuł postukiwania płynące zdecydowanie zbyt rwącym nurtem).

— Nie lubisz tego — rzekł cicho Snape i nie zabrzmiało to jak pytanie, ale Harry westchnął i odsunął rękę od twarzy (musiał być czerwony jak piwonia i prezentować się dosyć nieokazale - twarz piekła go jak po słonecznym poparzeniu). Spojrzał na Snape'a, a ten potarł w zamyśleniu dolną wargę, marszcząc chude brwi.

— Połowa z nich stawia się po to, żeby oznajmić mi, że jestem podłym kłamcą, a Voldemort wcale nie powrócił, a druga połowa po to, żeby przypatrzeć się mojej bliźnie, jakby moja głowa była pieprzoną dipylońską wazą. Są i tacy, którzy nie przegapiliby okazji do dobrej zabawy, albo tacy, którzy przychodzą na te spotkania tylko po to, żeby potowarzyszyć swoim przyjaciołom, by mieli oni w ich trakcie z kim poplotkować. — Harry zaszurał butem, rozcierając podeszwą przeciągłą rysę znaczącą posadzkę. — Tak więc: nie. Nie lubię tego.

— Dlaczego więc...? — Pytanie zawisło między nimi, mimo że Snape urwał je w połowie.

— Łowię ryby w mętnej wodzie — mruknął Harry, przygryzając wargę — a choć kręcą się w niej płotki, jest pośród nich kilka złotych rybek.

Uniósł wzrok na Snape'a, który patrzył na niego, jakby widział coś więcej ponad skórę nawleczoną na kości i zmarnowany potencjał.

— Budujesz armię — zgadł Snape, jeszcze bardziej ściszając głos; prawie szeptał. — Dla Dumbledore'a? — zastanawiał się, spoglądając mu w oczy.

Harry nie potrafił zbyt długo patrzeć mu w twarz.

— To nie z dyrektorem Voldemort chce walczyć — przyznał cicho.

Podbródek Snape'a przesunął się w górę, jego szata zaszeleściła, gdy zrobił kilka powolnych kroków w jego stronę.

— Czarny Pan cię nie zaatakuje, Potter, jeśli faktycznie stara się ciebie zwerbować.

Harry uśmiechnął się mętnie.

— Nie — pokiwał głową, poprawiając zsuwające mu się z nosa okulary. — Zaatakuje, dopiero wówczas, kiedy się nie zgodzę.

Harry nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości.

Snape odetchnął głęboko, wyglądając, jakby z ostrożnością dobierał odpowiednie słowa.

— Masz za sobą cały Zakon Feniksa — odezwał się cicho, przeciągając poszczególne wyrazy, patrząc na niego spod rzęs wzrokiem nieprzeniknionym jak odmęty oceaniczne — nie zostajesz na tej wojnie w pojedynkę przeciw armii, Potter — podkreślił, a Harry - choć próbował - nie powstrzymał śmiechu, z którego nuty goryczy wyciekały jak gęste krople.

— To Dumbledore ma za sobą Zakon Feniksa, profesorze — roześmiał się bez rozbawienia. — Piętnastoletni adepci Hogwartu nie mają straży ani konwojów. Nie mają towarzyszów broni. Nie mają obstawy.

Snape skrzywił się koszmarnie i pokręcił głową, jakby miał do czynienia z pustogłowym imbecylem.

— Ty chyba nie rozumiesz, Potter — wypluł, pocierając nasadę nosa. — Zakon Feniksa został powołany właśnie w tym celu: żeby za ciebie walczyć.

Harry nie czuł irytacji - był chyba na to zanadto zmęczony. Jego ponure spojrzenie spotkało czarne oczy i zawiesiło się na nich przez krótką chwilę.

— W tym rzecz, profesorze — wzruszył ramionami. — Wszyscy chcą za mnie walczyć. Za mnie, a nie dla mnie. — Zdmuchnął z nosa kilka pojedynczych, przydługich kosmyków wpadających mu na twarz. — Zakon wolałby, żebym został w jego cieniu. Ja sam, Merlin mi świadkiem, wolałbym w tym cieniu ustać — powiedział, wykrzywiając usta — ale Voldemort mi na to nie pozwoli. Nie wyrazi na to zgody, nie będzie tańczył, jak mu Dumbledore zagra i wywlecze mnie z tego cienia - choćby siłą.

I jakie, wobec tego — pomyślał Harry, odwracając głowę — karty może wystawić Zakon Feniksa? Albo i Dumbledore? — zastanawiał się. — Przy Zwierciadle Ain Eingarp nie było Zakonu ani dyrektora. W Komnacie Tajemnic nie było Zakonu ani dyrektora. Na cmentarzu w Little Hangleton nie było Zakonu ani dyrektora.

W bitwie, którą staczał na głębokim poziomie swojego snu, także nie było zakonników. Ani tym bardziej Albusa Dumbledore'a.


-VVV-


— Dumbledore cię kocha, głupcze — warknął na niego Snape, obnażając zęby, a choć Harry nie był pewien, co dokładnie ujrzał on chwilę temu w jego umyśle, nie pozwolił rozdrażnieniu przejąć kontroli nad własnymi słowami.

— Dumbledore mnie ignoruje — zauważył, wygładzając szatę na piersi i krzywiąc się, gdy przygniecione, wyraźnie odciskające się w głębokiej czerni pręgi wcale nie znikły.

Z gardła Snape'a wyszedł tak zwierzęcy pomruk, że Harry doszedł do wniosku, że głupotą było choćby na moment spuszczać go z oczu.

— Dyrektor jest zajętym człowiekiem — sprostował Snape, przeszywając go pełnym przenikliwości spojrzeniem — i nie możesz oczekiwać, że będziesz wiecznie znajdował się pod jego reflektorem.

Harry wyprostował się powoli, ściągając łopatki i przyjrzał się uważniej stojącemu przed nim mężczyźnie.

— Tylko mi nie mów — pokręcił z niedowierzaniem głową — że będziemy się na deser spierać o zachowania Dumbledore'a?

Przez rysy twarzy Snape'a przemknął dziwny skurcz, który podpowiadał Harry'emu, że właśnie taki jego profesor miał pierwotnie zamysł. Zamiast jednak ciągnąć kłótnię, zaciągnął mocniej rękawy, przełożył kilkakrotnie różdżkę z prawej dłoni do lewej, a potem na wspak, zmarszczył brwi w groźnym wyrazie i burknął:

— Nie będziesz mówił do mnie na: „ty", krnąbrny dzieciaku.

Uderzył w niego Legilimencją bez ostrzeżenia i Harry - choćby chciał - nie zdążył się przygotować.


-VVV-


Spodziewał się naprawdę wiele. Spodziewał się krzyku, gróźb i bólu pulsującego w czasze, był gotów na przyjęcie cierpiętniczych klątw, których nie mógłby złamać, oczekiwał chłodnych nakazów i wymogu bezdyskusyjnego podporządkowania się cudzej woli. Spodziewał się płaczu i zgrzytania zębów, i nieprzyjemnego dla ucha, chrapliwego głosu, powarkującego na niego jak na zmokłego, cuchnącego kundla, podkulającego ogon pod tylne łapy.

Tyle że głos Voldemorta był nęcący - za każdym razem.


-VVV-


Jestem w stanie pokazać ci wielkie rzeczy, Harry" — kusił mężczyzna z jego snów, a intensywnie w niego wpatrzone, czerwone oczy migotały jak rubiny; w ich głębi nie było miejsca na wygrażanie — „straszne po części, nie da się zaprzeczyć, ale wielkie" — wabił go jak lep na muchy i Harry czuł się zagubiony pomiędzy Voldemortem a własnym sumieniem. I czasami, stojąc na szczycie Wieży Astronomicznej, patrząc na nieruchomą taflę błyszczącego w bladym świetle księżyca jeziora, miał ochotę przerzucić nogi przez blanki i uciszyć ten głos raz na zawsze. Czując wiatr przesuwający się po jego karku, wywołujący siateczkę chłodnych dreszczy powoli rozprzestrzeniających się po jego skórze, wyobrażał sobie, że prowadzi życie, które mu odebrano, a nikt na świecie nie zna jego imienia - zamykał oczy i myślał, że gdyby jego losy przebiegły innymi torami, być może nie byłby naznaczony blizną, która zdawała się go definiować.

Nie cofniesz kijem rzeki" — przypominał mu wówczas wibrujący głos, o którym wolałby zapomnieć, a nocna bryza nadciągająca znad szkockich szczytów przyduszała jego gardło i płuca.

I Harry przypominał sobie, że jego życie będzie uzależnione od wyborów, których sam dokonał, dokonuje i jeszcze dokona.

Jest pewien stary budynek" — słyszał czasami brzęczący pogłos w swoich snach — „na Alei Śmiertelnego Nokturnu, a w środku sklep z cudami".

Kiedy ostrożnie zaglądał do tej obcej jaźni, widział dwa czerwone punkty i przydymiony pokój.

Spodobałby ci się" — powiedziały usta niemające warg; uśmiech, który się na nich błąkał, trącił zachętą. — „Skrywa wiele skarbów, które można... przywłaszczyć".

Harry spędził całą noc na leżeniu w miękkiej pościeli, spoglądaniu w sufit i myśleniu o rzeczach, których jeszcze nie poznał.


-VVV-


Kiedy był dzieckiem, nigdy nie miał nic swojego. Wszystko, co go otaczało, wszystkie rzeczy, z którymi miał styczność, były jego wujostwa, jego kuzyna albo po jego kuzynie i Harry bawił się starymi, ołowianymi żołnierzykami, które Dudley zgubił pod grubym dywanem, a które Harry wygrzebał spod niego, gdy odkurzał salon, spoglądając ukradkiem, jak jego kuzyn nakręca małym kluczykiem blaszane samochodziki, z zazdrością śledząc, jak niezdarnie wznosi wieże z klocków i podglądając przez dziurkę od klucza, jak rozrzuca wokół swoją armię miniaturowych figurek, co jakiś czas gubiąc którąś z nich w ciasnych kątach pokojów.

I kiedy kupował u pana Ollivandera swoją pierwszą różdżkę, zacisnął na niej palce tak mocno, że rozbolały go kostki, przełykając ślinę na myśl o tym, że ta różdżka go wybrała, że jest całkowicie i na wyłączność jego - albo, jak powiedziałby każdy wytwórca różdżek - to on jest całkowicie i na wyłączność jej.

— Myślę, że możemy się po panu spodziewać wielkich rzeczy, panie Potter — powiedział swoim chrapliwym głosem starego człowieka Garrick Ollivander, jakby nie żywił co do tego najmniejszych wątpliwości, a jego badawczy wzrok zagnieździł się gdzieś pośród rysów jego jedenastoletniej twarzy.


-VVV-


— Dzięki mnie rozwiniesz skrzydła — wyszeptał Voldemort, a jego oddech zdawał się zostawiać ślad na jego magii jak na tafli przysuniętego do ust zwierciadła.

— Nie chcę zabijać — zadławił się odpowiedzią, a Czarny Pan się uśmiechnął, jakby potrafił rozpoznać z góry wygrane sprawy.

— Morderstwo to czyn — pokręcił głową, przyglądając mu się, jakby go oceniał — a magia nie jest czynem. Magia jest potęgą, Harry — powiedział.

I Harry dał temu wiarę.


-VVV-


Niedługo później walił w środku nocy białymi jak naga kość palcami w drzwi prywatnych kwater Severusa Snape'a, czując się tak, jakby tracił grunt pod nogami, jakby wszystko to, co dotąd znał, odjeżdżało spod jego zdrętwiałych, skostniałych z przerażenia stóp.

Mistrz Eliksirów uchylił drzwi, szczelnie okuty w aksamitny, ciemny szlafrok sięgający posadzki, a jego czarne oczy łypnęły na niego z niekrytym rozdrażnieniem.

— Przeklęty bachorze — wysyczał odpychająco, obnażając zęby jak gotowy do przeprowadzenia szybkiego ataku drapieżnik — wiesz, która jest godzina?

Harry nie wiedział i wcale nie chciał wiedzieć, kiedy zaciskał zdrętwiałe palce na chłodnej framudze.

— Zapytał, czy nie uczyniłbym mu tego zaszczytu i nie spotkałbym się z nim jutro twarzą w twarz — wychrypiał, dusząc się słowami — a ja powiedziałem mu: „tak".


-VVV-


Księżyc świecił w jego twarz, a wiatr muskał pelerynę, która nie potrafiła odpędzić chłodu zdającego się mieć źródło gdzieś głęboko w jego piersi. Harry szedł przez obce, betonowe uliczki, wsłuchując się w stukot własnych kroków na zimnym, ciemnym asfalcie, myśląc o tym, jakie to dziwne, kojące uczucie - mieć za plecami kogoś, kto rozumie potrzeby jego zagmatwanego umysłu.